„Dzieje grzechu” jako powieść nowoczesna

Reakcję krytyki literackiej na ukazanie się w 1908 roku „Dziejów grzechu” Stefana Żeromskiego najtrafniej można chyba określić słowem – zakłopotanie. Oto pisarz mający opinię „sumienia narodu”, nazywany „sercem nienasyconym”, autor słów o potrzebie „rozdrapywania ran, aby nie zabliźniły się błoną podłości”, herold wielkich problemów narodowych i społecznych, twórca „Siłaczki”, „Syzyfowych prac”, „Ludzi bezdomnych”, „Popiołów”, „Snu o szpadzie” czy „Snu o chlebie”, wydał powieść nazwaną „romansem kolejowym”, melodramatem z akcentami „pornograficznymi” i wątkami sensacyjno-kryminalnymi.

Najbardziej krewcy krytycy z kręgów społecznej konserwy i reakcji mieli okazję jeszcze mocniej niż dotąd pomstować na Żeromskiego jako na „deprawatora” i „pornografa”. I choć jednocześnie wszyscy mieli świadomość, że „Dzieje grzechu” nie wyszły spod pióra drugo- czy trzeciorzędnego wyrobnika od komercyjnej literatury popularnej najpośledniejszego sortu, lecz spod pióra wybitnego pisarza i ideowego moralisty, to generalnie uznano tę powieść za rzecz z „drugiego rzędu” w twórczości Żeromskiego i tylko wyrafinowany kształt artystyczny uchronił opowieść o losach Ewy Pobratyńskiej od uznania jej za pisarski „wypadek przy pracy”, za wyraz spadku formy i od wzięcia jej w nawias jako epizodu „pozaklasowego”.
I o ile proza i dramaturgia Żeromskiego została przez przeszło sto lat poddana gruntownej egzegezie przez dziesiątki, jeśli nie setki badaczy czy komentatorów ze Stanisławem Pigoniem czy Henrykiem Markiewiczem na czele, o tyle nawet w syntezach poświęconych jego twórczości „Dziejom grzechu” poświęcone są zazwyczaj dość skąpe, opisowe wzmianki, sprawiające wrażenie, jakby nawet specjaliści od biografii i twórczości tego pisarza nie mieli na jej temat nic do powiedzenia, poza zreferowaniem „wierzchniej” warstwy fabularnej.
Wydaje się, że jedyną do tej pory próbą zajrzenia „pod powierzchnię” tej powieści była wyrafinowana estetycznie ekranizacja filmowa Waleriana Borowczyka z 1975 roku, ale reżyserowi udało się jedynie zasugerować tajemnice kryjące się w tworzywie „Dziejów grzechu”, zaledwie wzbudzić niejakie percepcyjne przeczucia.
Dlatego studium „Legenda i lektura. O „Dziejach grzechu” Stefana Żeromskiego” Agaty Zalewskiej jest bez wątpienia nie tylko pierwszą tak obszerną i wnikliwą próbą interpretacji tej powieści, ale też – co jest również owocem „łaski późnego napisania” – pierwszą nowoczesną propozycją jej odczytania. Zalewska nie wychodzi z „punktu zero”, lecz swoje analizy poprzedza przeglądem recepcji powieści od roku 1908 do naszych czasów.
Następnie przystępuje do postawienia wyjściowego pytania o przyczyny powstania, o genezę tej powieści, o motywacje pisarza, bada związki „Dziejów grzechu” z wcześniejszymi i późniejszymi utworami Żeromskiego, dokonuje identyfikacji problemów podjętych przez autora i zastanawia się nad tożsamością głównych postaci.
Kluczowa z punktu widzenia intencji autorki studium jest jej deklaracja sformułowana w rozdziale o recepcji powieści: „W chwili publikacji powieści krytycy zareagowali na nią w sposób, który można określić jako publicystyczny, a więc – niezależnie od sformułowanych uwag – łączyli ocenę estetyki dzieła (w zależności od opinii, jej sensacyjną lub skandalizującą fabułę, wulgarność lub jaskrawość opisów) z ogólnym przekonaniem o społecznej wymowie utworu (analogicznie: albo szkodliwej, albo uzasadnionej), kwestionując – w zasadzie – jego ideowo – filozoficzne znaczenie”.
I właśnie odkrywanie ideowo-filozoficznych znaczeń „Dziejów grzechu” było kluczowym celem Agaty Zalewskiej. W tle ideowo-metodologicznym rysuje się literaturoznawstwo ponowoczesne, postmodernistyczne z jego patronami – Barthesem, Rortym, Lyotardem czy Deriddą, z jego „afirmacją nieskończonej i niewyczerpalnie twórczej interpretacji”.
