Polskie bezdroża i wybory

Ta nasza historia, najnowsza, lata okupacji niemieckiej i tuż po wojnie obfituje w dramatyczne mocowanie się Polaków z wieloma narodowymi problemami na naszych drogach wyboru i decyzji w wymiarze społecznym i osobistym. Atakowały nas przecież ogromne cienie bezdroży, które musieliśmy pokonywać, by żyć i pracować. Musieliśmy najczęściej sami się boksować z wieloma przeciwnościami zaistniałymi w nowej rzeczywistości społeczno-politycznej, która była przecież dla większości Polaków zaskoczeniem i czymś jeszcze nieznanym. To, co się tworzyło po pięcioletniej, jakże okrutnej i zbrodniczej okupacji niemieckiej, nie mogło być dla nas obojętne, chociaż byli i tacy wśród nas. To oni przegrywali, przyjmując taki sposób na życie i swoją przyszłość.

Większość z nas myślała, zastanawiała się, co robić i podejmowała decyzje osobistego zaangażowania się w to powstające nowe, nieznane jeszcze, bo doprawdy było to nowe, a dotyczyło wszystkich Polaków. Oczywiście, że wielu z nas błądziło po tych polskich drogach i bezdrożach. Te nasze rodowe siedziby, miasta i wsie to jakże ubogie, dalekie były od ówczesnej cywilizacji Zachodu. Wielokrotnie musieliśmy wnosić korekty do swoich zachowań wobec tego, co się tworzyło na naszych oczach.
Duże zaskoczenie
Błądziliśmy, bo wszystko niemal było nowe, niespotykane na naszych drogach dotychczasowego życia i pracy. Rozwój sytuacji, życia społecznego, był niekiedy dużym zaskoczeniem. To również było w moim życiorysie. Przymierzałem się przecież do kilku zawodów, zanim wybrałem i przetrwałem w nim czterdzieści lat aż do przejścia na emeryturę, a następnie na rentę.
Nie byłem wyjątkiem, także moi koledzy kilkakrotnie dokonywali wyboru życia i pracy, wiążąc swoje losy z określonymi podmiotami państwa i działalności społeczno-politycznej. To właśnie ta tworząca się nowa rzeczywistość, ogarniająca nas młodych Polaków, dzieci wojny, motywowała do takiego postępowania. Było to trudne. Nie wszystko, co się tworzyło, powstawało, było zrozumiałe, oczywiste. Błądziliśmy, przeżywając różne osobiste rozterki i niekiedy brak przekonania do tego, co robiliśmy.
Jednak nasza intuicja wskazywała nam słuszne wybory i zachowania, które potwierdzone zostały w czasach dorosłego życia. Te wnoszone korekty w naszych zachowaniach były niekiedy spóźnione. Były też negatywne skutki, które trzeba było przezwyciężać w kolejnych latach. Bo do tego zmuszał nas młodzieńczy rozsądek, a później już nasze doświadczenia, nasza dorosłość. Wielu z nas, bardzo wielu, błądziło po tych naszych bezdrożach.
Myślami, zachowaniem, czuli się źle, coś uwierało. Ich myśli sięgały po inną Polskę, w II RP czuli się źle. Po latach mieli uczucie niespełnienia się, nie będąc w młodości w głównym nurcie dokonujących się zmian. Niestety, ich zachowania w ważnym okresie życia, tu i teraz, nie sprzyjały sięganiu po pewny sukces. Nie mieli poczucia sukcesu życiowego. Los sprawił, że pozostali na obrzeżach dokonań w dotychczasowych środowiskach. Ale wielu, bardzo wielu, dokonało właściwego wyboru. Ja też, czując się spełnionym we wszystkich wymiarach, zawodowym, społecznym i rodzinnym, nade wszystko rodzinnym. Byli to ludzie w większości z nizin społecznych, biedoty miejskiej i wiejskiej, a takimi przecież w II RP była większość Polaków. I to oni dziś mówią, że czują się spełnieni.
Pasałby krowy
Mieczysław Rakowski mówił, że gdyby nie było Polski Ludowej, pasałby krowy. Ja też. Nie wszyscy się do takiego życiorysy przyznają. Są tacy, którzy swoim zachowaniem urągają pamięci, kim by byli, gdyby nie warunki, jakie im stworzono na drodze awansu społecznego do uzyskania stopni naukowych i innych awansów, jakie były ich udziałem właśnie w Polsce Ludowej.
No cóż, tacy już jesteśmy, poprawiając i zmieniając swoje życiorysy, by podobać się nowym włodarzom Polski. Już nie pierwszym sekretarzom, a prezesowi. Można i tak. Człowiek, istota myśląca, ale wciąż się zmieniająca. Bo, jak wielu mówi, nie jesteśmy doskonałymi, lecz nieustannie się doskonalimy. Tylko jak to się ma do naszych wartości moralnych, po prostu, do bycia właśnie człowiekiem, sobą. Są nas miliony czujących się spełnionymi we wszystkich możliwych wymiarach.
Tyle tytułem wstępu do tego, co chcę napisać, co się tworzyło i powstawało, kiedy nastała jakże nowa rzeczywistość powojenna; o naszych zachowaniach, postawach i dokonywanych wyborach, których celem była nasza przyszłość.
Nowa rzeczywistość
Jest rok 1944. Lato. Początki sierpnia. Przeloty radzieckich bombowców przerywały nasz sen i burzyły pogodę ducha, bo przypominały nam naloty i bombardowania naszego miasta przez armię niemiecką i radziecką, bo na obrzeżach naszych domostw były zgrupowania wojsk niemieckich wycofujących się przed naporem oddziałów Armii Czerwonej.
