Amunicja na wybory jest. A gdzie są armaty?

Żadnych hipotez, żadnych scenariuszy wyborczych, powyborczych. Tylko „tu i teraz”, tylko twarde fakty.

Od czterech lat przedmiotem totalnej krytyki jest reforma szkolnictwa i jej twarz, minister Anna Zalewska. Krytykowali ją wszyscy, opozycja polityczna, organizacje pozarządowe, eksperci i samorządowcy. Minister Zalewska dla wszystkich miała swój telewizyjny uśmiech i żadnych odpowiedzi merytorycznych. Prezentując więcej niż zawodowy optymizm, nie wchodząc w żadne polemiki, minister Zalewska stanowczo i stale twierdziła, że reforma jest słuszna, dobrze przemyślana i policzona – nie generuje żadnych problemów i żadnych kosztów. Tuż przed wejściem reformy w życie Anna Zalewska zdała urząd, wystartowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego, zdobyła ku mojemu zaskoczeniu mandat europosła i nie ma już jej na krajowej scenie.
Reforma Anny Zalewskiej weszła w życie. Jej jedynym głoszonym publicznie uzasadnieniem, było powtarzane jak mantra zdanie : bo tego chcieli obywatele, bo taka była obietnica wyborcza Prawa i Solidarności – a Prawo i Sprawiedliwość dotrzymuje obietnic wyborczych.
Przez cztery lata, przy nieustającym sprzeciwie wszystkich zainteresowanych rząd „robił” reformę. Gdy nastał czas próby i zaczęły się egzaminy do szkół ponadpodstawowych — okazało się, że mamy problem.
Nie będę zajmował się istotą rzeczy, materiałów i informacji dotyczących sprawy jest aż nadto we wszystkich mediach. Chciałbym zająć się sprawą języka ludzi władzy, występujących w mediach i tłumaczących, że żadnego problemu braku miejsc w szkołach dla tegorocznych absolwentów nie ma, a jeżeli gdzieś zdarzają się jakieś trudności, to jest to wynik nieudolności samorządów albo, co jeszcze groźniej wybrzmiało, spisku prezydentów i burmistrzów pochodzących z totalnej opozycji politycznej, która świadomie i celowo stwarza trudne sytuacje naszej młodzieży.
Takie działania to w języku prawa dywersja. Dla ludzi robiących dywersję wobec państwa, wykorzystujących swoje stanowiska służbowe, właściwe miejsce jest w więzieniu. Czekam na odpowiednie ruchy prokuratury i osobiście prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości w jednej osobie Zbigniewa Ziobry albo jego zastępcy, jeszcze groźniejszego z wyglądu — Bogdana Święczkowskiego. Albo — albo: jeżeli publicznie głosi się takie oskarżenia wobec wielu samorządowców, to sprawa nie może rozejść się „po kościach”. Skoro za domalowanie tęczy matce boskiej częstochowskiej policja potrafiła z samego rana odwiedzić autorkę tego artystycznego happeningu, to tym bardziej należy spodziewać się zdecydowanych działań w wypadku czegoś, co naprawdę można nazwać sabotażem.
Następca minister Zalewskiej, też nauczyciel, ze swadą zawodowego propagandysty zakłamuje rzeczywistość. W jego wypowiedziach jest tyle słów, że trudno zrozumieć najprostszą sprawę — są kłopoty z przyjęciem do szkoły z maturalnymi uprawnieniami wszystkich tegorocznych absolwentów, mających takie ambicje — czy nie ma takich kłopotów?
