Jeszcze o MFR

Tadeusz Jasiński
Jeszcze o MFR

domena publiczna

czyli o politycznej biografii wybitnej postaci okresu PRL i czasu odrodzenia ruchu socjaldemokratycznego w Polsce. Warto przypominać.

Stałym czytelnikiem prasy stałem się w wieku lat czternastu i od pierwszego numeru tygodnika dla młodzieży „Dookoła świata”. Potem, z racji zamieszkania w Nowym Sączu, było „Po prostu” nie tylko z serią artykułów krajana Włodzimierza Godka „Sądecki tor przeszkód”. Jesienią 1957 roku już jako student Uniwersytetu Warszawskiego uczestniczyłem pod gmachem KC PZPR w proteście przeciw zamknięciu tego tytułu. Po drodze był jeszcze „Przekrój”, ale na stałą listę moich prasowych lektur wpisała się „Polityka” Mieczysława Rakowskiego, a dużo później dołączył jeszcze „Tygodnik Powszechny”.
Pamiętam jakim wydarzeniem, komentowanym w akademiku UJ „Żaczek”, było ukazanie się na łamach „Polityki” w grudniu 1962 roku, drukowanego w odcinkach, opowiadania Aleksandra Sołżenicyna „Jeden dzień Iwana Denisowicza”. Z nieukrywaną radością i śmiechem przyjęła brać studencka wyjątkowo krytyczny i złośliwy tekst z 1963 roku o metodach działania krakowskiego, antyalkoholowego działacza dr Marcinkowskiego. W jego obronę tak skutecznie zaangażowały się miejscowe władze partyjne, że autor, którym był Jerzy Urban, na jakiś czas musiał pożegnać redakcję. Ten drugi, wspomniany tytuł zaczynałem czytać, jak większość publiczności, od „Obrazu tygodnia” i felietonu Kisiela.
Mój stosunek do osoby i poczynań
Mieczysława Rakowskiego jest szczególny z wielu powodów. Przede wszystkim należałem do tych pokoleń Polaków, które obraz kraju i świata budowały nie na codziennie czytanej „Trybunie Ludu”, a na cotygodniowej, pogłębionej lekturze „Polityki”. Konfrontowaliśmy jej zapis z otaczającą rzeczywistością i z wyczekiwaniem na tak konieczne jej zmiany. W tej nadziei, na różnych polach publicystyki, felietonu, reportażu, komentarza, nawet grafiki, odnajdywaliśmy także sens naszego aktywnego poszukiwania i działania. I tak się zaczęły moje fascynacje Rakowskim.
W latach 70. mój związek z „Polityką” miał charakter szczególny. Zamierzając napisać pracę doktorską zgłosiłem w 1971 roku temat : „Teoria i praktyka rewolucji w stosunku do byłych polskich klas eksploratorskich”. Natomiast w 1973 roku polityczna awantura wybuchła po publikacji na łamach tygodnika tekstów o losach polskiej arystokracji i ziemiaństwa w PRL. W tym czasie kończyłem doktorat ale już o wielkoprzemysłowej klasie robotniczej, który także okazał się podejrzany, a w konsekwencji niedrukowalny.
Mieczysława Rakowskiego
przez lata słuchałem, oglądałem w telewizji i czytałem jego rozliczne teksty. Jawił się osobowością wybitną i wyjątkową, jako dziennikarz i polityk, na tle innych person z publicznej sceny – na ogół bezbarwnych, siermiężnych, nieinteresujących, nijakich, średnio wykształconych, często o poglądach zaściankowych i ortodoksyjnych, mówiących wiele o niczym. I nie tyle może jako „liberał w socjalizmie” w odróżnieniu od rozlicznego partyjnego betonu, ale ideowo zaangażowany a jednocześnie krytyczny reformator, odważny przedstawiciel realnego oglądu stanu zacofania i położenia Polski tu i teraz, i na świecie także. Na krakowskim podworcu takimi postaciami byli Józef Klasa i Kazimierz Barcikowski, także orędownicy klubu „Kuźnica”, w którym podczas jednego ze spotkań miałem okazję poznać Rakowskiego.