W tej sytuacji na wschodnich krańcach Polski i nieco później niemal w całej Europie powstała nowa rzeczywistość, jakże odmienna od tej, jaka była przed wybuchem II wojny światowej we wrześniu 1939 roku i tuż po jej zakończeniu. Już wówczas my, Polacy, byliśmy podzieleni na różne orientacje i poglądy polityczne. Niemal każde polityczne ugrupowanie tworzyło struktury wojskowo-polityczne, oddziały zbrojne: AK, GL, AL, BCh i NSZ i jeszcze inne mniejsze formacje zbrojne.
Powstały też nowe partie polityczne, oprócz istniejących już przed wojną PPS i PSL. Taką nową partią była Polska Partia Robotnicza utworzona przez polskich komunistów podczas okupacji. Jej sekretarzem m.in. jeszcze w czasach wojny i krótko po jej zakończeniu był Władysław Gomułka. Istniała też Krajowa Rada Narodowa powołana w noc sylwestrową 1943/1944. Ogłosiła ona swój program przemian demokratycznych po wyzwoleniu. Miała to być Polska demokratyczna, ludowa.
Zapowiadała radykalne reformy społeczne, ziemię dla chłopów, fabryki dla robotników. Po kapitulacji Niemiec i zakończeniu wojny podziały i różnice programowe między tymi ugrupowaniami wojskowo-politycznymi jeszcze bardziej się zaostrzyły, objęły niemal wszystkich Polaków, skutkując czasami walkami bratobójczymi Polaków z Polakami. Nawet w rodzinach nie było jedności. Znałem dwóch braci. Jeden był w podziemiu, a drugi komendantem posterunku Milicji Obywatelskiej w jednej z gmin. Niemców już nie było, ale byli przeciwnicy polityczni dążący do przejęcia władzy. Jedni chcieli reaktywować II RP z kosmetycznymi zmianami programowymi.
Terror
Lewica też dążyła do przejęcia władzy, zapowiadając radykalne reformy demokratyczne, jak uspołecznienie przemysłu, przeprowadzenie reformy rolnej. Jej główne hasła to: fabryki dla robotników, ziemia dla chłopów, władza ludu, powszechna, bezpłatna oświata, odbudowa kraju ze zniszczeń. Ale jeszcze nic nie mówiono o socjalizmie. Te hasła głosiła PPS, która powstała w końcu lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. Istniał terror. Ginęli Polacy w obronie nowej ludowej władzy i ci, którzy chcieli powrotu władzy z czasów II RP. Stroną atakującą był oddziały zbrojne partii prawicowych i konserwatywnych.
Władze odpowiadały działaniami odwetowymi, na terror też odpowiadano terrorem. Ginęli Polacy, nasi sąsiedzi też. Widziałem to jako dziecko wojny. Miałem wówczas czternaście lat. Ginęli również ci, którzy nie byli w żadnej organizacji politycznej czy zbrojnej. Byli oni daleko od sporów politycznych. Tak np. zginął m.in. przyjaciel naszej rodziny Wacław Bujalski pasąc krowy w lesie w pobliżu swoich zabudowań. Zabito go tylko dlatego, że w tym czasie ścigano zbrojny oddział prowadzący walkę z istniejącą już władzą liczący na powrót rządu z Londynu.
Zginął wdowiec, ojciec trojga dzieci. Był to dramat rodzinny. Moja rodzina często jeździła z nimi do lasu, zbierać grzyby, jagody i owoce. Pana Bujalskiego znaleziono po kilku dniach w lesie. Był przykryty gałęziami i liśćmi. Prowadzący obławę potraktowali go jak jednego z tych z lasu, którzy odmówili ujawnienia się po ogłoszonej amnestii. Takich ofiar było więcej na tych naszych polskich bezdrożach, ofiar ostrej walki między Polakami. Bój toczono o władzę dla polityków, natomiast ofiary ponosił niemal cały naród.
Kiereszowanie historii
Co było przyczyną, siłą sprawczą dokonywanych wyborów w czasie tuż po zakończeniu wojny i naszych ówczesnych dążeń? Pytanie oczywiście jakże historyczne, ale warto chyba w dzisiejszych czasach odpowiedzieć, posiłkując się autopsją.
Opisuję to, co widziałem i słyszałem, byłem świadkiem wielu sytuacji, w tym jakże dramatycznych śmierci ojców moich kolegów. Jest potrzeba przeciwstawiać się totalnym kiereszowaniom naszej polskiej historii, jej przeinaczaniu, niedomówieniom, po prostu zakłamywaniu. Przecież jeszcze żyje wiele osób, które są świadkami tego, co się działo w ówczesnej Polsce.
Największym kłamstwem jest twierdzenie przez polityków dobrej zmiany, partii konserwatywnej, że po okupacji niemieckiej była przez czterdzieści lat okupacja sowiecka. Jaka to analiza porównawcza upoważnia ich do takich pokracznych ocen niezwykle ważnego dla Polaków problemu narodowego. Przecież to kłamstwo. Nagłaśnia się je w książkach, filmach, środkach masowego przekazu opanowanych przez partię sprawującą władzę. To dobrze, że ukazuje się trochę prywatnych wydawnictw oraz rozgłośni radiowych i telewizyjnych, które polemizują z tymi kłamliwymi ocenami.
Jest faktem i trzeba to uznać, że wyzwolenie Polski przez armię wschodniego sąsiada, Armię Czerwoną, sprzyjało zasadniczym zmianom, do których dążyła ówczesna lewica i ugrupowania demokratyczne programowo z nią związane. To prawda, że te nowe władze w Polsce mogły liczyć na silne wsparcie, na konkretną pomoc w umocnieniu swoich wpływów w społeczeństwie.