W bezpośrednim zapleczu – dokonania wybitnych badaczy polskich, twórczo rozwijających idee nowych odczytań, takich jak, między innymi, Ewa Paczoska, Anna Burzyńska, Ryszard Koziołek, Jerzy Paszek czy Iwona Rusek (od siebie dodam nazwiska choćby Jana Tomkowskiego, jednego z polskich prekursorów nurtu, czy Aleksandry Wójtowicz, autorki oryginalnego odczytania „Oziminy” Berenta). Agata Zalewska wędruje po mapie „Dziejów grzechu” skrupulatnie, gęsto i w różnych kierunkach, przy czym najważniejsze podjęte przez nią tematy, to: rozpad tradycyjnych wartości opartych na chrześcijaństwie (epoka nietzscheańskiej „śmierci Boga”), fundamentalnie żywotna dla pisarza kwestia społeczna rozrysowana w jednym z osiowych wątków, czyli w utopijnym projekcie hrabiego Bodzanty i wreszcie – co jest wątkiem najbardziej rozbudowanym – czyta „Dzieje grzechu” na tle, czy przez pryzmat, problematyki „Raju utraconego” Johna Miltona, XVII-wiecznego poematu, który był twórczą trawestacją zaczerpniętego z Biblii motywu Stworzenia Człowieka przez Boga, umieszczenia go z miłością w Raju, a następnie sprzeniewierzenia się Bogu przez Człowieka, zakończonego wygnaniem go z Raju.
To implikuje uniwersalizm wymowy „Dziejów grzechu” jako powieści podejmującej fundamentalne kwestie natury człowieka, zagadnienie grzechu, zła, dobra, miłości i jej braku, poświęcenia, wolności, zbrodni, kary, kolistej powtarzalności ludzkiego losu, fatum.
Zalewska stawia też pytanie, dlaczego w powieści, którą można czytać jako odniesienie do biblijnego mitu Adama i Ewy, to właśnie Ewa (Pobratyńska), czyli kobieta została wybrana, w drodze swoistej „antropologizacji” mitu, do roli postaci centralnej, do „wyrażenia tych wszystkich meandrycznych napięć, które są w każdym człowieku” i „stanowią tragiczną istotę życia”. Nie jest nim „Adam” (Łukasz Niepołomski), o czym zdaniem autorki studium świadczy choćby fakt, że jest on postacią tylko fragmentami obecną bezpośrednio w powieści, jako uczestnik akcji.
W przeważających jej partiach występuje tylko pośrednio, jako wspomnienie czy jako autor listów lub ktoś o kim się mówi, jego przeważającą formą istnienia w powieści jest fizyczna absencja.
W interpretacji Zalewskiej, tak jak ją rozumiem, Żeromski był jako pisarz, człowiek i mężczyzna szczególnie uwrażliwiony na rolę kobiety, jako istoty bardziej „reprezentatywnej” dla ludzkiego losu niż mężczyzna, bardziej wrażliwej, bardziej skomplikowanej, bardziej „ludzkiej”, a w konsekwencji bliższej naturze bytu. To dlatego w całej galerii fascynujących, bogatych portretów kobiecych, jakie stworzył w swojej prozie i dramacie, postać Ewy Pobratyńskiej, na pozór zredukowana do figury upadłej niewinności, kobiety spadającej na dno osobiste i społeczne przez piekło niespełnionej, a raczej nienasyconej miłości, jest postacią tak tajemniczą nieoczywistą, skomplikowaną.
Bo ta kobieta to – człowiek pars pro toto. Dopełnia to brzmienie tytułu, jego zdepersonalizowanie, jego maksymalna uniwersalizacja.
Ta powieść nie nazywa się „Ewa Pobratyńska”, jej tytuł nie brzmi jak „Nana” Zoli, jak „Eugenia Grandet” Balzaca, jak „Pani Bovary” Flauberta, jak „Teresa Desqueyroux” Mauriaca. Żeromski nie napisał powieści o skromnej dziewczynie z warszawskiej kamienicy z przełomu XIX i XX wieku, o córce mieszczki i „wysadzonego z siodła”, lecz o doświadczeniu ludzkim.
Chciał by uniwersalizm jego powieści wybrzmiał, jak „kropka nad i”, także tytule. W tekście kończącym studium autorka odnosi się do punktu wyjścia, czyli do zagadnienia „nowoczesności” powieści „Dzieje grzechu”, „nowoczesności” z punktu widzenia naszej współczesności.
I tak też ją ocenia, a uzasadnienie widzi w jej intertekstualności (liczne bezpośrednie lub aluzyjne odwołania kulturowe), w grze z czytelnikiem, w nieco zawoalowanej, ale czytelnej deziluzyjności tekstu, w eklektyzmie stylistycznym, a także w podskórnym autotematyzmie i ukrytej ironii.
Warto zdmuchnąć pył z egzemplarza tej osobliwej powieści od dziesięcioleci kojarzącej się z bibliotecznym kurzem i raz jeszcze, ale inaczej, bo nowocześnie ją przeczytać.
Agata Zalewska – Legenda i lektura. O „Dziejach grzechu” Stefana Żeromskiego”, Wydawnictwo Naukowe Sub Lupa, Wydział „Artes Liberales”, Warszawa 2016, str.431, ISBN 978-83-64003-65-3; ISBN 978-8-63636-54-8