Biografia polityczna
Mieczysława F. Rakowskiego autorstwa dr Michała Przeperskiego, wydana przez IPN, doczekała się, jak do chwili obecnej kilku prasowych odniesień.
W pierwszym Daniel Passent („Polityka”, 8-14.09.2021) pisze: „Paradoks Rakowskiego – im bardziej był rozczarowany systemem, tym wyżej w nim awansował. Im wyżej awansował, tym bardziej był rozczarowany” i ocenia: „Po wnikliwej lekturze zaświadczam na piśmie, że książka jest świetna i dobrze, że powstała. Ani jednego fałszywego zdania, żadnej propagandy, żadnej agendy politycznej, tylko znakomicie udokumentowana i przemyślana opowieść o człowieku, który przez ćwierć wieku był szefem naszego pisma, ale miał wyższe aspiracje, te spełniły się dopiero w latach 80., kiedy było już za późno na ratowanie socjalizmu i własnej kariery”.
Jerzy Wiatr w „Trybunie” (15-16.09.2021) tak rozpoczyna omawianie tej książki: „Za lekturę biografii ostatniego przywódcy PZPR i premiera okresu PRL zabrałem się pełen najgorszych przeczuć. Świeżo wydana książka ukazała się nakładem Instytutu Pamięci Narodowej – instytucji, która pod rządami PiS zdołała już wielokrotnie udowodnić, iż Orwellowska wizja „ministerstwa prawdy” pozostaje nadal bardzo aktualna. Z wielkim więc zadowoleniem stwierdzam po lekturze, że moje obawy okazały się bezpodstawne. Otrzymaliśmy rzetelne studium o wybitnym polityku i publicyście lewicy, tym cenniejsze, że napisane przez autora zbyt młodego, by mógł osobiście poznać bohatera swej książki i przeżyć świadomie czasy, gdy odgrywał on wielką rolę w polskiej polityce.”
W tym samym czasie Andrzej Werblan w „Nie” w tekście zatytułowanym „IPN – MFR. Kilka moich ale”” celnie zauważył, że „Rakowski był realistą oraz socjalistycznym etatystą. Nadto w „Sieci” z 6-12.09.2021 ukazał się tekst Wojciecha Stanisławskiego „Krawat i sznur”, który o dziwo, z uwagi na preferencje tego tytułu, okazał się wyjątkowo wyważony.
To w naszej publicystyce wypowiedzi o całościowej, naukowej, biografii wybitnej postaci z drugiej połowy XX wieku w Polsce, która to książka stanowi niewątpliwie wyjątkowe wydarzenie edytorskie, nadto w tym wydawnictwie i w obecnych czasach. Dlatego też zadziwia nadzwyczajna niezborność „Gazety Wyborczej” do podjęcia tego tematu, ale przeraża i myśl, że Krzysztof Varga na łamach „Newsweeka” mógłby potraktować tę książkę na poziomie omówionego przez siebie w swoim czasie „Wygnańca” – biografii Zygmunta Baumana.
Autor tej ważnej pracy
deklaruje we wstępie: „Nie ukrywam, że stanowi ona próbę rzeczowej polemiki z obrazem ostatniego I sekretarza KC PZPR, jaki wyłania się z jego własnych relacji. Jest ona jednak prowadzona z czystymi intencjami. Przyświeca mi przede wszystkim chęć zrozumienia działań podejmowanych przez Rakowskiego i zważenia wpływu, który wywarł on na powojenne dzieje Polski.”
Nie umniejszam wyjątkowości omawianej biografii, jej wysokiej oceny i niewyobrażalnego wręcz ogromu pracy w pozyskaniu materiałów źródłowych. Warto jednak zwrócić uwagę, że dr Michał Przeperski posługując się powszechnie rozlicznymi opiniami na temat Mieczysława Rakowskiego tworzy, zapewne bezwiednie, wrażenie swojej bezstronności, a przecież wiadomo, że dobór cytatów i ich ekspozycja należą do autora.
