Mój dziennik politycznie niepoprawny

27 listopada 2013
Media doniosły, że Krzysztof Skiba, rocznik 1963 – lider zespoły „Big Cyc”, rockman i komentator; postać barwna, celebryta z pewnością, został odznaczony przez Prezydenta RP Orderem „Wolności i Solidarności”. Odznaczenie jest przyznawane „za zasługi w zwalczaniu komunistycznej dyktatury”.
Skibie i kilkorgu innym ze środowiska bliskiego artyście ordery wręczył Prezes IPN. Odnotowałem komentarz odznaczonych, wygłoszony w przypływie satysfakcji zaraz po przypięciu, do mikrofonów i kamer. Nagrodzeni zgodnie stwierdzili, że wyróżnieni zostali za .. niestrudzoną walkę z komunizmem w Polsce, który był ich zdaniem „syfem”. Ze swej walki są dumni. Dla Skiby „syfem” szczególnym był okres lat osiemdziesiątych, bowiem przesiedział trzy miesiące w więzieniu w Kaliszu za rozdawnictwo nieprawomyślnych ulotek podczas festiwalu w Jarocinie w 1985 roku. Indagowany przez dziennikarza na okoliczność anarchistycznej, a więc robiącej państwu wbrew aktywność w czasach, których nie lubi, artysta nie bez dumy zauważa, że ta antypaństwową być nie mogła, gdyż jak odkrywczo stwierdził, państwo polskie wtedy nie istniało, był za to „ruski satelita”. Bezkompromisowość odznaczonego jest wsparta na myśleniu prostym jak konstrukcja cepa; ta ‘komuna” musiała być upiorna, skoro przez lata tolerowała anarchistyczne występy Skiby, podważającego jajcarstwem tzw. fundamenty socjalizmu. „Komuna” jakoś nie odesłała jajcarza – zgodnie z bolszewicką tradycją – na Sybir celem reedukacji.
Cały ten cyrk w wykonaniu Skiby, do czego ma prawo, zasmuca mnie i rozśmiesza zarazem. Odnotowuję je w tonacji nieco sarkastycznej, a więc mało poważnej. Postaram się dowieść dlaczego. Dodam, że swych przekonaniach jestem równie niezłomny jak odznaczony Skiba. Trudno nie zauważyć natchnionego antykomunizm artysty, bo go często i publicznie objawia, czyniąc to ze współcześnie modną satysfakcją. System przez Skibę ośmieszany poległ w 1989 roku więc, co by nie było, wojna skończyła się przed niemal ćwierćwieczem; wydawałoby się, że dawno temu. Czas jednak, miast przytłumiać dawne urazy, upuścić powietrza z walecznego ego artysty, stabilizuje je i dynamicznie objawia w medialnych występach, często przy okazji komentowania czegoś tam. Teraz zostało ono pokrzepione państwowym orderem.
Nie neguję jakiejś tam powagi oraz zasadności odznaczenia, zauważam jedynie jaskrawą w wielu przypadkach asymetrię pomiędzy rzeczywistymi zasługami nim obdarowanych a realnymi krzywdami, jakich rzekomo doznali za przyczyną … „komunistycznej dyktatury”.
Posilę się tu wywodem Stanisława Cioska spisanym w jednym z prasowych wywiadów. Odnosząc się do stanowiska ciągle aktywnego odłamu zwycięskiej „Solidarności”, coraz bardziej agresywnego w portretowaniu dawno minionej „komuny”, zasłużony polityk lewicy zauważa metaforycznie: „- żeby ludzie uwierzyli, że św. Jerzy zabił smoka i by było to bohaterstwo, to smok musiał być jak najstraszniejszy i jak najbrzydszy. Wtedy św. Jerzy stawał się bardziej bohaterski i coraz bardziej święty”.
Okres trzech dziesięcioleci, począwszy od las sześćdziesiątych minionego wieku, cechowały w Polsce bujny i wielce dojrzały wykwit muzyki młodzieżowej. Był on z natury rzeczy niezależny, nie podlegał szczególnej presji ze strony władz, pomimo że dystrybucja owoców twórczości pozostawała w rękach państwowych. Niektóre fragmenty twórcze pewnych zespołów i solistów wybiły się na „legendę”. Część kompozycji uchodzi do dziś za kultowe, po części w związku z czytelnymi, niemiłymi władzy tekstami, walonymi aluzyjnie czy też niemal wprost. Wydawało by się, że oryginalna dynamika i różnorodność polskiego rocka tamtego czasu winna – zgodnie z logiką – zaświadczać o swobodzie twórczej tekściarzy, zespołów i wokalistów, a w każdym razie o zasadniczo sporym jej marginesie. Z tego co wiem, ingerencje cenzorskie w śpiewane teksty, jakkolwiek się zdarzały, nie były częstymi, „represje” władz zaś polegały na epizodycznym ich sekowaniu z publicznego obiegu, przy tym nie towarzyszyły temu jakieś szczególne dolegliwości serwowane autorom i bardom wyśpiewującym poetykę władzy niemiłą. Aktywność cenzury nasiliła się w stanie wojennym, wiec w latach tzw. „konspiry”, kiedy wykwit śpiewanego protestu nabrał walecznej dynamiki. Nie słyszałem jednak, aby twórcom nieprawomyślnych tekstów oraz ich wykonawcom wyrywano paznokcie. Przeciwnie, obnosząc się ze swoim „anty”, niczym specjalnie, poza nielicznymi wyjątkami, nie ryzykowali. Trzeba sporo wyobraźni i duchowego zakręcenia, aby uznać je za szczególnie bohaterskie – niemal martyrologiczne – bo taki wymiar usiłuje się im współcześnie nadać. Są co najwyżej godne „kombatanckich” wspominków części środowiska dinozaurów rodzimego rocka, któremu, w walecznym nurcie Skiba zdaje się przewodzić. Stąd już tylko krok do dowodzenia, że młodzieżowa twórczość muzyczna – swoisty fenomen tamtych lat PRL-u – była zasadniczo inspirowana niechęcią do „komuny”. Bzdura !. Wychodzi więc jakoś tak głupio, że bez posilania się wstrętem do „reżimu” nasz rock byłby co najmniej zubożony o utwory inspirowane buntem przeciw chwiejącemu się w posadach systemowi; kto wie, może zwyczajnie zdechłby z braku duchowej pożywki. Jest kuriozalnym windowanie przez niektórych festiwalu w Jarocinie do rangi wydarzenia politycznego w pierwszej kolejności, mającego zasadniczo na celu uprzykrzenie życia rządzącym.