Kto popierał?
Dziś wielu nie pamięta, albo celowo przemilcza, komu Polacy zawdzięczają dzisiejszy kształt Polski. Kto popierał włączenie do Polski Wrocławia, Szczecina i szerokiego dostępu do Morza Bałtyckiego. Tak się stało na wyraźne żądanie państwa radzieckiego, a nie państw zachodnich, a nawet rządu polskiego na emigracji. To państwo radzieckie, bolszewickie, zdecydowało, że mamy dziś korzystne ukształtowanie terytorium Polski, jego jakże korzystną demografię obywateli naszego państwa.
Wspomniałem już wyżej, że fakt wkroczenia do Polski oddziałów Armii Czerwonej był nader ważnym czynnikiem przejęcia władzy przez lewicę. Ale to byłoby niewystarczające, gdyby lewica była słaba, nie miała wsparcia, akceptacji liczącej się części Polaków, ich społecznego zaangażowania po stronie powstałej władzy o orientacji lewicowo-demokratycznej. Przecież np. Austria też była wyzwolona przez Armię Czerwoną. Jej wojska stacjonowały tam przez dziesięć lat. I co, wycofała się w 1955 roku. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta, gdyż zabrakło tego czynnika wewnętrznego, wsparcia, ze względu na słabość lewicy. To samo mogłoby zaistnieć i w innych państwach, w Polsce, Czechosłowacji, Bułgarii, Rumunii. W naszym kraju lewicę poparli ludzie miast i wsi, którzy w czasach II RP żyli w nędzy i ubóstwie. Oj pamiętam, pamiętam te lata zimna, mrozu i braku kromki chleba. Tak było w wielu, bardzo wielu rodzinach mojego miasta. Jeszcze gorzej było na wsiach, w tych siedzibach, które miały nędzne, małe gospodarstwa.
Urojone sukcesy
Obecnie nasi polityczni włodarze to negują, mówiąc o urojonych sukcesach II RP. Jaki zachwyt wyrażają o wybudowanym jednym Centralnym Okręgu Przemysłowym. A była to kropla w morzu naszych potrzeb. Ekonomiści udowadniali że aby poprawić los Polaków była potrzeba wybudowania 50 takich okręgów przemysłowych. Właśnie prawie tyle wybudowano w Polsce Ludowej, tej niechcianej, wysiłkiem ogromnym całego narodu, nie tylko komunistów.
To był gigantyczny marsz nowoczesnego przemysłu, który prawica, po przemianach w 1989 roku, zniszczyła, oddała niemal darmo obcym. Może kiedyś stanie się zadość sprawiedliwości i ci, którzy się do tego przyczynili, zniszczyli polski przemysł, odpowiedzą przed Trybunałem Stanu. Jako pierwszy powinien odpowiadać przed tym najwyższym trybunałem Leszek Balcerowicz, inni także.
W latach 1944-45 lewica zapowiadała szeroki i radykalny program reform społecznych, który był zgodny z oczekiwaniem znacznej części Polaków. Wychodził naprzeciw naszym dążeniom i aspiracjom. Chociaż jeszcze nie wiedzieliśmy, czego właściwie chcemy. Wiedzieliśmy natomiast, że chcemy się przede wszystkim uczyć i później pracować w wyuczonych zawodach, jakoś się urządzić, by nie wegetować w biedzie jak nasze rodziny, pokolenia robotników i małorolnych chłopów.
Widzieliśmy po prostu szansę w tej nowej tworzącej się rzeczywistości społeczno-politycznej. Organizowano i odtwarzano powszechne szkolnictwo, brutalni zniszczone i zakazane przez okupanta niemieckiego. Zapowiedziano i stworzono w moim mieście nowe szkoły zawodowe z różnorodnymi specjalnościami i licea. Takich szkół dotychczas w ogóle nie było. Były w Siedlcach odległych od naszego miasta o trzydzieści kilometrów. Mój starszy brat Józef był uczniem tej szkoły tylko pół roku. Były to czasy II RP. Rodzice nie mogli opłacać jego nauki.
Rzemieślnicy, w tym kuśnierze, masarze i inni również żądali zapłaty od rodziców za naukę zawodu. Tak było w moim przypadku jeszcze dwa lata po wojnie. Nauka w szkole publicznej, zgodnie z programem władz była bezpłatna. Prowadzono też masowy werbunek do różnych szkół zawodowych organizowanych w całym kraju. Pamiętam, jak koledzy z naszej ulicy kończyli takie szkoły w różnych miejscowościach i po ich ukończeniu byli kierowani do pracy w różnych zawodach.
Byli zakwaterowani w internatach zakładowych. Powstający przemysł oraz różne resorty miały swoje szkoły zawodowe. Były też szkoły przyzakładowe. Młodzi ludzie przyjeżdżający do rodzin na urlopy chwalili się tym, że pracują i zarabiają w wyuczonych zawodach przez kilka miesięcy.
Paradowali przez miasto w nowych garniturach, których dotychczas nigdy nie mieli. Niektórzy już z żonami odwiedzali swoich rodziców. Zapoznali je właśnie w szkole. Powstająca niemal z gruzów i zgliszcz nowa Polska potrzebowała wykwalifikowanych pracowników. Wielu podejmowało dalszą edukację w systemie wieczorowym i zaocznym.