Próba „rzeczowej polemiki z obrazem Rakowskiego” dotyczy jednak całego jego aktywnego życia, a nie tylko bardzo krótkiego okresu, gdy pełnił funkcję I sekretarza KC. Nadto konfrontacja tego „obrazu” z relacjami Rakowskiego, zawartymi głownie w pierwowzorze jego „Dzienników politycznych” (znajdującym się w Hoover Institution Library and Archives w USA), a tym bardziej z ich wydaną wersją, jest tylko z pozoru „rzeczowa”. Powszechnie bowiem wiadomo, że tego rodzaju i podobne dokumenty (wybitny socjolog Florian Znaniecki pisał o tym szerzej i nazywał je osobistymi) są z wielu względów ułomne, również zawierają treści, z którymi ich autorzy często nie chcą się publicznie dzielić za swojego życia, a w wersji drukowanej zawsze nieco „poprawione”. Dotyczy to wielu, ale polityków w poważnej mierze, co nie umniejsza zresztą wartości „Dzienników” dla historycznych badań.
Jest prawdą,
że deklarowane „czyste intencje” stanowią o wartości książki, ale mimo to wielokrotnie wskazać można passus, a nawet szerszy fragment, w którym osobiste sympatie czy oceny autora przeważają. I nie tylko idzie tu o kwestię stanu wojennego, na co już zwrócił uwagę Jerzy Wiatr.
Autor prezentuje życzliwy i niejako usprawiedliwiająco-wyjaśniający stosunek do wszelkich prawie działań Solidarności przed rozpoczęciem stanu wojennego z jednoczesną, na ogół chłodną i krytyczną, oceną poczynań rządu i partii. Robi to wrażenie jakby zapomniał, że Solidarność bardzo szybko przestała być związkiem zawodowym a nawet ruchem społecznym przejmując rolę partii politycznej dążącej trwale i rozlicznymi środkami do zdobycia władzy. W tym kontekście przypomnienie o „zmanipulowanych nagraniach z radomskich obrad” z 3 grudnia 1981 roku brzmi o tyle dziwnie, że z powszechnie dostępnych źródeł, także w Internecie, wynika, iż liczni członkowie tego gremium nagadali ochoczo i samodzielnie wystarczająco dużo głupot.
W ten wątek wpisuje się także cytowana przez autora opinia: „Presja radziecka wydawała się bardziej wymówką tłumaczącą niechęć PZPR do reformowania państwa i efektywnego dzielenia się władzą [o to w końcu toczył się spór ! – Sł.T.]. Po stronie Solidarności rosło zatem zniecierpliwienie. W szerszej perspektywie strach przed radziecką interwencją stawał się coraz słabszym czynnikiem hamującym dynamikę ruchu solidarnościowego.”
Podobnie niejako ma się rzecz
z kilkoma jeszcze, acz odmiennymi, kwestiami.
Koterie i rozliczne układy były i są zawsze (zapewne i będą) nie tylko na szczytach władzy – na cesarskim czy królewskim dworze, wkoło osoby I sekretarza i jakiegoś politbiura, w kancelarii prezydenta czy premiera. To nic nowego. W niedemokratycznych ustrojach odgrywają rzeczywiście rolę bardzo znaczącą, ale nie wyjątkową. Musiał się wiec Rakowski jako polityk (bo był nim już jako redaktor naczelny ważnego tytułu) zmierzyć się z nimi – zawierać rozliczne alianse, prowadzić szczególne gry. Jest w cechach takiej aktywności miejsce na samozadowolenie i przekonanie o swojej wartości, ambicja z osiągniętego statusu i dążność do „widowiskowego awansu”, „koniunkturalizm w drodze do kariery”, również zazdrość i zawiść innych, „umowność krytycyzmu”, cynizm, opinie o narcyzie, egocentryzmie, snobizmie, „strojeniu się” i „dandysie w rozterkach”. Spora liczba takich i podobnych opinii na temat Rakowskiego pochodzi na ogół z cytowanych wypowiedzi różnych osób, co nie zmienia faktu, że tak opisując bohatera swojej książki autor w szczególny sposób „wyróżnia go” na tle powszechnych, niejako naturalnych zachowań i zjawisk w tej sferze działalności.