Słuchając ministra, można odnieść wrażenie, że żyje on w alternatywnej rzeczywistości — wszystko jest pod kontrolą, państwo działa, każdy uczeń ma zagwarantowane prawo do kontynuowania nauki do określonego prawem wieku, samorządy, które chciały i starały się, nie mają żadnych problemów, ba mają nawet nadwyżki wolnych miejsc w swoich szkołach — a takie, które nie popierają obecnej władzy, sztucznie mnożą problemy z rekrutacją, licząc na to, że wpłynie to na wynik zbliżających się wyborów.
Odnotować jednak trzeba słuszne działania rządu — zastępca innego ministra, który z rozbrajającą szczerością zaproponował, aby uczniowie, dla których zabrakło miejsca w wybranej szkole, poszukali sobie szkoły za granicą, nie jest już wiceministrem. To dobry sygnał — bez względu na to od kogo wyszedł — ten wniosek o dymisję.
Dymisji minister Zalewskiej nie doczekamy się, jako że za zgodą samego Prezesa wszystkich Prezesów zasiada w Parlamencie Europejskim. Można jedynie zastanawiać się, czy gdyby wybory do Parlamentu Europejskiego odbywały się po tym, co dzieje się teraz w polskich miastach, to Anna Zalewska uzyskałaby mandat, czy jednak nie? Ale to już tylko takie puste pytanie.
Skoro nie będzie dymisji minister Zalewskiej, trzeba na wszelkie sposoby doprowadzić do tego, aby dymisję otrzymało całe Prawo i Sprawiedliwość jako formacja rządząca. To w rządzie PiS-u Zalewska była bowiem ministrem, to ten rząd firmował tę reformę.
Jak dotąd w mediach przebija się narracja rządowa, że nie ma żadnych kłopotów z rekrutacją, a jeżeli gdzieś występują jakieś kłopoty. to jest wina samorządów.
Tak nie może zostać. Nie może być tak, że za absurdalną reformę Zalewskiej zapłacą samorządy, a nie rząd, który wprowadził tą reformę. To jest naprawdę dobre narzędzie do politycznej batalii w kampanii wyborczej, to jest doskonały temat na debaty publiczne z udziałem młodzieży. Mamy pierwsze odnotowane działania młodych ludzi, którzy w starciu z urzędnikami państwa, odpowiedzialnymi za reformę oświaty — na spotkaniach z kuratorami jako przedstawicielami państwa polskiego — dali wyraz swoich uczuć, ocen i poglądów na temat reformy Zalewskiej. Na marginesie: eurodeputowanej, która zgłosiła chęć zajmowania się w PE sprawami ochrony środowiska, nie oświaty i szkolnictwa. No comment!
Innym przykładem nieudolności obecnej ekipy rządzącej Polską jest to, co dzieje się z lekami. Problem narastał od dawna, nikt nie może tłumaczyć się, że to stało się nagle, ani tłumaczyć, że to problem wielu krajów. To prawda, kryzys lekowy narastał, jego korzenie są poza krajem, ale tym bardziej jest konieczne, aby rządzący powiedzieli, co robili, aby przygotować się do niego. Nie może być tak, że różnice w ocenie ilości brakujących leków pomiędzy ministrem zdrowia a przedstawicielem nadzoru farmaceutycznego sięgały 100%. Powiedzenie, że to nie apteka — nie ma tu zastosowania.
Zdrowie i życie to poziom potrzeb podstawowych. Zagrożenia w realizacji tych potrzeb wyrzucały zawsze rządzących z siodła. W kampanii wyborczej trzeba zderzać zapewnienia i plany rządu o darmowych lekach dla seniorów z brakiem podstawowych leków na nadciśnienie czy cukrzycę.
To dobry przykład na państwo PiS w działaniu. A nie w gadaniu, które im wychodzi dużo lepiej.
Logika władzy jest taka, że szans na szybką dymisję ministra zdrowia tuż przed wyborami nie ma. Jego zdymisjonowanie byłoby przyznaniem się do winy, a tego żadna władza nie robi. Ale opozycja ma amunicję.
Pytanie — czy ma działa? I czy umie strzelać?

