13 czerwca 2024

loader

Fizyka przyjmę od zaraz

pexels.com

Szkołę podstawową wspominam z uczuciami mieszanymi. A średnią bardzo dobrze. Prócz wspomnień, zostało mi po nich kilkoro przyjaciół i trochę w głowie, ale nie za dużo. Ładowano nam w jednej i drugiej placówce do tornistrów tonę kompletnie niepotrzebnych rzeczy. Ale przy okazji, jeśli ktoś chciał, można było wyjść na ludzi. 

Klasy miałem liczne, po 30, 40 osób. Miałem w nich grzeczne dziewczęta ale i chłopaków po poprawczakach. I nauczycieli różnych. Głównie starszej daty. Ale miałem. Dziś w samej Warszawie jest 11 tysięcy wakatów dla nauczycieli przeróżnych przedmiotów. Ta liczba utrzymuje się na stałym poziomie od dłuższego czasu, ponieważ rząd nie myśli o tym, żeby problem rozwiązać. Rząd chce jedynie zaklajstrować dzieciakom usta miałką papką o moralności i lepikiem z ojczyzny i Boga. Ciężko po takim przygotowaniu dobrze wypaść na maturze. 

Zdziwiłem się, kiedy dotarły do mnie te dane. 11 tysięcy, przecież to cholernie dużo. Wychodzi na to, że w każdej, stołecznej szkole, podstawowej albo średniej, posadowionej w publicznym systemie, są luki w kadrze. Tym samym, dzieci polskie odbierają niepełne wykształcenie, czemu władza przygląda się z bezradnością. Szkoły robią co mogą, żeby dotrudnić pedagogów, ale za takie pieniądze nikt w dużym mieście nie będzie się urabiał po łokcie i użerał z coraz bardziej rozwydrzoną hałastrą. Uczą więc fizyki matematycy, a geografii historycy, bo nie ma komu. A szkoła przyjmie każdego, kto ma jako takie pojęcie z danej dziedziny Żeby tylko wypełnić minimum programowe. Mój kolega, aptekarz z wykształcenia i z zawodu, opowiadał mi, że w szkole jego dzieci, wychowawczyni zapytała go, czy nie zechciałby poprowadzić lekcji z chemii, bo od pół roku szukają chemika, ale nikt się nie zgłasza. Wezmą więc choćby jego, bez kursów i pedagogicznego wykształcenia, byleby tylko powiedział dzieciom co nie bądź o kwasach i zasadach, o budowie atomu i hadwao, a eksperymenty zobaczą sobie na jutubie, żeby nikomu nie urwało ręki. Do tego już doszło.

Mój inny znajomy pracuje w szkole średniej. W Warszawie. Prywatnej. Nie najdroższej ale ponoć dobrej. Ostatnio, podczas konwentyklu towarzyskiego, zadano mu pytanie, czy warto trzymać pociechę w szkole publicznej, gdzie towarzystwo włazi nauczycielce na głowę a młoda dziewczyna kompletnie sobie z tym nie radzi, czy lepiej zabrać latorośle do prywatnej placówki, póki jest jeszcze czas. Można znaleźć w Warszawie dobrą placówkę z dobrą kadrą. Publiczną. Ale tak jak prawdopodobieństwo winno być uczone na lekcji matematyki, tak to samo prawdopodobieństwo o odszukaniu dobrej szkoły prywatnej, tj. za pieniądze, jest znacznie większe niż szkoły tak samo dobrej, ale za darmo. Pedagodzy w dużych miastach, wbrew temu co myśli rząd, także potrafią liczyć, i pójdą do pracy tam, gdzie im lepiej zapłacą, czemu dziwić się nie należy. Natomiast temu, że rząd tak ochoczo puszcza ich z publicznych placówek dziwić się już trzeba. Jeśli ten kraj stać na zasiłki wydawane każdemu po uważaniu i za bezdurno, a nie stać go na kształcenie i darmową edukację, może warto się zastanowić, czy ta edukacja winna być nadal darmowa? Bo jeśli tak ma to wyglądać, tzn. szkoła miast uczyć, będzie pełnić głównie funkcje świetlicy, bo uczyć nie będzie komu, należałoby jak najszybciej przemówić ludziom do rozsądku. Powiedzieć wprost: jeśli chcecie wykształcić swoje dzieci w najlepszy sposób, posyłajcie je do prywatnych placówek, bo w naszych nauczą się tylko czytać, pisać i liczyć do tysiąca. I o ile w Warszawie czy w Krakowie idzie to jeszcze zrobić, to na prowincji, gdzie jest jedna szkoła, już trudniej. 

W świetle dyskusji o czarnkowej szkole od siedmiu boleści, przemykają od czasu do czasu poważne zagwozdki, jak choćby ta z brakiem odpowiedniej kadry nauczycielskiej, co z kolei wiąże się z bidą i nędzą finansów, które się nauczycielom wypłaca. Nowych nauczycieli nie przybywa, bo komu by się chciało za te pieniądze iść uczyć do szkoły. Pasjonatom, pewnie tak. Ale żeby tak samemu, bez przymusu, to już nie te lata. Nim się obejrzymy, to samo stanie się z pielęgniarkami. O ile już się nie stało. Dopóki nie krzyczą głośno, że nie ma komu robić, lud może spać spokojnie. Ale lada chwila okażę się, że tych też już nie ma przy łózkach chorych, tylko są na emeryturze. Sądzicie, że nie byłoby chętnych do pracy w zawodzie, bo młode dziewczęta i młodzi mężczyźni na raz przestali być empatyczni? Gdyby płacono im porządne pieniądze, chętni by się znaleźli. W jednej ze stołecznych służb municypalnych, dyrektor ma kilka tysięcy wolnych miejsc do pracy z człowiekiem. I chudy portfel samorządowych pieniędzy, którymi może rozporządzać. Czemu więc Polaku głupiś? Boś biedny. A czemuś biedny? Boś głupi. Bo wybierasz kretynów, którzy z własnego grona na stolce władzy sadzają jeszcze większych matołów. Ale, w zasadzie, komu ten stan przeszkadza. 

Jarek Ważny

Poprzedni

Na tropie piramidy

Następny

Opowieść o rodzinnych korzeniach i o Polsce