Spokojnie, to jest aktorka

21 lip 2019

Z ELŻBIETĄ STAROSTECKĄ rozmawia Krzysztof Lubczyński

Podobno nie lubi Pani roli Stefci w „Trędowatej”, nakręconej przez Jerzego Hoffmana według melodramatu Heleny Mniszkówny, mimo że otrzymała Pani za nią Nagrodę Złote Grono Lubuskiego Lata Filmowego w 1977 roku…
Nie lubię, bo była za bardzo jednowymiarowa. W pierwszym scenariuszu sama powieść i postać Stefci potraktowana była z dystansem. W tej wersji Stefcia – wolna od ludzkich spojrzeń – była łobuziakiem. Jednak areopag mędrców odrzucił ten pomysł i zdecydował, że „Trędowata” ma być pokazana zupełnie na serio, bo szeroka publiczność parodii i dystansu nie polubi. Okazję dodania nieco dystansu do tej roli dał mi występ na festiwalu piosenki polskiej w Opolu z piosenką do słów wiersza Mickiewicza „Precz z moich oczu” i melodii z filmu. Jednak to, że nie lubię samej postaci nie oznacza, że nie doceniam samego faktu, że ją zagrałam, bo przecież przyniosła mi masową popularność, chociaż w pewnym okresie dość kłopotliwą. Poznawano mnie nawet po głosie. Dlatego z satysfakcją przyjęłam po latach udział w widowisku telewizyjnym „Gololeć” Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory, gdzie w duecie z Bohdanem Łazuką zagrałam postać parodystycznie nawiązującą do postaci Stefci.
Zanim przyszła sława, były studia w łódzkiej szkole filmowej i po nich krótki okres w Teatrze im. Wojciecha Boguslawskiego w Kaliszu…
Tam zadebiutowałam w „Henryku VI na łowach”, sztuce autorstwa patrona teatru, Bogusławskiego. Teatr w Kaliszu to ciekawe miejsce na mapie teatralnej. Miejsce ogólnokrajowych Kaliskich Spotkań Teatralnych, miejsce pracy ciekawych reżyserów i aktorów, a jednocześnie z praktycznie rotacyjnym zespołem. Aktorzy tam się angażują, zdobywają pierwsze szlify i szybko uciekają, do Warszawy na ogół. Ja po Kaliszu poszłam do Teatru Nowego w Łodzi.
Wcześniej zobaczyłam tam przedstawienie Kazimierza Dejmka „Historyja o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” i byłam nim tak zachwycona, że zamarzyłam sobie wejść do tego zespołu. Bardzo chciałam pracować z Dejmkiem, który w międzyczasie objął Teatr Narodowy w Warszawie, ale potem nastąpiła słynna burza polityczna z „Dziadami” i list Dejmka zapraszający mnie do współpracy, choć już napisany, nie dotarł do mnie. W Łodzi byłam od 1966 do 1972 roku, gdzie zagrałam m.in. w „Mężu i żonie” i „Ślubach panieńskich” Fredry, a potem przeszłam do warszawskich „Rozmaitości”, gdzie zagrałam m.in. w „Lecie w Nohant” Iwaszkiewicza, „Prometeuszu” Andrzejewskiego, „Cieniu” Wojciecha Młynarskiego.
W 1980 zaangażowałam się w „Ateneum” i byłam w nim do 2008 roku, 28 lat. To była wielka satysfakcja pracować na tak prestiżowej scenie, wśród tak znakomitych koleżanek i kolegów i z takimi dyrektorami jak Janusz Warmiński czy Gustaw Holoubek. U tego pierwszego grałam w „Matce” Witkacego, u drugiego Respektową w „Fantazym” Słowackiego.
Film zainteresował się Panią jeszcze na studiach…
Tak, zaangażowano mnie do kilku epizodów, w „Końcu naszego świata” Wandy Jakubowskiej, w „Echu” i „Piekle i niebie” Stanisława Różewicza, „Panience z okienka” Wandy Kaniewskiej, „Pieczonych gołąbkach” Tadeusza Chmielewskiego. Przydarzył mi się też epizod Eweliny w „Lalce” Wojciecha Hasa, w scenie z Mariuszem Dmochowskim. Potem była rola Jadzi w „Tabliczce marzenia” i epizod śpiewaczki z tawerny w „Jak rozpętałem II wojnę światową” Tadeusza Chmielewskiego.
Mam z tym pewne wspomnienie. Tawerna miała być zadymiona dymem papierosowym. Jednak prawdziwy dym papierosowy nie daje odpowiedniego efektu na ekranie. Lokale zadymiano więc wtedy straszliwie trującymi środkami chemicznymi i nabawiłam się zapalenia krtani. Dziś stosuje się w takich sytuacjach jakieś nieszkodliwe, łagodne, podobno ekologiczne substancje. W tamtych czasach praca przy pewnego rodzaju scenach była szkodliwa dla zdrowia, a bywała nawet niebezpieczna dla życia. Niektóre opowieści kolegów, którzy brali udział w scenach batalistycznych, mrożą dziś krew w żyłach. To naprawdę bywało niebezpieczne dla życia. To były jednak inne czasy, więc inne funkcjonowały standardy i praktyki.
