
PRL
17 lipca 1936 roku faszyści wypowiedzieli wojnę hiszpańskiej demokracji. Generał Franco – sojusznik Hitlera i Mussoliniego – z pomocą Kościoła, banków i wielkich właścicieli ziemskich dokonał zamachu stanu przeciwko Republice. Rozpoczęła się wojna domowa, która nie była tylko lokalnym konfliktem, lecz preludium do globalnej katastrofy. Inne państwa europejskie zdradziły wówczas własne ideały – sparaliżowane nie tyle grozą faszyzmu, co lękiem, że zwycięstwo lewicowej koalicji w Hiszpanii ośmieli ruchy robotnicze również u nich. Faszyzm – zanim zdobył Paryż i Warszawę – ćwiczył swoje metody w Madrycie i Guernice. A przeciwko niemu – bez wsparcia rządów i armii – stanęli zwykli ludzie. Wśród nich Polacy. Dąbrowszczacy.
To nie był „konflikt bratobójczy” ani „tragedia obu stron” – jak próbują nam dziś wmówić podręczniki pisane pod dyktando prawicy. Generał Francisco Franco nie był żadnym obrońcą tradycji, tylko zbrodniarzem wojennym, który z pomocą Hitlera i Mussoliniego dokonał zamachu stanu przeciwko demokratycznie wybranemu rządowi Republiki Hiszpańskiej. Jego armia, Kościół i kapitał rozpoczęły krucjatę nie tylko przeciwko lewicy, ale przeciwko wszelkim społecznym reformom – przeciw sprawiedliwości, równości i ludowej podmiotowości. Kiedy zbuntowane pułki atakowały Barcelonę i Madryt, atakowały nie tylko miasta – atakowały ideę, że świat może być zbudowany inaczej niż na interesie właściciela ziemskiego, generała i bankiera. To była rewolucja brutalnie przerwana przez tych, dla których każda próba upodmiotowienia ludu jest zdradą świętego porządku. Franco przez trzy dekady sprawował władzę o charakterze terrorystycznym: mordował, więził, zabraniał języka i religii, a pod pozorem jedności narodowej niszczył wszelką różnorodność.
Europa, zasłaniając się doktryną nieinterwencji, pozwoliła faszyzmowi rozkwitać. Z wyjątkiem ZSRR i Meksyku, żadne państwo nie udzieliło wsparcia Republice. Zamiast tego pozwolono, by niemieckie i włoskie samoloty bombardowały Madryt, tak jak trzy lata później Luftwaffe będzie bombardować Warszawę. Demokracje zachodnie przymykały oczy, bo rząd Ludowego Frontu chciał upaństwowić ziemię, dać prawa pracownikom, zlikwidować analfabetyzm. To nie pasowało do liberalnego porządku Europy, który uznaje prawa kapitału za świętsze od życia ludzkiego. Oto źródło milczenia Anglii i Francji, oto fundament ich „bezstronności”: kapitał się nie niepokoi, dopóki lud milczy. Tymczasem dym z Guerniki był zapowiedzią dymów nad Rotterdamem, Coventry i Warszawą.
W odpowiedzi na faszystowski zamach, do Hiszpanii ruszyły tysiące ochotników z całego świata. Przeważali wśród nich ludzie pracy – robotnicy, rzemieślnicy, nauczyciele, bezrobotni. Ale byli też studenci, pisarze, lekarze, ludzie kultury. Antyfaszyści wszelkich przekonań i wrażliwości: komuniści, socjaliści, anarchiści, katolicy, ateiści, wierzący i niewierzący – jednoczeni przekonaniem, że faszyzm to nie tylko polityczna doktryna, lecz śmiertelne zagrożenie dla godności człowieka. Wśród nich było około pięciu tysięcy Polaków. Część przyjechała z Francji, Belgii, Ameryki, inni z ZSRR, jeszcze inni – bezpośrednio z Polski. Wielu z nich było emigrantami zarobkowymi lub uchodźcami politycznymi, działaczami związkowymi, rewolucjonistami i demokratami. Jedni uciekli przed represjami jeszcze przed 1936 rokiem, inni stali się dla władz II RP zdrajcami dopiero po tym, jak chwycili za broń przeciwko faszyzmowi. Państwo sanacyjne pozbawiało ich obywatelstwa, odmawiało prawa powrotu, a tych, którzy wracali – zamykało w więzieniach.
Niektórzy z nich przybyli do Barcelony na Ludową Olimpiadę – międzynarodowy turniej organizowany przez lewicę w kontrze do nazistowskich igrzysk w Berlinie. Zamiast walczyć o medale, chwycili za broń. To byli pierwsi Polscy ochotnicy, którzy rozumieli, że gdy faszyzm podnosi głowę – nie wolno czekać. Potem ruszyli górnicy z północnej Francji, działacze socjalistyczni z Belgii, komuniści z warszawskich kamienic, Żydzi z Galicji, chłopi z Wołynia. Polacy utworzyli własny batalion – im. Jarosława Dąbrowskiego – który później dał nazwę całej brygadzie. Ale nasi walczyli też w brygadzie im. Thälmanna, w milicjach anarchosyndykalistycznych, a nawet ramię w ramię z bojownikami POUM – antyautorytarnej partii socjalistycznej, która wystawiła własne oddziały zbrojne i krytykowała dyktat Moskwy. Polacy byli obecni wszędzie tam, gdzie liczyła się sprawiedliwość, wolność i godność człowieka. Walczyli za każdy skrawek sprawiedliwości, który można było jeszcze obronić. Wiedzieli, że jeśli dziś padnie Madryt, jutro może paść Warszawa.