Matura w rok
Ten system oświaty był zorganizowany niemal w każdym większym mieście. Nawet w moim było liceum dla dorosłych i szkoła wieczorowa dla tych, którzy nie ukończyli siedmiu klas. Ja do takiej szkoły uczęszczałem przez rok. Dlatego mogłem być przyjęty do pierwszej klasy szkoły zawodowej. A na wyższych uczelniach istniały roczniki zerowe. W ciągu roku uzupełniało się średnie wykształcenie, stając się studentami pierwszego roku.
Werbunkiem kandydatów do szkół zawodowych zajmowały się też komendy powiatowe Służby Polsce. Kto dzisiaj wspomina, że swoją edukację zawdzięcza tej powszechnej organizacji? Niewielu. My, młodzi odbywaliśmy służbę w SP, pracując i szkoląc się. Ja np. pracowałem w czasie wakacji szkolnych w lipcu 1949 roku w 39. Brygadzie SP w Pasłęku.
Budowaliśmy wały przeciwpowodziowe obok pól rolników. Brygada nasza liczyła ponad tysiąc uczniów szkół z całego kraju, w tym z Warszawy i Gdańska. Pracowaliśmy osiem godzin dziennie. Na polach rolników także, w soboty i niedziele. Robiliśmy to ochotniczo. Pamiętam, że w namiotach nie pozostawał nikt. Wszyscy maszerowali na pola rolników. Obok namiotów były kuchnie polowe i sanitariaty oraz ujęcia wody.
Rolnicy częstowali nas mlekiem i owocami. Wielu posiadaczy tych gospodarstw rolnych było tułaczami ze wschodu, a m.in. z Ukrainy. Piliśmy kwaśne mleko w upalne dni. Tego się nie zapomina. Takie właśnie były nasze życiorysy. Te piękne karty zachowań i patriotycznych postaw powojennego pokolenia są, niestety, zapomniane przez obecne władze, które nieustannie gardłują tylko o czasach zniewolenia pod „okupacją bolszewicką”. Dlatego tak się zachowują, bo ich zdaniem była to Polska zła, ludowa, a nie kapitalistyczna. Jakie to prymitywne i prostackie. Przecież to moje pokolenie budowało nie tylko fundamenty, ale i pierwsze piętra tego, co dzisiaj nasz kraj sobą reprezentuje.
Pięciu komunistów
To przecież moje pokolenie likwidowało skutki niemieckiej niewoli i tworzyło nowoczesne oblicze Polski. A kto zlikwidował żałosne zjawisko analfabetyzmu z czasów II RP? Szwadrony kosmitów? Nie, zrobiła to Polska Ludowa. A w moim mieście można było komunistów policzyć na palcach jednej ręki. Było ich pięciu, gdy powstawała Polska Ludowa. Znam ich wszystkich. Szewc, zamiatacz ulic, piekarz i jeden pracownik samorządu miejskiego. Po wojnie wciąż pracowali w swoich zawodach, nie zmieniając poglądów. Jeden z nich był aresztowany i zesłany do obozu; udało się go rodzinie wykupić. A inny, Ostaszewski, w butach, które naprawiał, dostarczał do odpowiednich osób ulotki podziemia. Wszyscy oni nie wykazywali większej aktywności aż do końca swojego życia.
Werbunek, czy samodzielne wybory drogi do awansu społecznego? Tak, to wszystko było w określonym zakresie i skali. Temu nie można zaprzeczyć. Było i jedno, i drugie. Np. robotnik, brygadzista budowlany, był wyznaczany na dyrektora przedsiębiorstwa powiatowego. Taka była konieczność. Był przecież brak inżynierów budowlanych. Trzeba ich było kształcić parę lat na wyższych uczelniach. W wojsku przez wiele lat po wojnie realizowano hasło programowe werbunku do szkół oficerskich. „Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera” – mawiano.

Mnie też przyjęto do szkoły oficerskiej, mimo że nie miałem wówczas ukończonego średniego wykształcenia. Po wojnie jeszcze przez parę lat nie można było warunkować przyjęcia do szkół oficerskich posiadaniem matury. Bo po prostu tych maturzystów nie było, a tych, którzy posiadali maturę, przyjmowano na uczelnie cywilne. Tak było w moim przypadku.
Bezpartyjny
Ale wojsko stopniowo stawiało wyższe wymogi, tworząc jednocześnie warunki doskonalenia kwalifikacji i powszechnego dokształcania w systemie zaocznym i wieczorowym. Wojsko edukowało właśnie mnie niestacjonarnie przez czternaście lat, łącznie z uzyskaniem stopnia naukowego doktora, co zawdzięczam Polsce Ludowej i wojsku. Oczywiście, była też nomenklatura w polityce kadrowej jako jej zasadniczy kanon. Dobry fachowiec, ale bezpartyjny.
Tak. Ale po latach to się zmieniło. Prowadzono racjonalną politykę kadrową. Już nie egzekutywy partyjne decydowały o awansach, wyznaczaniu swoich partyjnych towarzyszy na kierownicze stanowiska. A teraz kto decyduje o wyznaczaniu na kierownicze funkcje w państwie i intratnych spółkach skarbu państwa? W sądownictwie i kulturze? Już nie pierwszy sekretarz KC lub KW, a prezes partii, która ma większość w sejmie. Niepokornych odwołuje się, a na ich miejsce są wyznaczane osoby o nijakich kwalifikacjach i doświadczeniu, ale uległe i pokorne wobec prezesa.
Mówi się dziś często o tym, jak to werbowano i zmuszano do wstępowania do PZPR jako warunku awansu społecznego. Na pewno były takie przypadki, ale byli i tacy, których nikt nie werbował i nie polecił im wstępowania do partii.