Ten obraz zderza się nadto z rzeczywistością, bowiem Rakowski odróżniał się od współczesnych mu polityków zupełnie innymi, pozytywnymi przymiotami. W ocenie jego kariery można wyrażać pretensje i negatywne opinie za różne działania i wystąpienia, ale nie można odnaleźć sytuacji potępiających za jakieś czyny. Odwrotnie, czego najlepszymi przykładami są rozliczne interwencje, także u Kiszczaka, odważna postawa w czasie wydarzeń marcowych w 1968 roku, co wcale nie było łatwe. Dotyczy to również konfliktu Rakowskiego – premiera z prominentami z KC chcącymi dalej realizować kierowniczą rolę partii i samodzielnie rządzić krajem. Podobnie nierealistycznych ekonomicznych ustaleń Okrągłego Stołu, o których autor napisał : „premier miał rację: realizacja porozumień ekonomicznych nie mogłaby się udać. Trafnie komentował…: >>stoimy wobec nowego wydania egalitaryzmu<< i jest to jednym z najważniejszych wyzwań jego gabinetu”.
Jeżeli więc znajdujemy na kartach książki przywołane, krytyczne opisy i opinie to świadczą one również o utrwalonym obrazie Rakowskiego w pewnych kręgach społecznych – grupach i osobach zazdrosnych i zawistnych, konkurujących, inaczej myślących czy wręcz wrogich. Oczywiście, że Rakowski nie należał do świętych (wśród polityków w ogóle trudno ich znaleźć) – takich i to nie zawsze prawdziwych, odnaleźć można w zupełnie innym miejscu.
Analogicznie wywołuje wątpliwość
następujący fragment : „Jesienią 1981 r. pomimo zachęt ze strony m.in. Górnickiego i Lewandowskiego Rakowski nie zdecydował się na wycofanie z polityki…Rezygnacji nigdy na serio nie rozważał także dlatego, że kariera była dla niego zbyt ważną częścią życia.” Czy „nigdy nie rozważał” tego nie wiemy, gdyż mógł o tym nawet nie pisać w swoich dziennikach. Wiemy natomiast, że nie raz jeden składał dymisje i był także zawieszany w pełnieniu obowiązków służbowych, odsuwany na „boczny tor”, groziło mu również polityczne unicestwienie. To normalne nie tylko w polityce a w sytuacji ludzi aktywnych ponad obowiązującą-dozwalaną miarę. Jedni rezygnują szukając spokoju, inni zaciskają nie tylko usta i prą dalej ku realizacji swoich idei i wartości. Miał jeszcze, jak w późniejszych latach ze sarkazmem wspominał w Słupsku, „kilku s..nów do przeżycia”. Powszechnie znane są takie właśnie liczne postawy, a biorąc pod uwagę jednoznaczne i trwałe polityczne wybory Rakowskiego, dlaczego by nie miały dotyczyć i jego?
W świetle nie tylko cytowanego powyżej fragmentu pracy rodzi się przekonanie, że autor pojęcie „kariera” rozumie na ogół jednoznacznie i pejoratywnie, a tak przecież nie jest.
W tej biografii wyróżnia się następujący fragment: „nie sposób nie wspomnieć o zabójstwie ks. Jerzego Popiełuszki, dokonanym 19 października 1984 r. przez grupę pracowników SB. Rzecz jasna Rakowski nie miał nic wspólnego z przygotowaniem czy inspiracją tej tragedii, i w chwili gdy poszukiwano ks. Jerzego i na jaw wychodziły pierwsze fakty dotyczące zbrodni, przebywał w podróży dyplomatycznej do Ameryki Środkowej… [ jakby był w kraju, to miałby z nią związek ??? – Sł. T. ] …Ponieważ był wysokiej rangi przedstawicielem rządu PRL, a na temat Kościoła potrafił się wypowiadać w sposób bardzo dosadny niewątpliwie pewna część odpowiedzialności politycznej za zabójstwo ks. Pieluszki obciąża także jego konto.” Doktor Przeperski, jak z powyższego fragmentu tekstu wynika, nie uwzględnił starej rzymskiej maksymy „cui bono” czyli kto miał korzyść z tego tragicznego wydarzenia, jakie były ukryte motywy czynu ? W tej kwestii w swoim czasie było wiele poważnych rozważań, ale żadne z nich nie wskazywało na ówczesną ekipę Jaruzelskiego. Pomiędzy dosadną wypowiedzią a morderstwem jest zbyt daleka droga, nadto tego rodzaju wydarzenia zdarzają się niestety nawet w najbardziej demokratycznych ustrojach, jak np. w Szwecji z Olafem Palmo.
