Nieść dobro, to toczyć walkę

-Coraz częściej niestety słyszy się niewyraźne mówienie przez aktorów, zarówno w serialach jak i w teatrze. To jest jednak do skorygowania. Bardziej niepokoi mnie coś innego. Wulgarność języka ulicy, która weszła do filmu i teatru. W czym innym mnie wychowywano. Nie potrafię się z tym pogodzić. Czy sztuka ma się zarażać od ulicy? Czy raczej nie powinno być odwrotnie? – z Mają Komorowską, aktorką i wieloletnia profesorką Akademii Teatralnej w Warszawie rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pani stosunek do zawodu, do teatru, do aktorstwa, do jego nauczania, jest niezwykle poważny. Jednak można przypuszczać, że przynajmniej pewna część młodych ludzi wybierających studia aktorskie kieruje się przede wszystkim chęcią zostania gwiazdorem, grania w serialach, zarobienia pieniędzy…
Mam nadzieję, że takich, którzy myślą o gwiazdorstwie i o pieniądzach jest niewielu. To niebezpieczne myślenie, zwłaszcza na wstępie studiów.
Z relacji Pani studentów wynika, że była Pani bardzo surowym, wymagającym pedagogiem. Czy kieruje Panią motywacja, aby ich zahartować, dać im „zimny wychów”, uświadomić wagę i trudności związane z tym zawodem?
Nie, nie myślę tak. Nie myślę o żadnym „zimnym wychowie”. Nie potrafiłabym myśleć, że jest to jakiś sposób na wychowanie. Gdy pracuje się z ludźmi, gdy chce im się coś naprawdę dać, to nie można od nich nie wymagać. Nie można nie wymagać dużo. Nie stosuję natomiast żadnych „sposobów”, takich jak „zimny wychów”. Wymagam też oczywiście n.p. punktualności i przygotowania. Wielkiej pracy wymagałam od moich studentów przy inscenizacji „Panien z Wilka”. Ta sztuka wymagała precyzyjnej partytury i precyzyjnego jej wykonania. Studenci pracowali długo, po każdej pracy było omówienie przedstawienia, wskazywanie i analizowanie błędów. To była trudna, mozolna, ale także dlatego tak bardzo interesująca praca.
Pani uczniowie mówili, że bywała Pani „bezlitosna” dla niepracujących, ale jednocześnie podkreślają, że do końca chce Pani pomóc studentowi, który ma trudności. To świadczy o sprzeczności w Pani charakterze?
Nie, tu nie ma żadnej sprzeczności. Jeżeli widzimy, że ktoś nie pracuje, to trzeba się pilnować, by nam w pewnym momencie ręce nie opadły. Jednak zawsze próbuję walczyć do końca. Jeżeli ktoś ma wielkie trudności, to próbuje pomoc mu je przewalczyć. Żadne zdolności jednak nie pomogą, jeśli nie ma pracy. Oczywiście może być wielka pracowitość i brak zdolności.
Co mają robić ci mniej zdolni?
Samo życie weryfikuje tych, którzy przeszli przez studia na poziomie słabym i średnim, którzy nie zostali skreśleni na początku. Nie wszyscy, którzy kończą Akademię Teatralną zostają aktorami. Niektórzy zostają n.p. prezenterami telewizyjnymi czy też podejmują inne zawody. Trochę szkoda miejsca dla tych, którzy są pracowici, ale którzy nie mają iskry bożej talentu, bo będą się męczyć. Czasami się jednak zdarza, że ktoś przeszedł wspaniale przez szkołę, a potem jakoś opadł, nie odnalazł się. Bywa też, że ktoś, komu w szkole szło ciężko, zabłyśnie już w zawodzie. Ludzie różnie się rozwijają, więc trzeba się przyglądać, mieć cierpliwość. Zdarza mi się mieć do siebie samej pretensję, że poświęcam zbyt dużo pracy komuś, kto nie ma iskry talentu, a tego, który ją ma, zaniedbuje się. Miałam jednak szczęście do zdolnych studentów. Wymienię kilka nazwisk: Agnieszka Judycka, Mateusz Gryglik, Wojciech Żołądkowicz, Przemek Kaczyński, Marcin Przybylski, wcześniej Agnieszka Glińska, Artur Żmijewski, Bartosz Opania, Kasia Herman, Małgosia Kożuchowska, Agata Kulesza, Borys Szyc.
