Cena ropy Brent przekroczyła 107 dolarów za baryłkę po kolejnych atakach na infrastrukturę energetyczną Arabii Saudyjskiej. Dla Polski nie oznacza to dziś problemu z dostępnością paliwa — ORLEN zapewnia, że jego rafinerie pracują normalnie. Problem może pojawić się gdzie indziej: na stacjach benzynowych, w kosztach transportu, cenach żywności i rachunkach gospodarstw domowych.
Saudyjski ropociąg trafiony. Ropa przekroczyła 107 dolarów
We wtorek 15 września cena ropy Brent wzrosła do ponad 107 dolarów za baryłkę. Powodem są przede wszystkim obawy o dostawy z Zatoki Perskiej po atakach rakietowych i dronowych na saudyjską infrastrukturę.
Szczególnie ważny jest East-West Pipeline. Ropociąg pozwala Arabii Saudyjskiej transportować surowiec ze wschodniej części kraju do portu nad Morzem Czerwonym, z pominięciem cieśniny Ormuz.
To właśnie dlatego ma strategiczne znaczenie. Kiedy transport przez Ormuz jest utrudniony, saudyjski ropociąg stanowi jedną z najważniejszych alternatywnych dróg eksportowych.
Według Reutersa zakłócenia mogą dotyczyć wolumenu odpowiadającego nawet około 4 proc. światowych dostaw ropy. Jeżeli infrastruktura przez dłuższy czas nie będzie funkcjonowała normalnie, ryzyko kolejnych podwyżek cen pozostanie wysokie.
To nie jest więc problem odległego rynku finansowego. Cena ropy jest jednym z kosztów, który bardzo szybko rozchodzi się po całej gospodarce.
Polska ma ropę. Ale będzie musiała za nią zapłacić
Dobra wiadomość jest taka, że Polsce nie grozi obecnie nagłe odcięcie dostaw.
ORLEN poinformował, że jego rafinerie działają normalnie. Koncern przez ostatnie lata mocno zdywersyfikował kierunki importu i sprowadza ropę m.in. z Norwegii, Stanów Zjednoczonych, Afryki i Bliskiego Wschodu.
Problem polega jednak na tym, że Arabia Saudyjska pozostaje bardzo ważnym dostawcą. Według informacji Reutersa Saudi Aramco odpowiada za około 40 proc. dostaw ropy dla grupy ORLEN. We wrześniu do Polski przez egipski terminal Sidi Kerir ma trafić około 2,1 mln baryłek saudyjskiej ropy. W sierpniu było to 6,6 mln baryłek.
Koncern ma jednak alternatywy. W sierpniu ORLEN podpisał trzyletnią umowę z norweskim Equinorem. Dostawy ze złoża Johan Sverdrup mogą przekroczyć 9 mln ton rocznie i odpowiadać nawet jednej czwartej rocznego zapotrzebowania całej grupy na ropę.
To pokazuje, że polityka dywersyfikacji działa.
Ale dywersyfikacja rozwiązuje przede wszystkim problem dostępności surowca. Nie rozwiązuje automatycznie problemu jego ceny.
Jeżeli ropa drożeje na całym światowym rynku, drożej kupuje ją również importer posiadający dziesięciu różnych dostawców zamiast jednego.
Najpierw stacja benzynowa, potem sklep
Najbardziej widocznym skutkiem drogiej ropy są ceny paliwa. Jednak na tym rachunek się nie kończy.
Droższy diesel oznacza wyższe koszty transportu ciężarowego. Wyższe koszty transportu ponoszą hurtownie, sklepy, przedsiębiorstwa budowlane, firmy usługowe i producenci żywności.
A firmy próbują przynajmniej część tych kosztów przerzucić na klientów.
W ten sposób konflikt oddalony od Polski o tysiące kilometrów może ostatecznie pojawić się na paragonie w osiedlowym sklepie.
Szczególnie odczują to gospodarstwa domowe, które nie mają możliwości zrezygnowania z samochodu. Dla mieszkańca dużego miasta wzrost ceny paliwa może oznaczać częstszy wybór autobusu czy tramwaju. Dla pracownika mieszkającego kilkanaście kilometrów od zakładu pracy często nie ma takiej alternatywy.
Podobnie wygląda sytuacja małych przedsiębiorców, kierowców, rolników czy firm transportowych.
I tu właśnie ujawnia się społeczna strona kryzysu energetycznego. Podwyżka ceny paliwa o tę samą kwotę nominalnie dotyczy wszystkich, ale dla gospodarstwa domowego żyjącego od wypłaty do wypłaty jej znaczenie jest znacznie większe niż dla osoby o wysokich dochodach.