I jeszcze: „Rakowski gotów był traktować [jako premier – Sł. T.] przemiany ekonomiczne jako argument wzmacniający obóz władzy”. To nic nowego, która władza na świecie z takich okoliczności nie skorzysta dla swojego umocnienia?
Opisując wydarzenia
poprzedzające Marzec 1968, powstanie i działalność tzw. frakcji partyzantów pod egidą Mieczysława Moczara, autor pominął jej istotny element programowy co jest o tyle ważne, że także dzięki niemu zyskała spore społeczne poparcie. Posługiwała się patriotyczno-narodową retoryką nie tylko poprzez działalność kombatanckiego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, w którym przewodniczącym także był Moczar. Przywrócenie do życia publicznego kombatantów z Armii Krajowej i jej zasług, również innych organizacji podziemia oraz roli i znaczenia Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie stanowiło, bez względu na ukryte intencje tej grupy, fundamentalny, pozytywny zwrot w oficjalnie dotychczas obowiązującej i uprawianej historycznej narracji o okresie wojny i hitlerowskiej okupacji. Wcześniej tamte kwestie były przemilczane bądź minimalizowane, a narracja oparta była głównie na zasługach GL i AL, natomiast o AK jeszcze nie tak dawno mówiono jako o „karle reakcji”. W powszechnych opracowaniach i opiniach na temat frakcji „partyzantów” ten wątek jest pomijany, podobnie w biografii. Tu został ograniczony właściwie do sporu wokół książki Zbigniewa Załuskiego „Siedem polskich grzechów głównych”, natomiast interesująca byłaby prezentacja poglądów tygodnika i jego redaktora naczelnego w tej ważnej materii.
To tylko przykłady,
nie wspominając już o zdarzających się złośliwościach, a czasem nawet czytelnej stronniczości z którymi trudno się pogodzić w tak poważnym opracowaniu. Nie zmienia to w żadnym stopniu opinii, że biografia jest bardzo ważnym przypomnieniem historycznych ról i reformatorskich starań Mieczysława Rakowskiego w czasach Polski Ludowej. Również faktu, że wielokrotnie „należał do zwolenników kompromisowego rozwiązania kryzysowych sytuacji.” Polityczna utopia, która towarzyszyła Rakowskiemu przez cale życie – jak pisze Przeperski – miała podstawy w aktywnej akceptacji socjalistycznych wartości, możliwych zresztą tylko do częściowej realizacji w ówczesnej rzeczywistości. Miał tego świadomość mówiąc: : „historyczną powinnością naszej partii pozostaje zbudowanie demokratycznego socjalizmu, wolnego od wszystkich reliktów stalinizmu i otwartego na wszystkie realia współczesności” czyli „do stworzenia nowej formacji, nawiązującej do idei socjaldemokratycznych”. Miał również „ambicje wpływania na intelektualną dyskusję nad Wisłą…aż do końca swoich dni.”
Podsumowując powyższe uwagi stwierdzić można, że odnajduje się tu, a nie powinna w pracy naukowej, zasadnicza różnica podstawowych ideologicznych wyborów i ocen bohatera książki i jej autora. Paradoks – nawiązując do Passenta – polega również na tym, że można jednocześnie zachwycać się tą wydawniczą pozycją wskazywać jej niedomogi.
