Świat widziany z Waszyngtonu

Piotr Kusznieruk, fot. Redakcja

Z europejskiej perspektywy łatwo ulec złudzeniu, że globalna polityka obraca się wokół naszych kryzysów: wojny w Ukrainie, rosyjskiego imperializmu czy sporów wewnątrz samej UE. Dla Stanów Zjednoczonych są to jednak kwestie drugorzędne. Amerykańska strategia nie wyrasta z moralnych deklaracji ani sentymentów sojuszniczych, lecz z chłodnej kalkulacji obrony własnych interesów w świecie, który coraz wyraźniej przestaje być jednobiegunowy.

Patrzenie na globalną politykę wyłącznie przez europejskie okulary prowadzi do fundamentalnych nieporozumień. Amerykańska perspektywa nie widzi świata jako zbioru równorzędnych regionów, lecz jako hierarchiczny układ, w którym tylko niektóre obszary przesądzają o realnej równowadze sił. Od lat takim obszarem jest Azja i Pacyfik. To tam koncentruje się dynamika wzrostu gospodarczego, tam przebiegają kluczowe szlaki handlowe i tam rozstrzyga się rywalizacja technologiczna, która zadecyduje o układzie sił w XXI wieku. Nie jest przypadkiem, że to właśnie w regionie Indo-Pacyfiku Stany Zjednoczone utrzymują dziś ponad 375 tysięcy żołnierzy w co najmniej 66 bazach i instalacjach wojskowych, podczas gdy w Europie skala obecności jest wyraźnie mniejsza. Ta dysproporcja mówi więcej o amerykańskich priorytetach niż jakiekolwiek deklaracje polityczne. Japonia, Korea Południowa i Tajwan nie są dla USA peryferyjnymi sojusznikami, lecz filarami całego systemu gospodarczego i militarnego, na którym opiera się amerykańska pozycja globalna. Utrata dominacji w zachodnim Pacyfiku oznaczałaby nie symboliczne osłabienie, lecz strukturalny wstrząs dla amerykańskiej hegemonii.

Kluczowym aktorem tej rozgrywki są Chiny – nie tyle klasyczne państwo narodowe, ile państwo-cywilizacja. Ich sposób myślenia o polityce międzynarodowej wyrasta z wielowiekowej ciągłości historycznej oraz odmiennego niż w tradycji zachodniej rozumienia porządku świata. Pekin prowadzi własną, konsekwentną strategię rozwoju i zabezpieczania interesów, osadzoną w narracji „renesansu chińskiej cywilizacji” i powrotu do roli centrum świata po tzw. „stuleciu upokorzeń” XIX i XX wieku. Nie chodzi przy tym o globalną konfrontację militarną ze Stanami Zjednoczonymi, lecz o stopniowe przesuwanie równowagi sił – poprzez kontrolę łańcuchów dostaw, ekspansję technologiczną, inwestycje infrastrukturalne oraz wzmacnianie pozycji w regionach dotąd uznawanych za peryferyjne.

Obecny wyścig mocarstw nie przypomina zimnej wojny w klasycznym sensie. Stawką nie jest podział świata na dwa wrogie bloki ideologiczne, lecz kontrola nad funkcjonowaniem globalnych reguł gry. USA dążą do utrzymania dominacji nad instytucjami oraz standardami technologicznymi, finansowymi i handlowymi, które przez dekady cementowały ich pozycję hegemoniczną. Chiny natomiast nie próbują systemu zburzyć, lecz wejść do jego wnętrza i stopniowo przestroić go na własnych warunkach, wykorzystując istniejące mechanizmy zamiast frontalnej konfrontacji.