Dąbrowszczacy brali udział we wszystkich najważniejszych bitwach hiszpańskiej wojny domowej – od obrony Madrytu, przez Guadalajara, Brunete, Teruel, aż po bitwę nad Ebro. Walczyli w upale, głodzie, pod bombami, bez należytego uzbrojenia i bez gwarancji, że świat ich usłyszy. Ich marsze, ich śpiewy, ich poświęcenie – to wszystko było wyrazem głębokiego przekonania, że są częścią większej historii. Że być może przegrywają bitwę, ale nie przegrywają sprawy. Wśród nich byli i ci, którzy przeżyli tylko kilka dni frontu, i ci, którzy wracali potem do Polski, Francji, Anglii, by kontynuować walkę w ruchu oporu przeciwko nazistom. Byli ofiarami represji stalinowskich, emigrantami znowu wygnanymi – tym razem przez nową władzę, która nie lubiła ludzi z własnym zdaniem.
Pożegnano ich z honorem. W 1938 roku, gdy republikański rząd – pod naciskiem państw tworzących tzw. Komitet ds. Nieinterwencji – zdecydował o wycofaniu Brygad Międzynarodowych, dziesiątki tysięcy ludzi żegnało ochotników na ulicach hiszpańskich miast. Był to gest dobrej woli wobec Zachodu, który w praktyce okazał się fikcją – Niemcy i Włochy nadal wspierały Franco, podczas gdy demokracje zachodnie pozostały bierne. 28 października w Barcelonie ochotników żegnano z łzami i pieśniami. Dolores Ibárruri – legendarna La Pasionaria – przemówiła: „Nie żegnam was słowem »adiós«, które oznacza rozłąkę, lecz wezwaniem: »Wróćcie! Wróćcie! Wróćcie!«. Naród hiszpański nigdy o was nie zapomni”. I rzeczywiście – Hiszpania pamięta. Weteranom przyznano honorowe obywatelstwa (oficjalnie w 1996 roku), powstały pomniki, tablice, ulice ich imienia. Niestety, Polska postanowiła zapomnieć.
Ich biografie to nie są życiorysy „radzieckich agentów”, jak chciałaby prawica. To życiorysy ludzi, którzy potrafili odmówić wygodnej bierności. Za swoją walkę nie dostali w Polsce pomników. Po 1989 roku zniknęli z podręczników, z Grobu Nieznanego Żołnierza, z nazw ulic. IPN kazał ich dekomunizować, odbierając im nawet resztki godności. Propaganda prawicowa nazywa ich „żołnierzami Stalina”, „agentami Moskwy”, „zdrajcami”. A przecież to właśnie oni bronili honoru Polski, zanim jeszcze rząd II RP zorientował się, że hitlerowskie Niemcy to nie sojusznik, a kat. Ludzie, którzy ocalili twarz Europy, w Polsce zostali zepchnięci na margines. Nikt nie chciał pamiętać, że byli wcześniej niż Westerplatte. Pamięć o nich obciąża sumienie III RP, która woli mit żołnierzy wyklętych od prawdy o żołnierzach wolności.
W rocznicę wybuchu hiszpańskiej wojny domowej (i nie tylko!) pamiętajmy o Dąbrowszczakach! Chodzi o przywrócenie pamięci o klasowej, internacjonalistycznej walce o lepszy świat. O tym, że historia nie kończy się na jednym froncie. Walka o prawa ludzi pracy, o równość i godność, toczy się nadal – w zakładach pracy, na granicach, w związkach zawodowych, w mieszkaniach, które trzeba bronić przed eksmisją. Pamięć o Dąbrowszczakach to nie tylko historia. To pytanie, po czyjej jesteś stronie? Po stronie Franco – zbrodniarza z poparciem banków i biskupów? Czy po stronie tych, którzy w 1936 roku nie mieli nic – poza honorem, solidarnością i odwagą. Czy jesteś z tymi, którzy bombardowali Guernikę, czy z tymi, którzy ją opłakiwali i bronili?
Dąbrowszczacy nie walczyli tylko z faszyzmem. Walczyli o przyszłość. Dlatego musimy pielęgnować ich pamięć. Musimy przypominać, że solidarność i opór mają historię. I że wciąż trwają. Niech żyje pamięć o Dąbrowszczakach! Niech żyje międzynarodowy antyfaszyzm! No pasarán!
JA