Powrót Rakowskiego
na wierzchołki władzy w 1987 roku prezentuje autor jako wynik jego licznej pozaparlamentarnej aktywności (był wtedy wicemarszałkiem Sejmu) i zmian w ZSRR za sprawą Gorbaczowa, nazywając „generalską roszadą” Jaruzelskiego. Przeperski wspomina tu także o memoriale Mieczysława Rakowskiego „Uwagi dotyczące niektórych aspektów politycznej i gospodarczej sytuacji PRL w drugiej połowie lat osiemdziesiątych” datowanym na okres 8.6–10.10.1987 r. [oryginalna pisownia daty – Sł. T.]. Znałem ten tekst nie tak długo po jego powstaniu – przytaczam fragmenty gdyż brak ich w książce, a warte są uwagi:
„Uporanie się ze skutkami kryzysu społeczno-gospodarczego oraz stworzenie korzystnych warunków dla wzrostu produkcji materialnej zależy nie tylko od środków materialnych, jakimi dysponuje kraj, od aktywności produkcyjnej społeczeństwa itp., lecz także, a może przede wszystkim od «stanu ducha» ekipy kierowniczej, tj. czy wierzy ona, że jest w stanie dokonać rewolucyjnych w swej istocie zmian w istniejącym systemie społeczno-gospodarczym. Sądzę, że kierownictwo partii powinno takie pytanie sobie postawić i odpowiedzieć na nie […] W moim odczuciu zespół przywódczy wytracił sporo z dynamiki, którą posiadał w 1981 roku i w latach stanu wojennego […] Odnosi się wrażenie, że z określonej ilości energii tkwiącej w osobach o cechach przywódczych, znacząca część została zużyta na obronę zagrożonych zasad ustrojowych w latach 1981–1983. Niemal każdego dnia zderzamy się z wprost trudną do zrozumienia inercją. Chwilami odnosi się wrażenie, że «bohaterowie są zmęczeni». Z socjopolitycznego punktu widzenia jest to zrozumiałe. Trzon obecnej ekipy już siedem lat walczy z piętrzącymi się trudnościami”.
Trudno orzec jaki wpływ na niespodziewany awans Rakowskiego aż do Biura Politycznego miał ten dokument. Zapewne jednak, w ówczesnej zakleszczonej sytuacji społeczno-politycznej w kraju, został bardzo dokładnie przeanalizowany przez Wojciecha Jaruzelskiego, dla którego, jak pisze autor, Rakowski „był ostatnią deską ratunku”.
Podobnie ma się rzecz o tylko wspomnianym spotkaniu Mieczysława Rakowskiego z Michaiłem Gorbaczowem w Moskwie. Jak wspomina świadek tego wydarzenia Jan Bisztyga ( jeden z rozmówców Przeperskiego ) rozmowa zamieniająca się często w spór, czasami ostra i wyjątkowo polemiczna, dotyczyła nie tylko sytuacji w Polsce, ale i szerzej – pryncypiów, szans i przyszłości tak realizowanego socjalizmu.
Moje bliższe kontakty
z Mieczysławem Rakowskim rozpoczęły się w grudniu 1984 roku, gdy zostałem zaproszony, wtedy jeszcze przez wicepremiera, na spotkanie kilkunastu redaktorów naczelnych czołowych, wówczas tak nazywanych, środków masowego przekazu. Reprezentowałem „Gazetę Krakowską” i byłem jedynym spoza Warszawy. Dyskusja o aktualnych problemach społeczno-politycznych, w której też uczestniczyłem, miała miejsce w willi rządowego zespołu przy ul. Parkowej. Rozpoczęła się w godzinach popołudniowych, a zakończyła głęboką nocą.
W okresie gdy, pomimo „odstawki” na wicemarszałka Sejmu, Rakowski prezentował publicznie swoje oceny sytuacji w kraju, musiałem się zmierzyć za ich wielokrotny druk na łamach „Gazety Krakowskiej” z chłodną, a nawet krytyczną, reakcja miejscowych politycznych dysponentów.
