
Netflix zapowiada remake filmu „Cujo”. Jego reżyserią ma zająć się Darren Arnofsky („Noe”, „Czarny łabędź”, „Requiem dla snu”). Niebywałe. Interesujące. Czekam.
„Oryginalne” „Cujo” wyreżyserował Lewis Teague. Premiera 10 sierpnia 1983 roku. Potężny i słodki bernardyn – Cujo właśnie – po ugryzieniu przez wściekłego nietoperza zmienia się w bestię, która ostatecznie zaatakuje, tych których kochał najbardziej. Cambersów z okolic Castle Rock, swoją rodzinę. Rodzinę, która wszakże jest na początku upadku, co przyprawia pewnego małego chłopca o nocne mary… To ta książka „Cujo”, przekonała mnie do pisarstwa Stephena Kinga, wcześniej myślałam, że to tandeciarz, mawia moja mama. Książka ukazała się w 1981 roku, jej ekranizacja dwa lata później, plan filmu Arnofsky’ego ma odpalić w 2027.
Łukasz Suszek, kompan bernardyna Brunosława, a w dalszej kolejności założyciel stowarzyszenia Pełnia Kultury oraz galerii książek – Vesper Design – mieszczącej się w Krakowie na ulicy… Bernardyńskiej informuje mnie, że „Cujo” tak przeraził wielbicieli psów Bernhardiner, że ci lobbowali w świecie filmu za powstaniem filmowej odtrutki na mit o krwiożerczości rasy. Udało im się dekadę później. Urodził się „Beethoven” (reż. Brian Levant, premiera 3 kwietnia 1992 roku). Rodzinę Newtonów wybiera sobie szczenię bernardyna, jest to koniec koszmarnych snów pewnego chłopca, ale i początek kłopotów generowanych przez psa, który rośnie i nie zamierza się w tym procesie zatrzymać. Jednak kiedy przychodzą prawdziwe problemy na Beethovenie można polegać jak na nikim innym. W końcu to bernardyn – pies stworzony ludziom na ratunek!
Ten film familijny zrobił dla rasy więcej niż „A kto to mówi” (1989, reż. Amy Heckerling) dla ruchu antyaborcyjnego. W pewien sposób ocalił rasę, która do łatwych nie należy (legendarny upór bernardyna!), jest odporna, ale wymagająca, kosztowna, no i ten… rozmiar! Rasa przeżyła swój renesans i wciąż największą populacją bernardynów mogą cieszyć się Amerykanie. Tymczasem powstało 7 squelów fabularnych „Beethovena”, w których pociecha rodziny Newtonów doczekała się wpierw potomstwa z niejaką Missy. Później własnego głosu – rozmawiał z duchami, jako Żebrak zamieniał się z Księciem i ciągnął sanie świętego Mikołaja. Zawsze jednak przybywał na ratunek dobrym ludziom i zwierzętom, a ucierał nosa złym – ludziom, bo wiadomo, że złych zwierząt nie ma…
„Moje życie dowiodło mi, że granice, które większość z nas napotyka w relacjach z innymi zwierzętami, odzwierciedlają nie tyle – jak to często zakładamy – ograniczenia zwierząt, ale nasze własne wąskie horyzonty dotyczące tego, kim są i jakie rodzaje relacji możemy z nimi nawiązać.” – Zapisała Barbara Smuts, emerytowana profesor Uniwersytetu Michigan, zajmująca się stosunkami społecznymi wśród dzikich naczelnych. (Princeton University Press, 1999 rok, tłum. Jacek Dehnel).
Jest powieść nowojorskiej pisarki Sigrid Nunez pt. „Przyjaciel” (tłum. Dobromiła Jankowska, Pauza, Warszawa 2021). To rzecz o Sigrid i psie, dogu arlekinie – Apollo. Między innymi. Acha, a nowojorska pisarka, to nie pisarka amerykańska… Też nie mylić. W każdym razie Nunez odziedziczyła Apolla po swoim przyjacielu, który popełnił samobójstwo. Nunez w połowie Azjatka i dog… Był chociaż paradny widok – w jej (drobna kobieta) i jego (olbrzymi pies) żałobie po bliskim. „Jeździ pani na nim? Dosiada go? Zakłada siodło?”, kobieta i pies, osierocona znajda – istoty po przejściach.