Witos naszym wzorem

Odwieczna kontrola kleru nad polską wsią pod rządami postępowej Konstytucji dziś, w XXI wieku znów wróciła do łask.

Po tygodniach wewnętrznych dyskusji Polskie Stronnictwo Ludowe postanowiło się znów usamodzielnić się wyborczo. Moim zdaniem – słusznie. Poparcie tej partii na wsi od kilkunastu lat systematycznie spada na korzyść PiS, podejrzewam, że niemały na to wpływ mają biskupi i proboszcze. Niech więc PSL obliczy się na wsi, to tej partii dobrze zrobi.
Zaskoczyło mnie to, że ludowcy ratują swoją pozycję polityczną demonstrowaniem niechęci do aliansów wyborczych z lewicą (SLD i Wiosna), motywując to głębokim przywiązaniem do wartości chrześcijańskich i kościoła jako „wspólnoty”. Szukając pretekstu do odstąpienia od Koalicji Obywatelskiej jeszcze kilka dni temu sprzeciwiali się obecności w niej SLD. I chociaż jestem zwolenniczką zbudowania w tych wyborach odrębnego bloku lewicowego, ten stosunek ludowców do SLD nie po raz pierwszy ostro mnie zbulwersował: biurokraci z PSL (z których każdy miał w rodzinie swojego Mikołajczyka, albo księdza, albo…dziedzica) próbują ustawiać lewicę według własnego doraźnego interesu politycznego, chociaż to nie przez SLD stracili swą bazę społeczną na wsi na rzecz PiSu. Na marginesie dodam, że podobnie zachowała się Barbara Nowacka, kiedy postanowiła zasilić PO. Mówiła wtedy, że nie podoba się jej polityka historyczna SLD (wnuczka wysoce zasłużonego Budowniczego Polski Ludowej, z którego dorobku naukowego n.p. ja jestem dumna).
Prezes PSL, z pryncypialnym wyrazem twarzy zaciętego w sporze dziecka, najczęściej motywuje głoszone stanowisko obroną osławionych „wartości chrześcijańskich” , które – jakby nieco z wierzchu poskrobać – trącą homofobią i obłudą. Hasło to sugeruje, że lewica, a SLD w szczególności zagraża wyznawaniu tych wartości w praktyce, a tym samym spójności wspólnoty chrześcijańskiej, dowodzonej przecież w duchu „cywilizacji miłości” przez niemały pułk biskupów i arcybiskupów, ostatnio wołających o zrozumienie i tolerancję wobec pedofilów w sutannach. Głównym grzechem lewicy jest opowiadanie się za rozdziałem kościoła od państwa i sprzeciwianie się nieustannemu mieszaniu się kleru w politykę, zwłaszcza, że moralne uzasadnienie dla przyznania sobie takiego prawa przez kościół hierarchiczny zostało ostatnio mocno nadwątlone przez samych księży.
Lewica ma również poważne zastrzeżenia do ideologizacji polskiego szkolnictwa, sterowanego w kierunku podporządkowania systemu wychowania i nauczania dyktatowi kościoła hierarchicznego. Nie trudno przecież zauważyć, że w szkołach finansowanych przez państwo wiszą dziś krzyże, zawieszane zawsze powyżej godła Rzeczypospolitej (kto to ustala..?), jak się wobec powyższego czują „nie podzielający tej wiary” ? A kto by się tym przejmował ! Nie tylko z tego powodu lewica uważa, że klerykalizacja życia publicznego zaszła za daleko. Widzi to młodzież, która masowo odchodzi od kościoła, ale trend ten nie leży w polu zainteresowania PSL.