Ponieważ facet (Skiba) został wykreowany przez media – zwłaszcza TV – za żywy autorytet od wszystkiego – nie przeczę, że zdarza mu się zdrowo myśleć – krzywienie się na Skibę jest dziś ryzykownym. Wzmocniony prezydenckim ukrzyżowaniem artysta dołączył do grona najbardziej zasłużonych kombatantów walecznej konfrontacji z komunizmem. Chwalebna amatorszczyzna na polu niestrudzonej walki, z którą się przy każdej okazji obnosił, została zadekretowana więc o parę punktów wyżej, i przybliżyła Skibę do grona najbardziej bitnych i zasłużonych. Trzeba jednak przyznać, że swe „kombatanctwo” artysta traktuje z pewnym dystansem.
Głos odznaczonych o „syfie” w komunie nie może urażać, gdyż mieści się w kanonie demokracji – każdy może gadać co chce, nawet dyrdymały, Skiba również. Ja po prostu uważam ten język za głupi i populistyczny – pod niewymagającą publikę. Oczywiście nie brakuje klakierów zapatrzonych w Skibę, podzielających jego strzelistą puentę o „syfie”. Z drugiej strony, wielu dystansuje się od takich skrajności, pozostając przy tym w mnogich aspektach krytycznym wobec tamtej Polski. Do nich należę. Sprawa jest mym zdaniem częścią myślowego zbioru z rzędu nieprostych i jak się chce o niej gadać warto się przygotować do tematu. Być może Skiba przy tak poważnej okazji poważnie gadać nie zamierzał, bo i po co, jak można na modłę młodzieżową – odznaczony ma już dzięki Bogu pięćdziesiątkę – walnąć z grubej rury, płynąc z prądem, a więc z zachowaniem politycznej poprawności, z niezmąconą wiarą w sprawę, za którą „upuszczał krwi” w kaliskim więzieniu. Nie wykluczone, że nadal, nie mogąc oderwać się od ducha walki, Skiba anarchizuje, tyle że inaczej.
Oczywiście nie sposób negować faktów. Więzienna represja, której padł ofiarą w roku1985, należy do świata realnego. Te i podobne uciążliwości, niekiedy bardziej bolesne, obciążają miniony system i sprawiają, że postawa naszego rockmana była w tamtym czasie jakąś wartością. Nie akceptuję jedynie płynących z tego wniosków, które deprecjonują i sprowadzają do zera (skoro to był „syf”) liczne zasługi powojennego pokolenia jako całości. Te zaś, działając w najlepszej wierze, z pobudek jak najbardziej patriotycznych, włączyło się w rozmaite nurty życia wspierającego ludowe państwo – jedyne jakie było. Należę do ogromnej rzeszy „cichych”, którzy się nie godzą na totalne potępienie drogi życiowej rodziców i dziadków, a także w jakiejś części swej własnej. Działaliśmy i pracowaliśmy dla Polski motywowani patriotyzmem, tak jak ten patriotyzm rozumieliśmy. Czyniliśmy to daleko bardziej bezinteresownie od współczesnych nauczycieli, czy epizodycznych interpretatorów historii: rozmaitych gwiazd medialnych, dyżurnych historyków, celebrytów, od których roi się w szeroko rozumianej publicystyce. Jest oczywistym, że mają prawo mieć swoje zdanie, nawet jeśli ono nie przystaje do mego. Nie może jednak być tak, aby liczyło się wyłącznie to ich, bo taka sytuacja oznacza manipulacje, z tą zaś mamy w sposób oczywisty i bezczelny do czynienia.
Tak na marginesie całej sprawy pytam: co to był za „reżim” skoro pozwolił Skibie, mimo iż był jego natchnionym wrogiem, zdać państwową (reżimową) maturę a potem ukończyć państwowe (reżimowe) studia ukoronowane magisterium (pewnie też reżimowym) w 1989 roku, a więc … w czasach „syfu”. W „ponurej komunie”. .