Czas na zmianę

Kilka refleksji po państwowych obchodach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej.

Przebieg niedawnych uroczystości państwowych, związanych z 80. rocznicą napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę, mimo upływu dni są nadal przedmiotem komentarzy i analiz prasowych. Głównym uczestnikiem tych obchodów miał być Prezydent USA – Donald Trump, w realizacji tej wizyty przeszkodził mu zapowiadany huragan Dorian i choć trudno jest dziś mierzyć wagę tych spraw (zwłaszcza, kiedy oglądamy szkody wyrządzone na Bahamach) myślę, że swą nieobecnością sprawił rządzącym w Polsce zaskakującą niespodziankę. Ja też czułam się zawiedziona, ponieważ D. Trump zaciekawia mnie swoim myśleniem o świecie i – mówiąc szczerze – czekałam na kolejny, polityczny show w stylu amerykańskim. Wiceprezydent M. Pence nie mógł przecież uwieść nas zachwytami nad A. Dudą i nad stanem praworządności w Polsce – z przesadnymi elementami kaznodziejstwa, bo przecież w tej konkurencji naszym biskupom nikt dorównać nie może (mamy to na co dzień). Odniosłam wręcz wrażenie, że wiceprezydent USA nie był o stanie demokracji w naszym kraju zbyt dobrze poinformowany, natomiast o interesach amerykańskich w Polsce – owszem, czego ewidentnym skutkiem była rezygnacja rządu polskiego z podatku cyfrowego, (na czym bez wątpienia skorzystają amerykańscy giganci medialni), a także podpisanie umowy o budowie sieci komórkowej najnowszej generacji 5G, w istocie rzeczy jest to ruch skierowany przeciw Chinom.
Wracając jednak do obchodów: w kraju nad Wisłą wybuch II wojny światowej to ważna rocznica, która ciąży na myśleniu już piątego pokolenia Polek i Polaków. Myśląc o tym pamiętam, że była to jedna z pierwszych poważnych informacji, jaka dotarła do mojej dziecięcej świadomości w latach 50. W domowych rozmowach rodziców przewijała się często obawa o rychły ponowny konflikt zbrojny tym straszniejszy, że już z prawdopodobnym udziałem bomby atomowej. Polacy żyli wtedy w przeświadczeniu, że to jeszcze nie koniec, że skazani jesteśmy na udział w kolejnym krwawym starciu…
Pamięć o wojennych losach obywateli II Rzeczypospolitej i ranach zadanych na jej terytorium państwowym i poza nim, nieustannie pobudzają naszą wrażliwość na gesty i słowa, które rozumieją ból Polaków z powodu bezmiaru zbrodni i rabunków, dokonanych na ziemiach Rzeczypospolitej.
Polska hekatomba rozpoczęła się 1 września 1939r i trwała pięć lat. Jednakże po jej zakończeniu przywódcy wielkich mocarstw pozostawili Polsce ustalenia z Jałty i Poczdamu, które u samych podstaw zapowiadały pojawienie się groźnych zjawisk dla bezpieczeństwa państwa i bytu narodu polskiego.
Długo nie trzeba było czekać, bo już w marcu 1946 r. W. Churchill w amerykańskim Fulton ogłosił tezę o zapadnięciu żelaznej kurtyny „od Szczecina nad Bałtykiem po Triest nad Adriatykiem”, oddzielającej Europę Środkowo-Wschodnią od Zachodu. Jak pamiętamy, przemówienie to dało początek „zimnej wojnie” i towarzyszącemu jej wyścigowi zbrojeń, a na przestrzeni 1949 r. powstało sojusz militarny – NATO.
W klimacie narastającego napięcia międzynarodowego pierwszoplanowym zagrożeniem dla bytu narodowego Polaków była stalinowska koncepcja ochrony interesów ZSRR na wypadek wybuchu III wojny światowej, która wyrażała się w strategii „daleko od Moskwy” (patrz: doświadczenie wywodzące się jeszcze z wojen napoleońskich). Chodziło o wytyczenie terytorium ochronnego poza granicami ZSRR, a to ze względu na ówczesny zasięg broni rakietowej, wyposażonej w taktyczne głowice nuklearne. W koncepcji tej miejscem destrukcji „pierwszego uderzenia” miała być Europa Środkowa, na obszarze której mieściła się Polska, a w tym znana z planów militarnych linia Wisły. Z różnych opracowań analitycznych wynika, że podobnie myślał o swoim bezpieczeństwie Zachód. Ewentualne starcie miało odbywać na umownej „ziemi niczyjej”: bez wątpienia, oznaczało to groźbę zniszczenia Polski.