Z licznych wypowiedzi W. Kosiniaka –Kamysza i innych działaczy PSL wynika, że – podkreślany przy każdej okazji długi czas trwania w polityce polskiej – raczej nie sprzyja znajomości historii ruchu ludowego i emancypacji chłopstwa. A jest ona niezwykle ciekawa i trudno zaprzeczyć temu, że na przestrzeni minionych 130 lat ruch ludowy w walce o swoje prawa miał zawsze wsparcie lewicowego (postępowego) ruchu robotniczego. Przekonałam się o tym, kiedy na swój użytek przerobiłam tę historię na przykładzie Galicji z przełomu XIX i XX wieku, poszukując przyczyn nieukrywanej wrogości niedawnych działaczy ZSL wobec SLD na początku lat 90. A padały wobec nas zaskakująco wraże zarzuty, niektóre pamiętam doskonale.
Jak wiadomo, pod koniec XIX stulecia Polacy w Galicji mogli organizować się politycznie – działali tam legalnie socjaliści (Limanowski, Daszyński), endecja (przez jakiś czas Dmowski), a w latach 90. własne aspiracje polityczne ujawnili chłopi. Jednakże organizowanie się polskiego ruchu ludowego nie było zadaniem łatwym, ponieważ działacze chłopscy od początku natrafiali na zagorzały opór większości duchowieństwa oraz tych warstw społecznych, którym dalece odpowiadało, aby chłop „był niewolnikiem , tak z krwi, tradycji, wychowania, jak i z własnej woli”. Tak to widział Wincenty Witos, na którego dziś ludowcy lubią się powoływać, ale go nie czytają, a z jego książki p.t. „Moje wspomnienia” mogliby się dużo dowiedzieć o zmaganiach ówczesnych ludowców z poglądami i decyzjami księży, pełnymi „chrześcijaństwa”. Zaznaczam, że socjaliści nigdy nie należeli do przeciwników organizowania się chłopów, wręcz przeciwnie – ludowiec Jan Stapiński- gdyby żył- miałby wiele na ten temat do przekazania.
W kontekście tym przypomnieć należy, że w ówczesnych czasach księża byli najczęściej na wsi jedynymi wykształconymi ludźmi. Wielu z nich położyło znaczne zasługi w walce z plagą pijaństwa na wsi i w szerzeniu dobrych obyczajów. Nie zaniedbywali jednak przy tym wpajania chłopom posłuszeństwa wobec wszelkiej władzy jako pochodzącej od Boga. Nic więc dziwnego, że „po chrześcijańsku” kler chciał sobie podporządkować w sposób bezkompromisowy organizujący się ruch chłopski. Trzeba przyznać, że z powodów religijnych część chłopstwa ulegała sugestiom księży, szanse zdobycia głosów chłopskich miał przede wszystkim ten, za kim opowiadali się księża.
Co ciekawe, Maria i Bolesław Wysłouchowie na łamach „Przyjaciela Ludu” (wychodzącego od 1889 r.) postrzegali przywiązanie chłopów do religii jako obietnicy, że po ziemskiej tułaczce włościanin znajdzie się w końcu tam, „gdzie nie będzie ani głodu, ani zgryzot, ani podatków, ani prześladowań, ani starostów – ale będzie wieczysty wypoczynek po ciężkiej pracy” („Przyjaciel Ludu” z 3 czerwca 1906 r.) Wysłouchowie uważali, że pierwszym krokiem do organizowania się chłopów była zmiana ich mentalności, rozbudzenie świadomości klasowej oraz narodowej.