Ta rywalizacja ma jednak charakter głęboko paradoksalny. Oba państwa są jednocześnie strategicznymi przeciwnikami i współzależnymi aktorami globalnego kapitalizmu. Stany Zjednoczone pozostają centrum finansowym, walutowym i regulacyjnym światowej gospodarki, emitując globalną walutę rezerwową i finansując swój dług dzięki popytowi z całego świata. Chiny pełnią z kolei rolę globalnego węzła produkcyjnego i logistycznego, a także technologicznego w wybranych obszarach. Ich wzrost przez dekady opierał się na eksporcie na rynek amerykański oraz dostępie do dolara i zachodnich rynków kapitałowych. Jednocześnie Pekin stał się jednym z największych wierzycieli USA: chińskie rezerwy walutowe przekraczają 3 biliony dolarów, z czego część utrzymywana jest w formie amerykańskich obligacji skarbowych, co oznacza, że Chiny bezpośrednio uczestniczą w finansowaniu deficytu amerykańskiego. Amerykańska konsumpcja napędzała chińską produkcję, a chińskie nadwyżki handlowe stabilizowały amerykański system finansowy. To wzajemne sprzężenie sprawia, że konflikt USA–Chiny nie zmierza do zerwania globalnego systemu, lecz do jego przestrojenia: stawką nie jest zniszczenie kapitalizmu, lecz kontrola nad jego regułami, przepływami kapitału i przyszłą architekturą władzy.

Z tej samej logiki wynika rosnące znaczenie Arktyki i Grenlandii. Region ten długo funkcjonował na marginesie debaty publicznej, lecz dla amerykańskich strategów wojskowych nigdy nie był peryferyjny. Grenlandia stanowi realny element amerykańskiej infrastruktury bezpieczeństwa, a działająca tam baza Pituffik (dawniej Thule) od dekad pełni kluczową rolę w systemie wczesnego ostrzegania USA i NORAD. Przez Arktykę przebiegają najkrótsze trajektorie międzykontynentalnych pocisków, a topniejący lód otwiera nowe szlaki handlowe i dostęp do surowców. Jednocześnie Pekin, choć nie dysponuje tam porównywalną obecnością militarną, stopniowo buduje swoją pozycję gospodarczą i naukową – poprzez projekty surowcowe, logistykę, badania polarne oraz współpracę z Rosją. Dzisiejsze zainteresowanie Arktyką nie oznacza więc walki o nowy obszar, lecz rywalizację o utrzymanie przewagi w regionie, który z peryferyjnego zaplecza staje się jednym z węzłów globalnej gry o wpływy.

Na tym tle Europa jawi się jako obszar ważny, lecz drugorzędny. W amerykańskich debatach strategicznych coraz częściej pojawia się założenie, że USA muszą zaakceptować pewien poziom ryzyka na kontynencie europejskim, aby skoncentrować zasoby na głównym teatrze rywalizacji. Europa pozostaje istotnym rynkiem i partnerem inwestycyjnym, ale nie centrum systemowej konfrontacji. Z perspektywy amerykańskiej jest to przestrzeń, w której można dopuścić podwyższone ryzyko, o ile nie zagrozi ono kluczowemu priorytetowi.

Agresja Rosji na Ukrainę wymusiła chwilowy powrót amerykańskiej uwagi na kontynent i dla Polski oraz państw regionu ma znaczenie egzystencjalne, lecz nie zmieniła długofalowej hierarchii interesów Stanów Zjednoczonych. Konflikt ten pozostaje jednym z kryzysów, które amerykańska administracja stara się zarządzać w taki sposób, by nie odciągały zbytnio zasobów politycznych, wojskowych i finansowych od obszarów, w których rozstrzyga się przyszły układ sił. Nie jest to ocena moralna wojny ani jej konsekwencji, lecz opis bezdusznej logiki wielkiej geopolityki. Stąd rosnąca presja na to, by Europejczycy byli zdolni do samodzielnej obrony. Nie dlatego, że Stany Zjednoczone „porzucają” sojuszników, lecz dlatego, że w świecie ograniczonych zasobów Europa nie jest dla USA przestrzenią, w której waży się wynik globalnej rywalizacji. Pozostaje ważna, lecz nie decydująca – i to właśnie czyni ją strukturalnie słabszą.

Podobną, choć odmienną funkcję pełni dziś Bliski Wschód. Nie jest on centrum globalnej rywalizacji, lecz obszarem, którego destabilizacja mogłaby pośrednio uderzyć w handel, energetykę i bezpieczeństwo innych kluczowych teatrów. Dla Stanów Zjednoczonych region ten stał się przede wszystkim przestrzenią zarządzania ryzykiem z dystansu, z której Waszyngton stara się wychodzić bez kolejnych kosztownych interwencji. Dla Europy Bliski Wschód pozostaje natomiast bezpośrednim źródłem kryzysów energetycznych i migracyjnych, a więc problemem o znacznie bardziej namacalnych konsekwencjach. To dlatego kontrola kluczowych szlaków morskich, takich jak Kanał Sueski, oraz ograniczanie chaosu liczą się tu dziś bardziej dla interesów USA niż ambitne projekty polityczne czy wizje trwałej stabilizacji regionu.

Osobnym elementem układanki pozostają Indie – państwo aspirujące do roli autonomicznego bieguna siły. Indie nie są ani częścią Zachodu, ani zapleczem Chin, ale jednocześnie nie są sojusznikiem Stanów Zjednoczonych w sensie politycznym czy wojskowym. Dla Waszyngtonu stanowią narzędzie równoważenia Chin w Azji, wykorzystywane selektywnie i bez wzajemnych zobowiązań obronnych. Strategia New Delhi polega na maksymalizacji własnej swobody manewru poprzez utrzymywanie napięcia między USA a Chinami, bez trwałego wiązania się z którymkolwiek z bloków. Im dłużej trwa rywalizacja wielkich mocarstw, tym większe pole manewru zyskują Indie.

Jednocześnie Indie pozostają siłą o wyraźnych ograniczeniach strukturalnych. Głębokie nierówności społeczne, deficyty infrastrukturalne, zależność surowcowa oraz permanentny konflikt graniczny z Chinami wymuszają ostrożność strategiczną i ograniczają zdolność do prowadzenia długofalowej polityki globalnej. W efekcie Indie mogą pełnić rolę częściowej przeciwwagi wobec Chin wyłącznie na własnych warunkach, bez trwałego związania się z którymkolwiek z bloków.

Na końcu pozostaje hemisfera zachodnia – obszar, którego Stany Zjednoczone nie zamierzają oddać żadnemu rywalowi. Zabezpieczenie obu Ameryk jako wyłącznej strefy wpływów nie jest jednym z wielu priorytetów Waszyngtonu, lecz warunkiem istnienia amerykańskiej potęgi. Każde trwałe wejście rywala strategicznego do Ameryki Łacińskiej oznaczałoby bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.

W tym sensie rosnąca obecność Chin w Ameryce Łacińskiej – poprzez inwestycje infrastrukturalne, technologie, surowce i finansowanie – jest dla USA wyzwaniem znacznie poważniejszym niż jakikolwiek kryzys w Europie. Działania Waszyngtonu wobec Wenezueli czy Kuby nie wynikają z troski o wartości demokratyczne, lecz z chłodnej kalkulacji geopolitycznej: chodzi o niedopuszczenie do trwałej obecności Chin i Rosji w bezpośrednim zapleczu strategicznym USA. Polityka wobec Ameryki Łacińskiej nie jest więc wyjątkiem, lecz konsekwentnym elementem logiki hegemonicznej.

Ten obraz świata nie jest ani komfortowy, ani sprawiedliwy. Jest jednak bliższy rzeczywistości niż moralizujące opowieści o starciu dobra ze złem. W takim świecie Polska musi działać realistycznie i elastycznie – nie jako bierny wykonawca cudzych strategii, lecz jako państwo zdolne do umiejętnego manewrowania między interesami silniejszych graczy. Jednocześnie coraz wyraźniej widać, że bez zmiany podejścia na poziomie całej Unii Europejskiej pole manewru będzie się kurczyć. UE nie może pozostać wyłącznie rynkiem, regulatorem i zapleczem logistycznym dla cudzych strategii.

Jeśli Europa nie chce na stałe pozostać obszarem akceptowalnego ryzyka w cudzych kalkulacjach, musi wreszcie porzucić przekonanie, że sama wspólnota wartości zapewni jej podmiotowość. Unia Europejska albo zacznie funkcjonować jak aktor geopolityczny, albo pozostanie wygodnym zapleczem dla strategii silniejszych graczy. W praktyce oznacza to nie kolejne deklaracje i dokumenty programowe, lecz budowę realnych zdolności strategicznych, spójną politykę przemysłową i obronną oraz zdolność do mówienia jednym głosem tam, gdzie dziś dominuje rozproszenie narodowych interesów.

Piotr Kusznieruk

Poprzedni

Powtarzanie historii?