I jeszcze jedna osoba po której w ich świecie zostało puste miejsce. Rana, która nie chce się zasklepić. Przeczytałam „Przyjaciela” trzy razy, zawsze przy tym płacząc. Ale – i „Beethovena” oglądam płacząc. Teraz. Bo wcześniej mi się to nie zdarzało.
Teraz: łapię się na tym, że zapominam jak mój bernardyn Amos wygląda. Jak w ogóle wygląda teraz? Jak zmienił mu się charakter? Jak poradzę sobie z tak olbrzymim psem, który może być na mnie… wściekły. W końcu go rozczarowałam. Nie potrafiąc go obronić. Mimowolnie czyniąc go ofiarą ludzkich rozgrywek.
Wcześniej: w zasadzie zorientowałam się, że Amos jest, cóż, naprawdę zacnych rozmiarów, kiedy dorosły golden retrevier, złoty samiec spotkany na spacerze, wydał mi się taki mały. Nunez odziedziczyła psa seniora. Wpakował jej się do łóżka. Cóż… Wyciągnęła z szafy dmuchany materac, aby spać na nim dopóki nie wypracują wspólnego języka. Mój język i język Amosa był jeden. Chodził przyklejony do mojej nogi. Tak, rzecz jasna spał w łóżku. Dużym. Kiedy pojawił się w moim życiu, był szczeniaczkiem. Na ulicy brano go za słodką dziewczynkę, zupełnie jakby chłopcy nie mogli tacy być. Tak, jak i Apollo Nunez, nabrał zwyczaju układania łapy na mojej piersi. A ja nabrałam zwyczaju układania głowy na jego torsie i wsłuchiwania się w bicie jego serca. Tak bardzo czułam się przy nim bezpieczna! A dalej, dalej, musiałam przystawiać do łóżka fotel. Moja głowa i korpus na łóżku, pośladki i nogi – na owym fotelu. Obok i wzdłuż – Amos. Jego łapa… Mój Sasquatch został znaleziony późnym wieczorem, przy leśnej kapliczce NMP. Na granicy zimy i wiosny. Dał się złapać na parówkę. Rodzina, która go zabrała, nie mogła szczeniaka bernardyna zatrzymać. Miała inne psy, które młodziaka nie zaakceptowały. Albo ktoś go weźmie, albo – schronisko. Miłość zasługuje na coś lepszego.

31 marca 2024 roku postanowiłam, że to jest mój bernardyn. 31 marca w dzień świętego Amosa. „Amos – hodowca owiec z Tekoa w Judzie (VIII p.n.e.). Jeden z 12 proroków mniejszych. Czczony przez judaizm, chrześcijaństwo, islam, bahaizm. Amos, po hebrajsku – mocny, dźwigający ciężary”. Tyle wiki. Mój Amos – miał dźwigać mnie. Potrzebowałam opiekuna, którego mogę obdarzyć całkowitym zaufaniem. Rzecz u mnie niespotykana. Chyba, że chodzi o bernardyna. Tego bernardyna. Mojego. „Tak czy inaczej, nie mogę się oprzeć temu obrazowi: lawina rozpaczy, a spod niej, niczym bernardyn przedzierający się przez śnieg z baryłką brandy, Apollo przynosi książkę.” – To rzecz jasna Sigrid Nunez.