Ponad połowa ludności wiejskiej nie umiała czytać, ani pisać.

Wierzyła w gusła i zabobony, a do wszelkich nowinek, burzących odwieczny porządek odnosiła się niechętnie. Taka postawa chłopów ułatwiała stosowanie wobec nich niepohamowanego wyzysku ekonomicznego. Stąd m.in. brał się chłopski antyklerykalizm, gdyż poprzez wieki Kościół w oczach chłopów był instytucją sankcjonującą feudalny porządek i wyzysk.
Wśród księży znalazł się wówczas j e d e n wyjątek – ksiądz Stanisław Stojałowski, który na łamach wydawanych przez siebie pism – „Pszczółki” i „Wieńca” – sprzeciwiał się upośledzeniu społecznemu chłopów. Poglądy ks. Stojałowskiego cieszyły się popularnością wśród włościan, za to hierarchia kościelna uznała go za człowieka niebezpiecznego, który może zrewolucjonizować wieś, co nie leżało w interesie ekonomicznym kleru (a nuż chłopi zażądają reformy rolnej..?). Walka ks. Stojałowskiego z hierarchią zakończyła się rzuceniem na niego wielkiej klątwy na mocy dekretu Świętej Rzymskiej i Powszechnej Inkwizycji z dnia 5 lipca 1896 r. Był to celny cios, wymierzony nie tylko w księdza, ale w cały organizujący się ruch chłopski. Znękany ksiądz musiał zaprzestać swojej pro chłopskiej aktywności, zmarł w Krakowie 23 października 1911r, nad jego trumną przemawiał Wincenty Witos.
Pewnie nie bez przyczyny: znany był w owym czasie konflikt Witosa z biskupem tarnowskim – Leonem Wałęgą (1859-1933), który – bojąc się niekontrolowanego przez kler ruchu chłopskiego- zakazał nawet wiernym (znów pod karą kościelną) czytania pism „Przyjaciel Ludu” i „Piast”. Biskup atakował też w sposób niewybredny Witosa i innych działaczy ludowych, była to walka ostra i nieprzebierająca w środkach. Na „Przyjaciela Ludu” , a pośrednio na Polskie Stronnictwo Ludowe w 1903 r. została rzucona klątwa kościelna. Przypuszczam, że w duchu troski o „wartości chrześcijańskie”.
W zaciętej walce kleru z działaczami ruchu ludowego chodziło o niedopuszczenie na wieś postępowych haseł i organizacji politycznych, ponieważ groziły one zachwianiem pozycji księży wśród włościan. Księża tropili zaciekle nie tylko co bardziej znanych działaczy chłopskich, ale nawet zwykłych czytelników „Przyjaciela Ludu”. W 1895 r znana była w Galicji sprawa Jana Gila – chłopa z Grębowa (powiat tarnobrzeski), któremu za czytanie tej gazety miejscowy proboszcz odmówił przed śmiercią spowiedzi, a następnie nie pozwolił na wstawienie trumny z jego ciałem do kościoła! Na znak protestu miejscowi chłopi ufundowali w 1896 r. zmarłemu skromny pomnik na grobie, umieszczając na nim napis: „Bratu, co walczył i cierpiał za sprawę ludową – w szczerej wdzięczności Chłopi Polscy” (ciekawam, czy o Janie Gilu pamiętają jeszcze współcześni ludowcy..?). Współczesnym działaczom PSL, a w szczególności Wł. Kosiniak- Kamyszowi dedykuję następujące słowa Wincentego Witosa:
„Byłem zawsze zdania, że należy oddzielić bezwzględnie sprawy wiary i kościoła od interesów materialnych, wszelkich spraw polityki.” .
Budzeniu się świadomości narodowej mas chłopskich w sukurs mogła przyjść wówczas przede wszystkim oświata i świadome organizowanie się według własnych potrzeb i interesów.
Ale również samo kształcenie się chłopów odczuwane było przez kler jako niebezpieczeństwo. Mam przed sobą książkę, wydaną przez Związek Nauczycielstwa Polskiego w Warszawie w 1939 r. Nosi tytuł „Szkice z dziejów nauczycielstwa polskiego”. Autorzy tego opracowania m.in. opisują, jak ludowiec Jakub Bojko walczył w sejmie galicyjskim o pieniądze na oświatę wiejską, wypominając w wystąpieniu wygłoszonym 22 marca 1899 r. , że tnąc pieniądze na oświatę wsi klasy rządzące chciałyby chłopa wziąć krótko za cugle, aby on wolę rządzących wykonywał tak, jak niegdyś ustawy pańszczyźniane dyktowały, tj. „w pokorze i bez pomruku” . Autorzy książki wskazują wzorce, jaki chłopom i nauczycielom ludowym stwarzał socjalistyczny ruch robotniczy, który na czele z Bolesławem Limanowskim – ojcem socjalizmu polskiego – wspierał w Galicji walkę o oświatę na wsi i umacnianie postępowego nauczycielskiego ruchu zawodowego. A przecież walka o powszechną oświatę w języku polskim była wówczas najbardziej cennym przejawem patriotyzmu.