Asystenci Pani bardzo pomagają?
Miałam i do nich szczęście. Kiedyś był Tadeusz Chudecki, potem Marcin Przybylski, a później Julia Kijowska.
Profesor Zbigniew Zapasiewicz skarżył się kiedyś, że coraz trudniej nawiązuje kontakt z młodym pokoleniem, że ma wątpliwości co do sensu uczenia ich tego, czego potem nie potrzebują w pracy, n.p. w telewizji. Jaki Pani ma pogląd na tę kwestię?
Rozumiałam rozterki Zbyszka, ale to, czego nauczył ich gdy chodzi o mówienie wiersza, oni wcześniej czy później docenią. Na pewno im się to przyda, na pewno im w niczym nie przeszkodzi. Mieliśmy wspólnych studentów i wiem jak bardzo go pamiętają. Młodych ludzi nie potrzeba kokietować, zaakceptują to, co autentyczne. Problem w tym, że znaczna część spośród absolwentów nie znajduje miejsca w teatrach, grają w serialach czy robią reklamy, gdzie stawiane są im zupełne inne wymagania niż te ze szkoły. Oczywiście jednak nie możemy nie brać pod uwagę tego, w jakim świecie żyjemy. Mnie nie wypada oceniać faktu grania w serialach. Sama w nich nie gram, takiego dokonałam wyboru, ale nie mogę dziwić się młodym ludziom, którzy poza wszystkim muszą z czegoś żyć. Nie zamierzam być moralistką, nie zamierzam wystawiać ocen. Seriale też bywają różne. Daniel Olbrychski powiedział mi swego czasu, że widział pewną aktorkę wiele razy teatrze, a docenił dopiero w jakiejś roli serialowej.
Część widzów skarży się też na taki defekt gry części młodych aktorów jak słaba dykcja…
Tak, coraz częściej niestety słyszy się niewyraźne mówienie przez aktorów, zarówno w serialach jak i w teatrze. To jest jednak do skorygowania. Bardziej niepokoi mnie coś innego. Wulgarność języka ulicy, która weszła do filmu i teatru. W czym innym mnie wychowywano. Nie potrafię się z tym pogodzić. Czy sztuka ma się zarażać od ulicy? Czy raczej nie powinno być odwrotnie? Nie wolno na ten problem zamknąć oczu. Film Jana Komasy „Sala samobójców”, bardzo smutny, uświadomił mi obcość międzypokoleniową w jaką zabrnęliśmy. Ten film to wielki krzyk.
Polska tradycja teatralna to głównie romantyzm czy Fredro. Istnieje tradycja grania tych tekstów, wymagająca specjalnych typów, n.p. fredrowskich, umiejętności noszenia starych kostiumów. Tymczasem takich typów, takiego klimatu dziś już nie ma. Jak ten problem rozwiązać?
Zawsze można szukać jakichś nowych sposobów grania klasyki. Jeżeli ktoś jest utalentowany, jak n.p. Grzegorz Jarzyna, to może ją pokazać tak, żeby jakoś nas, współczesnych, dotyczyła.
Niektórzy kontrastują Pani styl pracy, bardzo energetyczny, spontaniczny, emocjonalny z dystansem, spokojem Andrzeja Łapickiego. To kwestia spontaniczności czy metody?
Niech pan nie szuka metody na siłę. Energia, jak to pan określa, łączy się z osobowością, sposobem mówienia, chodzenia. Andrzej znakomicie uczył Fredry. Dzięki Andrzejowi jestem w szkole, bo on mnie namówił, choć się broniłam.
Co zawdzięcza Pani Jerzemu Grotowskiemu i Jerzemu Jarockiemu?
Odwołam się do książki-wywiadu przeprowadzonego ze mną przez Barbarę Osterloff. Obszernie w niej o tym mówię. Najlepiej będzie jak zacytuję krótki fragment. O Grotowskim: „dzięki pracy w tym teatrze została rozgimnastykowana moja wyobraźnia. (,,,) nauczyłam się koncentrować, używać głosu, omijając wszystkie niespodziewane przeszkody”.