W 58 r.p.n.e. Juliusz Cezar postanowił złożyć niekurtuazyjną wizytę Helwetom. Legionom towarzyszyły bojowe mastiffy. Spotkały one psy rzeczonego celtyckiego plemienia, które nim powędrowało do Galii, na którą miał ochotę Cezar, zamieszkiwało tereny dzisiejszej Szwajcarii. Legiony przekroczyły Summum Penninus, później była bitwa oppidum Bibracte oraz inne swawole. Niektóre nieobce i psom trochę tym bojowym, trochę tym pasterskim skoro w dolinie Aosty i Wallisu urlopowani legioniści pozostawili szczenięta, jakich jeszcze nikt nie widział…
Bernard z Aosty (XI w)obdarzył psiny imieniem i osadził na Summum Penninus czyli na Wielkiej Przełęczy Świętego Bernarda. To tak w telegraficznym skrócie… Oto powstała rasa niezwykła. A nawet powiedziałabym – okaleczona. Z okaleczonym instynktem samozachowawczym, z tak wielkim oddaniem dla człowieka, że ratując jego życie swoje nieustannie ryzykowała, a nawet była szczęśliwa przeprowadzając wędrowców przez lodowe piekło. Mgła, mróz, śnieg, lawiny. Od XVIII wieku – wcześniejsze archiwa klasztorne spłonęły – bernardyny odkopały z śniegu ponad 2500 dusz obleczonych w kruche ciała. Zaprawdę, dlatego Anglicy nazywają bernardyny po prostu – Świętymi. Bernardyny patrolowały góry czwórkami, bez dozoru zakonników. Kiedy znalazły człowieka w tarapatach dwa psy kładły się przy boku, żeby go ogrzać, kolejny przykrywał go własnym ciałem i cucił (jęzor, jęzor! baryłka przy obroży! baryłka przy obroży!) a czwarty pies biegł do zakonników, aby ci przybyli z noszami… Legendarny upór bernardyna bierze się właśnie z jego samowystarczalności przy takich akcjach. Ale jest to samowystarczalność pozorna. Bernardyn musi przebywać przy ludziach, a często wybiera sobie tego jednego jedynego. Bernardyn w kojcu to katastrofa… Przekonali się o tym XX-wieczni twórcy moskiewskiego psa stróżującego, którzy pod nadzorem wojskowych, skrzyżowali owczarka kaukaskiego z bernardynem.
Można by w tym miejscu zadać etyczne pytanie – jak istoty ludzkie traktują zwierzęta? I zadano je, było myślą przewodnią Wykładów Tannerowskich J.M. Coetzee’go (1997-1998 Uniwersytet Princeton). Sięgając po raz wtóry do refleksji profesor Barbary Smuts po owych wykładach [za publikacją J.M. Coetzee „Żywoty zwierząt”, tłum. Jacek Dehnel, Znak, Kraków 2022] zacytuję opis relacji jej i Safi, adoptowanego ze schroniska szczeniaka – czarnego mixa owczarka. „Mogłabym podsumować naszą relację, mówiąc, że Safi i ja jesteśmy równe. Nie żebym sądziła, że jesteśmy takie same, przeciwnie, ona ma w żyłach krew wilków, ja – małp. Znaczy to tyle, że uważam ją za >>osobę<<, choć osobę innego gatunku (I co równie ważne, i ona zachowuje się tak, jakby uważała mnie za osobę w tym samym słowa znaczeniu.) – możliwość ta po raz pierwszy wydała rzeczywista w czasach, kiedy żyłam wśród pawianów. Język, który tu buduję, odnoszący się do innych istot jako do osób, nie ma nic wspólnego z tym, czy przypisujemy im cechy ludzkie. Wynika po prostu z widzenia w nich podmiotów społecznych, u których idiosynkratyczne, subiektywne doświadczanie nas odgrywa taką samą rolę w relacjach z nami, jak u nas nasze subiektywne doświadczanie ich odgrywa w relacji z nimi. Jeśli odnoszą się do nas jako do indywiduów, możliwa jest pomiędzy nami relacja osobista.” [podkreślenie moje, w oryginale kursywa, tłum. Jacek Dehnel]
Upodobanie do nocnych spacerów, to pewnie jakaś „pamiątka” z dzieciństwa. Las i to całe – „o czym szumią wierzby”… Amos wychodzi, ja za nim (też lubię powłóczyć kij nocną porą). A za nami moja mama – aby pilnować i mnie i bernardyna. Jej pinczerka Troja, ostentacyjnie wchodzi pod koc i znika. Gorące lato, a małemu kanapowcowi cięgle zimno.