Zdawały sobie z tego sprawę odsądzane dziś od patriotyzmu i czci ówczesne polskie elity polityczne, które po październiku 56. uznały, że celem polskiej strategii bezpieczeństwa musi stać się zneutralizowanie tego zagrożenia. Torami wiodącym do tego celu mogły być tylko: z jednej strony – propozycje pokojowych rozwiązań, zgłaszane drogą dyplomatyczną (prowadzenie systematycznych negocjacji i dialogu na gruncie międzynarodowym) i – z drugiej – mobilizowanie polskiego społeczeństwa na rzecz pokoju i współpracy międzynarodowej. Najważniejszym elementem tej strategii było jednakże międzynarodowe uznanie granicy na Odrze i Nysie, która w czasie konferencji w Poczdamie nie została ustalona ostatecznie (od 6 lipca 1950 r. obowiązywał jedynie układ w tej sprawie, zawarty w Zgorzelcu między PRL a NRD). Pozostawienie przez aliantów kwestii granicy polsko-niemieckiej do późniejszej konferencji pokojowej było najpoważniejszym „kukułczym jajem”, jakie podrzuciły Polsce wielkie mocarstwa w Jałcie i Poczdamie.
Warto w tym kontekście zauważyć, że powojenna walka władz polskich o trwałość granicy na Odrze i Nysie – poza zabiegami dyplomatycznymi – łączyła się z potężnym wysiłkiem gospodarczym i militarnym całego narodu. Zastanawiam się bowiem, ile Polskę kosztowało na przestrzeni 40 lat utrzymywanie blisko 400 tys. żołnierzy, plus uzbrojenie Ludowego Wojska Polskiego ( w tym Marynarki Wojennej). Nigdzie nie znalazłam takich danych, w PRL były głęboko poufne, ale może teraz udałoby się to wyliczyć….W każdym razie uważam, że i taką wymierną, ekonomiczną cenę naród polski zapłacił za utrzymanie granicy zachodniej i – co warte podkreślenia – w tej sprawie w społeczeństwie polskim panowała zgoda, jedność – od Gomułki po „Solidarność”! Było to niezwykle ważne – zwłaszcza, że wkrótce mogliśmy się przekonać, iż ZSRR za rządów Chruszczowa (lata 60.) miał do tej granicy stosunek „elastyczny” (czytaj: sprzedajny).
Dobitnym przykładem starań na drodze dyplomatycznej o zapewnienie Polakom bezpiecznego bytu narodowego był t.zw. plan Rapackiego, przedstawiony przez polskiego ministra spraw zagranicznych w październiku 1957 r. na posiedzeniu Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Chodziło w nim o projekt utworzenia strefy bezatomowej w Europie i oddalenie w ten sposób z jej terytorium wybuchu konfliktu z udziałem broni jądrowej. Koncepcja ta została następnie potwierdzona w memorandum rządu PRL w lutym 1958r, zyskując zainteresowanie wielkich mocarstw. Plan Rapackiego zawierał pojęcie demilitaryzacji, które – w dużym skrócie – oznaczało odstąpienie stron umowy od produkcji i magazynowania broni jądrowej, a także nierozmieszczanie na swych terytoriach sprzętu ani urządzeń, przeznaczonych do obsługi broni atomowej.
Plan Rapackiego zaowocował odprężeniem między blokiem socjalistycznym a Zachodem; okazało się, że obie strony dojrzały w tej koncepcji dla siebie korzyści i to zarówno natury ideologicznej, jak i politycznej. A dyplomacja PRL udowodniła, że w warunkach porządku pojałtańskiego potrafi narzuconą z zewnątrz ograniczoną suwerenność państwową rozciągnąć do granic „sojuszniczego” ryzyka; jej determinacja brała się stąd, że w sprawach niemieckich do końca nie ufała przywódcom ZSRR. W każdym razie, po sukcesie planu Rapackiego, Polska była bezpieczniejsza, niż miało to miejsce wcześniej, bowiem inicjatywa ta skutecznie zapoczątkowała pokojową linię polityki międzynarodowej Polski, polegającą na budowie pomostów między Wschodem a Zachodem, osiągając swoje apogeum w „dekadzie Gierka”.