A Jarockiemu?
Zacytuję: „Zdarza się, że reżyser brutalnie coś od aktora próbuje egzekwować, a w naszej pracy z Jerzym Jarockim nigdy tego nie doświadczyłam, choć bywał surowy, bardzo wymagający. Czułam się bezpieczna, kiedy mnie prowadził, bo to było bardzo przemyślane i celowe prowadzenie. Po Jerzym Grotowskim potrzebowałam takiego zaopiekowania się, takiej pomocy. Jerzy Jarocki mi ja ofiarował. Wielki twórca, a jeszcze z takim poczuciem humoru, jakie to ważne”.
Co jest najważniejsze w teatrze?
W sztuce w ogólności – wzruszenie, które rozumiem także jako uśmiech. Jeśli tego brakuje, to jest smutno. Taka aktorka, która dawała wspaniałe wzruszenie, była n.p. Rysia Hanin, sama naturalność w grze. Jej grę sprzed lat odbieram jako bardzo współczesną.
A w Pani osobistej pracy? Jakie spotkania były najważniejsze?
W teatrze oczywiście wspomniana praca z Jerzym Grotowskim i Jerzym Jarockim. Także spotkania z Bohdanem Korzeniewskim. Później także z Helmutem Kajzerem, z Erwinem Axerem, z Krystianem Lupą, z Krzysztofem Warlikowskim. Bardzo dobrze wspominam udział w komedii „Letycja i lubczyk”, rolę tytułowej „Panny Julii” z Romanem Wilhelmim, rolę w „Dwojgu na huśtawce” Gibsona. Udało mi się jako aktorce teatralnej brać udział w zróżnicowanej palecie artystycznej. W filmie kluczowe były dla mnie spotkania z Krzysztofem Zanussim i Edwardem Żebrowskim, ale także z Andrzejem Wajdą, Tadeuszem Konwickim, Krzysztofem Kieślowskim, Januszem Morgensternem, Juliuszem Burskim. Chcę przy tej okazji wspomnieć trochę zapomnianego Edwarda Żebrowskiego, z którym pracowałam w „Ocaleniu”, twórcy świetnego „Szpitala przemienienia” czy „W biały dzień”. To był talent łączący w sobie wyobraźnię Wajdy i intelektualizm Zanussiego. Wielka szkoda, że choroba wyłączyła go z zawodu na długie lata. Udział w jego filmie „Ocalenie” był dla mnie jednym z najważniejszych doświadczeń artystycznych.
Jedna z Pani studentek powiedziała, że jest Pani wyrazicielką „jasnych wartości”. Tymczasem panuje przekonanie, że zło, jakości ciemne są atrakcyjniejsze w sztuce. Jak Pani rozwiązuje ten dylemat jako pedagog i jako aktorka?
To się zmieniało z biegiem lat. Ja rzeczywiście zawsze próbuję szukać nadziei. Wiem, że tzw. negatywne postacie mają większą drapieżność. Wystarczy przywołać tylko Dostojewskiego. Dobro niestety jest często pokazywane w sposób nieinteresujący. Dobro jest często wynikiem walki, a nie jakąś kategorią słodką, liryczną. Postacie, które niosą dobro, często toczą ze sobą walkę. W najbardziej ciemnej przestrzeni można znaleźć coś jasnego.
Dziękuję za rozmowę.