Dziś PSL, o dziwo, nie wypowiada się na temat sytuacji w polskim szkolnictwie

(w tym oświaty na wsi), nie upominali się twardo i otwarcie o polepszenie materialnych warunków pracy nauczycieli ( w tej sprawie dwa miesiące temu ludowcy kombinowali, jak przysłowiowy koń pod górę). Milczeli na temat zachowania się w czasie niedawnego strajku katechetów, poddanych władzy biskupów – bo nie przeszkadza im dualizm zarządzania szkołą. Najważniejsze, aby podkreślać zdystansowanie się od SLD i dbać o to, aby w przestrzeni publicznej wybrzmiało przywiązanie ludowców do „wartości chrześcijańskich”, a że po drodze temu i owemu działaczowi przydarzy się n.p. rozwód..? człowiek jest przecież ułomny…. Zastanawiam się także, czy obecność SLD w polityce polskiej może w jakikolwiek przeszkadzać ludowcom w osobistym respektowaniu przykazań Dekalogu, tak – aby w swej godności pamiętali na co dzień o tym, że nie należy kłamać, kraść, cudzołożyć, używać zbrodniczej przemocy wobec bliźniego swego i.t.d., wszystko zgodnie z dziedzictwem tradycji judeo – chrześcijańskiej…? (patrz: przykazania Dekalogu z ksiąg Mojżeszowych). Jako członkowi SLD nigdy by mi takie działanie nie przyszło do głowy. Ale tu nie o cnoty człowieka religijnego chodzi, tylko o całkiem ziemskie interesy. No cóż, odwieczna kontrola kleru nad polską wsią znów wróciła do łask. Ciekawe, jak by to skwitował Witos…

Facebook utrudnia edukację społeczną

Sąd tymczasowo zakazał Facebookowi usuwania stron, kont i grup prowadzonych na Facebooku i Instagramie przez Społeczną Inicjatywę Narkopolityki, a także blokowania jej pojedynczych postów. Oznacza to, że przynajmniej do rozstrzygnięcia sprawy aktywiści SIN mogą prowadzić edukację narkotykową bez obaw, że nagle stracą możliwość komunikowania się ze swoimi odbiorcami. Facebook został ponadto zobowiązany w ramach zabezpieczenia powództwa do zachowania usuniętych w 2018 r. i 2019 r. kont, stron i grup, tak aby w razie wygrania procesu przez SIN mogły one zostać przywrócone wraz z całą opublikowaną na nich treścią, komentarzami innych użytkowników, a także osobami je obserwującymi i lubiącymi. A to jeszcze nie koniec dobrych wiadomości: Sąd Okręgowy w Warszawie potwierdził, że polscy użytkownicy mogą dochodzić swoich praw przeciwko internetowemu gigantowi także w Polsce.
Sąd jednocześnie nie uwzględnił żądania, aby już teraz przywrócić usunięte strony, konta i grupy na czas trwania postępowania. Argumentował, że byłby to zbyt daleko idący środek i w praktyce prowadziłby do zrealizowania podstawowego roszczenia, którego SIN domaga się w pozwie.
Pozew przeciwko Facebookowi o naruszenie dóbr osobistych trafił do sądu w maju. SIN argumentował w nim m.in., że nałożone blokady niesłusznie ograniczały organizacji możliwość rozpowszechniania informacji, wyrażania poglądów i komunikowania się ze swoimi odbiorcami. W obawie przed dalszą cenzurą SIN nie mógł prowadzić działalności edukacyjnej, a blokady sugerowały, iż treści publikowane przez organizację były szkodliwe, co mogło podważyć jej wiarygodność. „Uwzględniając w większości wniosek o zabezpieczenie powództwa, sąd uznał, że SIN uprawdopodobnił swoje roszczenia” – wyjaśnia Dorota Głowacka z Fundacji Panoptykon, która wspiera SIN w sprawie przeciwko internetowemu gigantowi. „Choć to dopiero początek procesu i przed nami jeszcze długa droga, to zrobiliśmy pierwszy ważny krok w walce z arbitralnym i nieprzejrzystym usuwaniem treści użytkowników z portali społecznościowych”.
Prywatna cenzura to jedno ze współczesnych zagrożeń dla wolności słowa. „Blokada na portalu takim jak Facebook czy Instagram, dla których z punktu widzenia SIN nie ma realnej alternatywy, oznacza w praktyce istotne ograniczenie zasięgu publikowanych materiałów. Decyzja sądu oznacza, że Facebook nie będzie mógł teraz zupełnie dowolnie decydować o usuwaniu treści zamieszczanych przez SIN, i daje nadzieję, że w przyszłości uda się odzyskać zablokowane strony i konta” – wyjaśnia Głowacka.
„W czerwcu z Instagrama znów zostały usunięte opublikowane przez SIN edukacyjne wpisy, w których ostrzegaliśmy m.in. przed poważnymi zagrożeniami związanymi z przyjmowaniem niektórych substancji w upały. Dostaliśmy też ostrzeżenie, że »ponowne naruszenie zasad społeczności« może spowodować usuniecie całego konta” – mówi Jerzy Afanasjew z SIN. „Teraz będziemy mogli odetchnąć i prowadzić naszą działalność w mediach społecznościowych bez obawy, że w każdej chwili możemy zostać znów zablokowani”.
Wydając decyzję, sąd uznał się za właściwy do rozpoznania tej sprawy w Polsce na podstawie polskiego prawa. „To dobra wiadomość dla polskich użytkowników. W tego rodzaju sprawach – przeciwko globalnym firmom internetowym – możliwość dochodzenia swoich praw w Polsce to warunek realnego dostępu do sądu. Gdybyśmy mogli pozywać Facebooka wyłącznie za granicą, możliwość ochrony naszych praw w praktyce miałaby jedynie teoretyczny charakter, m.in. ze względu na koszty, barierę językową czy nieznany system prawny” – wyjaśnia Dorota Głowacka.
Postanowienie sądu nie jest ostateczne – po jego doręczeniu Facebook Ireland będzie mógł zaskarżyć je do sądu apelacyjnego. Decyzja została podjęta wyłącznie w oparciu o stanowisko zaprezentowane przez SIN, bez udziału drugiej strony. Ma ona charakter tymczasowy i nie przesądza o ostatecznym wyniku całego procesu – główne postępowanie w sprawie dopiero się rozpocznie.
Na prośbę Panoptykonu sprawę pro bono prowadzi Kancelaria Wardyński i Wspólnicy.