Spacer, w srebrnej poświacie (cienie są czarne, czarne!), która jest tyle kiczowata co rzeczywista. Ulica zamknięta, bo w remoncie. Ja milczę, mama milczy, Amos milczy. Dobrze.
Kiedy wracamy, Amos kładzie się na trawie. Nabrał takiego zwyczaju odkąd pojawiły się u niego tzw. „bóle wzrostowe”. Przekleństwo wszystkich ras olbrzymich. Najchętniej położyłabym się obok niego. Mama najchętniej wróciłaby do domu. Stoję i palę trzeciego papierosa.
Dzienny wybudzony ptak, ukryty w żywopłocie krzyczy i umiera. Tym razem to nie były bóle wzrostowe, Amos obserwował dzikiego kota, jak ten – niewidzialny dla nas, niewidzialny dla ptaka – skrada się, atakuje, łapie, zabija…
Szara, srebrna kotka ucieka z ptaszkiem w pysku.
Mama chce ją gonić. Mamo, nie warto, mówię, tego ptaszka już nie ma.
Amos wstaje – pora do domu.
Spójrz, jakie on ma ludzkie oczy, mówi mama.
Ludzie oczy, tak. Ale jakie są ludzkie oczy?
„„Wydaje się, że emocjonalna więź między psem i człowiekiem pojawia się wskutek tych samych funkcji mózgowych, które zostają aktywowane również w przypadku więzi matki i dziecka. […] Kobietom [poddawanym jednocześnie badaniu rezonansem magnetycznym] pokazywano zdjęcia ich dzieci oraz ich psa, jak również zdjęcia obcych dzieci i psów. Z analizy wynika, że aktywność mózgowa w obszarze odpowiedzialnym za emocje, jak również w obszarze odpowiedzialnym za interakcje społeczne wzrosła w takim samym stopniu w przypadku zdjęć własnych dzieci oraz psa z którymi kobiety łączyła bliska emocjonalna więź.” – Podają w swojej książce „Człowiek i pies. O głaskaniu, stresie i oksytocynie” Christoph Jung, Daniela Portl (tłum. Agnieszka Haładyj, PWN, Warszawa 2017). Relacjonują badania Lori Palley i jej współpracowników z Massachusetts General Hospital w Bostonie. A dalej biorą się, za psy, bo oto… „Mieliśmy okazję obserwować w Wiedniu pracę profesora biologii Ludwiga Hubera. W Instytucie Badań Messerli na Uniwersytecie Weterynaryjnym jego zespół badał za pomocą urządzenia do śledzenia ruchów gałek ocznych, w jaki sposób psy przyglądają się ludzkim twarzą, wyrażającym różne emocje.” I co? „Żadne inne zwierzę nie rozumie nas tak dobrze jak psy; nawet naczelne. Podczas gdy genetycznie dużo bliższe nam naczelne prawie wcale nie rozumieją ruchów oczu człowieka, to psy są mistrzami w interpretacji naszych spojrzeń i odczytywaniu oraz reagowaniu na jeszcze subtelniejszą mimikę i gesty. Psy potrafią nam patrzeć naprawdę długo w oczy: im bliższa relacja, tym dłużej. W przypadku obcych i w sytuacji stresowej psy odbierają długi kontakt wzrokowy jako zamiar ataku.” I kto by się z tym nie zgodził? To znaczy z tymi naczelnymi jest pewne zaskoczenie… Naprawdę? Ile razy patrzyłeś na człowieka (było nie było – nagą małpę), a ten odpowiadał ci wzrokiem w którym była pusta? Jakby cię nie było? Jakbyś nie istniał.
Ile razy gapiono się na ciebie jak na przedmiot. W dodatku – zawadzający.
Czy ty, kiedy byłaś dzieckiem nie przechodziłaś „fazy” dogów błękitnych? Czy nie chciałaś ogrodu i brodacza monachijskiego? – Dopytuje się moja mama, wielbicielka psów myśliwskich, wciąż płacząca po nocach za swoimi wyżłami Hektorami i niezdająca jeszcze sobie sprawy, że los szykuje jej nowe powody do rozpaczy.