Inflacja jeszcze nie zniknęła
Nowy szok energetyczny przychodzi w niewygodnym momencie.
Według szybkiego szacunku GUS ceny konsumpcyjne w Polsce były w sierpniu o 3,4 proc. wyższe niż rok wcześniej i wzrosły o 0,4 proc. w ciągu jednego miesiąca.
Droższa ropa i gaz mogą ponownie zwiększyć presję inflacyjną.
Europejski Bank Centralny już ostrzega, że sytuacja na rynku energii rozwija się gorzej, niż zakładano jeszcze niedawno. Ceny gazu z dostawą w grudniu przekroczyły 83 euro za MWh — więcej niż poziom przyjmowany wcześniej przez ECB nawet w jego niekorzystnym scenariuszu.
Polska nie należy do strefy euro, ale mechanizm gospodarczy jest podobny.
Jeżeli energia ponownie zaczyna drożeć, banki centralne mają mniej przestrzeni do obniżania stóp procentowych. To z kolei może oznaczać dłuższe oczekiwanie na tańsze kredyty.
W ten sposób szok na rynku ropy może uderzyć w gospodarstwo domowe dwa razy: najpierw poprzez ceny paliwa i produktów, później poprzez koszt pieniądza.
Państwo już raz interweniowało
Polski rząd zna ten problem aż za dobrze.
W reakcji na wcześniejszy skok cen paliw w 2026 roku uruchomiono pakiet „CPN”. Obejmował on między innymi maksymalne ceny detaliczne oraz czasowe obniżenie VAT na paliwa z 23 do 8 proc.
Program w swojej ostatniej odsłonie obowiązywał do 31 sierpnia. W ostatnich dniach działania mechanizmu maksymalna cena benzyny Pb95 wynosiła 6,64 zł za litr, a diesla 7,31 zł.
Jeżeli światowe ceny ropy pozostaną powyżej 100 dolarów przez dłuższy czas, pytanie o nowe działania osłonowe może szybko wrócić.
Nie oznacza to jednak, że państwo powinno bez ograniczeń dopłacać do każdego litra paliwa.
Powszechne obniżki podatków mają jedną zasadniczą wadę: korzysta z nich zarówno pracownik dojeżdżający starym samochodem do pracy, jak i właściciel luksusowego SUV-a spalającego kilkanaście litrów na sto kilometrów.
Pomoc społeczna powinna być celowana tam, gdzie wzrost cen naprawdę zagraża poziomowi życia.
Kto powinien dostać ochronę?
Jeżeli obecny kryzys się pogłębi, państwo powinno przede wszystkim chronić ludzi najbardziej narażonych na wzrost kosztów.
Chodzi między innymi o gospodarstwa domowe o niskich dochodach, pracowników zmuszonych do codziennych dojazdów, mieszkańców terenów słabo obsługiwanych przez transport publiczny i małe przedsiębiorstwa zależne od paliwa.
Jednocześnie potrzebne są inwestycje, które ograniczają zależność społeczeństwa od samochodu.
Dobra komunikacja autobusowa i kolejowa poza największymi miastami nie jest luksusem ani dodatkiem do polityki klimatycznej. Jest elementem bezpieczeństwa ekonomicznego.
Im więcej ludzi ma możliwość dojechania do pracy autobusem lub koleją, tym słabiej kolejny konflikt na Bliskim Wschodzie uderza w ich domowy budżet.
Podobnie należy patrzeć na energetykę. OZE, sieci przesyłowe, magazyny energii i efektywność energetyczna nie są wyłącznie kwestią emisji CO₂. Zmniejszają zależność państwa od surowców, których ceny ustalane są pod wpływem wojen, sankcji i wydarzeń rozgrywających się tysiące kilometrów od Polski.
Bezpieczeństwo energetyczne to nie tylko pełne zbiorniki
Polska wykonała dużą część pracy związanej z dywersyfikacją dostaw. Rosyjska ropa nie jest już podstawą działania polskich rafinerii, a ORLEN ma dostęp do wielu alternatywnych kierunków importu.
To ważne osiągnięcie.
Ale prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne nie może oznaczać wyłącznie odpowiedzi na pytanie, czy surowiec fizycznie dotrze do rafinerii.
Trzeba również zapytać, czy zwykłego człowieka będzie stać na produkt, który z tej rafinerii wyjedzie.
Jeżeli ropa pozostanie droga, państwo stanie przed kolejnym wyborem: czy pozwoli przerzucić cały koszt kryzysu na gospodarstwa domowe, czy stworzy system ochrony tych, dla których samochód, ogrzewanie i podstawowe zakupy nie są luksusem, lecz koniecznością.
To właśnie będzie najważniejszy test obecnego kryzysu.










