Państwo wyjątków

Informacja o tym, że Marta Nawrocka przeszła na wcześniejszą emeryturę po 18 latach służby w strukturach celno-skarbowych, wywołała przewidywalną falę komentarzy. Tyle że nie o jedną osobę tu chodzi. Chodzi o to, że Polska od dawna nie ma jednego spójnego systemu emerytalnego. Ma za to coraz dłuższą listę wyjątków, które łatwiej było dopisywać, niż ułożyć w jedną sensowną całość.

Nie ma powodu potępiać ludzi za to, że korzystają z prawa, które państwo samo im dało. Jeśli ktoś ma takie uprawnienie, zwykle z niego skorzysta. W tym przypadku państwo uznało Służbę Celno-Skarbową za formację o szczególnym charakterze — umundurowaną, wykonującą nie tylko zadania administracyjne, ale też kontrolne i represyjne, związane ze zwalczaniem przestępczości skarbowej, przemytu czy oszustw podatkowych. Na tej podstawie włączono ją do odrębnego reżimu emerytalnego, zbliżonego do innych służb mundurowych.

To dobrze pokazuje istotę problemu. W debacie publicznej wciąż mówi się o „systemie emerytalnym”, jakby wszyscy w Polsce podlegali tym samym zasadom. Tak nie jest. Większość obywateli pozostaje w systemie powszechnym i przechodzi na emeryturę według zasad ogólnych. Obok tego istnieją jednak osobne ścieżki dla różnych grup zawodowych. Jedni przez lata odkładają składki i czekają na świadczenie według wspólnych reguł. Inni wchodzą w odrębny porządek, zapisany w ustawach i finansowany na innych zasadach. W praktyce oznacza to jedno — system nie jest wspólny, tylko podzielony.

Sama obecność wyjątków nie musi jeszcze oznaczać niesprawiedliwości. Są zawody, w których ryzyko, obciążenie psychiczne i fizyczne albo pełna dyspozycyjność naprawdę mogą uzasadniać wcześniejsze zakończenie służby. Państwo ma prawo chronić ludzi wykonujących pracę szczególnie trudną. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy wyjątek przestaje wynikać z charakteru pracy, a staje się trwałym elementem zawodowego statusu. Wtedy nie chodzi już o ochronę, lecz o przywilej.

Właśnie dlatego sam przypadek Nawrockiej jest mniej ważny niż pytanie, które za nim stoi. Według jakiej zasady państwo przyznaje prawo do wcześniejszej emerytury? Czy decyduje realne ryzyko? Charakter obowiązków? Zużycie zdrowia? Dyspozycyjność? A może po prostu siła instytucji, która potrafi wywalczyć dla siebie osobny status? Na to pytanie od lat nie ma jasnej odpowiedzi.

Przez lata kolejne rządy nie usuwały tej niespójności, tylko nauczyły się z nią żyć. Temat jest politycznie niewygodny, bo każda próba uporządkowania systemu oznacza konflikt z dobrze zorganizowanymi środowiskami. Łatwiej więc utrzymywać wyjątki niż budować wspólne reguły. W efekcie państwo nie reformuje systemu, tylko utrwala jego podział.

Do tego dochodzi demografia. Polska się starzeje, ludzi w wieku produkcyjnym będzie ubywać, a liczba osób pobierających świadczenia będzie rosła. To oznacza rosnącą presję na cały model emerytalny. W takich warunkach państwo nie może bez końca opierać się na historycznych zaszłościach, politycznych kompromisach i kolejnych wyjątkach dopisywanych dla następnych grup.

Nie chodzi jednak o to, by wszystkim po prostu kazać pracować dłużej. Taka odpowiedź byłaby równie prymitywna, jak bezrefleksyjna obrona obecnego stanu. Najpierw trzeba wreszcie uczciwie ustalić, kiedy wcześniejsze świadczenie naprawdę ma charakter ochronny, a kiedy staje się po prostu szczególnym przywilejem. Bez tego każda kolejna awantura wokół głośnego nazwiska skończy się tak samo — chwilowym oburzeniem i powrotem do starego porządku.

Dlatego spór nie dotyczy tego, czy Pierwsza Dama „zasłużyła” na wcześniejszą emeryturę. Spór dotyczy tego, czy państwo polskie chce wreszcie stworzyć jeden czytelny system z nielicznymi i dobrze uzasadnionymi odstępstwami, czy dalej będzie utrzymywać zbiór osobnych reguł, których nikt nie ma odwagi sprowadzić do wspólnej logiki. Dopóki wygrywa to drugie, każda kolejna taka historia będzie tylko objawem większego problemu. Nie problemu jednostek, lecz problemu państwa.

Piotr Kusznieruk

Poprzedni

Europa musi skończyć z polityką ustępstw wobec Trumpa

Następny

Antykomuch domowy