MAJA KOMOROWSKA – ur. 23 grudnia 1937 w Warszawie – aktorka teatralna i filmowa, profesor Akademii Teatralnej w Warszawie. W 1960 roku ukończyła Wydział Lalkarski Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Trzy lata później zdała eksternistyczny egzamin aktorski. Zadebiutowała 30 września 1960 roku na deskach krakowskiego Teatru Lalki, Maski i Aktora Groteska. Od roku 1961 związana była z zespołem Jerzego Grotowskiego, najpierw w Teatrze 13 Rzędów w Opolu, a następnie w Teatrze Laboratorium we Wrocławiu. Współpraca ta trwała do 1968 roku. Po odejściu z Teatru Laboratorium współpracowała z teatrami wrocławskimi: Współczesnym (1968-1970) i Polskim (1970–1972). Za rolę Hamma w sztuce Samuela Becketta Końcówka wystawioną na deskach Teatru Polskiego otrzymała nagrodę I stopnia na 12. Kaliskich Spotkaniach Teatralnych. W 1972 roku przeszła do warszawskiego Teatru Współczesnego prowadzonego wówczas przez Erwina Axera. Zagrała m.in. w Lirze Edwarda Bonda, Święcie Borysa Thomasa Bernharda, Rzeczy listopadowej Ernesta Brylla i Kordianie Słowackiego. Z Teatrem Współczesnym związana jest do dziś. W latach osiemdziesiątych aktorka wystąpiła m.in. w Tryptyku Maxa Frischa przeniesionym na scenę przez Erwina Axera oraz Kurce wodnej Stanisława Witkiewicza, Trzech siostrach Antona Czechowa i Letycji i Lubczyku Petera Shaffera w reżyserii Macieja Englerta. Za rolę w ostatniej sztuce zdobyła nagrodę im. Aleksandra Zelwerowicza oraz nagrodę główną na 30. Kaliskich Spotkaniach Teatralnych. W Wizycie starszej pani Friedricha Dürrenmatta w reżyserii Wojciecha Adamczyka, Szczęśliwych dniach Samuela Becketta w reżyserii Antoniego Libery, U celu Thomasa Bernharda w inscenizacji Erwina Axera oraz Wymazywaniu Krystiana Lupy. Za rolę Cecily Robson w przedstawieniu Kwartet Ronalda Harwooda otrzymała Feliksa Warszawskiego oraz nagrody na krajowych festiwalach teatralnych. Po kreacji Marii w Wymazywaniu aktorka kontynuowała współpracę z Krystianem Lupą. W 2004 roku zagrała Irinę Arkadinę w Niedokończonym utworze na aktora według Mewy Czechowa i ekspresyjną Pilar w Sztuce hiszpańskiej Yasminy Rezy. W 2006 roku pojawiła się jako Anna Meister w sztuce Na szczytach panuje cisza Thomasa Bernharda. Za tę rolę w 2008 roku aktorka otrzymała tytuł Najlepszej Aktorki na 14. Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi. W tym samym roku została uhonorowana przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Złotym Medalem Gloria Artis w kategorii teatr. Duże uznanie przyniosła jej rola Sary Bernhardt w sztuce Mimo wszystko Johna Murrella w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza. Zagrała wielką gwiazdę przyzwyczajoną do składanych jej hołdów i jednocześnie kobietę inteligentną, ironiczną i świadomą starości i nadchodzącej śmierci. W Warszawie występowała gościnnie m.in. w Starej Prochowni, Scenie Prezentacje czy w Teatrze Dramatycznym. Ponad 30 razy wystąpiła w Teatrze Telewizji oraz wyreżyserowała przedstawienie Przy stole Antona Czechowa. Od 1982 roku wykłada w Akademii Teatralnej w Warszawie. Za osiągnięcia artystyczne i dydaktyczne otrzymała nagrodę indywidualną Ministerstwa Kultury i Sztuki w 1991 i 1994 roku. W 2011 roku wyreżyserowała przedstawienie Panny z Wilka na podstawie opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, które w lipcu tego samego roku otrzymało nagrodę Grand Prix podczas VI Międzynarodowego Festiwalu Szkół Teatralnych w Warszawie. Jako aktorka filmowa przez wiele lat była mocno związana była przede wszystkim z Krzysztofem Zanussim, w którego filmach, w różnych rolach, stworzyła wizerunek kobiety o skomplikowanej psychice, wyrażając swoimi kreacjami niektóre istotne emocje, myśli i postawy wobec współczesności. Zjawiskową kreację Racheli stworzyła w ekranizacji „Wesela” w reżyserii Andrzeja Wajdy (1972). Ma na swoim koncie wiele ról filmowych. Należała do ulubionych aktorek Krzysztofa Zanussiego. Zagrała m.in. w jego filmach Za ścianą (1971), Życie rodzinne (1971), Bilans kwartalny (1975), Spirala (1978), Stan posiadania (1981), Cwał (1995).