Z kim mamy honor?

Tak pytali się kiedyś polscy szlachcice nowego gościa lub przypadkowo spotkanej, nieznanej im osoby. Teoretycznie mogli pytać, „z kim mamy przyjemność?, ale, zwłaszcza w przypadku białogłowych, mogło to być dwuznacznie zrozumiane, jako sugestia zwana dzisiaj molestowaniem. Również pytające powitanie, „z kim mamy zaszczyt?” było rzadziej używane, bo mogło się przecież okazać, że witana osoba wcale na taką czołobitność nie zasługuje.

Prawda podstawą honoru

Pojęcie „honor” jest traktowane jako synteza pozytywnych cech – solidności, prawdomówności, lojalności, uczciwości, odwagi, wierności przyjętym zasadom postępowania. To wszystko na tle wysokiej oceny własnej wartości. Ostatni przedwojenny minister spraw zagranicznych Józef Beck nadał mu też znaczenie substytutu wartości materialnych, którego nie można stracić.. W słynnym przemówieniu w Sejmie powiedział: „Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor!”.

Mamy więc także sentymentalne tradycje odwoływania się do honoru. Sądzę, że to nas upoważnia do analizowania cech, składających się na honor, zarówno u prezentowanych nam polityków jak i ich ugrupowań. Ze szczególną uwagą i atencją powinniśmy analizować poziom honoru w zachowaniach tych, którzy aktualnie nami rządzą. 

Najbardziej – moim zdaniem – rzuca się w oczy i uszy niedostatek kluczowego warunku dysponowania wysokim poziomem honoru, jakim jest prawdomówność. W polskiej polityce prawdomówność zawsze była chorowita, ale w ostatnio rządzącej partii politycznej osiągnęła „dno wklęsłe”. Usiłowałem zidentyfikować przyczyny tego chorobliwego stanu. Wydaje mi się, że są trzy. Pierwsza – bo owiane tajemniczością posunięcia władzy przekonują część suwerena, że jest za głupi, aby zrozumieć, co i dlaczego władza robi, ale przecież jest genialna i trzeba jej zaufać. Druga, – wmawianie narodowi, że tak rozpędziliśmy gospodarkę, iż tylko przy znikomej współpracy z innymi krajami będziemy produkować wszystko, co nam potrzebne – poczynając od elektrycznych samochodów, przez promy, do bojowych helikopterów, dużo lepszych od francuskich Carakali, które chciała kupować poprzednia władza. W oszałamiającym tempie będziemy też budować tanie domy. Trzecia, – że suweren marzy o wielkich, wieloletnich zadaniach, takich jak Centralny Port Komunikacyjny, większy i lepszy niż konkurencyjny w Berlinie, choć nie wiadomo, skąd weźmie klientów. Jeszcze lepiej, jeśli marzenia są globalne, wielowątkowe i sięgają czasów nieosiągalnych dla obecnego pokolenia. 

Jak w każdym państwie autorytarnym – a takim właściwie już jesteśmy – jest jeszcze i czwarta przyczyna. Nabożne powtarzanie i niekiedy rozwijanie pomysłów i opinii wodza, a zarazem dobrotliwego opiekuna. Kto nie powtarza, ten przestaje się liczyć.  Wielokrotne powtarzanie zamienia te pomysły w prawdę objawioną. Tym bardziej, że prominentni hierarchowie Kocioła katolickiego nawet oficjalnie zalecają modlenie się z wdzięcznością, za zesłanie nam wodza i za jego pomyślność. To nie pierwszy raz. Mamy skłonności do wpadania w patriotyczno – modlitewny nastrój wspomagania naszych idoli. Nie tak dawno byli tacy, co modlili się za pomyślność Piłsudskiego, a znacznie dawniej – Sobieskiego.

Niespodziewana zmiana miejsc

Z zespołem cech honoru obejmujących solidność i lojalność mamy większe kłopoty. Jako cichy obywatel mam pretensje do wszystkich parlamentarzystów, którzy zmieniają barwy partyjne i klubowe, nie konsultując tego ze swymi wyborcami – a więc ze mną i z innymi szaraczkami. Nie wierzę w to, że cierpiąc wewnętrzne męki szukają tylko najbardziej poprawnej ideologii i dróg osiągnięcia jej celów. W większości znanych mi przypadków robią to, chcąc sobie zagwarantować umieszczenie na listach wyborczych następnej kadencji, Indywidualnie lub grupowo. Klinicznym przykładem jest grono rzekomych antysystemowców zgrupowanych wokół dość znanego muzyka, Wrogość do systemu zamienili na uległość wobec cudzego, – ale właśnie tego najważniejszego – wodza. W ich przypadku rysa na honorze jest tak spektakularna, że może służyć jako opowiastka w czytankach dla dzieci wychowywanych na posłusznych obywateli.   

Dowody prawdziwej wiary

Kraj mamy katolicki, choć znaczna część figurujących w statystyce katolików przestała być praktykująca. Znalazła się tam przez urodzenie w katolickiej rodzinie i ochrzczenie w wieku, w którym nie wiedzieli, gdzie są i co z nimi robią. Po kilkudziesięciu latach, w których religijność była źle widziana, teraz następuje typowe „odbicie” upodobań. Niemal wszyscy politycy przyznają się do wiary w Boga, a politycy partii rządzącej traktują ostentacyjną pobożność, jako niezbędną trampolinę kariery. Wraz z kilkoma przyjaciółmi, pijącymi czasem piwo na przyzbie mego domostwa, wpadamy w euforyczny zachwyt oglądając w telewizorze pieśniarskie i taneczne wysiłki pozornie poważnych pań i panów, uczestniczących w imprezach organizowanych przez naszego Najbogatszego Redemptorystę w Toruniu, lub przez nieco uboższych zakonników w Częstochowie.

Młodzież naszą nadzieją 

Czujki mojej ostrożności nabrzmiewają niepokojem, jak słyszę, że mogę mieć honor z kimś decydującym o programach szkolnych. Polska szkoła współczesna od dawna miała pecha, bo znajdowali się patriotyczni specjaliści próbujący przekształcać ją w inkubatory indoktrynacji. Wbija się w młodociane głowy tradycyjne lub partyjne „wartości”, eliminując z nich mniej bohaterskie fragmenty naszej historii i tolerancję dla nielubianych zachowań i poglądów. Tak było „za sanacji”, tak było „za komuny” i tak jest teraz. Tylko gorzej, bo robią to ludzie bardziej zawzięci i walczący o zaszczepianie głównie poglądów „wodza”, a nie swoich. 

Z moich nieudolnych rozważań wynika, że w dzisiejszych czasach trzeba zachować szczególną ostrożność przy zawieraniu nowych znajomości. Było by wygodniej, gdyby polityk dochowujący wierności Zjednoczonej Prawicy miał wyuczoną i wspomaganą przez odpowiednią mimikę odpowiedź na powitalne pytanie, „Z kim mam honor?”. Sądzę, że względnie poprawna może brzmieć: „Ma pan (pani) honor uścisnąć dłoń religijnemu patriocie Lechistanu, wierzącemu w historyczną i błogosławioną misję naszego wodza, Jarosława”. Najbardziej zaangażowani i wielbiący pokorę tłumu, mogą zamienić słowo „uścisnąć” na „ucałować”. Nota bene widziałem już taki obrazek w telewizyjnej rzeczywistości. 

Sushi con carne

Grecja żyje aferą z seksualnym wykorzystywaniem tamtejszych sportsmenek. Jedna pani przypomniało się, że ponad dekadę temu jako 20-latka uciekła z samochodu, w którym molestować próbował ją działacz „w wieku dziadka”. Inna kobieta opisała przypadek lekarza sportowego. Aby zbadać jej kolano kazał jej ściągnąć całe ubranie. „Stał tuż za mną i obmacywał mnie” – pisała.
Aresztowano 38 – letniego pana trenera. Szkoleniowiec jest oskarżony o gwałt na 11-letniej zawodniczce. Sprawa pochodzi sprzed 9 lat.

Sushi przypomina to akcję #metoo sprzed lat. Wtedy też paniom i panom pootwierały się dyski pamięci i na wyprzódki całe to towarzystwo jęło opisywać jakich to niegodziwości dokonywali na nich prominentni, bogaci i utytułowani. Najbardziej osoby takie były zdziwione z reguły tym, że osoba, o której w środowisku wszyscy mówili jak o seksualnym drapieżniku, zapraszała świadomą tego ofiarę do swojego pokoju, pod pozorem posłuchania płyt, czy pooglądania rybek, po czym robiła ofierze to, przed czym ją ostrzegano.
Sushi uważa, że wszelka przemoc jest skurwysyństwem, zaś przemoc seksualna najbardziej. Jednocześnie jednak nienawidzi hipokryzji. Rzucania nieweryfikowalnych oskarżeń i wyciągania po latach spraw, do których doszło gdy tak „ofiara”, jak i „sprawca” postrzegali swoje ówczesne zachowania w zupełnie nieprzemocowych kontekstach.
To nie zawsze Weinstein zmuszał chcące zabłysnąć aktorki do swojego apartamentu. Wiele z nich waliło tam drzwiami i oknami, wiedząc, że robią to, co robiły setki ich poprzedniczek. Karierę przez łóżko znaczy. Amerykański producent został przez swoją opinie i wynikające z niej konsekwencje tak rozzuchwalony, że pojawienie się kolejnej panny do erotycznych wygibasów, było dlań czymś równie normalnym jak picie porannej kawy.
To wszystko przecież, działo się nie w czasach przedpotopowych, ale wtedy, gdy w prawie amerykańskim molestowanie seksualne było już dobrze opisane i potwierdzone setkami wyroków. Nikt nie bronił „ofiarom” tuż po wyjściu od „oprawcy” pobiec na policję lub wprost do prokuratora i powiedzieć co się stało. Byłyby i świeże zeznania i mnóstwo dowodów materialnych. Mnóstwo prokuratorów chciałoby się już wtedy wybić na takiej bulwersującej publikę aferze. Przypominanie sobie o tym po latach, a szczególnie w chwili gdy pierwsze sądy zasądzają ofiarom sowite odszkodowania, pachnie już czymś nieładnym.

Dlatego sushi jest za edukacja seksualną. Dzięki niej każdy ma wiedzieć, że jak ktoś robi nam coś nie halo, to trzeba się zgłosić jak najszybciej tu i tu. Wtedy są dowody i perwers idzie siedzieć. W tym czasie nie molestuje kolejnych osób. Procedury zgłoszeń gwałtów muszą być, i z reguły są, dopracowane. Tylko mało kto o nich wie. I to właśnie jest błąd. Szybko udowodniona przemoc seksualna w oparciu o dowody pozwala też skazywać prawdziwie winnych, uwalniając skarżące od odium ewentualnej chęci zysku.
Przestępstwa seksualne muszą zatem zostać uwolnione od fałszywego wstydu. Być traktowane jak kradzież, czy pobicie. Czyli jak normalne przestępstwo. Fałszywie pojmowany wstyd musi zlikwidować edukacja. Tak samo, jak zdjąć z ofiary odium tej, która sprowokowała. To zaś może nastąpić tylko wtedy, gdy seksualność zacznie być traktowana nie w duchu hipokryzji katolickiej, czy wiktoriańskiej, ale tak jak na to zasługuje, jako czegoś tak naturalnego jak oddychanie, wydalanie, czy jedzenie.
Bo czy znacie kogoś, kto po kilkunastu latach wnosi skargę na restaurację, w której podano mu przesolony bigos, albo niedogotowane flaczki? Wszak nawet gdyby do prokuratora zgłosiło się kilkanaście osób zeznających, że 15 lat wcześniej stały się ofiarami takiego posiłku, to każdy prawnik kazałby im spadać na drzewo. Albo do psychiatry.

Chaos pozorowany?

Czy za pozornym chaosem w służbie zdrowia i oświacie kryją się ukryte cele. Pytanie aktualne.

W cieniu bieżącej młócki PiS z opozycją zachodzą niepokojące zjawiska o dużym potencjale cofania Polski w rozwoju.
Na początku pandemii rząd chwalił się, że jest dobrze przygotowany do jej zwalczania i wprowadzał obostrzenia które miały nas uchronić przed jej rozwojem. Spotkało się to z akceptacją społeczeństwa, które uwierzyło w moc sprawczą Ministra Zdrowia i całego rządu. Szybko okazało się, że informacje o dobrym przygotowaniu okazały się mocno przesadzone, a wprowadzone obostrzenia w wielu przypadkach skompromitowały się i w konsekwencji doprowadziły do utraty zaufania społeczeństwa w ich skuteczność. Ma to wyraźny wpływ na obecny odbiór przez społeczeństwo ograniczeń, mimo, że są one obiektywnie konieczne. Dodatkowo na jaw wyszły niejasne afery z zakupem maseczek i respiratorów.
Obecnie rządzący zmienili całkowicie sposób przekazu. Rozwój pandemii w Polsce uznaje się za nieprzewidywalny i uzależnia podejmowanie dalszych decyzji od rozwoju wydarzeń, zrzucając jednocześnie odpowiedzialność za ich rozwój na zachowanie społeczeństwa.
Nie przygotowuje się, a przynajmniej nic nie wiadomo o scenariuszach przygotowań do ewentualnego drugiego rzutu wzrostu zachorowań, w szczególności w związku z jego prawdopodobną korelacją z jesienno – zimowym wzrostem zachorowań na grypę.
Nie znamy też planu przywracania normalnego funkcjonowania służby zdrowia. Obecnie planowe zabiegi są ograniczone, a tzw. Teleporady lekarskie, to w większości przypadków fikcja.
Priorytetem rządu w dziedzinie ochrony zdrowia stała się centralizacja wydatków, poprzez całkowite podporządkowanie NFZ Ministrowi Zdrowia. Wiara, że na szczeblu centralnym podejmuje się lepsze decyzje niż na szczeblu lokalnym towarzyszy PiS od początku i skutkuje coraz wyraźniej stratami na skutek podejmowania spóźnionych i nietrafnych decyzji.
Szczególnie niepokojącą sytuację obserwujemy w oświacie. Na kilka tygodni przed rozpoczęciem roku szkolnego uczniowie, ich rodzice i nauczyciele nie wiedzą w jakim trybie prowadzone będzie nauczanie; stacjonarnym, zdalnym czy jakimś hybrydowym. Dotychczasowe doświadczenie z pseudo reformy edukacji oraz naprędce wprowadzone w tym roku nauczanie zdalne, dobitnie pokazały, że polska oświata nie jest przygotowana na żaden z tych trybów. Szkoły są przepełnione, nauka w nich często odbywa się na dwie zmiany co utrudni, jeśli wręcz uniemożliwi zachowanie fizycznego odstępu między uczniami. Większa część uczniów ma kłopoty ze swobodnym dostępem do komputera, bo musi go dzielić z rodzeństwem i rodzicami, wielu, szczególnie w małych miejscowościach nie ma w ogóle dostępu z uwagi na brak sprzętu lub brak dostępu do internetu o odpowiedniej jakości. Ministerstwo Oświaty nie podało żadnych danych, bo ich nie ma lub ukrywa, ilu uczniów „zagubiło” się w procesie zdalnego nauczania.
Nie podjęto istotnych działań w celu poprawy sytuacji, nie przygotowano alternatywnych scenariuszy i wytycznych dla podjęcia nauki w którymkolwiek z trybów nauczania. Brak też programów na przyszłość, zmierzających do poprawy istniejącej sytuacji. Mimo szumnych deklaracji, nowoczesne kształcenie dzieci i młodzieży nie należy do priorytetów obecnie rządzących.
Zastosowany będzie, jak to już wielokrotnie miało miejsce w ostatnich latach scenariusz przerzucenia decyzji i odpowiedzialności na samorządy i szkoły czyli nauczycieli. Oczywiście bez zaopatrzenia ich w potrzebne środki i wytyczne, służące ujednoliceniu procesu nauczania. To państwo, a nie samorządy odpowiada za edukację.
Taki scenariusz nie wynika jedynie z nieudolności rządzących, Stanowi przemyślany sposób na osłabieni e samorządów i dalsze obniżenie prestiżu nauczycieli, ponieważ odpowiedzialność za wszelkie nieuniknione problemy będzie można zrzucić na samorządy i nauczycieli. PiS nie ukrywa, że chciałby scentralizować tą część władzy, która jest obecnie przypisana samorządom, a nauczyciele od czasu strajku stanowią grupę zawodową, szczególnie nie lubianą przez rządzących.
W rezultacie będziemy mieli do czynienia z co najmniej kilkoma rocznikami młodzieży w których znajdzie się duża grupa osób o spłyconym wykształceniu.
W tym momencie budzi się niepokój, czy obniżenie jakości kształcenia nie stanowi ukrytego celu rządzących. Wystarczy przypomnieć sentencję wygłoszoną przez v-ce marszałka Terleckiego. Na pytanie, jak Zjednoczona Prawica ma zamiar zmienić wynikający z rezultatów wyborów fakt, że zdecydowana większość młodych ludzi nie głosowała na Andrzeja Dudę, odparł, że potrzebne są zmiany w procesie nauczania. Jeśli skojarzyć to z faktem, że za Andrzejem Duda głosowali w większości obywatele o niższym statucie wykształcenia i gorszym dostępie do rzetelnej informacji, to wnioski nasuwają się same. Czy rzeczywiście w interesie rządzących jest utrzymywanie dużej części społeczeństwa w sytuacji dziedziczenia niedostatku kulturowego i w konsekwencji materialnego, a środkiem do tego celu jest obniżenie jakości kształcenia? Jakość kształcenia nie polega bowiem na anachronicznym kształtowaniu postaw pseudo patriotycznych, lecz na przystosowaniu młodzieży do życia w szybko zmieniającym się świecie.
Jest i drugi aspekt takiego działania, nie do przyjęcia dla socjalistów. Niedostatki publicznej służby zdrowia i publicznej oświaty powodują rozwój sektora prywatnego w tych dziedzinach i ucieczkę najlepszych specjalistów do tego sektora. Grozi nam żywiołowa prywatyzacja służby zdrowia i oświaty.
PiS zapewnia o swojej trosce o ludzi biednych, ale robi bardzo wiele, by jednocześnie ich los pogorszyć i zamknąć ich w swoistym getcie.
Czy o to chodzi? Obym się mylił.

O sprawiedliwości społecznej

W sieci, w prasie i tygodnikach jest wiele tekstów (niektóre nawet poważne) mówiących o potrzebie pracy organicznej, pracy u podstaw, która, dobrze wykonana, mogłaby przynieść sukces i przerwać proces budowy autorytarnego systemu rządów w Polsce.

To dobrze. Trzeba, ogarnąć się po wyborach, w których policzyliśmy się – jest nas dokładnie pół na pół.

Wybory prezydenta to wybory, w których zwycięzca bierze jednak wszystko, nawet wtedy, gdyby miał tylko o jeden głos więcej od konkurenta. Tu przewaga wynosiła ponad czterysta tysięcy głosów i nawet wiele tysięcy protestów wyborczych w pełni uzasadnionych — nie wystarczy.

Możemy teraz spekulować czy władza uwzględni ten prawie remis i zacznie dostrzegać opozycję, czy wręcz przeciwnie – tym mocniej dokręci śrubę i domknie budowę satrapii. Jak będzie zobaczymy…

Chciałbym, nawiązując do pierwszego zdania, tego o potrzebie pracy organicznej, powiedzieć coś wybiegającego w przyszłość; coś, co może wydać się abstrakcją, pełnym odlotem. Chciałbym mianowicie podać kilka wskaźników i opisać kilka procesów społecznych, których obecność w naszym życiu społecznym pozwoliłaby mi nazwać je opartym o zasadę sprawiedliwości społecznej.

Nie będę przywoływał tekstu obowiązującej Konstytucji, w której zasada ta jest zapisana wprost w jednym z pierwszych artykułów. To, że zapisaliśmy ją w Konstytucji — nie oznacza, że stosujemy ją w praktyce rządzenia i to niezależnie do tego, kto w danym momencie rządzi.

Tak się mi ułożyło, że byłem jednym z 560 parlamentarzystów głosujących przyjęcie tej Konstytucji – ja głosowałem „za”, pamiętam też kto głosował „przeciw”.

Skoro tak — to zrozumiałe jest, że jestem szczególnie wyczulony na nieobecność w praktyce życia społecznego zasady sprawiedliwości społecznej.

No to teraz do konkretów!

Z morza spraw i problemów, w których możemy śledzić i analizować jak funkcjonuje w nich zasada społecznej sprawiedliwości, wybierzmy przykładowo prawo do zdrowia i życia. To najbardziej fundamentalne prawo. Nie ma nic bardziej podstawowego w piramidzie ludzkich potrzeb niż te dwie wartości.

W Polsce, od czasów Wielkiej Transformacji, ta dziedzina przechodziła różne koleje. Wspólną cechą wszystkich ekip było głębokie niedoinwestowanie opieki zdrowotnej i obiektów służby zdrowia. Wszyscy mamy w pamięci ostatni strajk młodych lekarzy i ich żądanie 6,5% dochodu narodowego na służbę zdrowia, na konieczne podwyżki płac średniego personelu medycznego i młodych lekarzy.

I co?

I nic, wszystko to zostało w sferze planów a w związku z nieuchronnym kryzysem wywołanym światową pandemią – pewnie niezrealizowanych planów.

To ta władza ma ten problem.

Poprzednia władza winna jest wejścia na ścieżkę prywatyzacji służby zdrowia, potraktowania szpitali i innych placówek opieki zdrowotnej jako biznesów, doprowadzenia do tego, że zanikła relacja lekarz – pacjent. Teraz jest lekarz – klient, a to zupełnie co innego.

Prawo do zdrowia i życia w naszym kraju zależy od zasobności portfela. Prywatne pieniądze, kursujące w opiece zdrowotnej, w naturalny sposób wpływają na pogłębianie się różnic w dostępie do specjalistycznych procedur. Skoro jest rynek usług medycznych, to działają bezwzględne prawa rynku – prywatyzacji podlegają te procedury, których wysokość wyceny przez NFZ rokuje zyski dla właścicieli sprywatyzowanych obiektów. Te niedochodowe pozostają w NFZ i znaczy to tylko tyle, że wydłużają się tam kolejki a tym samym i czas oczekiwania na zabiegi ratujące zdrowie a często życie człowieka.

Gdzie w całości systemu opieki zdrowotnej w Polsce jest sprawiedliwość społeczna – ta ogólna zasada naszego ustroju określonego w Konstytucji? Moim zdaniem nie ma jej wcale.

Jeżeli mamy tworzyć alternatywne programy, które spowodują, że nas będzie więcej, to ta sprawa ma numer 1.

Niech drugą sprawą stanie się sprawa dostępności mieszkania dla wchodzących w wiek dorosłości młodych ludzi.

Przez wszystkie potransformacyjne lata wszystkie ekipy „olewały” ten problem. Były albo plany, albo dobre rady wujka Bronka – zmień pracę, weź kredyt, to będziesz miał mieszkanie.

Mieszkanie w Polsce jest towarem. Towarem jednak szczególnym: od dostępności do niego zależy wprost przyszłość polskiego społeczeństwa, jego wielkość i siła. Nawet jeżeli przyjąć tezę, że mieszkanie to towar, to trzeba podkreślić jego szczególną wartość – nie może być tak, że państwo nie zbudowało znaczącego rynku mieszkań na wynajem, tak jak to jest na świecie, tym mądrzejszym od nas. Nie może być tak, że młodzi ludzie, biorąc kredyt, stają się niewolnikami banków na kilka dziesiątków lat, pozostając przez cały ten czas kredytobiorcą, a nie właścicielem mieszkania — bo to bank jest jego właścicielem.

Kto policzył dramaty i tragedie wynikłe z takich stosunków, naprawdę egzystencjalnych, podstawowych, kto policzy samobójstwa i ciężkie choroby uwikłanych w kredyty bankowe młodych ludzi?

Jest tam gdzieś zasada społecznej sprawiedliwości, czy tylko bezwzględna żądza zysku deweloperów, działających na polskim rynku mieszkaniowym?

Czas najwyższy dokonać przeglądu światowych rozwiązań budownictwa mieszkaniowego i zakończyć ten chocholi taniec – to zadanie dla tej myślącej i wrażliwej części sceny politycznej.

I jeszcze jeden problem. Ten związany z systemem edukacji i wychowania młodzieży.

Czy mamy coś więcej niż przesłanie sprzed wieków – „Takie będą Rzeczypospolite, jakie jej młodzieży chowanie”?

Czy ma coś wspólnego z zasadą społecznej sprawiedliwości zapaść w systemie polskiego szkolnictwa? Zapaść, zaczynająca się od tego ile państwo — tak państwo, a nie rynek — płaci nauczycielom w Polsce. Czy może być coś bardziej kompromitującego niż to, co działo się w polskiej szkole za rządów poprzedniej pani minister – obecnie europosłanki – i obecnego ministra oświaty i wychowania?

Opowiadanie o potrzebie reformy programowej jest prawdziwe – najpierw jednak doprowadźmy do tego, aby młodzi ludzie wybierali kierunek studiów przygotowujący do zawodu nauczyciela świadomie – wiedząc, że to jest dobry i dobrze płatny zawód, cieszący się ogromnym szacunkiem.

Pamiętamy definicję państwa policyjnego – państwo policyjne to takie państwo, w którym policjant zarabia więcej niż nauczyciel.

Polska od trzydziestu lat jest państwem policyjnym a mierząc to miarą wysokości zarobków – coraz bardziej państwem policyjnym.

Podałem trzy przykłady – mogę ich podać trzydzieści. Chodzi jednak o to, aby zacząć takie myślenie, które ma oparcie o zasady.

Ja proponuję zasadę sprawiedliwości społecznej.

Mamy ją zapisaną w Konstytucji – chodzi o to, aby była stosowana w praktyce.

„Słowacki wielkim poetą był”, czyli słów kilka o współczesnych lekturach

Jeszcze nie tak dawno bardzo popularnym było powiedzenie, że jeśli się chce zrobić pisarzowi krzywdę, trzeba zrobić z jego książki obowiązkową lekturę szkolną. Kilkanaście lat później Internet wprowadził nas w erę postczytelniczą, czyli czytamy, ale jedynie to, co wyświetli się na monitorze.

Dawne powiedzenie o lekturach przestało być aktualne, ponieważ książka dla ucznia, to jeden z punktów, który należy przerobić, by dobrze wypadł jakiś test czy egzamin. Zapomniano o nauce „etosu czytania”, a paleta lektur, którymi dysponują nauczyciele jest żenująco skąpa.

Konia z rzędem temu, kto wskaże książkę, w której uczeń mógłby utożsamić się z bohaterem, poczuć klimat, czy przenieść w inną epokę. W związku z ciągłym przekładaniem daty egzaminu ósmoklasisty, niepewnością uczniów i nauczycieli warto pochylić się nad tą sprawą. Ciągłą bolączką edukatorów pozostaje problem zamknięty w twierdzeniu – młodzież nie czyta! Osobom, które mają ze wspomnianą młodzieżą choć minimalny kontakt oraz orientują się w szkolnych realiach nasuwa się pytanie – ale co ma czytać? Anachroniczne lektury, z bohaterami z którymi nie jest się w stanie się identyfikować? W zestawie lektur obowiązkowych, do egzaminu ósmoklasisty najstarsze teksty to – Treny Kochanowskiego. Pochodzące z XVI wieku nijak nie są w stanie zainteresować uczniów. Natomiast większość utworów to dziewiętnastowieczne dzieła, pasujące bardziej jako pomoce dydaktyczne na lekcjach historii, żeby dzieci i młodzież wiedzieli, że coś takiego powstało, co w połączeniu z kontekstem historycznym może zainteresować bardzo wąską grupę pasjonatów. Obecnie najnowszą lekturą omawianą w całości są… „Kamienie na szaniec” opowiadające o losach chłopców podczas II Wojny Światowej… No właśnie, chłopców… We wspomnianym korpusie obowiązkowym nie ma ani jednej pisarki, co oznacza, że brak również, głównych bohaterek. Wyjątkiem jest „Żona modna”, ale to raczej antybohaterka, ewentualnie Urszulka, z której Kochanowski uczynił swą nierealną muzę, niezrozumiałym dla dzisiejszej młodzieży, staropolskim językiem, opiewając literackie zdolności 2,5-letniego dziecka.

Fakt, protagonistką wiersza „Śmierć Pułkownika” jest Emilia Plater, ale warto zaznaczyć, co większość czytelników pamięta pewnie jeszcze z lat szkolnych, o tym, że wspomniana dowódczyni, aby mieć jakąkolwiek szansę „zaistnienia” musiała przywdziać męski strój i zatuszować wszelkie elementy swojej kobiecości.

Zastanawiającym pozostaje fakt, że w szkole gdzie połowę ławek zajmują dziewczęta – w kraju w którym jak podają statystyki – wśród całej grupy ludzi parających się publicystyką jest zdecydowanie więcej pisarek, dziennikarek czy blogerek niż ich męskich odpowiedników.

W systemie edukacji zdominowanej przez nauczycielki (wśród polonistek ponad 90 proc.) nie ma kobiet w kanonie literatury. Ów zestaw lektur szkolnych, pomimo zmiennych czasów – sam pozostaje niezmiennym. Czy to dobrze? Poziom czytelnictwa w Polsce mówi jasno – że nie.

Dzieci i młodzież jeśli w ogóle sięgają po książki to głównie jest to fantastyka, bądź współczesne historie o ich rówieśnikach, z którymi mogą się identyfikować – nie zaś trącące myszką opasłe dzieła utkane ze słów, których już nawet niektórzy nauczyciele nie rozumieją. Można odnieść wrażenie, że kolejni szefowie resortu edukacji prześcigają się w pomysłach, jak zmusić uczniów i uczennice do czytania, co w konsekwencji przynosi skutek odwrotny. Młodzież reaguje zniechęceniem i odrazą.

Należy dobrać lektury, by zachęcić tych młodych ludzi do czytania, a dopiero pomiędzy wpleść „ciekawostki z epoki”. Ich nie wzruszy napisany niezrozumiałym językiem lament ojca Jana nad grobem córki, nie przyciągnie tłumaczenie, że ostatni prawdziwy dwór szlachecki z polskimi obyczajami był w Soplicowie, nie zapłaczą nad zrusyfikowanymi chłopcami z „Syzyfowych prac”. Przytaczając Gombrowicza – jak ma zachwycać, skoro nie zachwyca. Ktoś zapyta: ale Mickiewicz, Sienkiewicz, Żeromski?! Czy nie można opowiedzieć: Szymborska, Tokarczuk (jeśli chcemy pozostać tylko przy rodaczkach). Może właściwsze byłoby zapytanie – czy można poruszyć w lekturach problemy współczesnej młodzieży? Cóż, jeśli chcemy, aby książka była realnym przedmiotem w ręku młodego człowieka – wypada rzec, że nawet trzeba. Chodzi nie tylko o takie kwestie jak alkohol czy narkotyki, ale np. bulling, cyberprzemoc, wszelkie uzależnienia, w tym od Internetu, a przez to zanik relacji, ale także problem tolerancji i inności. Szukając rozwiązań zastanowić się można nad plebiscytem wśród dzieci i młodzieży na lekturę. W końcu to one mają czytać, więc dlaczego nie mogłyby wybrać? Czy ucząc demokracji i obdarzając zaufaniem można jeszcze bardziej obniżyć skandaliczny poziom polskiego czytelnictwa? Sugerować się można także rankingami czytelniczymi przy wyborze szkolnego kanonu książek. Warto, aby do tych postulatów ustosunkował się minister edukacji oraz osoby za nią odpowiedzialne. Wsłuchując się zarazem w głos dziecka.

Wracając do początku artykułu, czyli cytatu z Gombrowiczowskiej „Ferdydurke” – „Słowacki wielkim poetą był”, już na tym etapie powinniśmy zakończyć rozmowę. Słowo klucz, to „był” czyli czas przeszły.

Nowe pokolenia, to nowy język, zamiast trzymać ich kurczowo przy niezrozumiałych treściach, wymagając by bezrefleksyjnie wykuwali na pamięć – nie do pojęcia współcześnie słowa, wyjdźmy im naprzeciw, lub chociaż spotkajmy się pośrodku. Inaczej niebawem młodsze pokolenie nie będzie w stanie porozumieć się ze starszymi.

Koledzy są najważniejsi!

Polski rząd zdecydował, że do końca roku szkolnego uczniowie nie powrócą do szkół. Czemu? Tego za bardzo nie wiem, bo przecież młodzież i dzieci nie są z covidowej grupy ryzyka. Jednakowoż, wbrew temu, co mówią moi uczeni w pismach znajomi, nie widzę w rządowym obligu niczego złego. Młodzieży chowanie w tym kraju od dawna było po prostu żadne. Dodatkowa laba niczego nie zmieni. Na pewno nie na gorsze.

Dzieciaki i młodzież powinny chodzić do szkół i pobierać nauki im właściwe. Inne kraje, te bardziej roztropne, np. Dania, wpuściły dzieci między ławki już dawno. Tam jednak system edukacyjny jest stabilny od lat, a dzieci są tymi najszczęśliwszymi na Ziemi. U nas do szczęśliwości daleko. Trudno ją zresztą osiągnąć, kiedy zmienia się zasady kształcenia maluczkich raz na dekadę, z powodów ciężkich do zdefiniowania nawet dla samych zmieniających. Gimnazja zlikwidowano w zasadzie nie wiadomo dlaczego; kanony lektur zmienia się pod polityczny klucz, historii uczy się pod ipeenowskie wytyczne. Dobrze, że chociaż nauki ścisłe mogą się oprzeć wiatrom odnowy, choć i z tymi różnie bywa. Tak czy inaczej, kiedy zacząłem dumać nad zatrzymaniu dzieciaków w domach, naszła mnie refleksja, że w sumie dobrze się stało, że zostaną. Dobrze i źle.

Po co, w pierwszej kolejności, dziecko idzie do szkoły, zapytał ongiś znany amerykański metodyk i pedagog, John Dewey. Nie po wiedzę, po splendor, po receptę jak żyć, po piątki i szóstki. Dziecko chce iść do szkoły, żeby spotkać się z kolegami. To jest jego pierwszy impuls. Dlatego źle się stało, że dzieci do szkół w Polsce nie wróciły. Zabrano im ich podstawową motywacyjną premię; nie mogą zacieśniać koleżeńskich więzi, bawić się i rozrabiać, plotkować, socjalizować się. Zostaną w domach i zdziczeją. Nie do końca co prawda, ale im mniejsze dziecko, tym większe będą wyrwy w jego psyche i nawet najbardziej opiekuńczy i progresywny w swoim myśleniu i zachowaniu rodzic nie będzie w stanie tego przeskoczyć. A co dopiero rodzic zapracowany albo patologiczny. Dzieci najuważniej słuchają drugich dzieci. Nie pani ani pana zza biurka albo z telewizora. Rówieśnika. Nie podejrzewam, że w obecnym resorcie edukacji w Polsce, znajdzie się ktoś, kogo szkoła deweyowska zainteresuje, bo to przecież typ który spotykał się ongiś z Trockim w Meksyku. Może więc warto wsłuchać się w słowa pewnego Żyda z Nazaretu, który prosił, aby pozwolić dzieciom do niego przychodzić, bo kto nie będzie ufny jak dziecko, nie dostąpi zbawienia. Tego autorytetu nikt w ministerstwie raczej nie zakwestionuje. To jest ta zła strona medalu.

Dobra jest taka, że dzieciaki polskie unikną traumy, z którą zmagam się do dziś dnia. Kompletnie nie potrafię niczym wytłumaczyć ani w żaden sposób usprawiedliwić krzywdy, jaką uczniowi polskiemu wyrządził system, przez lata szkoły podstawowej i średniej, w postaci nikomu niepotrzebnej wiedzy bezużytecznej, tłoczonej do głów przez tępych profesorów. Ileż to nikomu niepotrzebnych rzeczy musieliśmy się uczyć, tylko dlatego, że ktoś na górze przewidział, że lekcje chemii i fizyki muszą odbywać się w takim to a takim wymiarze godzin tygodniowo, przez dwa semestry, od 5 do 8 klasy i później od pierwszej do czwartej w ogólniaku. I czymś tę lukę trzeba było wypełnić. Ładowano więc nam nahajem do głów wzory, reakcje, rozmnażanie okrytonasiennych, podziały plechy, jakieś cuda na kiju, żeby wybrukować program nauczania zupełnie nieprzydatną wiedzą, która zajmowała nasz czas i energię. Pomijam stres, towarzyszący każdej takiej lekcji, na której nauczyciel odpytywał pod tablicą z cyklu rozmnażania krowy albo z wzoru na odwrócony kwadrat pierwiastka. Kiedy sobie dziś o tym myślę, to wzbiera we mnie wściekłość, jak można było fundować przez te wszystkie lata młodym ludziom taki koszmar. Przecież istniało tyle ciekawszych rzeczy, niż nauka o gametach albo rozszczepianie atomu. Mój kolega w ósmej klasie przed matematyką łykał nerwosol, bo stres który towarzyszył każdej lekcji, był dla niego nie do przerobienia. Ja uciekałem z matematyki, bo bałem się nauczycielki i tego, jak może zgnoić przy innych za to, że się nie kuma ni w ząb, o co w tej matematyce chodzi.

Przeglądałem swoje stare zeszyty. Kurwa mać, to, czego uczyliśmy się w późnej podstawówce z biologii albo z matmy, to był jakiś absurd absurdów Oczywiście niczego z tego nie pamiętam, ani nic z tej wiedzy mi się nie przydało. Zajęło mi tylko czas i zszargało nerwy. Ale za to mogłem spotkać się z kumplami.

Czas formowania osobowości

Obserwujemy chaos i kryzys spowodowany tzw. reformą szkolnictwa przejawiające się w postaci niskich wynagrodzeń nauczycieli i dużych obciążeń czasowych często wynikających z pracy w kilku szkołach.

Głoszona przez polityków obozu rządowego cyniczna opinia o nauczycielach, którzy chcą mniej pracować a więcej zarabiać wynika chyba zarówno z ignorancji jak i ze złej woli. Przejawy ignorancji to uwzględnianie jedynie-jako czasu pracy nauczyciela- godzin spędzonych w szkole. Tymczasem -jak powszechnie wiadomo-nauczyciel pracuje również w domu sprawdzając i poprawiając wypracowania i rozwiązania zadań oraz przygotowując się do lekcji. Jego praca to również monitorowanie zmian zachodzących w obrębie przedmiotu, który prowadzi, a wynikających z napływu nowej wiedzy.
Czasochłonne jest też-konieczne w naszych czasach-ciągłe zapoznawanie się z informatycznymi instrumentami nauczania. W szkolnictwie skandynawskim istnieją dobre wzorce oceny czasu pracy nauczycieli. Chyba warto z nich skorzystać.
Szamotanie się z własną biedą sprawia, że wielu nauczycielkom i nauczycielom niewiele pozostaje czasu, sił i cierpliwości na ważną pracę wychowawczą, na wnikanie w kłopoty i rozterki uczennic i uczniów.Istnieje niebezpieczeństwo, że do zawodu nauczycielskiego nie trafią ludzie umotywowani i rzeczywiście potrzebni. Albo też z niego odejdą. Skutki obecnych anomalii i trudności prawdopodobnie będą odczuwane po latach. Dotyczy to w szczególności szkół średnich. Nauka w tych szkołach przypada na okres, który w krajach anglosaskich określa się jako formative years. Jest to okres kształtowania charakterów i osobowości, zainteresowań i wyobrażeń o przyszłym własnym miejscu w życiu społecznym. Następuje czas odkrywania siebie i budzenia zaufania do własnych możliwości, a czasami-zwątpienia we własne siły. Pod kierunkiem dobrych nauczycieli ich podopieczni poznają własne możliwości i ograniczenia, rozszerzają swe horyzonty umysłowe i kształtują wrażliwość. W przypadku szkół specjalnych uczą się przezwyciężać wiele ograniczeń wynikających z niepełnosprawności.

Jak zostałem uczniem liceum

Z wdzięcznością wspominam moich znakomitych nauczycieli z Liceum Ogólnokształcącego w Kole nad Wartą (obecnie Liceum Ogólnokształcące nr 27 im. Kazimierza Wielkiego). Moje lata nauki w tym Liceum przypadły na ponury okres stalinizmu. Należałem do ludzi podejrzanych i obserwowanych, gdyż mój ojciec został usunięty z PZPR za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”.Był zdecydowanym zwolennikiem polskiej drogi do socjalizmu. O przyjęciu do Liceum decydowała komisja w której był tzw. czynnik społeczny-przedstawiciel Komitetu Powiatowego PZPR. Naturalnie wiedział on kim był mój ojciec. Stąd też nie znalazłem się na liście nowoprzyjętych.
Na moje szczęście jeszcze w szkole podstawowej zacząłem uczęszczać do Ogniska Muzycznego. Jego kierownikiem był Jan Szczepankiewicz pracujący równocześnie w miejscowym starostwie w dziale kultury. Szczepankiewicz w ówczesnym Kole był znaną i wpływową postacią. Jako nastolatek powrócił z rodzicami ze Stanów Zjednoczonych. Ponieważ naukę w szkole rozpoczął w Ameryce po powrocie mówił lepiej po angielsku niż po polsku. W kraju z gimnazjum i liceum klasycznego wyniósł znajomość greki, łaciny, francuskiego i niemieckiego. Był dyrygentem chóru, mandolinistą i wykładowcą muzykologii.
Gdy poznałem go jako uczeń Ogniska odpowiadał cierpliwie na moje ciągłe pytania dotyczące różnych tematów i pożyczał mi książki. Moim nauczycielem gry na skrzypcach był Wacław Wierzbicki, który w Liceum Ogólnokształcącym wykładał historię. Szczepankiewicz i Wierzbicki skutecznie interweniowali w mojej sprawie u dyrektora Liceum Zygmunta Krzyckiego. Wkrótce przekonałem się, że Krzycki był ważnym działaczem partyjnym. Kiedy ktoś telefonował z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa odpowiadał oschle:” Władzą w szkole jestem ja. Ja. I jeszcze raz ja”. Siostra Krzyckiego pisarka Stanisława Fleszarowa -Muskat z czasem stała się autorką popularnych powieści.
W tamtych czasach wszyscy byliśmy przytłoczeni propagandowymi frazesami o „przodującej nauce i kulturze radzieckiej”.Zgodnie z tą propagandą Rosjanie wszystko wynaleźli,byli pierwsi, jedyni i najlepsi. Było to źródłem różnych dowcipów.
Mądrzy nauczyciele często znajdowali sposoby na dyskretne przeciwstawianie się tej propagandzie. Jeszcze w szkole podstawowej nauczyciel biologii Władysław Ziemacki-zobowiązany do wychwalania Iwana Miczurina, który wyhodował m.in. odmiany jabłoni owocujące na syberyjskiej Północy. Ziemacki mówił o Miczurinie jako jednym z twórców odmian roślin. Omawiał też osiągnięcia innych. Mówił o Amerykaninie Burbanku, który wyhodował m.in. kaktusy bez kolców stanowiące paszę dla bydła. O Szwedzie Nilssonie hodującym nowe odmiany pszenicy i o Polaku Dankowskim znanym na świecie jako twórca nowych odmian ziemniaków.
Władysław Ziemacki był autorem kilkunastu artykułów opublikowanych w czasopismach naukowych oraz książki z zakresu etnologii. Zachęcał mnie do samodzielnego uczenia się języków obcych i pożyczał książki. W Liceum znakomitym nauczycielem chemii był Stanisław Bajer, ceniony i szanowany były dyrektor szkoły. Omawiając układ Mendelejewa informował o poprzednikach wielkiego uczonego rosyjskiego. Byli to Niemiec Debereiner i Anglik Newlands. O” trójkach” Debereinera i „oktawach” Newlandsa w podręczniku nie było mowy. Dowiedzieliśmy się o nich dzięki naszemu nauczycielowi. Do nas, uczniów dotarła świadomość, że badania naukowe to proces w którym uczestniczą różni uczeni, których praca umożliwia sukcesy ich następców. Bajer i Ziemacki pomogli swym uczniom w ukształtowaniu poczucia proporcji wbrew natrętnej propagandzie.
Dyrektor Zygmunt Krzycki był znakomitym fizykiem. Jego kolega ze studiów , matematyk, Władysław Korzeniowski czasami posługiwał się niewyparzonym językiem, co przysparzało mu popularności wśród uczniów. No bo profesor matematyki, a” swój człowiek”. Jako opiekun Kółka Matematycznego, do którego należałem, skłonił mnie do przygotowania referatu na temat prac Bertranda Russella dotyczących paradoksów logiki. Od tamtego czasu zainteresowanie Russellem towarzyszy mi do chwili obecnej.
Nauczyciel łaciny Władysław Kordek znający na pamięć klasyczne teksty z podręczników zwrócił moją uwagę na użyteczność tego przedmiotu jako bramy do języków romańskich. Historyk Wacław Wierzbicki odradzał mi czytanie niektórych ówczesnych autorów, którzy-jak mówił -byli karierowiczami a nie uczonymi. Dzięki jego prywatnemu księgozbiorowi poznałem dzieła wybitnych historyków m. in Bolesława Limanowskiego. Wacława Tokarza i Michała Bobrzyńskiego.

Jak nie zostałem wirtuozem

W Ognisku Muzycznym zapragnąłem zostać skrzypkiem-wirtuozem. Wierzbicki -zarówno mnie, jak i innym uczniom radził-próbuj. Wiedziałem, że wirtuozi, aby utrzymać się w formie ćwiczą codziennie wiele godzin. W jeszcze większym stopniu dotyczyło to kandydatów na wirtuozów. Pewnego roku dwa miesiące wakacyjne poświęciłem na codzienne ćwiczenie gry skrzypcowej w wymiarze od 8 do 14 godzin. Po wakacjach usłyszałem wiele pochwał zarówno od nauczyciela jak i od kolegów. Wyniki intensywnych ćwiczeń były jednak poniżej moich własnych oczekiwań. Zrozumiałem, że przy wielkim nakładzie pracy mogę osiągnąć co najwyżej średnie wyniki. Z punktu widzenia ekonomii wysiłku było to nieefektywne.
Poza skrzypcami moje zainteresowania były wielostronne. Przed maturą zastanawiałem się jaki wybrać wydział. Niektórzy z moich kolegów twierdzili,że jako typowy humanista nie dałbym sobie rady na studiach technicznych.W związku z tym postanowiłem pójść na Politechnikę Poznańską. Przed ostateczną decyzją poprosiłem o radę Wacława Wierzbickiego. Mój nauczyciel i przyjaciel wierzył w moje możliwości. Powiedział mi,że nie jest ważne jaki wydział wybiorę, gdyż każdy ukończę. A później będę robić to, co będę chciał.
Na Politechnice Poznańskiej znalazłem dwóch wybitnych, a jednocześnie życzliwych mi profesorów. Kazimierz Kapitańczyk chemik-humanista był w ówczesnej Politechnice Poznańskiej jedynym profesorem z habilitacją. Prof. Wacław Wilczyński-ekonomista był znany z nieortodoksyjnych poglądów. Głęboko rozumiał mechanizm rynkowy. Gdy uzyskałem absolutorium na Politechnice i przygotowywałem się do wyjazdu na uniwersytet amerykański obydwaj napisali listy polecające, które następnie zostały przekazane władzom University of Minnesota w Minneapolis. Po wielu latach prof. Wilczyński udzielił mi ważnych wskazówek na temat metodyki pracy nad rozprawą doktorską.

Jak nie zostałem wyrzucony z Liceum

W gronie pedagogicznym kolskiego Liceum była para małżeńska-dwoje polonistów, którzy z powodów bliżej mi nieznanych odnosili się do mnie nieprzyjaźnie. Być może chcieli-jak to się wówczas mówiło- „wykazać czujność”. Doszło do tego, że wystosowali pisemny wniosek o usunięcie mnie z Liceum. Poza wnioskodawcami nikt z nauczycieli nie złożył podpisu. Dyrektor Krzycki przedstawił wniosek pod dyskusję na posiedzeniu rady pedagogicznej. W mojej obronie wystąpił zdecydowanie Wacław Wierzbicki. Ostateczną decyzję o moim pozostaniu podjął dyrektor. Liceum ukończyłem z wyróżnieniem, które się wtedy nazywało dyplomem przodownika nauki i pracy społecznej.
Wielu absolwentów kolskiego Liceum ukończyło z powodzeniem studia i pomyślnie pracowało i pracuje w różnych zawodach. Znakomici nauczyciele, o których mowa powyżej przyczynili się do tego, że maturzyści ze skromnego liceum w mieście powiatowym, wbrew kłopotom i trudnościom przeżywając konflikty i zawirowania społeczne zdołali zdobyć wykształcenie i pozycję zawodową widoczną w skali ogólnopolskiej.
Znany uczony i przewodnik społeczności akademickiej prof. dr hab. Andrzej Korzeniowski od wielu lat jest rektorem Wyższej Szkoły Logistyki w Poznaniu.
Mgr inż. Jerzy Bajer-prywatnie mąż Zdzisławy Sośnickiej-odnosił i odnosi sukcesy jako przedsiębiorca i menedżer.
Sukcesy badawcze i dydaktyczne odnieśli dwaj uczeni – prof. dr hab. Andrzej Kuncewicz związany od wielu lat z Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie oraz prof. dr hab. Włodzimierz Prądzyński- wielokrotny dziekan Wydziału Technologii Drewna w poznańskim Uniwersytecie Przyrodniczym.
Wiele lat temu odszedł red. Władysław Knycpel, który przez całe życie zawodowe pracował w Polskiej Agencji Prasowej. Przez pewien czas był korespondentem Agencji w Belgradzie.
Zmarły niedawno Ryszard Liczmański przez wiele lat pracował w służbie zagranicznej.

x x x

Dobra szkoła wywiera czasami większy wpływ aniżeli dom rodzicielski. Dobrzy nauczyciele są w stanie opierać się indoktrynacyjnej presji ze strony władz i oficjalnej propagandy. W naszych czasach internet i media społecznościowe mogą powodować dezinformację i zagubienie w powodzi zmanipulowanych wiadomości. Stąd też rola nauczycieli- przewodników i przyjaciół uczniów znajdujących się w ważnym okresie kształtowania osobowości-jest szczególnie doniosła.

Polskich nauczycieli odarto z godności

– Chaos, chaos i jeszcze raz chaos – mówi o sytuacji w polskiej szkole Artur Sierawski, nauczyciel historii i współorganizator „Światełka dla nauczycieli” w rozmowie z Michałem Ruszczykiem (wiadomo.co).

Strajk nauczycieli oficjalnie jest zawieszony. Jakie są nastroje wśród nauczycieli? Czy jest wśród nich wola do kontynuowania strajku we wrześniu?
ARTUR SIERAWSKI: Tak, oficjalnie zawieszony. To, że trwają wakacje, nie oznacza, iż nauczyciele nie rozmawiają o proteście. Na nauczycielskich grupach dyskusja wrze. Nauczyciele chcą walczyć o swoje, chcą pokazać, jak ważny zawód wykonują, chcą zawalczyć o godność zawodu nauczyciela. Bo właśnie Poczynania rządu przed i podczas strajku były nastawione na upokorzenie nauczycieli. Dziś wola walki wśród nauczycieli jest silna.
Poczynania rządu przed i podczas strajku były nastawione na upokorzenie nauczycieli. Dziś wola walki wśród nauczycieli jest silna.
Rząd, kiedy zawieszano strajk na czas matur, obiecywał w ramach tzw. okrągłego stołu poprawę sytuacji nauczycieli. Czy po wyborach europejskich i zmianie ministra rząd zrobił coś dla wywiązania się ze swoich deklaracji i wcielił w życie niektóre postulaty?
Ja nie czuję, że moja sytuacja się poprawiła. Wręcz przeciwnie. Od września czeka mnie ARMAGEDON w szkole średniej. Na wcielenie obietnic wciąż czekamy…

W te wakacje do szkół ruszył tzw. podwójny rocznik. Jak przebiegał proces rekrutacji i co było największym problemem?
Czy proces rekrutacji na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego został definitywnie zakończony w całym kraju?

Tak, obecnie problemy związane z reformą edukacji przeniosły się na szkoły średnie. Wielu uczniów w pierwszej rekrutacji nie dostało się do żadnej szkoły! Takie rzeczy nie miały do tej pory miejsca.
Wielu uczniów w pierwszej rekrutacji nie dostało się do żadnej szkoły! Takie rzeczy nie miały do tej pory miejsca.
Wielu uczniów z dobrymi wynikami nie dostało się do szkół, gdzie rok wcześniej dostaliby się bez problemu. Szkoły nie są z gumy. Nie są w stanie pomieścić dwa razy tyle uczniów, co rok wcześniej. Rodzice i uczniowie byli zdezorientowani. Dla wielu to były dramaty, kiedy uczeń dowiadywał się, że nie dostał się do żadnej szkoły. Rekrutacja trwała niemal całe wakacje, ruchy związane ze zmiana szkół cały czas trwają… W wielu szkołach jeszcze na kilka dni przed pierwszym dzwonkiem trwają remonty, żeby pomieścić uczniów. Już słyszymy, że kantorki, pomieszczenia gospodarcze przerabiane są na sale lekcyjne.

W wielu szkołach brakuje nauczycieli. Samorządowcy robią, co mogą, ale ich możliwości są ograniczone. Niektóre samorządy apelują do uczelni wyższych, by zachęcały studentów z uprawnieniami pedagogicznymi do podjęcia zawodu nauczyciela. Jak wielu nauczycieli odeszło z zawodu? I czy apele o podjęcie pracy w szkole spotkały się z jakimś odzewem?

Wcale mnie to nie dziwi! Szczególnie po strajku i po tym, jak potraktował nas rząd oraz partia rządząca. Codziennie przez czas trwania strajku byliśmy obrzucani inwektywami, próbowano nas zdyskredytować, poniżyć, oczernić… odarto nas z naszej godności, godności polskiego nauczyciela…
Codziennie przez czas trwania strajku byliśmy obrzucani inwektywami, próbowano nas zdyskredytować, poniżyć, oczernić… odarto nas z naszej godności, godności polskiego nauczyciela…
Nie dziwi mnie fakt, że młodzi ludzie nie chcą pracować w szkole. Bo co? Mają pracować za 1800-1900 zł na rękę, za to wynająć mieszkanie i się utrzymać? Wielu moich koleżanek, które pracują od lat w szkole, nie stać na wynajęcie mieszkania i wynajmują pokoje! To jest chore, że dyplomowany nauczyciel z wieloletnim stażem nie posiada zdolności kredytowej na zakup mieszkania, gdyż tak mało zarabia! Widząc, jak wiele ofert pracy dla nauczycieli jest w bankach, nasze środowisko posłuchało rad w stylu „jak się wam nie podoba – to zmieńcie pracę”. Faktycznie, nauczyciele zmieniają pracę, a efekty już są widoczne. Ale rząd nie robi nic, by tę sytuację zmienić…

Co według pana będzie największym problemem dla uczniów i nauczycieli w nadchodzącym roku szkolnym?

Chaos, chaos i jeszcze raz chaos… Myślę, że największym problemem będą przepełnione szkoły. Już to widzimy. Wystarczy spojrzeć na plany lekcji, jakie uczniowie publikują na swoich profilach. Zaczynać lekcje będą o 13.30 a kończyć o 19.30!!! A gdzie czas na odpoczynek, sen, przygotowanie się do lekcji? Czy uczeń ma odrabiać lekcje po nocy albo wstawać o 6 rano i przygotować się do zajęć?
Wystarczy spojrzeć na plany lekcji, jakie uczniowie publikują na swoich profilach. Zaczynać lekcje będą o 13.30 a kończyć o 19.30!!! A gdzie czas na odpoczynek, sen, przygotowanie się do lekcji? Czy uczeń ma odrabiać lekcje po nocy albo wstawać o 6 rano i przygotować się do zajęć?
To będzie bardzo doskwierać uczniom. A jak uczeń kończący o 19.30 ma jeszcze godzinę drogi do domu? A pamiętajmy, że będą tu też uczniowie 8 klas, a śród nich słynne sześciolatki, które obecnie jako czternastolatki ukończyły ósmą klasę i poszły do liceum. I co, taki dzieciak ma wracać po nocy? To jeden z przykładów. Już słyszymy, że gdzieś pokój nauczycielski przerobiono na salę, a nauczyciele musieli przenieść się do piwnicy! Jak uczniowie mają się uczyć w klasie, gdzie będzie np. 36 uczniów? Jak w takiej klasie ma pracować nauczyciel? Gdzie czas na indywidualizację pracy? Rozwój ucznia? Przy odliczeniu z 45 minut czasu na czynności organizacyjne, np. sprawdzanie listy obecności, to zostaje jakieś 35 minut na lekcję, czyli mniej niż JEDNA minuta na ucznia? To jest chore!

Czy po zmianie ministra oświaty, pana zdaniem, sytuacja w oświacie się polepszyła?

Nie. I nic nie wskazuje, że będzie lepiej. Minister realizuje dawno założony plan polityczny. Wszystko jest świetnie, podwyżki są, nie ma problemów z podwójnym rocznikiem i czego w ogóle ci nauczyciele chcą? Samo to, że minister nie przyszedł na umówione spotkanie z samorządowcami, o czymś świadczy! To ma być pierwszy nauczyciel RP?
Samo to, że minister nie przyszedł na umówione spotkanie z samorządowcami, o czymś świadczy! To ma być pierwszy nauczyciel RP?
Niektórzy rodzice postanowili pozwać ministerstwo za nieudaną reformę oświaty, której efektem stał się rekrutacyjny armagedon. Czy jest szansa na to, że tym razem rodzice mocniej wesprą nauczycieli w ich walce?
I bardzo dobrze! To, co się działo podczas rekrutacji, to ewidentne łamanie postanowień Konstytucji RP o równym i wolnym dostępie do edukacji! Z tego, co zaobserwowałem podczas strajku – już wtedy to wsparcie my, nauczyciele, otrzymaliśmy. Rodzice przychodzili, wspierali, byli z nami! Chyba po raz pierwszy tysiące ludzi wychodziło na ulice w geście solidarność z nauczycielami. Tysiące ludzi na “Światełku” w Warszawie, Poznaniu czy Łodzi – to było właśnie wsparcie!

Jeśli nauczyciele wygrają spór z MEN, czy pomoże to tzw. straconemu pokoleniu – uczniom w wieku 14-16 lat, którzy za sprawą kumulacji roczników nie dostali się do wymarzonych szkół, co w perspektywie uniemożliwi im realizację swoich dalszych planów życiowych? Elbanowscy „ratowali maluchy”, jak uratować to pokolenie?

Wielu mówi, że już jest to stracony rocznik. Ciężko się z tym nie zgodzić. Ja uważam, że jest to młodzież skrzywdzona przez państwo polskie. Tu zawiedli dorośli, wprowadzając nieprzygotowaną i nieprzemyślaną reformę. Sprawy przed sądami będą trwać… Wiemy, jak opieszale działają polskie sądy… A młodzi ludzie już nie dostali się do wymarzonych szkół… Za chwilę rozpoczną rok szkolny w przypadkowej szkole… Kto im zwróci utraconą szansę? Kto i jak zrekompensuje straty? Kto im zadośćuczyni za stres, nerwy i przekreślone marzenia? Kto ma ratować?
Kto im zwróci utraconą szansę? Kto i jak zrekompensuje straty? Kto im zadośćuczyni za stres, nerwy i przekreślone marzenia? Kto ma ratować?
Dziś w tym trudnym czasie jak nigdy dotąd potrzeba sojuszu i współpracy pomiędzy nauczycielami, uczniami i rodzicami. To my, nauczyciele, łagodziliśmy skutki reformy w klasach siódmej i ósmej, a teraz musimy je łagodzić w szkołach średnich. Dostosowując i selekcjonując przeładowane podstawy programowe do możliwości uczniów…

Amunicja na wybory jest. A gdzie są armaty?

Żadnych hipotez, żadnych scenariuszy wyborczych, powyborczych. Tylko „tu i teraz”, tylko twarde fakty.

Od czterech lat przedmiotem totalnej krytyki jest reforma szkolnictwa i jej twarz, minister Anna Zalewska. Krytykowali ją wszyscy, opozycja polityczna, organizacje pozarządowe, eksperci i samorządowcy. Minister Zalewska dla wszystkich miała swój telewizyjny uśmiech i żadnych odpowiedzi merytorycznych. Prezentując więcej niż zawodowy optymizm, nie wchodząc w żadne polemiki, minister Zalewska stanowczo i stale twierdziła, że reforma jest słuszna, dobrze przemyślana i policzona – nie generuje żadnych problemów i żadnych kosztów. Tuż przed wejściem reformy w życie Anna Zalewska zdała urząd, wystartowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego, zdobyła ku mojemu zaskoczeniu mandat europosła i nie ma już jej na krajowej scenie.
Reforma Anny Zalewskiej weszła w życie. Jej jedynym głoszonym publicznie uzasadnieniem, było powtarzane jak mantra zdanie : bo tego chcieli obywatele, bo taka była obietnica wyborcza Prawa i Solidarności – a Prawo i Sprawiedliwość dotrzymuje obietnic wyborczych.
Przez cztery lata, przy nieustającym sprzeciwie wszystkich zainteresowanych rząd „robił” reformę. Gdy nastał czas próby i zaczęły się egzaminy do szkół ponadpodstawowych — okazało się, że mamy problem.
Nie będę zajmował się istotą rzeczy, materiałów i informacji dotyczących sprawy jest aż nadto we wszystkich mediach. Chciałbym zająć się sprawą języka ludzi władzy, występujących w mediach i tłumaczących, że żadnego problemu braku miejsc w szkołach dla tegorocznych absolwentów nie ma, a jeżeli gdzieś zdarzają się jakieś trudności, to jest to wynik nieudolności samorządów albo, co jeszcze groźniej wybrzmiało, spisku prezydentów i burmistrzów pochodzących z totalnej opozycji politycznej, która świadomie i celowo stwarza trudne sytuacje naszej młodzieży.
Takie działania to w języku prawa dywersja. Dla ludzi robiących dywersję wobec państwa, wykorzystujących swoje stanowiska służbowe, właściwe miejsce jest w więzieniu. Czekam na odpowiednie ruchy prokuratury i osobiście prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości w jednej osobie Zbigniewa Ziobry albo jego zastępcy, jeszcze groźniejszego z wyglądu — Bogdana Święczkowskiego. Albo — albo: jeżeli publicznie głosi się takie oskarżenia wobec wielu samorządowców, to sprawa nie może rozejść się „po kościach”. Skoro za domalowanie tęczy matce boskiej częstochowskiej policja potrafiła z samego rana odwiedzić autorkę tego artystycznego happeningu, to tym bardziej należy spodziewać się zdecydowanych działań w wypadku czegoś, co naprawdę można nazwać sabotażem.
Następca minister Zalewskiej, też nauczyciel, ze swadą zawodowego propagandysty zakłamuje rzeczywistość. W jego wypowiedziach jest tyle słów, że trudno zrozumieć najprostszą sprawę — są kłopoty z przyjęciem do szkoły z maturalnymi uprawnieniami wszystkich tegorocznych absolwentów, mających takie ambicje — czy nie ma takich kłopotów?
Słuchając ministra, można odnieść wrażenie, że żyje on w alternatywnej rzeczywistości — wszystko jest pod kontrolą, państwo działa, każdy uczeń ma zagwarantowane prawo do kontynuowania nauki do określonego prawem wieku, samorządy, które chciały i starały się, nie mają żadnych problemów, ba mają nawet nadwyżki wolnych miejsc w swoich szkołach — a takie, które nie popierają obecnej władzy, sztucznie mnożą problemy z rekrutacją, licząc na to, że wpłynie to na wynik zbliżających się wyborów.
Odnotować jednak trzeba słuszne działania rządu — zastępca innego ministra, który z rozbrajającą szczerością zaproponował, aby uczniowie, dla których zabrakło miejsca w wybranej szkole, poszukali sobie szkoły za granicą, nie jest już wiceministrem. To dobry sygnał — bez względu na to od kogo wyszedł — ten wniosek o dymisję.
Dymisji minister Zalewskiej nie doczekamy się, jako że za zgodą samego Prezesa wszystkich Prezesów zasiada w Parlamencie Europejskim. Można jedynie zastanawiać się, czy gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się po tym, co dzieje się teraz w polskich miastach, to Anna Zalewska uzyskałaby mandat, czy jednak nie? Ale to już tylko takie puste pytanie.
Skoro nie będzie dymisji minister Zalewskiej, trzeba na wszelkie sposoby doprowadzić do tego, aby dymisję otrzymało całe Prawo i Sprawiedliwość jako formacja rządząca. To w rządzie PiS-u Zalewska była bowiem ministrem, to ten rząd firmował tę reformę.
Jak dotąd w mediach przebija się narracja rządowa, że nie ma żadnych kłopotów z rekrutacją, a jeżeli gdzieś występują jakieś kłopoty. to jest wina samorządów.
Tak nie może zostać. Nie może być tak, że za absurdalną reformę Zalewskiej zapłacą samorządy, a nie rząd, który wprowadził tą reformę. To jest naprawdę dobre narzędzie do politycznej batalii w kampanii wyborczej, to jest doskonały temat na debaty publiczne z udziałem młodzieży. Mamy pierwsze odnotowane działania młodych ludzi, którzy w starciu z urzędnikami państwa, odpowiedzialnymi za reformę oświaty — na spotkaniach z kuratorami jako przedstawicielami państwa polskiego — dali wyraz swoich uczuć, ocen i poglądów na temat reformy Zalewskiej. Na marginesie: eurodeputowanej, która zgłosiła chęć zajmowania się w PE sprawami ochrony środowiska, nie oświaty i szkolnictwa. No comment!
Innym przykładem nieudolności obecnej ekipy rządzącej Polską jest to, co dzieje się z lekami. Problem narastał od dawna, nikt nie może tłumaczyć się, że to stało się nagle, ani tłumaczyć, że to problem wielu krajów. To prawda, kryzys lekowy narastał, jego korzenie są poza krajem, ale tym bardziej jest konieczne, aby rządzący powiedzieli, co robili, aby przygotować się do niego. Nie może być tak, że różnice w ocenie ilości brakujących leków pomiędzy ministrem zdrowia a przedstawicielem nadzoru farmaceutycznego sięgały 100%. Powiedzenie, że to nie apteka — nie ma tu zastosowania.
Zdrowie i życie to poziom potrzeb podstawowych. Zagrożenia w realizacji tych potrzeb wyrzucały zawsze rządzących z siodła. W kampanii wyborczej trzeba zderzać zapewnienia i plany rządu o darmowych lekach dla seniorów z brakiem podstawowych leków na nadciśnienie czy cukrzycę.
To dobry przykład na państwo PiS w działaniu. A nie w gadaniu, które im wychodzi dużo lepiej.
Logika władzy jest taka, że szans na szybką dymisję ministra zdrowia tuż przed wyborami nie ma. Jego zdymisjonowanie byłoby przyznaniem się do winy, a tego żadna władza nie robi. Ale opozycja ma amunicję.
Pytanie — czy ma działa? I czy umie strzelać?