Dwa lata później rozmawiałem z Rakowskim w czasie tej części obrad X Zjazdu PZPR gdy ogłaszano wyniki wyborów. Skrzętnie notował. Niedługo po tym gratulował mi po wystąpieniu na kolejnym plenum KC odbywającym się na terenie zakładów Ursus, a Jaruzelski kilkukrotnie je cytował w podsumowaniu obrad. Było to o tyle znamienne, że krakusy uczestniczące w tym gremium na odmianę mocno mnie obsztorcowały. Nasze drogi zaczęły się zbliżać – w grudniu 1987 roku Rakowski został wybrany w skład Biura Politycznego, a ja zostałem zatwierdzony na stanowisko kierownika Wydziału Propagandy KC.
Mój Szef
Mieczysław Rakowski należał w moim zawodowym życiu do trzech – wcześniej prof. Stanisław Widerszpil i red. Dobrosław Kobielski – doskonałych przełożonych. W okresie pracy w KC PZPR, spośród kolejnych pięciu sekretarzy nadzorujących propagandę, okazał się nie tylko najlepszym, ale i wyjątkowym. Zanim do tego doszło odbyła się najkrótsza moja rozmowa kadrowa. Na początku Rakowski zastrzegł, że liczy na lojalność, odpowiedziałem, że z tym nie ma problemu. „No to dobrze” i na tym właściwie się skończyła.
Sprawdzian złożonej deklaracji nastąpił nadzwyczaj szybko i w szczególnych okolicznościach. Po zakończeniu wizyty Michaiła Gorbaczowa w Polsce a przed wyjazdem na urlop Rakowski zapytał mnie co sądzę o planowanym zamieszczeniu przez redakcję „Polityki” fragmentów referatu N. S. Chruszczowa „O kulcie jednostki i jego następstwach” z XX Zjazdu KPZR w 1956 roku. Wzruszyłem ramionami i powiedziałem, że to będą stare, odgrzewane kotlety bo ja to czytałem mając lat siedemnaście. Materiał ukazał się na łamach tygodnika w nr. 31 z dnia 30 lipca. W sierpniu radca-minister pełnomocny Sienkiewicz z ambasady ZSRR w Warszawie ostro zaprotestował twierdząc, że tekst jest własnością KPZR i nie było zgody strony radzieckiej na publikację. Wezwany do wyjaśnień sprawy przez jednego z członków Biura Politycznego uznałem zarzut za co najmniej absurdalny w światowej praktyki wymiany informacji, a ponadto bardzo przedawniony. Moja swobodna postawa została brutalnie sprowadzona na ziemię pytaniem czy Rakowski bądź ja wiedzieliśmy o publikacji tego tekstu i nadto poleceniem napisania stosownego wyjaśnienia. Tu zaświeciła się czerwona lampka, gdyż okazywało się dowodnie, że nie idzie o jakiś tam zmurszały referat a dokopanie, wspólnym wysiłkiem niektórych polskich i radzieckich towarzyszy, nowemu sekretarzowi KC od propagandy . Mogło to dodatkowo jeszcze stanowić reakcję na zbliżenia Rakowskiego z Gorbaczowem bo nie tylko przecież oprowadzał go po w Warszawie.
Spotkałem się, oczywiście poza gmachem KC, z Jankiem Bijakiem, ówczesnym naczelnym „Polityki”. Uzgodniliśmy treść wyjaśnień, bo i on takowe miał pisać. Po złożeniu stosownego kwitu usłyszałem „Tego po tobie nie spodziewałem się”, a od Rakowskiego po powrocie do kraju 13 sierpnia, bez komentarza tylko jedno słowo : „Dziękuję”.
Podobna sytuacja miała miejsce gdy jako premierowi inna grupa z „białego domu” postanowiła nieźle pobruździć w modernizacyjnym projekcie nowego, rządowego programu ekonomicznego. Zakończyło się jak z tą pierwszą, ale to zupełnie inna, acz podobna opowieść.
Pomimo rozlicznych zajęć i spotkań Rakowskiego komunikacja z nim była błyskawiczna, nic nie czekało i nie odwlekało się, decyzje były szybkie także w stosunku do projektów Wydziału – akceptował, poprawiał, skreślał bądź dopisywał nowe kwestie. Wszystko to odbywało się normalnie to znaczy w atmosferze spokoju i życzliwości.