Tak było w moim przypadku i w przypadku mojego brata Józefa. Żyją jeszcze świadkowie tych naszych wyborów. Mając osiemnaście lat, udałem się do KP PZPR i powiedziałem, że chcę wstąpić do partii. Sekretarz spojrzał na mnie i powiedział, że chyba jestem jeszcze za młody, by się ubiegać o wstąpienie do partii. Pokazałem mu legitymację szkolną. Spojrzał na nią i polecił mi w sekretariacie wypełnić deklarację.
Po roku kandydowania zostałem przyjęty na członka. I taka była moja droga do partii i społecznego zaangażowania. Przez całe moje życie byłem człowiekiem o przekonaniach lewicowych. Będę nim już do końca. Teraz niektórzy politycy wielokrotnie zmieniają partyjne barwy, idąc tam, gdzie upatrują szansę na awanse i stanowiska. Po prostu robią to nie z potrzeb ideowych, ale z potencjalnych szans na korzyści materialne. Taka była droga wielu liderów partii władzy. To zjawisko występuje niemal we wszystkich partiach. Był działaczem PSL, a teraz jest funkcjonariuszem PiS, SLD. Lewicowiec działa teraz w PO. Takich, którzy zmieniali orientacje polityczne z myślą załapania się na posła, senatora czy ministra jest wielu w dzisiejszych partiach.
Kontakt z lewicą
W moim mieście takich jak ja, szukających kontaktów z lewicą, było wielu, nie byłem wyjątkiem. Nie mówiliśmy wówczas o komunizmie czy bolszewizmie. Takie pojęcia nie były w obiegu społecznym.
Dyskutowaliśmy, sprzeczając się o Polskę demokratyczną, o tym, co nam się oferuje, co ta nowa władza może nam dać i zmienić w naszym życiu. Jeszcze dodam, że kilku moich kolegów, wstępując do PZPR z własnej inicjatywy, pracowało później w KP PZPR w Sokołowie Podlaskim i Węgrowie, sąsiednim mieście powiatowym. Byli oni członkami tej partii aż do jej rozwiązania. Nie byłem więc w tych swoich wyborach i zachowaniach wyjątkiem w środowisku sokołowskim.
Warto chyba jeszcze wspomnieć, że w czasach powojennych powstało kilka organizacji młodzieżowych, które na kongresie zjednoczeniowym we Wrocławiu w 1948 roku utworzyły ZMP. W 1949 roku zostałem wybrany na przewodniczącego tej organizacji w Zasadniczej Szkole Metalowej.
Nikt nas nie werbował do wstępowania. Paru z nas poinformowało dyrektora szkoły, bezpartyjnego pana Stanisława Lesiaka, profesora fizyki i chemii, że chcemy utworzyć w szkole ZMP. Spojrzał na nas zamyślony i powiedział: ja wam nie będę przeszkadzał, tylko liczę na dobrą współpracę szkoły i uczniów. Odpowiedzieliśmy, że liczymy właśnie na dobrą współpracę z panem dyrektorem. Przychodził na niektóre nasze zebrania, radził i pomagał w wielu uczniowskich sprawach. Po tym uzgodnieniu z dyrektorem szkoły udaliśmy się do przewodniczącego ZP ZMP kolegi Rudasia. Był na naszym pierwszym zebraniu organizacyjnym, informując nas o celach programowych ZMP. Ogłosiliśmy, że kto chce wstąpić do organizacji, wypełnia deklarację, a kto nie chce, może opuścić salę. Niektórzy wyszli, nikt z nas ich nie zatrzymywał. Pamiętam, że większość z obecnych wypełniła deklarację, podpisując ją. Nikt nikogo nie namawiał do wstąpienia do powstającej organizacji młodzieżowej.
Dyscyplina uczniów
Na naszych zebraniach i spotkaniach omawialiśmy przeważnie sprawy warunków życia, wyniki nauczania, dyscyplinę uczniów, ich zachowań i działalność kulturalną. Nawet zorganizowano zespół artystyczny. Pamiętam, że prezentowaliśmy jednoaktówkę o partyzantach pt. „Wzgórze 703”. Prezentowaliśmy ją w kilku wsiach naszego powiatu. Upominaliśmy się też o zapomogi finansowe dla niektórych kolegów i koleżanek, którzy byli w trudnej sytuacji.
Pamiętam nawet, że nasza pani profesor Kołodziejczyk, zwróciła się do mnie z propozycją wytypowania osób spośród uczniów szkoły, które mogą po kilkudniowym kursie, pełnić w lipcu i sierpniu funkcję wychowawców na koloniach wakacyjnych dla młodzieży szkół podstawowych. W tych latach Powiatowy Inspektorat Oświaty miał trudności kadrowe z zaangażowaniem odpowiedniej liczby nauczycieli. Dlatego zatrudniano nas, uczniów szkoły zawodowej. Też byłem wychowawcą na koloniach i obozach młodzieżowych. M.in. w miejscowości Sabnie, gminie naszego powiatu, pełniłem funkcję wychowawcy grupy młodzieży, której rodzice zginęli w powstaniu warszawskim. Była to młodzież, która przebywała w domu sierot we wsi Wirowo. Rzeczywiście była to młodzież trudna, którą skrzywdziła wojna. Sieroty. Nie mieli rodziców. Ale odwołałem się do starszych uczniów, prosząc o pomoc i proponując im współpracę.