Że brak zaufania do przywódców ZSRR był uzasadniony – można było przekonać się w 1964 r., kiedy to zięć Nikity Chruszczowa – A. Adżubej (redaktor naczelny „Izwiestii”) prowadził w Bonn poufne rozmowy m.in. w sprawie zjednoczenia Niemiec. Przypomnę, że polskie ziemie zachodnie i północne znajdowały się wówczas w naszych granicach od niespełna lat. Wspominał o tym na łamach Trybuny w swym ubiegłotygodniowym artykule Zygmunt Tasjer („Nieuzdrawialność polskiej duszy”). Informacja o misji Adżubeja przedostała się metodami wywiadowczymi do władz PRL. Janusz Rolicki relacjonował to w jednej ze swych książek następująco:
„Polscy oficerowie w sposób zaskakująco skuteczny nagrali wypowiedzi zięcia Chruszczowa wygłoszone na nieoficjalnych spotkaniach. Świadczyły one niezbicie, że wysłannik Kremla jest skłonny oferować Niemcom, kosztem Polski, nie mówiąc już o NRD, znaczne ustępstwa terytorialne za cenę wystąpienia Niemiec zachodnich z NATO ”.
To musiało wywołać ostrą reakcję Polski. Jednak nie wszyscy sukces ten przypisują tylko wywiadowi polskiemu. N.p. mój przyjaciel polityczny – Zbigniew Siemiątkowski – opisał tę kwestię z pewną korektą w wydanej 10 lat temu książce p.t. „Wywiad a władza”. Potwierdził, że Gomułka posiadał nie tylko relacje pisemne, ale i nagrania rozmów Adżubeja z kanclerzem Ludwikiem Erhardem i szefem bawarskiej CSU – Franzem-Josefem Straussem. Przypomnieć w tym miejscu należy, że obaj rozmówcy Adżubeja – członkowie CDU/CSU – znani byli w Europie z ostrych wystąpień przeciwko uznaniu polskiej granicy zachodniej. Z. Siemiątkowski powątpiewa jednak, czy posiadane przez Gomułkę dowody na nielojalność Chruszczowa wobec Polski mogły być zdobyte tylko przez polski wywiad. Wskazuje również na czujność służb NRD i na dobre kontakty gen. Franciszka Szlachcica ze sławnym szefem wywiadu wschodnioniemieckiego Markusem Wolfem.
W każdym razie, dzięki posiadanej dokumentacji dowiedzieliśmy się, o czym myślał N. Chruszczow. Dowody sprzedajnego stosunku do granicy na Odrze i Nysie uznawane są za bezpośrednią przyczynę upadku Chruszczowa w 1964 r. i objęcie władzy w ZSRR przez Leonida Breżniewa.
Samo wydarzenie wyostrzyło słuch ekipy Gomułki, chociaż los nam tu sprzyjał: po wygraniu wyborów w RFN przez koalicję SPD i FDP we wrześniu 1969 r., kanclerzem został socjaldemokrata Willy Brandt (1913-1992), który stał się autorem nowej polityki wschodniej RFN. W grudniu 1970r przyjechał do Warszawy i podpisał z premierem Józefem Cyrankiewiczem układ o podstawach normalizacji , w którym RFN uznała polską granicę na Odrze i Nysie ( kilka dni wcześniej doszło do podpisania umowy bilateralnej między RFN a ZSRR, chociaż oba państwa ze sobą nie graniczyły).
Podpisanie tego układu wywołało burzę w samym RFN. Po latach bliski współpracownik W. Brandta – Egon Bahr (1922-2015) wspominał zarzuty o zdradę, jakie pojawiły się wobec kanclerza ze strony niemieckiej chadecji. Franz-Josef Strauss miał nawet wykrzyczeć, że „Brandt nas już sprzedał, tylko jeszcze nie wydał”.
Jakie były drogi myślenia Brandta i jego ekipy, która przecież nie tylko chciała zmiany stosunków ze Wschodem, ale także zjednoczenia Niemiec. Egon Bahr kilka lat temu opisywał to następująco:
„myśleliśmy o dwóch sprawach: po pierwsze wiedzieliśmy, że nigdy nie osiągniemy zjednoczenia Niemiec, jeśli nie uznamy polskiej granicy na Odrze i Nysie, bo nikt nam nie pozwoli dążyć do zjednoczenia, jeżeli pozostanie obawa, że będziemy stawiali terytorialne żądania. Po drugie, Brandt miał świadomość, że musi wreszcie pozbawić Niemców, a zwłaszcza wypędzonych, iluzji, że kiedyś powrócą utracone ziemie /…/ Kropką nad „i” było uklęknięcie Brandta przed pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie”.
Egon Bahr przyznał również, że uklęknięcie to nie było wcześniej planowane. Stało się to „pod natchnieniem chwili”. Brandt później Bahrowi powiedział,że pod pomnikiem nagle miał wrażenie, że sam wieniec nie wystarczy.