Pierwsza większa rola trafiła mi się w komedii „Rzeczpospolita babska” Hieronima Przybyła w 1969 roku, ale prawdziwą odmianę w domenie ekranowej przyniosła mi dopiero rola Anny, ukochanej pułkownika Krzysztofa Dowgirda w serialu „Czarne chmury”. Udział w tym serialu był z powodu jego rozmachu inscenizacyjnego prawdziwą przygodą. Jak bardzo ten serial jest popularny niech świadczy fakt, że w tym roku, w czterdziestą rocznicę jego telewizyjnej premiery powstało w klasztornych, pokamedulskich zabudowaniach w Rytwianach w Świętokrzyskiem, Muzeum Czarnych Chmur, gdzie kręcono część zdjęć. Bardzo dużo zdjęć nakręcono też w Lublinie, którego Stare Miasto było do tego serialu jakby stworzone. W muzeum, którego inicjatorem był ksiądz Kowalewski, są nawet nasze portrety, namalowane przez malarzy amatorów, miłośników serialu. Szkoda, że nie doczekał tego reżyser Andrzej Konic.
Niemal w tym samym okresie zagrałam rolę Teresy Ostrzeńskiej w „Nocach i dniach” Jerzego Antczaka, którego zawsze noszę w serdecznej pamięci. Ciekawym doświadczeniem była też rola w serialu produkcji NRD „Hotel Polanów”, rodzaj sagi rodu żydowskich hotelarzy w Niemczech. Jednak film zapomniał o mnie po 1993 roku, kiedy zagrałam ostatnią swoją, jak dotychczas rolę, w „Przypadku Pekosińskiego” Grzegorza Królikiewicza.
Telewizja to także teatr. Przyniósł Pani dużo satysfakcji?
Pół wieku minęło od mojego debiutu w Teatrze Telewizji, od roli Hani w „Don Juanie” Tadeusza Rittnera. Szczególnie mile wspominam połowę lat siedemdziesiątych, kiedy miałam serię ról w bardzo dobrych przedstawieniach, w „Maskaradzie” Lermontowa, w „Ondynie” i „Amfitrionie” Jeana Giraudoux, który był wtedy dość popularnym autorem, Smugoniowa w „Uciekła mi przepióreczka” Żeromskiego, Elwira w Don Juanie Moliera i też Elwira w „Mężu i żonie” Fredry czy Viola w „Wieczorze Trzech Króli” Szekspira. To był moim zdaniem szczytowy, złoty okres świetności Teatru Telewizji.
Z telewizją związany był też mój udział w serii krótkometrażowych filmów fabularnych z cyklu „Opowieści niezwykłe” z 1967 roku, gdzie z Jankiem Kobuszewskim zagrałam scenę cmentarną w „Zmartwychwstaniu Offlanda” według opowiadania Aleksandra Dumasa.
Czy było dla Pani problemem angażowanie Pani do ról kobiet pięknych, słodkich, dystyngowanych?
Jestem zawodową aktorką i wiem, że obsadzanie w filmie rządzi się swoimi prawami, że reżyserzy szukają określonego typu, bo dzięki temu łatwiej im realizować przyjęte zamierzenia. W teatrze tego nie odczuwałam, choć i tam też ten mechanizm się zdarza. Właśnie dlatego większość aktorów, nawet tych najbardziej rozpieszczanych przez film, emocjonalnie woli teatr.
W teatrze my aktorzy mamy jakiś wpływ na rolę, gramy ją od początku do końca, dużą czy małą, przeżywamy z nią jakąś sekwencję zdarzeń. W filmie o wszystkim decydują „nożyczki” montażowe, dziś cyfrowe, a wcześniej sposób filmowania, oświetlenia. Bywa, że aktor po obejrzeniu zmontowanych materiałów nie poznaje siebie i swoich pierwotnych intencji. W filmie bywamy igraszką reżysera, operatora i techniki. No i jak się coś raz ostatecznie zagrało i powstał film, to już nic nie można zmienić. A w teatrze, jak się nie uda gra jakiegoś gorszego dnia, to w następnym spektaklu można się poprawić. A w dłuższych okresach ewoluować i dojrzewać z rolą.
Jest Pani jedną z najpiękniejszych polskich aktorek, kobietą o zjawiskowej urodzie. Jak taka uroda determinuje zawodowe losy? Ogranicza czy pomaga?
Jedna z koleżanek rozbawiła mnie i wzruszyła mówiąc o moim profesjonalizmie zawodowym, że go mam „mimo urody”. (śmiech) Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Jednym pomaga, innym utrudnia i dotyczy to zarówno koleżanek jak i kolegów. Inna też jest rola urody w teatrze, a inna w filmie.
Wydaje mi się, że udało mi się przebić przez urodę, oddać w niejednej roli zróżnicowane i bogate tony. Opowiedziano mi, że kiedyś ktoś w rozmowie z dyrektorem Holoubkiem wyraził wątpliwość co do obsadzenia mnie w pewnej roli, bardzo, wydawałoby się, odległej od mojego emploi. Na co Holoubek odpowiedział: „Spokojnie. To przecież jest aktorka”. Trudno o większy komplement.
Dziękuję za rozmowę.

Elżbieta Starostecka – ur. 6 października 1943 w Rogach koło Radomska. Absolwentka Wydziału Aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera w Łodzi (1971). Zadebiutowała w Teatrze im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu w 1965 roku. Kolejno była w zespołach teatrów: Nowego w Łodzi (1966-1972), Rozmaitości w Warszawie (1966-1972) i Ateneum w Warszawie (1972-2008).

Najnowsze

Zakochany Ziemkiewicz

Zakochany Ziemkiewicz

Rafał Ziemkiewicz pokochał Chiny. Naprawdę ! Ten Rafał Aleksander Ziemkiewicz polski publicysta, komentator polityczny...

Sprawdź również

Jak się czujesz, gdy nie możesz znaleźć pracy?

Jak się czujesz, gdy nie możesz znaleźć pracy?

Część pierwsza – miłe złego początki Tekst archiwalny, napisany ponad osiem lat temu. Choć od tamtego czasu zmienił się mój sposób patrzenia na rzeczywistość społeczną i rynek pracy, zasadnicza wymowa tego tekstu pozostaje dla mnie aktualna — tym bardziej dziś, gdy...

Witajcie wśród krezusów

Witajcie wśród krezusów

Wielu Polaków dowiaduje się z końcem kwietnia, że stali się bogaci (albo prawie). A przynajmniej stali się na tyle bogaci, że przekroczyli magiczną linię progu podatkowego. Linia ta została nakreślona twardą ręką premiera Morawieckiego w roku 2022. Skumulowana...

Bomby i pokój

Bomby i pokój

Im bardziej Amerykanie przegrywali politycznie, tym więcej zrzucali bomb. Kolejne wietnamskie piekło zaczęło się od pokojowym rokowań. Konferencja genewska w 1954 podzieliła „tymczasowo” Wietnam wzdłuż 17 równoleżnika na północną Demokratyczną Republikę Wietnamu,...

Zakochany Ziemkiewicz

Zakochany Ziemkiewicz

Rafał Ziemkiewicz pokochał Chiny. Naprawdę ! Ten Rafał Aleksander Ziemkiewicz polski publicysta, komentator polityczny i ekonomiczny, powiązany ze środowiskami polskiej prawicy. A także pisarz fantastyczno- naukowy, zdeklarowany antykomunista, współzałożyciel...

Chiny stawiają granicę zwolnieniom przez AI

Chiny stawiają granicę zwolnieniom przez AI

Chiński sąd postawił granicę automatyzacji. Korporacja może wdrażać AI, ale nie może używać jej jako alibi dla zwolnienia człowieka. To nie algorytm wręcza wypowiedzenie. Robi to pracodawca. To ważny sygnał globalnie, także dla Polski. Rewolucja już wchodzi na rynek...

Nie ufamy sądom

Nie ufamy sądom

Dlaczego ludzie boją się sądów? Bo człowiek, którego nie stać na adwokata, jest na z góry przegranej pozycji. W dodatku sądy niechętnie przyznają pełnomocnika z urzędu, twierdząc bardzo często niesłusznie, że sprawa jest prosta. Zaczyna się od tego, że język, którym...