Kolektywne kierowanie
Pomogli. Było kolektywne kierowanie grupą moich podopiecznych. Nawet stworzyliśmy zespół artystyczny. Śpiewano patriotyczne piosenki i recytowano wiersze. Także o tematyce wojennej. Zespół występował w pobliskich wsiach. Kto chciał, mógł pomagać w żniwach rolnikom indywidualnym. Czy ktoś pamiętam o tym? Np. nasze wyjazdy i powroty na przyczepach traktorów, ocalałych i wysłużonych.
To także jedna z kart historii naszej młodzieży.
Dziś jakże przewrotna i fałszywa jest narracja, jaką prezentują niektórzy politycy oraz konserwatywni i liberalni pseudożurnaliści oraz niby uczeni. Usiłują oni nam przekazać tylko czarny obraz tych powojennych czasów. Nawet tym, którzy znają to z autopsji.
Otóż wedle tych wszystkowiedzących najlepiej, a nawet tych, którzy mieli szczęście, że nie byli dziećmi wojny, były to czasy dramatyczne dla tych żołnierzy niezłomnych, wyklętych, prawdziwych bohaterów Polski. Że to oni zmagali się i ponosili ofiary działań komunistów i bolszewików. Innych nie było, tylko oni i komuniści. A przecież większość to ani ci, ani tamci.
Naszej przeszłości nie możemy opisywać tylko w kolorach czarno-białych, bo takie oceny byłyby niesprawiedliwe i odbiegające daleko od prawdy historycznej. Przecież ta rzeczywistość powojenna, jak i późniejsze lata, miały różne barwy i cienie, a także kręte bezdroża. Nie tylko przeciwnicy tzw. komuny walczyli o naszą niepodległość, nie tylko oni są patriotami i prawdziwymi Polakami, jak to nieustannie wmawiają niektórzy politycy.
Ich przeciwnicy to komuniście, agenci Moskwy, sojusznicy bolszewików. A gdzie były miliony Polaków, którzy zawdzięczają urojonemu okupantowi radzieckiemu dzisiejsze korzystne granice i kształt terytorialny kraju. To dzięki nim zasiedliliśmy odzyskane ziemie na zachodzie i północy oraz duży pas wybrzeża morskiego.
Pierwsze kondygnacje
Nawet nie wspomną, komu zawdzięczamy, że Wrocław, Szczecin i inne miasta są dziś polskie. To nie niezłomni i wyklęci likwidowali odwieczne zacofanie i analfabetyzm. Nie oni odbudowali i zbudowali setki miast. Nie oni stworzyli fundamenty oraz pierwsze kondygnacje wielkich budowli, które pozwoliły nam zbliżyć się do zachodniej cywilizacji. Ci fałszywi bohaterowie ukrywali się w lasach i różnych melinach oraz strzelali nie tylko do państwowych funkcjonariuszy powstającej Polski Ludowej, lecz także do robotników odbudowujących polski przemysł i chłopów biorących ziemię z reformy rolnej, która umożliwiła im przetrwanie trudnego okresu w ich życiu. Zostaw chamie, to nie twoje, to pańskie. Kto to mówił?
Wielu z tych, którzy mają swoje ulice, place i pomniki. A kto wybudował mieszkania dla 14 milionów urodzonych rodaków w Polsce Ludowej? Szwadrony kosmitów, czy cały naród w czasach Polski właśnie Ludowej? W tych mieszkaniach już było światło, gaz i inne urządzenia sanitarne. To była gigantyczna praca, tworzono coś wielkiego na morzu gruzów i zniszczeń. Kto te wielkie zakłady pracy w moim, niegdyś zapomnianym mieście wybudował?
To właśnie dzięki tym zakładom, w tym mięsnym, nie ma już tych drewnianych domków, krytych gontem i papą, z oknami sięgającymi niemal do ziemi, bez elektryczności i wody przy mojej ulicy Lipowej. A powszechna akcja elektryfikacji wsi, w których diabeł mówił dobranoc? Jak bardzo było niemoralne, nieuczciwe zagubienie lat 1944-1989 w obchodach 100-lecia odzyskania niepodległości. Lata mozolnej pracy, wysiłku, a nieraz niedojadania, lata wielkiego patriotyzmu milionów Polaków.
Godność i honor milionów
Ta ogromna praca tworzyła nasz potencjał materialny i duchowy, który wielce przyczynił się do zbliżenia nas do cywilizacji zachodniej Europy i naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Teraz nie tylko się przemilcza ten ogromny zryw aktywności narodowej, ale co więcej, kiereszuje się te lata, godność i honor milionów. Jest to działanie nad wyraz niegodziwe, wyraźnie zakłamane. Dzisiejsza Polska to dzieło wielu pokoleń Polaków, a nie jednej partii, która dziś sprawuje rządy w naszym kraju. Jak długo jeszcze? Czas pokaże! Zegary sprawiedliwości społecznej już pracują na niekorzyść tych naszych włodarzy.
I jeszcze o postawach i zachowaniach młodych mieszkańców miasta i wsi. Z naszymi rodzicami różnie bywało. Mieli swoje małe gospodarstwa rolne, warsztaty pracy, prowadzili różne interesy, by jakoś żyć, bo wszystkiego brakowało. Były to często postawy zachowawcze w trosce o wyżywienie rodziny, jej ubranie, bo też chodziło się w kamaszach wielokrotnie naprawianych i łatanych. My, młodzi, trochę odbieraliśmy to, co się tworzyło na naszych oczach inaczej niż nasi rodzice. Chcieliśmy zaistnieć, być obecnymi w tym ważnym okresie życia. Dlatego rozglądaliśmy się za różnymi możliwościami, aby coś robić i załapać się, by trochę pomóc rodzinie.