Myślę, że podpisaniem układu z Polską o podstawach normalizacji Brandt otworzył drogę do Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, która miała miejsce w Helsinkach 1 sierpnia 1975 r. Jego sygnatariuszami było 33 państw europejskich oraz USA i Kanada. Powoli wygasała „zimna wojna”.
Nie bez powodu wspominam dziś w tym miejscu wydarzenie sprzed bez mała 50 laty, bowiem podobnie byłam poruszona przemówieniem, wygłoszonym dwa tygodnie temu w Warszawie przez Franka-Waltera Steinmeiera (rocznik 1956), obecnego prezydenta RFN. Myślę, że po tym, czego dokonał W. Brandt, jest to drugie wystąpienie tej miary historycznej przedstawiciela Niemiec w stolicy Rzeczypospolitej. Przemawiał świadom polskich krzywd wojennych, ale – myślę – również wysiłku własnego narodu, aby po zjednoczeniu Niemiec w październiku 1990 r. państwo nie odstąpiło ani na jotę od ducha i przepisów demokratycznej Ustawy Zasadniczej z 1949 r., prowadziło politykę pokojowej współpracy i zaufania, a na gruncie wewnętrznym dbało o rozwój gospodarczy i pokój społeczny. Gdy skończył, pomyślałam: tak przemawia mąż stanu najwyższej próby. Dodatkową satysfakcje czerpałam z tego, że jest to socjaldemokrata.
Jednakże w kontekście tego uznania dla klasy politycznej Franka-Waltera Steinmeiera stawiam jednocześnie pytanie: czy problem granicy na Odrze i Nysie może w przyszłości powrócić?
Odpowiedzi na nie szukam przede wszystkim w polityce polskiej, ponieważ sądzę,że pojawienie się takiej groźby tkwi dzisiaj w głębokim rozbiciu politycznym społeczeństwa polskiego, które coraz wyraźniej przybiera wymiar cywilizacyjny. Skutecznie bronić swych interesów międzynarodowych może tylko naród, ceniący praworządność i zgodny w sprawach zasadniczych; wewnętrznie skłóceni będziemy omijani i lekceważeni. Już nawet „kochający nas” Donald Trump nie zaryzykował przyjemności kolejnego spotkania z wiernopoddańczym A. Dudą. Publicysta Tomasz Jastrun skwitował ten fakt na łamach „Przeglądu” stwierdzeniem, że „Trump naszą rocznicę 1 września olał”.
Sądzę, że bezpośrednią winę za ten stan rzeczy ponosi kłótliwa, agresywna i fundamentalistyczna prawica na czele z J. Kaczyńskim oraz pasożytujący na niej (i budżecie państwa) kościół hierarchiczny. Słuchając politycznych bredzeń wodza tego bloku (władza sądów nie ma nic wspólnego z demokracją; ustrój trybunalski służy oligarchii, rodzina – to ojciec, matka i dzieci, a poza tym grozi nam ojkofobia i nihilizm), a także obserwując wzrost poparcia faszyzującej prawicy w Niemczech (AfD) obawiam się, że może to zaowocować w niepewnym dziś świecie sojuszami, które – przepraszam za kolokwializm, znów nam wyjdą bokiem. Wszak polscy analitycy stwierdzają, że ze strony radykalnej AfD mogą się pojawić postulaty rewizjonistyczne wobec Polski, o tym pisze również prasa niemiecka. Wszak podzielony głęboko naród łatwiej zaatakować.
Jedynym wyjściem z tego impasu jest wygrana w najbliższych wyborach sił proeuropejskich. Potrzebna jest wyraźna zmiana linii polskiej polityki zagranicznej; zgadzam się z tezą Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, że dziś grozi nam „odejście w Europie od dotychczasowych zasad ładu międzynarodowego, co doprowadzi do tego, że „wielcy” będą decydować o rozwiązaniach ekonomicznych i kwestiach bezpieczeństwa nad naszymi głowami, z pominięciem interesów Polski”. Chcemy tego…? W tym kontekście zgadzam się również z sugestią autorki – którą zawsze czytam z dużym zainteresowaniem – że czas na nowe otwarcie z Rosją (wcześniej szeroko poruszyli ten problem w swych książkach profesorowie Andrzej Romanowski, Bronisław Łagowski i Andrzej Walicki). Większość państw europejskich wyraźnie tego chce, idą śladem RFN, która na pewno nie zrezygnuje z współpracy z Federacją Rosyjską, widząc w niej korzyści gospodarcze i polityczne. Polska prawica swej polityki wobec Rosji nie zmieni, zresztą z innymi sąsiadami też ma kiepskie stosunki. W Polsce musi nastąpić zmiana układu sił politycznych, jeśli chcemy odbudowywać naszą pozycję w Europie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *