Czas formowania osobowości

Obserwujemy chaos i kryzys spowodowany tzw. reformą szkolnictwa przejawiające się w postaci niskich wynagrodzeń nauczycieli i dużych obciążeń czasowych często wynikających z pracy w kilku szkołach.

Głoszona przez polityków obozu rządowego cyniczna opinia o nauczycielach, którzy chcą mniej pracować a więcej zarabiać wynika chyba zarówno z ignorancji jak i ze złej woli. Przejawy ignorancji to uwzględnianie jedynie-jako czasu pracy nauczyciela- godzin spędzonych w szkole. Tymczasem -jak powszechnie wiadomo-nauczyciel pracuje również w domu sprawdzając i poprawiając wypracowania i rozwiązania zadań oraz przygotowując się do lekcji. Jego praca to również monitorowanie zmian zachodzących w obrębie przedmiotu, który prowadzi, a wynikających z napływu nowej wiedzy.
Czasochłonne jest też-konieczne w naszych czasach-ciągłe zapoznawanie się z informatycznymi instrumentami nauczania. W szkolnictwie skandynawskim istnieją dobre wzorce oceny czasu pracy nauczycieli. Chyba warto z nich skorzystać.
Szamotanie się z własną biedą sprawia, że wielu nauczycielkom i nauczycielom niewiele pozostaje czasu, sił i cierpliwości na ważną pracę wychowawczą, na wnikanie w kłopoty i rozterki uczennic i uczniów.Istnieje niebezpieczeństwo, że do zawodu nauczycielskiego nie trafią ludzie umotywowani i rzeczywiście potrzebni. Albo też z niego odejdą. Skutki obecnych anomalii i trudności prawdopodobnie będą odczuwane po latach. Dotyczy to w szczególności szkół średnich. Nauka w tych szkołach przypada na okres, który w krajach anglosaskich określa się jako formative years. Jest to okres kształtowania charakterów i osobowości, zainteresowań i wyobrażeń o przyszłym własnym miejscu w życiu społecznym. Następuje czas odkrywania siebie i budzenia zaufania do własnych możliwości, a czasami-zwątpienia we własne siły. Pod kierunkiem dobrych nauczycieli ich podopieczni poznają własne możliwości i ograniczenia, rozszerzają swe horyzonty umysłowe i kształtują wrażliwość. W przypadku szkół specjalnych uczą się przezwyciężać wiele ograniczeń wynikających z niepełnosprawności.

Jak zostałem uczniem liceum

Z wdzięcznością wspominam moich znakomitych nauczycieli z Liceum Ogólnokształcącego w Kole nad Wartą (obecnie Liceum Ogólnokształcące nr 27 im. Kazimierza Wielkiego). Moje lata nauki w tym Liceum przypadły na ponury okres stalinizmu. Należałem do ludzi podejrzanych i obserwowanych, gdyż mój ojciec został usunięty z PZPR za „odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne”.Był zdecydowanym zwolennikiem polskiej drogi do socjalizmu. O przyjęciu do Liceum decydowała komisja w której był tzw. czynnik społeczny-przedstawiciel Komitetu Powiatowego PZPR. Naturalnie wiedział on kim był mój ojciec. Stąd też nie znalazłem się na liście nowoprzyjętych.
Na moje szczęście jeszcze w szkole podstawowej zacząłem uczęszczać do Ogniska Muzycznego. Jego kierownikiem był Jan Szczepankiewicz pracujący równocześnie w miejscowym starostwie w dziale kultury. Szczepankiewicz w ówczesnym Kole był znaną i wpływową postacią. Jako nastolatek powrócił z rodzicami ze Stanów Zjednoczonych. Ponieważ naukę w szkole rozpoczął w Ameryce po powrocie mówił lepiej po angielsku niż po polsku. W kraju z gimnazjum i liceum klasycznego wyniósł znajomość greki, łaciny, francuskiego i niemieckiego. Był dyrygentem chóru, mandolinistą i wykładowcą muzykologii.
Gdy poznałem go jako uczeń Ogniska odpowiadał cierpliwie na moje ciągłe pytania dotyczące różnych tematów i pożyczał mi książki. Moim nauczycielem gry na skrzypcach był Wacław Wierzbicki, który w Liceum Ogólnokształcącym wykładał historię. Szczepankiewicz i Wierzbicki skutecznie interweniowali w mojej sprawie u dyrektora Liceum Zygmunta Krzyckiego. Wkrótce przekonałem się, że Krzycki był ważnym działaczem partyjnym. Kiedy ktoś telefonował z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa odpowiadał oschle:” Władzą w szkole jestem ja. Ja. I jeszcze raz ja”. Siostra Krzyckiego pisarka Stanisława Fleszarowa -Muskat z czasem stała się autorką popularnych powieści.
W tamtych czasach wszyscy byliśmy przytłoczeni propagandowymi frazesami o „przodującej nauce i kulturze radzieckiej”.Zgodnie z tą propagandą Rosjanie wszystko wynaleźli,byli pierwsi, jedyni i najlepsi. Było to źródłem różnych dowcipów.
Mądrzy nauczyciele często znajdowali sposoby na dyskretne przeciwstawianie się tej propagandzie. Jeszcze w szkole podstawowej nauczyciel biologii Władysław Ziemacki-zobowiązany do wychwalania Iwana Miczurina, który wyhodował m.in. odmiany jabłoni owocujące na syberyjskiej Północy. Ziemacki mówił o Miczurinie jako jednym z twórców odmian roślin. Omawiał też osiągnięcia innych. Mówił o Amerykaninie Burbanku, który wyhodował m.in. kaktusy bez kolców stanowiące paszę dla bydła. O Szwedzie Nilssonie hodującym nowe odmiany pszenicy i o Polaku Dankowskim znanym na świecie jako twórca nowych odmian ziemniaków.
Władysław Ziemacki był autorem kilkunastu artykułów opublikowanych w czasopismach naukowych oraz książki z zakresu etnologii. Zachęcał mnie do samodzielnego uczenia się języków obcych i pożyczał książki. W Liceum znakomitym nauczycielem chemii był Stanisław Bajer, ceniony i szanowany były dyrektor szkoły. Omawiając układ Mendelejewa informował o poprzednikach wielkiego uczonego rosyjskiego. Byli to Niemiec Debereiner i Anglik Newlands. O” trójkach” Debereinera i „oktawach” Newlandsa w podręczniku nie było mowy. Dowiedzieliśmy się o nich dzięki naszemu nauczycielowi. Do nas, uczniów dotarła świadomość, że badania naukowe to proces w którym uczestniczą różni uczeni, których praca umożliwia sukcesy ich następców. Bajer i Ziemacki pomogli swym uczniom w ukształtowaniu poczucia proporcji wbrew natrętnej propagandzie.
Dyrektor Zygmunt Krzycki był znakomitym fizykiem. Jego kolega ze studiów , matematyk, Władysław Korzeniowski czasami posługiwał się niewyparzonym językiem, co przysparzało mu popularności wśród uczniów. No bo profesor matematyki, a” swój człowiek”. Jako opiekun Kółka Matematycznego, do którego należałem, skłonił mnie do przygotowania referatu na temat prac Bertranda Russella dotyczących paradoksów logiki. Od tamtego czasu zainteresowanie Russellem towarzyszy mi do chwili obecnej.
Nauczyciel łaciny Władysław Kordek znający na pamięć klasyczne teksty z podręczników zwrócił moją uwagę na użyteczność tego przedmiotu jako bramy do języków romańskich. Historyk Wacław Wierzbicki odradzał mi czytanie niektórych ówczesnych autorów, którzy-jak mówił -byli karierowiczami a nie uczonymi. Dzięki jego prywatnemu księgozbiorowi poznałem dzieła wybitnych historyków m. in Bolesława Limanowskiego. Wacława Tokarza i Michała Bobrzyńskiego.

Jak nie zostałem wirtuozem

W Ognisku Muzycznym zapragnąłem zostać skrzypkiem-wirtuozem. Wierzbicki -zarówno mnie, jak i innym uczniom radził-próbuj. Wiedziałem, że wirtuozi, aby utrzymać się w formie ćwiczą codziennie wiele godzin. W jeszcze większym stopniu dotyczyło to kandydatów na wirtuozów. Pewnego roku dwa miesiące wakacyjne poświęciłem na codzienne ćwiczenie gry skrzypcowej w wymiarze od 8 do 14 godzin. Po wakacjach usłyszałem wiele pochwał zarówno od nauczyciela jak i od kolegów. Wyniki intensywnych ćwiczeń były jednak poniżej moich własnych oczekiwań. Zrozumiałem, że przy wielkim nakładzie pracy mogę osiągnąć co najwyżej średnie wyniki. Z punktu widzenia ekonomii wysiłku było to nieefektywne.
Poza skrzypcami moje zainteresowania były wielostronne. Przed maturą zastanawiałem się jaki wybrać wydział. Niektórzy z moich kolegów twierdzili,że jako typowy humanista nie dałbym sobie rady na studiach technicznych.W związku z tym postanowiłem pójść na Politechnikę Poznańską. Przed ostateczną decyzją poprosiłem o radę Wacława Wierzbickiego. Mój nauczyciel i przyjaciel wierzył w moje możliwości. Powiedział mi,że nie jest ważne jaki wydział wybiorę, gdyż każdy ukończę. A później będę robić to, co będę chciał.
Na Politechnice Poznańskiej znalazłem dwóch wybitnych, a jednocześnie życzliwych mi profesorów. Kazimierz Kapitańczyk chemik-humanista był w ówczesnej Politechnice Poznańskiej jedynym profesorem z habilitacją. Prof. Wacław Wilczyński-ekonomista był znany z nieortodoksyjnych poglądów. Głęboko rozumiał mechanizm rynkowy. Gdy uzyskałem absolutorium na Politechnice i przygotowywałem się do wyjazdu na uniwersytet amerykański obydwaj napisali listy polecające, które następnie zostały przekazane władzom University of Minnesota w Minneapolis. Po wielu latach prof. Wilczyński udzielił mi ważnych wskazówek na temat metodyki pracy nad rozprawą doktorską.

Jak nie zostałem wyrzucony z Liceum

W gronie pedagogicznym kolskiego Liceum była para małżeńska-dwoje polonistów, którzy z powodów bliżej mi nieznanych odnosili się do mnie nieprzyjaźnie. Być może chcieli-jak to się wówczas mówiło- „wykazać czujność”. Doszło do tego, że wystosowali pisemny wniosek o usunięcie mnie z Liceum. Poza wnioskodawcami nikt z nauczycieli nie złożył podpisu. Dyrektor Krzycki przedstawił wniosek pod dyskusję na posiedzeniu rady pedagogicznej. W mojej obronie wystąpił zdecydowanie Wacław Wierzbicki. Ostateczną decyzję o moim pozostaniu podjął dyrektor. Liceum ukończyłem z wyróżnieniem, które się wtedy nazywało dyplomem przodownika nauki i pracy społecznej.
Wielu absolwentów kolskiego Liceum ukończyło z powodzeniem studia i pomyślnie pracowało i pracuje w różnych zawodach. Znakomici nauczyciele, o których mowa powyżej przyczynili się do tego, że maturzyści ze skromnego liceum w mieście powiatowym, wbrew kłopotom i trudnościom przeżywając konflikty i zawirowania społeczne zdołali zdobyć wykształcenie i pozycję zawodową widoczną w skali ogólnopolskiej.
Znany uczony i przewodnik społeczności akademickiej prof. dr hab. Andrzej Korzeniowski od wielu lat jest rektorem Wyższej Szkoły Logistyki w Poznaniu.
Mgr inż. Jerzy Bajer-prywatnie mąż Zdzisławy Sośnickiej-odnosił i odnosi sukcesy jako przedsiębiorca i menedżer.
Sukcesy badawcze i dydaktyczne odnieśli dwaj uczeni – prof. dr hab. Andrzej Kuncewicz związany od wielu lat z Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie oraz prof. dr hab. Włodzimierz Prądzyński- wielokrotny dziekan Wydziału Technologii Drewna w poznańskim Uniwersytecie Przyrodniczym.
Wiele lat temu odszedł red. Władysław Knycpel, który przez całe życie zawodowe pracował w Polskiej Agencji Prasowej. Przez pewien czas był korespondentem Agencji w Belgradzie.
Zmarły niedawno Ryszard Liczmański przez wiele lat pracował w służbie zagranicznej.

x x x

Dobra szkoła wywiera czasami większy wpływ aniżeli dom rodzicielski. Dobrzy nauczyciele są w stanie opierać się indoktrynacyjnej presji ze strony władz i oficjalnej propagandy. W naszych czasach internet i media społecznościowe mogą powodować dezinformację i zagubienie w powodzi zmanipulowanych wiadomości. Stąd też rola nauczycieli- przewodników i przyjaciół uczniów znajdujących się w ważnym okresie kształtowania osobowości-jest szczególnie doniosła.

Polskich nauczycieli odarto z godności

– Chaos, chaos i jeszcze raz chaos – mówi o sytuacji w polskiej szkole Artur Sierawski, nauczyciel historii i współorganizator „Światełka dla nauczycieli” w rozmowie z Michałem Ruszczykiem (wiadomo.co).

Strajk nauczycieli oficjalnie jest zawieszony. Jakie są nastroje wśród nauczycieli? Czy jest wśród nich wola do kontynuowania strajku we wrześniu?
ARTUR SIERAWSKI: Tak, oficjalnie zawieszony. To, że trwają wakacje, nie oznacza, iż nauczyciele nie rozmawiają o proteście. Na nauczycielskich grupach dyskusja wrze. Nauczyciele chcą walczyć o swoje, chcą pokazać, jak ważny zawód wykonują, chcą zawalczyć o godność zawodu nauczyciela. Bo właśnie Poczynania rządu przed i podczas strajku były nastawione na upokorzenie nauczycieli. Dziś wola walki wśród nauczycieli jest silna.
Poczynania rządu przed i podczas strajku były nastawione na upokorzenie nauczycieli. Dziś wola walki wśród nauczycieli jest silna.
Rząd, kiedy zawieszano strajk na czas matur, obiecywał w ramach tzw. okrągłego stołu poprawę sytuacji nauczycieli. Czy po wyborach europejskich i zmianie ministra rząd zrobił coś dla wywiązania się ze swoich deklaracji i wcielił w życie niektóre postulaty?
Ja nie czuję, że moja sytuacja się poprawiła. Wręcz przeciwnie. Od września czeka mnie ARMAGEDON w szkole średniej. Na wcielenie obietnic wciąż czekamy…

W te wakacje do szkół ruszył tzw. podwójny rocznik. Jak przebiegał proces rekrutacji i co było największym problemem?
Czy proces rekrutacji na tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego został definitywnie zakończony w całym kraju?

Tak, obecnie problemy związane z reformą edukacji przeniosły się na szkoły średnie. Wielu uczniów w pierwszej rekrutacji nie dostało się do żadnej szkoły! Takie rzeczy nie miały do tej pory miejsca.
Wielu uczniów w pierwszej rekrutacji nie dostało się do żadnej szkoły! Takie rzeczy nie miały do tej pory miejsca.
Wielu uczniów z dobrymi wynikami nie dostało się do szkół, gdzie rok wcześniej dostaliby się bez problemu. Szkoły nie są z gumy. Nie są w stanie pomieścić dwa razy tyle uczniów, co rok wcześniej. Rodzice i uczniowie byli zdezorientowani. Dla wielu to były dramaty, kiedy uczeń dowiadywał się, że nie dostał się do żadnej szkoły. Rekrutacja trwała niemal całe wakacje, ruchy związane ze zmiana szkół cały czas trwają… W wielu szkołach jeszcze na kilka dni przed pierwszym dzwonkiem trwają remonty, żeby pomieścić uczniów. Już słyszymy, że kantorki, pomieszczenia gospodarcze przerabiane są na sale lekcyjne.

W wielu szkołach brakuje nauczycieli. Samorządowcy robią, co mogą, ale ich możliwości są ograniczone. Niektóre samorządy apelują do uczelni wyższych, by zachęcały studentów z uprawnieniami pedagogicznymi do podjęcia zawodu nauczyciela. Jak wielu nauczycieli odeszło z zawodu? I czy apele o podjęcie pracy w szkole spotkały się z jakimś odzewem?

Wcale mnie to nie dziwi! Szczególnie po strajku i po tym, jak potraktował nas rząd oraz partia rządząca. Codziennie przez czas trwania strajku byliśmy obrzucani inwektywami, próbowano nas zdyskredytować, poniżyć, oczernić… odarto nas z naszej godności, godności polskiego nauczyciela…
Codziennie przez czas trwania strajku byliśmy obrzucani inwektywami, próbowano nas zdyskredytować, poniżyć, oczernić… odarto nas z naszej godności, godności polskiego nauczyciela…
Nie dziwi mnie fakt, że młodzi ludzie nie chcą pracować w szkole. Bo co? Mają pracować za 1800-1900 zł na rękę, za to wynająć mieszkanie i się utrzymać? Wielu moich koleżanek, które pracują od lat w szkole, nie stać na wynajęcie mieszkania i wynajmują pokoje! To jest chore, że dyplomowany nauczyciel z wieloletnim stażem nie posiada zdolności kredytowej na zakup mieszkania, gdyż tak mało zarabia! Widząc, jak wiele ofert pracy dla nauczycieli jest w bankach, nasze środowisko posłuchało rad w stylu „jak się wam nie podoba – to zmieńcie pracę”. Faktycznie, nauczyciele zmieniają pracę, a efekty już są widoczne. Ale rząd nie robi nic, by tę sytuację zmienić…

Co według pana będzie największym problemem dla uczniów i nauczycieli w nadchodzącym roku szkolnym?

Chaos, chaos i jeszcze raz chaos… Myślę, że największym problemem będą przepełnione szkoły. Już to widzimy. Wystarczy spojrzeć na plany lekcji, jakie uczniowie publikują na swoich profilach. Zaczynać lekcje będą o 13.30 a kończyć o 19.30!!! A gdzie czas na odpoczynek, sen, przygotowanie się do lekcji? Czy uczeń ma odrabiać lekcje po nocy albo wstawać o 6 rano i przygotować się do zajęć?
Wystarczy spojrzeć na plany lekcji, jakie uczniowie publikują na swoich profilach. Zaczynać lekcje będą o 13.30 a kończyć o 19.30!!! A gdzie czas na odpoczynek, sen, przygotowanie się do lekcji? Czy uczeń ma odrabiać lekcje po nocy albo wstawać o 6 rano i przygotować się do zajęć?
To będzie bardzo doskwierać uczniom. A jak uczeń kończący o 19.30 ma jeszcze godzinę drogi do domu? A pamiętajmy, że będą tu też uczniowie 8 klas, a śród nich słynne sześciolatki, które obecnie jako czternastolatki ukończyły ósmą klasę i poszły do liceum. I co, taki dzieciak ma wracać po nocy? To jeden z przykładów. Już słyszymy, że gdzieś pokój nauczycielski przerobiono na salę, a nauczyciele musieli przenieść się do piwnicy! Jak uczniowie mają się uczyć w klasie, gdzie będzie np. 36 uczniów? Jak w takiej klasie ma pracować nauczyciel? Gdzie czas na indywidualizację pracy? Rozwój ucznia? Przy odliczeniu z 45 minut czasu na czynności organizacyjne, np. sprawdzanie listy obecności, to zostaje jakieś 35 minut na lekcję, czyli mniej niż JEDNA minuta na ucznia? To jest chore!

Czy po zmianie ministra oświaty, pana zdaniem, sytuacja w oświacie się polepszyła?

Nie. I nic nie wskazuje, że będzie lepiej. Minister realizuje dawno założony plan polityczny. Wszystko jest świetnie, podwyżki są, nie ma problemów z podwójnym rocznikiem i czego w ogóle ci nauczyciele chcą? Samo to, że minister nie przyszedł na umówione spotkanie z samorządowcami, o czymś świadczy! To ma być pierwszy nauczyciel RP?
Samo to, że minister nie przyszedł na umówione spotkanie z samorządowcami, o czymś świadczy! To ma być pierwszy nauczyciel RP?
Niektórzy rodzice postanowili pozwać ministerstwo za nieudaną reformę oświaty, której efektem stał się rekrutacyjny armagedon. Czy jest szansa na to, że tym razem rodzice mocniej wesprą nauczycieli w ich walce?
I bardzo dobrze! To, co się działo podczas rekrutacji, to ewidentne łamanie postanowień Konstytucji RP o równym i wolnym dostępie do edukacji! Z tego, co zaobserwowałem podczas strajku – już wtedy to wsparcie my, nauczyciele, otrzymaliśmy. Rodzice przychodzili, wspierali, byli z nami! Chyba po raz pierwszy tysiące ludzi wychodziło na ulice w geście solidarność z nauczycielami. Tysiące ludzi na “Światełku” w Warszawie, Poznaniu czy Łodzi – to było właśnie wsparcie!

Jeśli nauczyciele wygrają spór z MEN, czy pomoże to tzw. straconemu pokoleniu – uczniom w wieku 14-16 lat, którzy za sprawą kumulacji roczników nie dostali się do wymarzonych szkół, co w perspektywie uniemożliwi im realizację swoich dalszych planów życiowych? Elbanowscy „ratowali maluchy”, jak uratować to pokolenie?

Wielu mówi, że już jest to stracony rocznik. Ciężko się z tym nie zgodzić. Ja uważam, że jest to młodzież skrzywdzona przez państwo polskie. Tu zawiedli dorośli, wprowadzając nieprzygotowaną i nieprzemyślaną reformę. Sprawy przed sądami będą trwać… Wiemy, jak opieszale działają polskie sądy… A młodzi ludzie już nie dostali się do wymarzonych szkół… Za chwilę rozpoczną rok szkolny w przypadkowej szkole… Kto im zwróci utraconą szansę? Kto i jak zrekompensuje straty? Kto im zadośćuczyni za stres, nerwy i przekreślone marzenia? Kto ma ratować?
Kto im zwróci utraconą szansę? Kto i jak zrekompensuje straty? Kto im zadośćuczyni za stres, nerwy i przekreślone marzenia? Kto ma ratować?
Dziś w tym trudnym czasie jak nigdy dotąd potrzeba sojuszu i współpracy pomiędzy nauczycielami, uczniami i rodzicami. To my, nauczyciele, łagodziliśmy skutki reformy w klasach siódmej i ósmej, a teraz musimy je łagodzić w szkołach średnich. Dostosowując i selekcjonując przeładowane podstawy programowe do możliwości uczniów…

Amunicja na wybory jest. A gdzie są armaty?

Żadnych hipotez, żadnych scenariuszy wyborczych, powyborczych. Tylko „tu i teraz”, tylko twarde fakty.

Od czterech lat przedmiotem totalnej krytyki jest reforma szkolnictwa i jej twarz, minister Anna Zalewska. Krytykowali ją wszyscy, opozycja polityczna, organizacje pozarządowe, eksperci i samorządowcy. Minister Zalewska dla wszystkich miała swój telewizyjny uśmiech i żadnych odpowiedzi merytorycznych. Prezentując więcej niż zawodowy optymizm, nie wchodząc w żadne polemiki, minister Zalewska stanowczo i stale twierdziła, że reforma jest słuszna, dobrze przemyślana i policzona – nie generuje żadnych problemów i żadnych kosztów. Tuż przed wejściem reformy w życie Anna Zalewska zdała urząd, wystartowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego, zdobyła ku mojemu zaskoczeniu mandat europosła i nie ma już jej na krajowej scenie.
Reforma Anny Zalewskiej weszła w życie. Jej jedynym głoszonym publicznie uzasadnieniem, było powtarzane jak mantra zdanie : bo tego chcieli obywatele, bo taka była obietnica wyborcza Prawa i Solidarności – a Prawo i Sprawiedliwość dotrzymuje obietnic wyborczych.
Przez cztery lata, przy nieustającym sprzeciwie wszystkich zainteresowanych rząd „robił” reformę. Gdy nastał czas próby i zaczęły się egzaminy do szkół ponadpodstawowych — okazało się, że mamy problem.
Nie będę zajmował się istotą rzeczy, materiałów i informacji dotyczących sprawy jest aż nadto we wszystkich mediach. Chciałbym zająć się sprawą języka ludzi władzy, występujących w mediach i tłumaczących, że żadnego problemu braku miejsc w szkołach dla tegorocznych absolwentów nie ma, a jeżeli gdzieś zdarzają się jakieś trudności, to jest to wynik nieudolności samorządów albo, co jeszcze groźniej wybrzmiało, spisku prezydentów i burmistrzów pochodzących z totalnej opozycji politycznej, która świadomie i celowo stwarza trudne sytuacje naszej młodzieży.
Takie działania to w języku prawa dywersja. Dla ludzi robiących dywersję wobec państwa, wykorzystujących swoje stanowiska służbowe, właściwe miejsce jest w więzieniu. Czekam na odpowiednie ruchy prokuratury i osobiście prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości w jednej osobie Zbigniewa Ziobry albo jego zastępcy, jeszcze groźniejszego z wyglądu — Bogdana Święczkowskiego. Albo — albo: jeżeli publicznie głosi się takie oskarżenia wobec wielu samorządowców, to sprawa nie może rozejść się „po kościach”. Skoro za domalowanie tęczy matce boskiej częstochowskiej policja potrafiła z samego rana odwiedzić autorkę tego artystycznego happeningu, to tym bardziej należy spodziewać się zdecydowanych działań w wypadku czegoś, co naprawdę można nazwać sabotażem.
Następca minister Zalewskiej, też nauczyciel, ze swadą zawodowego propagandysty zakłamuje rzeczywistość. W jego wypowiedziach jest tyle słów, że trudno zrozumieć najprostszą sprawę — są kłopoty z przyjęciem do szkoły z maturalnymi uprawnieniami wszystkich tegorocznych absolwentów, mających takie ambicje — czy nie ma takich kłopotów?
Słuchając ministra, można odnieść wrażenie, że żyje on w alternatywnej rzeczywistości — wszystko jest pod kontrolą, państwo działa, każdy uczeń ma zagwarantowane prawo do kontynuowania nauki do określonego prawem wieku, samorządy, które chciały i starały się, nie mają żadnych problemów, ba mają nawet nadwyżki wolnych miejsc w swoich szkołach — a takie, które nie popierają obecnej władzy, sztucznie mnożą problemy z rekrutacją, licząc na to, że wpłynie to na wynik zbliżających się wyborów.
Odnotować jednak trzeba słuszne działania rządu — zastępca innego ministra, który z rozbrajającą szczerością zaproponował, aby uczniowie, dla których zabrakło miejsca w wybranej szkole, poszukali sobie szkoły za granicą, nie jest już wiceministrem. To dobry sygnał — bez względu na to od kogo wyszedł — ten wniosek o dymisję.
Dymisji minister Zalewskiej nie doczekamy się, jako że za zgodą samego Prezesa wszystkich Prezesów zasiada w Parlamencie Europejskim. Można jedynie zastanawiać się, czy gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się po tym, co dzieje się teraz w polskich miastach, to Anna Zalewska uzyskałaby mandat, czy jednak nie? Ale to już tylko takie puste pytanie.
Skoro nie będzie dymisji minister Zalewskiej, trzeba na wszelkie sposoby doprowadzić do tego, aby dymisję otrzymało całe Prawo i Sprawiedliwość jako formacja rządząca. To w rządzie PiS-u Zalewska była bowiem ministrem, to ten rząd firmował tę reformę.
Jak dotąd w mediach przebija się narracja rządowa, że nie ma żadnych kłopotów z rekrutacją, a jeżeli gdzieś występują jakieś kłopoty. to jest wina samorządów.
Tak nie może zostać. Nie może być tak, że za absurdalną reformę Zalewskiej zapłacą samorządy, a nie rząd, który wprowadził tą reformę. To jest naprawdę dobre narzędzie do politycznej batalii w kampanii wyborczej, to jest doskonały temat na debaty publiczne z udziałem młodzieży. Mamy pierwsze odnotowane działania młodych ludzi, którzy w starciu z urzędnikami państwa, odpowiedzialnymi za reformę oświaty — na spotkaniach z kuratorami jako przedstawicielami państwa polskiego — dali wyraz swoich uczuć, ocen i poglądów na temat reformy Zalewskiej. Na marginesie: eurodeputowanej, która zgłosiła chęć zajmowania się w PE sprawami ochrony środowiska, nie oświaty i szkolnictwa. No comment!
Innym przykładem nieudolności obecnej ekipy rządzącej Polską jest to, co dzieje się z lekami. Problem narastał od dawna, nikt nie może tłumaczyć się, że to stało się nagle, ani tłumaczyć, że to problem wielu krajów. To prawda, kryzys lekowy narastał, jego korzenie są poza krajem, ale tym bardziej jest konieczne, aby rządzący powiedzieli, co robili, aby przygotować się do niego. Nie może być tak, że różnice w ocenie ilości brakujących leków pomiędzy ministrem zdrowia a przedstawicielem nadzoru farmaceutycznego sięgały 100%. Powiedzenie, że to nie apteka — nie ma tu zastosowania.
Zdrowie i życie to poziom potrzeb podstawowych. Zagrożenia w realizacji tych potrzeb wyrzucały zawsze rządzących z siodła. W kampanii wyborczej trzeba zderzać zapewnienia i plany rządu o darmowych lekach dla seniorów z brakiem podstawowych leków na nadciśnienie czy cukrzycę.
To dobry przykład na państwo PiS w działaniu. A nie w gadaniu, które im wychodzi dużo lepiej.
Logika władzy jest taka, że szans na szybką dymisję ministra zdrowia tuż przed wyborami nie ma. Jego zdymisjonowanie byłoby przyznaniem się do winy, a tego żadna władza nie robi. Ale opozycja ma amunicję.
Pytanie — czy ma działa? I czy umie strzelać?

Witos naszym wzorem

Odwieczna kontrola kleru nad polską wsią pod rządami postępowej Konstytucji dziś, w XXI wieku znów wróciła do łask.

Po tygodniach wewnętrznych dyskusji Polskie Stronnictwo Ludowe postanowiło się znów usamodzielnić się wyborczo. Moim zdaniem – słusznie. Poparcie tej partii na wsi od kilkunastu lat systematycznie spada na korzyść PiS, podejrzewam, że niemały na to wpływ mają biskupi i proboszcze. Niech więc PSL obliczy się na wsi, to tej partii dobrze zrobi.
Zaskoczyło mnie to, że ludowcy ratują swoją pozycję polityczną demonstrowaniem niechęci do aliansów wyborczych z lewicą (SLD i Wiosna), motywując to głębokim przywiązaniem do wartości chrześcijańskich i kościoła jako „wspólnoty”. Szukając pretekstu do odstąpienia od Koalicji Obywatelskiej jeszcze kilka dni temu sprzeciwiali się obecności w niej SLD. I chociaż jestem zwolenniczką zbudowania w tych wyborach odrębnego bloku lewicowego, ten stosunek ludowców do SLD nie po raz pierwszy ostro mnie zbulwersował: biurokraci z PSL (z których każdy miał w rodzinie swojego Mikołajczyka, albo księdza, albo…dziedzica) próbują ustawiać lewicę według własnego doraźnego interesu politycznego, chociaż to nie przez SLD stracili swą bazę społeczną na wsi na rzecz PiSu. Na marginesie dodam, że podobnie zachowała się Barbara Nowacka, kiedy postanowiła zasilić PO. Mówiła wtedy, że nie podoba się jej polityka historyczna SLD (wnuczka wysoce zasłużonego Budowniczego Polski Ludowej, z którego dorobku naukowego n.p. ja jestem dumna).
Prezes PSL, z pryncypialnym wyrazem twarzy zaciętego w sporze dziecka, najczęściej motywuje głoszone stanowisko obroną osławionych „wartości chrześcijańskich” , które – jakby nieco z wierzchu poskrobać – trącą homofobią i obłudą. Hasło to sugeruje, że lewica, a SLD w szczególności zagraża wyznawaniu tych wartości w praktyce, a tym samym spójności wspólnoty chrześcijańskiej, dowodzonej przecież w duchu „cywilizacji miłości” przez niemały pułk biskupów i arcybiskupów, ostatnio wołających o zrozumienie i tolerancję wobec pedofilów w sutannach. Głównym grzechem lewicy jest opowiadanie się za rozdziałem kościoła od państwa i sprzeciwianie się nieustannemu mieszaniu się kleru w politykę, zwłaszcza, że moralne uzasadnienie dla przyznania sobie takiego prawa przez kościół hierarchiczny zostało ostatnio mocno nadwątlone przez samych księży.
Lewica ma również poważne zastrzeżenia do ideologizacji polskiego szkolnictwa, sterowanego w kierunku podporządkowania systemu wychowania i nauczania dyktatowi kościoła hierarchicznego. Nie trudno przecież zauważyć, że w szkołach finansowanych przez państwo wiszą dziś krzyże, zawieszane zawsze powyżej godła Rzeczypospolitej (kto to ustala..?), jak się wobec powyższego czują „nie podzielający tej wiary” ? A kto by się tym przejmował ! Nie tylko z tego powodu lewica uważa, że klerykalizacja życia publicznego zaszła za daleko. Widzi to młodzież, która masowo odchodzi od kościoła, ale trend ten nie leży w polu zainteresowania PSL.
Z licznych wypowiedzi W. Kosiniaka –Kamysza i innych działaczy PSL wynika, że – podkreślany przy każdej okazji długi czas trwania w polityce polskiej – raczej nie sprzyja znajomości historii ruchu ludowego i emancypacji chłopstwa. A jest ona niezwykle ciekawa i trudno zaprzeczyć temu, że na przestrzeni minionych 130 lat ruch ludowy w walce o swoje prawa miał zawsze wsparcie lewicowego (postępowego) ruchu robotniczego. Przekonałam się o tym, kiedy na swój użytek przerobiłam tę historię na przykładzie Galicji z przełomu XIX i XX wieku, poszukując przyczyn nieukrywanej wrogości niedawnych działaczy ZSL wobec SLD na początku lat 90. A padały wobec nas zaskakująco wraże zarzuty, niektóre pamiętam doskonale.
Jak wiadomo, pod koniec XIX stulecia Polacy w Galicji mogli organizować się politycznie – działali tam legalnie socjaliści (Limanowski, Daszyński), endecja (przez jakiś czas Dmowski), a w latach 90. własne aspiracje polityczne ujawnili chłopi. Jednakże organizowanie się polskiego ruchu ludowego nie było zadaniem łatwym, ponieważ działacze chłopscy od początku natrafiali na zagorzały opór większości duchowieństwa oraz tych warstw społecznych, którym dalece odpowiadało, aby chłop „był niewolnikiem , tak z krwi, tradycji, wychowania, jak i z własnej woli”. Tak to widział Wincenty Witos, na którego dziś ludowcy lubią się powoływać, ale go nie czytają, a z jego książki p.t. „Moje wspomnienia” mogliby się dużo dowiedzieć o zmaganiach ówczesnych ludowców z poglądami i decyzjami księży, pełnymi „chrześcijaństwa”. Zaznaczam, że socjaliści nigdy nie należeli do przeciwników organizowania się chłopów, wręcz przeciwnie – ludowiec Jan Stapiński- gdyby żył- miałby wiele na ten temat do przekazania.
W kontekście tym przypomnieć należy, że w ówczesnych czasach księża byli najczęściej na wsi jedynymi wykształconymi ludźmi. Wielu z nich położyło znaczne zasługi w walce z plagą pijaństwa na wsi i w szerzeniu dobrych obyczajów. Nie zaniedbywali jednak przy tym wpajania chłopom posłuszeństwa wobec wszelkiej władzy jako pochodzącej od Boga. Nic więc dziwnego, że „po chrześcijańsku” kler chciał sobie podporządkować w sposób bezkompromisowy organizujący się ruch chłopski. Trzeba przyznać, że z powodów religijnych część chłopstwa ulegała sugestiom księży, szanse zdobycia głosów chłopskich miał przede wszystkim ten, za kim opowiadali się księża.
Co ciekawe, Maria i Bolesław Wysłouchowie na łamach „Przyjaciela Ludu” (wychodzącego od 1889 r.) postrzegali przywiązanie chłopów do religii jako obietnicy, że po ziemskiej tułaczce włościanin znajdzie się w końcu tam, „gdzie nie będzie ani głodu, ani zgryzot, ani podatków, ani prześladowań, ani starostów – ale będzie wieczysty wypoczynek po ciężkiej pracy” („Przyjaciel Ludu” z 3 czerwca 1906 r.) Wysłouchowie uważali, że pierwszym krokiem do organizowania się chłopów była zmiana ich mentalności, rozbudzenie świadomości klasowej oraz narodowej.

Ponad połowa ludności wiejskiej nie umiała czytać, ani pisać.

Wierzyła w gusła i zabobony, a do wszelkich nowinek, burzących odwieczny porządek odnosiła się niechętnie. Taka postawa chłopów ułatwiała stosowanie wobec nich niepohamowanego wyzysku ekonomicznego. Stąd m.in. brał się chłopski antyklerykalizm, gdyż poprzez wieki Kościół w oczach chłopów był instytucją sankcjonującą feudalny porządek i wyzysk.
Wśród księży znalazł się wówczas j e d e n wyjątek – ksiądz Stanisław Stojałowski, który na łamach wydawanych przez siebie pism – „Pszczółki” i „Wieńca” – sprzeciwiał się upośledzeniu społecznemu chłopów. Poglądy ks. Stojałowskiego cieszyły się popularnością wśród włościan, za to hierarchia kościelna uznała go za człowieka niebezpiecznego, który może zrewolucjonizować wieś, co nie leżało w interesie ekonomicznym kleru (a nuż chłopi zażądają reformy rolnej..?). Walka ks. Stojałowskiego z hierarchią zakończyła się rzuceniem na niego wielkiej klątwy na mocy dekretu Świętej Rzymskiej i Powszechnej Inkwizycji z dnia 5 lipca 1896 r. Był to celny cios, wymierzony nie tylko w księdza, ale w cały organizujący się ruch chłopski. Znękany ksiądz musiał zaprzestać swojej pro chłopskiej aktywności, zmarł w Krakowie 23 października 1911r, nad jego trumną przemawiał Wincenty Witos.
Pewnie nie bez przyczyny: znany był w owym czasie konflikt Witosa z biskupem tarnowskim – Leonem Wałęgą (1859-1933), który – bojąc się niekontrolowanego przez kler ruchu chłopskiego- zakazał nawet wiernym (znów pod karą kościelną) czytania pism „Przyjaciel Ludu” i „Piast”. Biskup atakował też w sposób niewybredny Witosa i innych działaczy ludowych, była to walka ostra i nieprzebierająca w środkach. Na „Przyjaciela Ludu” , a pośrednio na Polskie Stronnictwo Ludowe w 1903 r. została rzucona klątwa kościelna. Przypuszczam, że w duchu troski o „wartości chrześcijańskie”.
W zaciętej walce kleru z działaczami ruchu ludowego chodziło o niedopuszczenie na wieś postępowych haseł i organizacji politycznych, ponieważ groziły one zachwianiem pozycji księży wśród włościan. Księża tropili zaciekle nie tylko co bardziej znanych działaczy chłopskich, ale nawet zwykłych czytelników „Przyjaciela Ludu”. W 1895 r znana była w Galicji sprawa Jana Gila – chłopa z Grębowa (powiat tarnobrzeski), któremu za czytanie tej gazety miejscowy proboszcz odmówił przed śmiercią spowiedzi, a następnie nie pozwolił na wstawienie trumny z jego ciałem do kościoła! Na znak protestu miejscowi chłopi ufundowali w 1896 r. zmarłemu skromny pomnik na grobie, umieszczając na nim napis: „Bratu, co walczył i cierpiał za sprawę ludową – w szczerej wdzięczności Chłopi Polscy” (ciekawam, czy o Janie Gilu pamiętają jeszcze współcześni ludowcy..?). Współczesnym działaczom PSL, a w szczególności Wł. Kosiniak- Kamyszowi dedykuję następujące słowa Wincentego Witosa:
„Byłem zawsze zdania, że należy oddzielić bezwzględnie sprawy wiary i kościoła od interesów materialnych, wszelkich spraw polityki.” .
Budzeniu się świadomości narodowej mas chłopskich w sukurs mogła przyjść wówczas przede wszystkim oświata i świadome organizowanie się według własnych potrzeb i interesów.
Ale również samo kształcenie się chłopów odczuwane było przez kler jako niebezpieczeństwo. Mam przed sobą książkę, wydaną przez Związek Nauczycielstwa Polskiego w Warszawie w 1939 r. Nosi tytuł „Szkice z dziejów nauczycielstwa polskiego”. Autorzy tego opracowania m.in. opisują, jak ludowiec Jakub Bojko walczył w sejmie galicyjskim o pieniądze na oświatę wiejską, wypominając w wystąpieniu wygłoszonym 22 marca 1899 r. , że tnąc pieniądze na oświatę wsi klasy rządzące chciałyby chłopa wziąć krótko za cugle, aby on wolę rządzących wykonywał tak, jak niegdyś ustawy pańszczyźniane dyktowały, tj. „w pokorze i bez pomruku” . Autorzy książki wskazują wzorce, jaki chłopom i nauczycielom ludowym stwarzał socjalistyczny ruch robotniczy, który na czele z Bolesławem Limanowskim – ojcem socjalizmu polskiego – wspierał w Galicji walkę o oświatę na wsi i umacnianie postępowego nauczycielskiego ruchu zawodowego. A przecież walka o powszechną oświatę w języku polskim była wówczas najbardziej cennym przejawem patriotyzmu.

Dziś PSL, o dziwo, nie wypowiada się na temat sytuacji w polskim szkolnictwie

(w tym oświaty na wsi), nie upominali się twardo i otwarcie o polepszenie materialnych warunków pracy nauczycieli ( w tej sprawie dwa miesiące temu ludowcy kombinowali, jak przysłowiowy koń pod górę). Milczeli na temat zachowania się w czasie niedawnego strajku katechetów, poddanych władzy biskupów – bo nie przeszkadza im dualizm zarządzania szkołą. Najważniejsze, aby podkreślać zdystansowanie się od SLD i dbać o to, aby w przestrzeni publicznej wybrzmiało przywiązanie ludowców do „wartości chrześcijańskich”, a że po drodze temu i owemu działaczowi przydarzy się n.p. rozwód..? człowiek jest przecież ułomny…. Zastanawiam się także, czy obecność SLD w polityce polskiej może w jakikolwiek przeszkadzać ludowcom w osobistym respektowaniu przykazań Dekalogu, tak – aby w swej godności pamiętali na co dzień o tym, że nie należy kłamać, kraść, cudzołożyć, używać zbrodniczej przemocy wobec bliźniego swego i.t.d., wszystko zgodnie z dziedzictwem tradycji judeo – chrześcijańskiej…? (patrz: przykazania Dekalogu z ksiąg Mojżeszowych). Jako członkowi SLD nigdy by mi takie działanie nie przyszło do głowy. Ale tu nie o cnoty człowieka religijnego chodzi, tylko o całkiem ziemskie interesy. No cóż, odwieczna kontrola kleru nad polską wsią znów wróciła do łask. Ciekawe, jak by to skwitował Witos…

Facebook utrudnia edukację społeczną

Sąd tymczasowo zakazał Facebookowi usuwania stron, kont i grup prowadzonych na Facebooku i Instagramie przez Społeczną Inicjatywę Narkopolityki, a także blokowania jej pojedynczych postów. Oznacza to, że przynajmniej do rozstrzygnięcia sprawy aktywiści SIN mogą prowadzić edukację narkotykową bez obaw, że nagle stracą możliwość komunikowania się ze swoimi odbiorcami. Facebook został ponadto zobowiązany w ramach zabezpieczenia powództwa do zachowania usuniętych w 2018 r. i 2019 r. kont, stron i grup, tak aby w razie wygrania procesu przez SIN mogły one zostać przywrócone wraz z całą opublikowaną na nich treścią, komentarzami innych użytkowników, a także osobami je obserwującymi i lubiącymi. A to jeszcze nie koniec dobrych wiadomości: Sąd Okręgowy w Warszawie potwierdził, że polscy użytkownicy mogą dochodzić swoich praw przeciwko internetowemu gigantowi także w Polsce.
Sąd jednocześnie nie uwzględnił żądania, aby już teraz przywrócić usunięte strony, konta i grupy na czas trwania postępowania. Argumentował, że byłby to zbyt daleko idący środek i w praktyce prowadziłby do zrealizowania podstawowego roszczenia, którego SIN domaga się w pozwie.
Pozew przeciwko Facebookowi o naruszenie dóbr osobistych trafił do sądu w maju. SIN argumentował w nim m.in., że nałożone blokady niesłusznie ograniczały organizacji możliwość rozpowszechniania informacji, wyrażania poglądów i komunikowania się ze swoimi odbiorcami. W obawie przed dalszą cenzurą SIN nie mógł prowadzić działalności edukacyjnej, a blokady sugerowały, iż treści publikowane przez organizację były szkodliwe, co mogło podważyć jej wiarygodność. „Uwzględniając w większości wniosek o zabezpieczenie powództwa, sąd uznał, że SIN uprawdopodobnił swoje roszczenia” – wyjaśnia Dorota Głowacka z Fundacji Panoptykon, która wspiera SIN w sprawie przeciwko internetowemu gigantowi. „Choć to dopiero początek procesu i przed nami jeszcze długa droga, to zrobiliśmy pierwszy ważny krok w walce z arbitralnym i nieprzejrzystym usuwaniem treści użytkowników z portali społecznościowych”.
Prywatna cenzura to jedno ze współczesnych zagrożeń dla wolności słowa. „Blokada na portalu takim jak Facebook czy Instagram, dla których z punktu widzenia SIN nie ma realnej alternatywy, oznacza w praktyce istotne ograniczenie zasięgu publikowanych materiałów. Decyzja sądu oznacza, że Facebook nie będzie mógł teraz zupełnie dowolnie decydować o usuwaniu treści zamieszczanych przez SIN, i daje nadzieję, że w przyszłości uda się odzyskać zablokowane strony i konta” – wyjaśnia Głowacka.
„W czerwcu z Instagrama znów zostały usunięte opublikowane przez SIN edukacyjne wpisy, w których ostrzegaliśmy m.in. przed poważnymi zagrożeniami związanymi z przyjmowaniem niektórych substancji w upały. Dostaliśmy też ostrzeżenie, że »ponowne naruszenie zasad społeczności« może spowodować usuniecie całego konta” – mówi Jerzy Afanasjew z SIN. „Teraz będziemy mogli odetchnąć i prowadzić naszą działalność w mediach społecznościowych bez obawy, że w każdej chwili możemy zostać znów zablokowani”.
Wydając decyzję, sąd uznał się za właściwy do rozpoznania tej sprawy w Polsce na podstawie polskiego prawa. „To dobra wiadomość dla polskich użytkowników. W tego rodzaju sprawach – przeciwko globalnym firmom internetowym – możliwość dochodzenia swoich praw w Polsce to warunek realnego dostępu do sądu. Gdybyśmy mogli pozywać Facebooka wyłącznie za granicą, możliwość ochrony naszych praw w praktyce miałaby jedynie teoretyczny charakter, m.in. ze względu na koszty, barierę językową czy nieznany system prawny” – wyjaśnia Dorota Głowacka.
Postanowienie sądu nie jest ostateczne – po jego doręczeniu Facebook Ireland będzie mógł zaskarżyć je do sądu apelacyjnego. Decyzja została podjęta wyłącznie w oparciu o stanowisko zaprezentowane przez SIN, bez udziału drugiej strony. Ma ona charakter tymczasowy i nie przesądza o ostatecznym wyniku całego procesu – główne postępowanie w sprawie dopiero się rozpocznie.
Na prośbę Panoptykonu sprawę pro bono prowadzi Kancelaria Wardyński i Wspólnicy.

Dyskusja o edukacji

Przy stole okrągłym, czy tez kanciastym?

Rząd PiS zapraszając do dyskusji na temat przyszłości polskiej edukacji przy okrągłym stole, posadził uczestników przy stole prostokątnym na Stadionie Narodowym. W sposób niezamierzony nabrało to cech symbolu założeń jakie towarzyszą rozumieniu edukacji przez środowiska związane z ta partią.
Zaawansowana w wielu dziedzinach cywilizacja Azteków nie potrafiła wynaleźć koła. Związane z tym trudności logistyczne były jedną z przyczyn zatrzymania rozwoju i w konsekwencji upadku tej cywilizacji.
Reforma oświatowa w wykonaniu minister Zalewskiej umocniła archaiczność i „kanciastość” polskiego systemu edukacji. Archaiczność ta ma swoje źródło, głównie , choć nie wyłącznie, w kilku założeniach światopoglądowych stanowiących polską tradycję, których szczególnym wyrazicielem są opiniotwórcze środowiska związane z PiS.
Idee chrześcijańskie stanowią podstawę nowoczesnej etyki i sprawiedliwości społecznej. Kierując się nimi można również budować socjalizm- ustrój realizujący sprawiedliwość społeczną. Oczywiście nie byłby to nowoczesny socjalizm, ale to temat na oddzielne rozważania.
Jednocześnie chrześcijaństwo w rozumieniu hierarchicznego kościoła katolickiego, zwłaszcza we współczesnej Polsce, to zbiór prawd objawionych, nie podlegających twórczej dyskusji , natomiast podlegających nakazowi ich przyswojenia i kultywowania.
Programy nauczania w Polsce kopiują ten model. Wymagane jest przyswojenie ,lecz nie koniecznie zrozumienie materiału. Materiał przeładowany jest faktami, datami i formułkami. Brak czasu, ale i preferencji dla twórczej dyskusji, porównań i wyciągania wniosków. Wielu światłych nauczycieli chciało by wprowadzić takie elementy nauczania, ale sztywny program i nadmierna liczebność klas na to nie pozwala.
Patriotyzm narodowy miał dla Polaków szczególne znaczenie, gdy nie było polskiego państwa i marzeniem było jego przywrócenie, a prawdziwy patriota gotów był walczyć i ginąć za ojczyznę.
W obecnych czasach, gdy żyjemy w niepodległej ojczyźnie, inaczej trzeba spojrzeć na wymiar Patriotyzmu i jego możliwe następstwa.
Przyporządkowanie pojęcia patriotyzmu wyłącznie narodowi prowadzi częściowo do nacjonalizmu, szowinizmu, a dalej rasizmu czy nawet faszyzmu.
Nowoczesnym społeczeństwom obce są przejawy nacjonalizmu i szowinizmu. Zauważamy też, że nacjonalizm jest sprzeczny z podstawową zasadą chrześcijaństwa, która stanowi, że wszyscy ludzie są braćmi.
Henryk Sienkiewicz, uważany za jednego z czołowych pisarzy patriotycznych pisał „Hasłem wszystkich patriotów powinno być „przez Ojczyznę do ludzkości nie zaś dla Ojczyzny przeciw ludzkości”.
Niestety rządzący, wyłącznie dla poszerzania swojej władzy, nie przeciwdziałają, a wręcz schlebiają poglądom, będących następstwem rozumienia patriotyzmu wyłącznie w wymiarze narodowym. Tworzone pod auspicjami PiS i IPN programy nauczania w zreformowanej szkole pogłębiają niebezpieczne dla przyszłości Polski zjawiska występujące w młodym pokoleniu i utrudniają przyswajanie przez młodzież wartości wynikających ze światowej wspólnoty.
Socjaliści rozumieją patriotyzm jako wartość w sferze emocjonalnej, która wyraża się w więzi ze społeczeństwem zamieszkującym nasz kraj ojczysty. Ta więź powoduje gotowość przedkładania celów ważnych dla społeczeństwa ponad cele osobiste. Nowoczesny patriotyzm, który powinna przyswajać młodzież wyraża się dziś przede wszystkim gotowością pracy dla pożytku wspólnego.
W społeczeństwie PiS wyróżnia rodzinę, jako podstawową i najważniejszą komórkę, stanowiącą podstawę wszelkich programów społecznych. W nowoczesnych społeczeństwach rola rodziny pozostaje nadal ważna, ale nie stanowi już ona wyłącznej podstawy rozwoju społeczeństwa. Pozostawiając na boku rozważania o roli rodziny, należy zauważyć, że nie można, tak jak to głoszą ugrupowania prawicowe , uważać, że rodzice maja wyłączne prawo o decydowaniu o wychowaniu i sposobie kształcenia młodego pokolenia.
Zrezygnowanie, pod presją części rodziców ( a właściwie dla ich pozyskania w procesie wyborczym) z obowiązku szkolnego 6-cio latków cofnęło polską edukację w stosunku do trendu światowego, w którym edukacja (odpowiednio sprofilowana) zaczyna się coraz wcześniej i trwa przez całe życie. Tylko tak ludzkość jest w stanie dotrzymać kroku coraz szybszemu rozwojowi intelektualnemu i technologicznemu.
Jednocześnie reforma edukacyjna PiS skróciła o rok cykl szkolny, skracając tym samym okres przyswajania wiedzy.
W ten sposób PiS poszedł na rękę środowiskom neoliberalnym, które uzyskują wcześniej potencjalną siłę roboczą, gorzej wyedukowaną, ale mniej świadomą swoich praw.

Coraz szybszy rozwój szkolnictwa prywatnego działa zabójczo na proces powszechnej edukacji. Szkoły prywatne, wobec mizernych płac w szkolnictwie państwowym, wysysają z rynku najlepszych nauczycieli, obniżając nieuchronnie jakość powszechnego nauczania.
Dodatkowo w szkołach prywatnych klasy są mniej liczne, a więc i możliwość rozpoznania potencjalnych zdolności ucznia jest większa.
Ponieważ większość rodziców nie stać na szkoły prywatne, powoduje to pogłębienie ekonomicznego, a więc nieuchronnie i kulturowego rozwarstwienia społeczeństwa. Uzdolnione dzieci pochodzące z ubogich rodzin, mają coraz mniejszą szansę na awans społeczny i wykorzystanie swoich potencjalnych zdolności dla dobra swojego i dobra społeczeństwa.
Udawanie przez rządzących, że nie dostrzegają powyższych zjawisk może świadczyć jedynie o tym, że dorastanie coraz mniej wyedukowanego, a więc prawdopodobnie coraz bardziej spolegliwego społeczeństwa jest w ich interesie, ponieważ jak wynika z enuncjacji prasowych, dzieci rządzącej elity uczęszczają do szkół prywatnych i to one maja stanowić przyszłą elitę. Szkoda tylko, że elitę o gorszej jakości niż w czołowych społeczeństwach.
Podstawą dobrej edukacji jest dobry nauczyciel. Nauczyciel to nie rzemieślnik. Musi on stale podnosić swa wiedzę i jednocześnie być autorytetem dla ucznia.. Od wielu lat obserwujemy negatywną selekcję wśród nauczycieli. Główna jej przyczyną są niskie zarobki i podważanie prestiżu tego zawodu. Jeśli podważa się godność nauczyciela, to na zasadzie rykoszetu maleje jego prestiż wśród rodziców i w konsekwencji maleje autorytet wśród uczniów. Małe jest zrozumienie tych zależności w społeczeństwie, a rządzący nie robią nic, by przeciwdziałać temu zjawisku.
W XXI wieku o powodzeniu kraju w międzynarodowym współzawodnictwie decyduje wysokość nakładów na edukację i rozwój nauki. Kraje takie jak Polska, które przeznaczają coraz niższe nakłady na te dziedziny przestają się liczyć w międzynarodowej konkurencji i same siebie skazują na status państw neokolonialnych.
Wydatki na oświatę w Polsce w przeliczeniu na jednego ucznia plasują nas znacznie poniżej średniej krajów UE, a uczniowie, czyli ich rodzice ponoszą w dużym stopniu koszty edukacji dzieci. Rodzice płacą za dodatkowe zajęcia, świetlice szkolne, wycieczki edukacyjne, składają się na doposażenie szkół itp.
Pod uwagę uczestnikom dyskusji na temat oświaty Polska Partia Socjalistyczna przedstawia założenia zawarte w swoim programie.
Naszym celem jest zapewnienie dzieciom i młodzieży równego dostępu do kształcenia, umożliwiającego skuteczne konkurowanie o miejsca pracy w jednoczącej się Europie. Oznacza to bezpłatną edukację na wszystkich szczeblach. Potrzebny jest Fundusz Stypendialny, który zapewni możliwość kontynuowania nauki również młodzieży ze środowisk najuboższych.
Konieczny jest powszechny dostęp do wychowania przedszkolnego dla dzieci powyżej 3 lat, objęcie młodzieży do 18-tego roku życia obowiązkiem szkolnym, przywrócenie w szkołach podstawowej opieki medycznej, stomatologicznej, zapewnienie dożywiania dzieci i młodzieży.
Oprócz funkcji kształcenia, szkoła pełni także funkcję wychowawczą, uzupełniając, a często zastępując wychowanie w rodzinie. Naszym celem jest odtworzenie i rozwój funkcji poza dydaktycznych systemu oświaty. Szkoła powinna wychowywać młodego człowieka w duchu odpowiedzialności obywatelskiej i poszanowania wartości humanistycznych.
Traktując edukację jako zintegrowany system nauczania od przedszkola do ukończenia studiów należy zrealizować dwa ogólne postulaty dotyczące t.zw bazy programowej edukacyjnego programu narodowego, opracowanego ponad podziałami społecznymi.
Po pierwsze przygotowanie do życia w społeczeństwie i nauka współpracy, co obecny system edukacji realizuje w minimalnym stopniu. Zaprzepaszczony został w tym zakresie powojenny dorobek polskiej pedagogiki .
Należy przywrócić i rozwinąć formy pracy grupowej i współdziałania uczniów w środowisku m.in. w formie zajęć pozalekcyjnych i „kółek zainteresowań”. Formy te zaniknęły zarówno z uwagi na rzekome oszczędności budżetowe szkół, jak i zanik autorytetu nauczyciela i wychowawcy.
Nasz program kładzie nacisk na naukę samodzielnego myślenia. Należy uczyć rozwiązywania problemów, a nie zapamiętywania faktów i formułek.
W nauczaniu przedmiotów społecznych (np. historii) trzeba kłaść nacisk na umiejętność oceny zjawisk w ich kontekście historycznym, a nie zapamiętywanie dat i nazwisk, dobranych najczęściej pod kątem indoktrynacji politycznej (w tym religijnej). Nauczanie przedmiotów ścisłych i przyrodniczych musi kłaść nacisk na zrozumienie realnych zjawisk i przygotowanie do życia w zmieniającym się świecie materialnym.
Konieczne jest wyprowadzenie ze szkół katechezy i zapewnienie rzetelnej edukacji seksualnej.
Należy przywrócić odpowiednią rangę zaniedbanemu kompletnie szkolnictwu zawodowemu, którego brak przyczynia się do bezrobocia.
Zawód nauczyciela jest – i powinien być za taki uznany – jednym z najważniejszych zawodów w państwie, o najdalej idących konsekwencjach społecznych, cywilizacyjnych i narodowych, Nauczyciel powinien odznaczać się wysokim poziomem intelektualnym i etycznym, a system wynagradzania i awansów powinien temu sprzyjać.

Stół z powyłamywanymi nogami

Chcę dziś powiedzieć strajkującym nauczycielkom i nauczycielom, że rządowy okrągły stół edukacyjny, który urządzono onegdaj na Stadionie Narodowym jest waszym, drodzy Państwo, wielkim zwycięstwem.

Mijają cztery lata, jak PiS wprowadza swą reformę edukacyjną, zwaną powszechnie „deformą”. Chaos, zdublowanie roczników, ścisk w szatniach i na korytarzach, maluchy przemieszane w jednym miejscu i czasie z młodzieżą w okresie „burzy hormonalnej”, przeładowany program nauczania, przeładowane tornistry – w sam raz dla siłacza Pudzianowskiego, a nie dla Jasie z II B, lekcje kończone późno po południu… Gołym okiem widać, że reforma reklamowana jako „dobrze pomyślana i dobrze obliczona” sypie się, nie wytrzymuje konfrontacji ze szkolną rzeczywistością. „Okrągły stół” zwołany po kilku latach jej wprowadzania, nie jest więc niczym innym jak przyznaniem się do klęski. Jeśli rząd proponuje dziś dyskusję o „jakości edukacji”, „roli nauczyciela w systemie edukacji”, „nowoczesnej szkole”, „uczniach w systemie edukacji”, to jak to inaczej nazwać? Stadion Narodowy to Stalingrad minister Zalewskiej! Zwracam przy okazji uwagę, że w „ramowym” programie stadionowej dyskusji nie było punktu dotyczącego warunków pracy i płacy nauczycieli. Wasze podstawowe żądanie, byście nie byli traktowani gorzej niż zwierzęta gospodarskie, którym PiS obiecał ostatnio 500+, zostało przez władze zignorowane. Mało tego – pan premier podał nawet powód tego zlekceważenia was: po co dolewać oliwy do dziurawego kanistra?… Już nie wiem, co gorsze – czy to, że wyżej rząd ceni rogaciznę niż nauczycieli, czy to porównanie was do dziurawego kanistra, który nadaje się wyłącznie na złom. W tej sytuacji nie ma sensu tłumaczyć mu, że nie chodzi wam tylko o pieniądze, a może nawet nie przede wszystkim o pieniądze. On chyba nie rozumie, jak ważne jest coś takiego jak godność. Być może dlatego ze zdumiewającą łatwością przychodzi mu klękać przed grobem bandytów z Brygady Świętokrzyskiej, zrównywać sędziów, których średnia wieku wynosi obecnie 41 lat, z sędziami – kolaborantami hitlerowskimi z okresu Francji Vichy, czy porównywać ich do sędziów stalinowskich. Pewnie obce jest mu nawet powiedzenie „robić z gęby cholewę”, bo jak inaczej wytłumaczyć, że ten niby wykształcony i sprawny w liczeniu pieniędzy gość potrafi porównać wielomiliardowe fundusze unijne do datków wystarczających do naprawy chodników, albo bierze udział i odgrywa pierwszoplanową rolę w cyrku z przybijaniem stępki, która nie jest stępką, pod prom, który nie istnieje, w stoczni, która nie nadaje się do budowy tego typu statków, wedle projektu, którego nie ma, a na koniec organizuje jeszcze „okrągły stół”, który jest w istocie prostokątny. Trafił się nam premier niezwykle inteligentny, ale inaczej. Nie zdziwcie się więc drodzy belfrzy, gdy usłyszycie (a pewnie usłyszycie nie raz), że to nie wy, a rząd odniósł zwycięstwo walcząc z wami „w obronie budżetu”. Zresztą ten premier nie jest jedynym oryginałem w trupie pana Kaczyńskiego – całkiem spora gromada obecnych prominentów sprawia wrażenie, że nie należeli do waszych najlepszych uczniów. Klaszcząc więc swojemu primus inter pares i wielbiąc go wzrokiem, mogą po prostu nie wiedzieć, kto to był Pyrrus i czym jest „pyrrusowe zwycięstwo”. Z głupoty się puszą.
To wy, „frontowi” wychowawcy i wychowawczynie, wykazaliście się odwagą i determinacją w obronie swych praw, a na koniec to wy, okazaliście miłość swym uczniom i poczucie odpowiedzialności za ich los. Bo cóż to byłaby za matura, gdyby, zgodnie z pomysłem premiera, o dopuszczeniu do niej decydował wskazany w trybie administracyjnym ktokolwiek bądź „wyznaczony przez organ prowadzący” – np. przez wójta. Niewykluczone, że w przyszłości sława „maturzysty Morawieckiego” ciągnęłaby się za Bogu ducha winnymi uczniami niczym zły duch „docenta marcowego”.

***

List czytelnika

Mam już 88 lat. Nastał czas wspomnień.
Uczyłem się w klasie pierwszej szkoły podstawowej. Zostałem schwytany za kołnierz przez ekonoma i postawiony przed groźnym obliczem właścicielki dworu z zrzutem rzucania kamieniami w dach rozlatującej się szopki – starej szkółki. Sąd w Górze Kalwarii wezwał ojca, który przedstawił zaświadczanie Kierownika nowej szkoły z Jazgarzewie, pana Stefana SIATKIEWICZA: ”Tolek nie umie rzucać kamieniami”. Nie umiałem, zostałem uniewinniony lecz był to przypadek, który zaważył na mojej przyszłości: poglądach lewicowych. Chwała mądremu nauczycielowi.
Po wojnie byłem wychowankiem domu wychowawczego dla sierot wojennych w Bierutowicach, t.zw. Szkoły Orląt Grunwaldzkich. Dyrektorem był pan Feliks BIELASIK, przed II wojna kierownik szkół w Tomaszowie Mazowieckim, w trakcie wojny kapitan Armii Andersa. Zarządził zebranie Rady Wychowanków gdyż, jak powiedział mi: „chodzą na jabłka”. Zebranie zwołałem, jąkając się przedstawiłem sprawę, na co mój kolega krzyknął: „Ty też chodzisz”. Dyrektor zamknął zebranie. Od tego czasu odnoszę wrażenie, że jestem przyzwoity a przynajmniej nie oskarżam nikogo.
Trzeci przypadek to ukoronowanie. Miałem 60 lat, na Mazurach w Wejsunach nocą chłopcy wyrwali mi sztachety, szesnaście. Rano sąsiedzi radzili donieść policji. Sąsiad – PRZYJACIEL, Roman MACOCH, emerytowany kierownik miejscowej wiejskiej szkoły, nauczyciel matematyki, syn zbieracza żywicy zdecydował, że on sprawę załatwi. Wezwał przechodzącego chłopca, jednego ze sprawców, do zreperowania płotu. I stało się: upłynęło 30 lat i ani jedna sztacheta nie była już wyrwana.
Tak uczyli mnie NAUCZYCIELE. Chwała IM.
Arkadiusz Inowolski

 

Walka trwa

Liberałom przestał podobać się strajk. W walce z komuną daliby się pokroić i strajkowaliby do śmierci. W walce pracowników przeciw PiS-owskiej degradacji oświaty i edukacji po 10 dniach wywieszają białą flagę i każą się rozejść by lansować się na zbawców przez wybory.
To nie jest żadna zdrada bo liberałowie z natury gardzą pracownikiem, jego prawem do samookreślenia, boją się jego podmiotowości, walczą przeciwko sile związków zawodowych i nie chcą żadnej większej społecznej mobilizacji, bo ta od razu ich delegitymizuje i obnaża ich głęboką hipokryzję.
Dla tej „opozycji” – tak samo jak dla PiSu – strajki budżetówki to zagrożenie. Nie da się jednocześnie zapewniać o wsparciu dla przywrócenia neoliberalnego porządku i gwarantować wszystkim podwyżki, których zwyczajnie samemu nie dawało się przez całe lata. Grozi to rozpadem własnego, głównie neoliberalnego, elektoratu i dlatego poparcie dla nauczycieli mogło być tylko pozorne.
Zachęceni przez strajk ZNP do strajku szykują się też pracownicy socjalni i potencjalnie inni… Jak Grzegorz Schetyna wypadłby w roli trybuna ludowego, jak libmedia przeżyłyby konieczność dalszego wspierania niezamożnych ludzi pracy w ich walce przeciwko systemowi i bogatym?
Nie przeżyłyby.
Niech więc nauczyciele ustawią się w kolejce i modlą do Schetyny, że jak już wygra wybory to coś im da. Niech uwierzą w gwarancje turboneoliberałów, że sami daliby podwyżki… tak jak nie dali podwyżek praktycznie całej budżetówce. Niech nauczyciele cieszą się, że w ogóle mogą głosować i uszanują „świętość” matur bo system potrzebuje świeżej-taniej siły roboczej i nie obchodzi go, że każe przy tym harować za grosze.
Całe wsparcie dla związkowców. Nie jesteście niczyim zakładnikiem.
Przerażające z perspektywy rządu musi być to, że nauczyciele (a w tym humaniści!) są jeszcze w ogóle komukolwiek potrzebni.
Czyż państwo kapitalistyczne nie miało być rajem programistów, przedsiębiorców i ścisłowców na etatach w korporacjach?

Czemu reszta po prostu nie siedzi cicho?

Jak to możliwe, że w XXI wieku pedagodzy mają jeszcze jakąkolwiek siłę sprawczą? Kto w ogóle pozwolił im rozdawać te matury i po co oni do tego? Dlaczego nie wykonują naszych rozkazów dla samej idei skoro i tak wszyscy widzą, że są warci najwyżej 30% tego, co kapitał płaci w sektorze prywatnym? Po co nam ci pseudomędrcy skoro tyle wydajemy na kościół?
Jak to możliwe, że budżetówka po prostu nie dziękuje, że żyje?
To wielki szok, że publiczne-społeczne przeciwstawia się prywatnemu i kapitalistycznemu. I owszem, były czasy, kiedy szkoły były tylko prywatne i w zasadzie niespecjalnie liczyły się w łańcuchu produkcji (wyzysku), nad którym kontrolę sprawowali właśnie kapitaliści. Ale te czasy na szczęście już minęły.
A system, gdzie obsługa wielkiego i najbardziej szkodliwego kapitału zarabia najwięcej i dyktuje wszystkim warunki, a sami właściciele są otoczeni największą czcią i opieką, to patologia.
To system zawłaszczania dla zawłaszczających.
Strajk jest naprawdę bardzo antysystemowy.