W wielu naszych domach prowadzono różne nielegalne interesy, np. pędzono bimber jako towar wymienny, m.in. z żołnierzami Czerwonej Armii. Kwitł także tajny ubój zwierząt, a nawet produkowano wędliny, które sprzedawano sąsiadom pracującym w różnych urzędach publicznych. My, młodzi, tym się nie zajmowaliśmy. Nasze zainteresowania były inne. Myśleliśmy o tym, co robić, jak się zachować, by zmienić losy naszych rodziców. Sami najczęściej podejmowaliśmy decyzje, które zaważyły na naszej przyszłości, nie pytając nawet rodziców, jakie jest ich zdanie o tym, co zamierzamy zrobić robić w najbliższych latach. Tak było w moim przypadku.
Nie wegetować
Intuicja i przykre doświadczenia z czasów II RP i okupacji niemieckiej podpowiadały nam, co robić, by się dobrze urządzić i nie wegetować, a pracować, uczyć się i żyć lepiej niż nasi rodzice, którzy niewiele mogli nam dać, bo taka była ich sytuacja. Dlatego podejmowaliśmy różne decyzje, rozglądając się na różne strony, szukając kontaktów z tymi, którzy coś znaczyli w mieście.
Młodzież chętnie angażowała się w czyny społeczne masowo podejmowane w latach powojennych. Dziś oczywiście też krytykowanych przez „dobrą zmianę”. Uczniowie mojej szkoły zawodowej brali m.in. udział w wywożeniu gruzów po spalonych budynkach. Z pozyskanej cegły wybudowano m.in. dla szkoły kuźnię, której nie było, a była ona potrzebna w naszej edukacji zawodowej. Pracowaliśmy przy spalonym budynku straży pożarnej, który był usytuowany niemal w środku miasta oraz przy dużym budynku wybudowanym tuż przed wybuchem wojny. W czasach okupacji był on siedzibą starosty naszego miasta, Niemca Ernsta Gramssa.
Ten budynek od naszego domu przy ul. Lipowej dzieliły tylko posesje Ukasiewiczów i Wójcików. Wszystkie jego kondygnacje były spalone, a część zburzona przez podłożone środki wybuchowe. Palił się w biały dzień, gdy Niemców już nie było. Drewniany dom Ukasiewiczów dorośli mieszkańcy tej ulicy polewali wodą noszoną we wiadrach, a sąsiadka Toczycka stała obok z krzyżem i żegnała ogromne płomienie ognia. Wyglądało to groźnie, ale ogień nie sięgnął domu wybudowanego z grubych, dębowych bali.
Akcja umacniania więzi
Braliśmy też udział w niedzielnych akcjach umacniania więzi miasta ze wsią. Tak się to wówczas mówiło. Wyjeżdżaliśmy do okolicznych wsi w naszym powiecie. Były to działania mało skuteczne w realizowaniu stawianych zadań przed tymi brygadami robotniczo-młodzieżowymi. Przykładem może być agitowanie rolników, by tworzyli zespołowe gospodarstwa, które miały być bardziej wydajne i zasobne w maszyny rolnicze, a w tych było wówczas mało.
W niektórych wsiach powstało kilka skolektywizowanych gospodarstw rolnych w formie spółdzielni produkcyjnych. Rolnicy zdecydowanie bronili swoich gospodarstw rodzinnych, które posiadali z dziada i pradziada, przed kolektywizacją. Od programu powszechnej kolektywizacji rolnictwa odstąpiono po październiku 1957 roku. Władysław Gomułka, wybrany po Ochabie na I sekretarza KC PZPR ogłosił, że nie będzie dalszej kolektywizacji polskiej wsi.
Obchody pierwszomajowe
Z istniejących około 10 tysięcy spółdzielni produkcyjnych większość została rozwiązana. Zostało ich niewiele. Od tego czasu rolników już zostawiono w spokoju. Ogłoszono program umacniania i pomocy dla gospodarstw indywidualnych, rodzinnych.
Zachęcano też nas, uczniów szkół, do udziału w manifestacjach 22 lipca i pochodach pierwszomajowych. Wywierano też nacisk na wszystkich pracujących w urzędach i gospodarce narodowej oraz firmach państwowo-społecznych. By ło trochę z tym kłopotów.
Czasami wzywano mnie jako przewodniczącego zarządu szkolnego ZMP do ZP ZMP i KP PZPR. Nie braliśmy jednak udziału w tych manifestacjach i pochodach jako szkoła w szyku zwartym. Nasz dyrektor szkoły, wspaniały wychowawca trudnej młodzieży, szanowany przez uczniów, rozumiał nas. Większość uczniów stanowili chłopcy i dziewczęta ze wsi. W niedziele i inne święta najchętniej wyjeżdżali do rodzin.
Było trochę z tego powodu zamieszania. Władze polityczno-administracyjne krytykowały dyrektora za to, że źle wychowuje młodzież, bowiem kierowana przez niego szkoła nie wystawiała zwartych grup uczniów i nauczycieli maszerujących z transparentami popularyzującymi jedyną tego typu szkołę w powiecie. My, miastowi, wprawdzie uczestniczyliśmy w tych manifestacjach, były to jednak nasze decyzje indywidualne. Ja stałem na chodniku blisko trybuny, na której stały władze polityczno-administracyjne miasta, bowiem byłoby mi trudno przebywać w tym czasie w innym miejscu.
Oglądałem maszerujące kolumny pracowników i młodzieży szkół. Grała orkiestra strażacka. Nieco później byłem jednym z jej muzyków grającym na dużym instrumencie nazywanym basem bejnym. Nosiłem go na ramionach, gdyż był to największy instrument całej orkiestry. Że grałem na nim, zdecydował kapelmistrz z uwagi na to, że byłem dość wysoki. Podczas tego mojego grania coś tam brzdąkałem jako wsparcie dla pozostałych instrumentów, w które była wyposażona nasza amatorska orkiestra strażacka. Profesjonalistą był tylko jeden muzyk, który uczył nas grać z nut. Po obchodach w godzinach wieczornych graliśmy na tzw. majówce na stadionie miejskim tuż przy naszej ulicy Lipowej. W latach późniejszych już nie organizowano pochodów pierwszomajowych, ale różne imprezy z udziałem naszego zespołu artystycznego i z niektórych sokołowskich zakładów pracy. Naszym zespołem kierował pan Kołodziejczyk.
Śpiewano i recytowano wiersze. Pomagała nam niezapomniana polonistka. Przypominam sobie jej wspaniałe lekcje nauki poprawnego języka. Dużo jej zawdzięczałem, ja oraz wielu moich kolegów i koleżanek. Jej mąż był kierownikiem szkoły podstawowej, w budynku której były dla nas organizowane lekcje. Zajęcia odbywały się nie tylko z teorii naszego przyszłego zawodu, lecz także z przedmiotów ogólnokształcących, jak matematyka, fizyka, chemia i inne.
Z dystansu dekad
I tyle o moich wspomnieniach z czasów bezdroży i dokonywanych wyborów. Jest potrzeba pisania i wspominania nie tylko o tych latach powojennych, ale i o całym okresie Polski Ludowej, której historia jest napisana przez pokolenia czterech dekad. Szczególnie teraz, gdy w dzisiejszej Polsce totalnie fałszuje się i zakłamuje lata heroicznego wysiłku wielu pokoleń Polaków.
I już na koniec tych moich wspomnień trochę refleksji. Nie mogę sobie odmówić wyrażenia tych najważniejszych, już jakże historycznych, doznań, spostrzeżeń. Czułem bowiem potrzebę głośnego wykrzyczenia, by przestano kłamać i przeinaczać historię, by zaniechano znieważania oraz odzierania nas z honoru i godności, by szanowano nasze ogólnonarodowe dobro, Ojczyznę odbudowaną od fundamentów oraz nadzieje na lepsze życie Polaków mojego pokolenia, ale także pokolenia naszych rodziców. Byliśmy motywowani nadzieją na lepszą przyszłość.
Atmosfera wolności
Zapowiadano przecież Polskę o innej rzeczywistości, bez głodu i zatroskania o zwykłe potrzeby rodaków. Ogarniała nas wówczas atmosfera wolności i pokoju, spełnienia największych pragnień każdego człowieka. Przeżywaliśmy wielki entuzjazm oraz niezapomniane chwile i dni. Byłem jednym z tych, którzy od pierwszych dni wolnej Polski opowiedzieli się za Polską sprawiedliwą dla wszystkich jej obywateli. Tych dni i lat życia oraz pracy właśnie w Polsce Ludowej nie można wymazać z naszej pamięci.
Czy wszyscy zachowają taką pamięć o minionych latach, o naszym powojennym czterdziestoleciu? Nie wiem. Ale bardzo bym pragnął, by tak było. My, dzieci wojny, zdecydowanie tak. To, co przeżyliśmy nie pozwoli na niepamięć naszej narodowej przeszłości, mimo że było w niej niemało różnych rozterek, wątpliwości, zagrożeń oraz trudnych sytuacji.
Wybory dokonywane przez Polaków, zwłaszcza młodych, były w tych trudnych powojennych latach różne. Przemyślane, rozważne, racjonalne, ale i niekiedy bez głębszej świadomości, że tak trzeba się zachować. Czasami podejmowane emocjonalnie i bez głębszej analizy istniejącej rzeczywistości.
Wielu z nas po prostu błądziło, powodując nawet dramaty osobiste i rodzinne. Później, po latach doświadczeń, gdy dorastaliśmy wiekowo, trzeba było wiele zmieniać w naszych zachowaniach. Nowe, różne problemy niekiedy przerastały nasze możliwości. W dodatku byliśmy wciąż skłóconym ze sobą pokoleniem. Wciąż istniały stare, zadawnione podziały, niekiedy tworzyły się też nowe. Nasze kłótnie i walka o racje to charakter naszej obecnej rzeczywistości, którą interesują się nasi sąsiedzi.
Wybory tych czasów
Ci z bliska i z daleka, z Europy i z Ameryki. Ale też wielu z nas, i to znaczny procent Polaków, potwierdza swoje dokonania i wybory w czasach powojennych, swoją pracą i działalnością społeczną. Eksponują oni swój gorący patriotyzm, mimo że część z nich uważana jest przez polityków prawicy, szczególnie konserwatywnej, za Polaków gorszego sortu. Jestem jednym z tych Polaków, którzy swój wybór dokonany w latach 1944-1945 wciąż potwierdzają jako właściwy. I tak będzie do końca mojego żywota. Innym nie mogę już być. Jednocześnie byliśmy i jesteśmy otwarci na nowe, inne czasy, bardziej cywilizowane i współczesne. Tych wartości nikt i nigdy nam nie odbierze. Pamiętamy, że niezależnie od różnych barw dzisiejszej polskiej sceny politycznej istnieją barwy, które na zawsze pozostaną w sercach wszystkich Polaków. Są to barwy biało-czerwone.
Barwy, które zawsze powinny nas łączyć, a nie dzielić. Bo taki podział prowadziłby nas, ludzi dumnych, z dużym honorem, zamieszkałych między Odrą i Bugiem, Morzem Bałtyckim i pięknymi górami na południu jej granic, donikąd.