Autor biografii właściwie pomija ten moment pracy Rakowskiego, który co prawda był w jego karierze tylko przejściowym, ale nie od rzeczy również zagraniczne ośrodki zauważyły, że w tym czasie nastąpiło zasadnicze ożywienie działań propagandowych partii. Niestety na bardzo krótki okres, i dla mnie też, od 18 czerwca do 28 września 1988 roku.
W późniejszych terminach dwukrotnie składałem rezygnację z funkcji kierownika Wydziału w KC, nadto musiałem oganiać się od coraz bardziej rozpleniającej się inercji, bezsiły, stagnacji, nawet od wyjątkowo niekompetentnego i pyszałkowatego jednego z przełożonych. Zagroził wyrzuceniem, a więc musiałem mu odpowiedzieć: „Życzę wielu sukcesów towarzyszu sekretarzu w tym zbożnym celu”. Miałem tego wszystkiego dość. Ale niestety jakoś nie było wcześniej okazji zapytać mojego Szefa, jak on się czuł i radził sobie w zapewne wielu podobnych sytuacjach.
Kontakty z Mieczysławem Rakowskim,
trwały nadal, również gdy był premierem. W czasie obrad Okrągłego Stołu, także w późniejszych rozmowach z przedstawicielami strony solidarnościowej, reprezentowałem swoją opinię, zgodną z przekonaniem Rakowskiego, aby nie czynić nic dziś, co Polsce w przyszłości zaszkodzić może. Po zakończeniu XI Zjazdu i słowach „Wyprowadzić sztandar PZPR” napisał mi kilka słów na blankiecie mandatu. Później, gdy była jeszcze szansa na utrzymanie dla odnowionej lewicy zasadniczo zmienionego i ograniczonego RSW, podpisywałem jego nominację (taki życiowy paradoks) na redaktora naczelnego nowego politycznego periodyku. Po likwidacji Spółdzielni metodą bolszewicką, czyli współcześnie „Lex RSW”, ocenił, że jako prezes zrobiłem wszystko aby przeciwstawić się tej decyzji, druzgocącej zresztą także dla polskiej prasy i kultury. Tak po raz ostatni potoczyły się nasze wspólne drogi – Jego nieskutecznym acz niezawinionym, bo zasadniczo spóźnionym, wpływem na szanse przeobrażeń Polski, moje na zreformowanie RSW. Później była znów „Kuźnica”, ostatni raz widzieliśmy się na pogrzebie Kazimierza Barcikowskiego na warszawskich Powązkach, gdzie i On później spoczął.
Polityczna biografia Rakowskiego
jest również ważnym, z politologicznego punktu widzenia, przyczynkiem do studium władzy. Przede wszystkim jednak przedstawia jakże odmienny pozornie a w rzeczywistości typowy życiorys pokolenia, które miało świadomość, że szansę na historyczny, społeczny awans zawdzięcza realizowanym ideom nowego ustroju. Również dla Polski w określonych warunkach i okolicznościach. Najpełniej oddaje to znamienne wystąpienie Mieczysława Rakowskiego z 2006 roku: „Przepraszam za Polskę Ludową”
MFR – nie wiem kto i kiedy,
autor książki też o tym nie pisze, stworzył i upowszechnił ten skrót. Zapewne odwzorowany od JFK, którymi to inicjałami powszechnie był określany prezydent USA John Fitzgerald Kennedy. Przypuszczać można, że akronim od Mieczysław Franciszek Rakowski powstał po pobycie Rakowskiego w USA i spotkaniu właśnie z Kennedym. Jakiekolwiek by jeszcze snuć domysły i paralele, jedno jest pewne, że dla bardzo licznych i przez nadzwyczaj długi czas wyrażał nadzieję.

Poprzedni

Budowanie konsensusu w sprawie współpracy na rzecz stworzenia lepszej przyszłości

Następny

„Dobre zmiany” prawa gospodarczego. Dokąd idziemy?

Zostaw komentarz