To władza gra dziećmi

„Rząd liczy, że pod naciskiem rodziców i jednak bardzo zdenerwowanych dzieciaków ugną się nauczyciele. Jeśli ktoś tu gra dziećmi, to twierdzę, że władza, MEN, rząd, a nie nauczyciele. To trzeba mocno podkreślać, a nauczycielom mocno kibicować” – twierdzi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Dziś 11 dzień strajku nauczycieli. Znamy skalę strajku, znamy też skalę jego poparcia. Dlaczego rząd ciągle nie chce porozumieć się z nauczycielami?
EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Wygląda na to, że rząd idzie na przeczekanie. Udało się przeprowadzić egzaminy gimnazjalne, udało się z ósmoklasistami i już obserwujemy, że niektóre grupy nauczycieli odstępują od twardego stawiania sprawy. Tłumaczą, że chcą być przy dzieciach podczas egzaminów, ale prawda jest też taka, że zwłaszcza w terenie bardzo wystraszeni są dyrektorzy szkół, który popierali na początku strajk nauczycieli, bo sami strajkować nie mogą. Dziś wygląda na to, że boją się konsekwencji, co nie wpływa dobrze na postawy strajkowe. Jednocześnie nauczyciele zdają sobie sprawę, że są pod ścianą, bo jeżeli teraz się wycofają, to prawdopodobnie podzielą los lekarzy rezydentów czy opiekunów osób niepełnosprawnych – na obietnicach się skończy.
Rząd na pewno boi się eskalacji, bo jeżeli da nauczycielom – wzorem policjantów, którzy przed 11 listopada masowo szli na zwolnienia – to przyjdą następne grupy: lekarze, opiekunowie, pracownicy sądów.
Tu jest jeszcze jedna bardzo brzydka spraw medialna; próbowano rozmyć protest, oglądając z bliska biografię prezesa ZNP, Sławomira Broniarza. To bardzo nieładne i trzeba tu jasno powiedzieć, że to nie pan Broniarz jest problemem, tylko 1000 złotych, których domagają się nauczyciele. Wszystko jedno, kto będzie negocjował w imieniu nauczycieli, bo to o podwyżki nauczycielom chodzi. To dwie różne sprawy, a przez takie działania tworzy się konflikt rozlany i za chwilę ludzie nie będą już wiedzieć, o co chodzi.

Rząd zarzuca związkom, że szantażują za pomocą dzieci, których biorą na zakładników. To skuteczna strategia?
Ale kto brał tych zakładników, skoro już tak stawia się sprawę, choć bardzo nie lubię tak na to patrzeć? To jednak rząd liczy, że pod naciskiem rodziców i jednak bardzo zdenerwowanych dzieciaków ugną się nauczyciele. Jeśli ktoś tu gra dziećmi, to twierdzę, że władza, MEN, rząd, a nie nauczyciele. To trzeba mocno podkreślać, a nauczycielom mocno kibicować. Tu obawiałabym się tylko o jedność grupy nauczycielskiej, bo to zaczyna trzeszczeć.

47 proc. popiera strajk nauczycieli, innego zdania jest 49 proc., czyli nauczyciele tracą już o kilka procent poparcie dla swoich działań.
Ale to ciągle jest pół na pół, i to było do przewidzenia. Tak jest skonstruowany człowiek, że popiera coś do momentu, gdy nie zaczyna mu to osobiście przeszkadzać, a na pewno są to nerwy dla rodziców i o dzieciaki, i przyszłość szkoły, kto będzie się opiekować dzieciakami, zwłaszcza młodszymi.
Tu trzeba dodać, że to powinno zostać jakoś zabezpieczone, bo wygląda na to, jakby ten strajk został przygotowany „na chybcika”. Powinny być przygotowane wcześniej placówki, świetlice, gdzie dzieci, szczególnie młodsze, będzie można odprowadzić, bo przypomnijmy, że i przedszkola strajkują. Z tą zmianą nastrojów społecznych trzeba się liczyć i myślę, że nauczyciele to robią, ale oni naprawdę są już pod ścianą.
Jeśli nauczyciele w tej chwili by ustąpili, to nie dostaną nic lub prawie nic, bo dodajmy, że podwyżka w wysokości 132 zł to jałmużna, która niczego nie zmienia. Niestety, nie prognozuję, aby czwartkowe rozmowy miały cokolwiek zmienić.
Mnie zastanawia jeszcze coś innego – wszyscy mówią o tym, że nie mają co zrobić z dziećmi, a nikt się nie martwi, że od 10 dni dzieciaki nie mają lekcji, czyli nie uczą się. Szkoła stała się przechowalnią?
Niestety, okazuje się, że szkoła jest tak postrzegana, ma pani rację, a to jest ogromne nieporozumienie. Szkoła nie jest świetlicą i tu powinno chodzić, przede wszystkim, o kwestie edukacyjne, a nie opiekuńcze. Dzieci nie są nauczane, powtórzeń do matur nie ma. To też można było zorganizować. Ja jestem z pokolenia, które znało różnego rodzaju „latające uniwersytety”. Sama chodziłam do mieszkania Jacka Kuronia na różnego typu dysputy o historii najnowszej, gdzie inaczej mnie oświecano, niż w szkole. Mamy zatem dobre wzory i szkoda, że różne grupy społeczne ich nie przejęły.
Dziś już jednak nie ma co gdybać, bo nauczycielom i panu Broniarzowi potrzebne jest wsparcie, a nie krytyka. Piłka jest niewątpliwie po stronie rządu.
Dziś słyszymy, że rząd wysłał plan konwergencji do Unii, więc rozumiem, że pan premier był tym zajęty, dlatego nie znalazł czasu dla nauczycieli, ale z tych propozycji rządu wynika, że będą miliardy dla budżetu. Nauczyciel jest wykształconym człowiekiem i liczyć umie i twierdzi, nie bez racji, że w skali kraju nie są to duże sumy, gdyby rząd chciał, to te pieniądze dla nauczycieli by były.
Dodajmy jeszcze, że władze bardzo prestiżowo podchodzą do sprawy – nie damy, bo nie mamy, a nauczyciele, to jednak posłannictwo i oni powinni się ugiąć. Przypominam tu słowa chociażby marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że pracuje dla idei. Proponuję panu marszałkowi, po pierwsze, zacząć od siebie, a po drugie – to jakaś socjalistyczna utopia z lat 50.
Człowiek pracujący ma prawo domagać się takich apanaży, które pozwolą mu przeżyć godnie od pierwszego do pierwszego. Tu o nic więcej nauczycielom nie chodzi. Nie może być tak, że nauczyciel musi wybierać między kupnem książki a aspiryny, jak się przeziębi.
Powiedzmy jeszcze, że skoro to właśnie grupa nauczycielska musi dokonywać takich wyborów, to jest to nieprzyzwoitość, tym bardziej, że obecne władze mają bardzo patriotyczne nastawienie, może warto im zatem wywiesić transparent, że „taka będzie Rzeczpospolita, jakie młodzieży nauczanie”.

Prezes Kaczyński poinformował, że wysłał do liderów najważniejszy partii politycznych w Polsce projekt deklaracji dotyczący euro. „Chodzi o to, aby partie, łącznie z PiS, zagwarantowały, że w Polsce nie zostanie wprowadzone euro zanim nie osiągniemy rozwoju państw Zachodu” – oświadczył na konferencji. Złożył jeszcze życzenia wielkanocne, a o nauczycielach ani słowa.
Tu zgadzam się z prezesem, że to nie jest dobry czas na wprowadzanie euro, zobaczymy, co po wyborach; jak będzie wyglądać sam PE i polski Sejm.

Ale żadna partia opozycyjna nie ma w tej chwili postulatu wprowadzenia euro. To temat zastępczy?
Oczywiście, podobnie jak etos nauczycielski. To naprawdę spycha to środowisko do narożnika, to granie na emocjach i to zarówno społeczeństwa, jak i nauczycieli. To cynizm.
Rząd dzieli niczym car, jednym daje, innym nie, a sondaże dalej pokazują wysokie poparcie. PiS 38 proc., KO 35 proc. To sondaż dotyczący wyborów do PE, ale pokazuje poparcie partii w kraju. Skąd taki wynik?
Bo to rozdawnictwo rządowe wcale nie jest bez pomysłu. Daje się grupom, wśród których szuka się wyborców, elektoratu, bo te wybory rozstrzygnie zaledwie kilka procent. Środowisko nauczycielskie w skali kraju nie jest duże, podobnie jest zresztą z niepełnosprawnymi i lekarzami. Tutaj niewiele się ugra, nawet jeśli się te grupy zadowoli. PiS dofinansowuje, mówiąc brzydko, prowincję, ludzi mniej starannie wykształconych, bo to im się opłaca.
Dodajmy jeszcze, że ludzie głosują w części tak jak usłyszą z ambony, szczególnie nasza starsza generacja.
Proszę zauważyć, że właśnie emeryci dostać mają tzw. trzynastkę. Generalnie jestem za tym postulatem, bo emerytury w naszym kraju są haniebnie niskie, natomiast patrząc z perspektywy marketingowej, to nieważne, jakie one są, a w taki sposób PiS szuka głosów wyborczych.

Nie dajmy się dzielić

Strajk to nie są wybory i zabawa w przyjęcie dobroczynne. Oczekiwanie, że cały polski lud wybiegnie na ulice i 100 proc. społeczeństwa poprze strajkujących nauczycieli to naiwność.

Mamy w Polsce 30 lat agresywnej, klasistowskiej, kapitalistycznej ofensywy. Całe pokolenia wyhodowane w duchu neoliberalnego wyścigu szczurów i myślenia tylko o sobie, przeciwko innym i w obronie najbogatszych i ich majątków. Kapitalizm to walka klas, walka w obrębie klasy, to gra kapitału na nienawiści klasowej i szczucie na siebie biedaków i wyzyskiwanych.
W tych warunkach ponad 40 proc. poparcia dla strajku to cud!
To większe poparcie niż notuje obecny rząd.
A pracownicy mają prawo walczyć o podwyżki i o poprawę swych warunków pracy ZAWSZE, nawet wtedy, kiedy chcą tego tyko oni sami bo reszta woli akurat bronić majątków milionerów. Strajk to broń ludzi pracy – nie gala WOŚP-u i nieszkodliwe dla systemu zdjęcia na ściance. W tym wypadku nauczyciele walczą o cały system polskiej edukacji i o jego przyszłość.
To rząd nie dba o to, czy lekcje się odbędą i zależy mu tyko na testach, których „majestatem” szczuje opinię publiczną.
Nie dajmy się dzielić.
Ale nie miejmy też złudzeń.
Nie każdy od razu uwolni się z matriksa.