Na razie poleguje z pinczerką Troją i talerzem ciasteczek – na kanapie. Bernardyn Amos włóczy się od mojego łóżka do rzeczonej kanapy (ciasteczek?), gdzie wita go cały garnitur zębów Troi. Nie dawaj mu ciastek, niech zje jabłuszko, albo sardynkę. – Mamroczę, myśląc o tym, że przed Beethovenem było Cujo, ale przed Cujo był Barry. „Barry”. Francuski wyciskacz łez z 1949 roku (reż. Richard Potter), kręcony m.in. na Wielkiej Przełęczy Świętego Bernarda. W roli bohaterskiego bernardyna Barrego – bernardyn Barry. A poza tym: epoka napoleońska, Los, który rozdziela kochanków na 30 lat – bo on zaginiony na wyprawie Korsykanina, a ona schnie na wiór z rozłąki i rozpaczy, ale w końcu wychodzi za innego i opuszcza Francję. Tamten jednak żyje! A dalej wiadomo: lawina, ratunek, bohaterski pies, spotkanie po latach… Dziecko, pies, śnieg. Lawina… Ratunek… Pies.
1 lipca 2024 roku, po godzinie pierwszej w nocy. Upał. Okna szeroko otwarte. Także to przy balkonie w pokoju mamy. Amos licząc choćby na okruszki ciastek waruje przy pustym talerzu.
Budzi mnie warkot tego Puszka-Okruszka. Bernardyn stoi już przy drzwiach balkonowych, otwieram – jest na balkonie. Oraz… Jest na balkonie agresywny mężczyzna w czarnym ubraniu, który zsunął się z siódmego piętra albo i wyżej – do nas. I boi się psów! Boi się mojego bernardyna Amosa, siedmiomiesięcznego szczeniaka, który nie zamierza pozwolić, aby jego rodzinie stała się krzywda. „Gość” utknął pomiędzy kratką z pnącym winem a psem. Boi się bernardynów i co mu chodziło dotąd po głowie, najwyraźniej mu z tej głowy wypadło… Potrzeba wpierw patrolu, dalej posiłków policyjnych, czterech wozów straży pożarnej, jednej karetki i światła reflektorów, zmieniającego noc w dzień, aby mężczyznę w czerni, ściągnąć z balkonu.
Bernardyn tymczasem leży już na moim łóżku i wraz z Troją konsumują ciasteczka, dozwolone, bo tzw. psie. Spoko, uratowałem ludziom życie? A od czego są bernardyny?
Na Wielkiej Przełęczy Świętego Bernarda jest pomnik bernardyna Barrego (ur.1800 – zm.1814). Na cokole napis upamiętniający: „Bohaterski Barry uratował życie czterdziestu osobom i został zabity przez czterdziestą pierwszą.”
31 lipca 2024 roku, trochę po godzinie 8 rano. Do mamy i mojego mieszkania wjeżdża policja. Z nakazem zabrania zwierząt i nakazem przeszukania prokuratorskiego.
Co się stało? Sąsiedzi złożyli na nas doniesienia, że trzymamy w domu padlinę, z której płyny ustrojowe zalewają im sufity. Stanowimy wielkie zagrożenie sanitarno-epidemiologiczne. Co? Co???
Amos prowadzony na tzw. „chwytaku hycla” sześć pięter w dół po schodach…
Nagrodzono psiego bohatera – z łóżka na siano, z domu do schroniska.

Musiała pani komuś strasznie nastąpić na stopę. – Słyszę od policjantów na tzw. boku. Ale robią swoje…
Minęło lato, jesień, zima. Jest wiosna. A Amos jest już dorosłym psem i wciąż tkwi w schronisku – w zewnętrznym kojcu. Rozdzielony z Troją, która wylądowała w budynku. Padliny nie znaleziono.
A w ogóle – to miłość zasługuje na coś lepszego.