Dyskusja o edukacji

Przy stole okrągłym, czy tez kanciastym?

Rząd PiS zapraszając do dyskusji na temat przyszłości polskiej edukacji przy okrągłym stole, posadził uczestników przy stole prostokątnym na Stadionie Narodowym. W sposób niezamierzony nabrało to cech symbolu założeń jakie towarzyszą rozumieniu edukacji przez środowiska związane z ta partią.
Zaawansowana w wielu dziedzinach cywilizacja Azteków nie potrafiła wynaleźć koła. Związane z tym trudności logistyczne były jedną z przyczyn zatrzymania rozwoju i w konsekwencji upadku tej cywilizacji.
Reforma oświatowa w wykonaniu minister Zalewskiej umocniła archaiczność i „kanciastość” polskiego systemu edukacji. Archaiczność ta ma swoje źródło, głównie , choć nie wyłącznie, w kilku założeniach światopoglądowych stanowiących polską tradycję, których szczególnym wyrazicielem są opiniotwórcze środowiska związane z PiS.
Idee chrześcijańskie stanowią podstawę nowoczesnej etyki i sprawiedliwości społecznej. Kierując się nimi można również budować socjalizm- ustrój realizujący sprawiedliwość społeczną. Oczywiście nie byłby to nowoczesny socjalizm, ale to temat na oddzielne rozważania.
Jednocześnie chrześcijaństwo w rozumieniu hierarchicznego kościoła katolickiego, zwłaszcza we współczesnej Polsce, to zbiór prawd objawionych, nie podlegających twórczej dyskusji , natomiast podlegających nakazowi ich przyswojenia i kultywowania.
Programy nauczania w Polsce kopiują ten model. Wymagane jest przyswojenie ,lecz nie koniecznie zrozumienie materiału. Materiał przeładowany jest faktami, datami i formułkami. Brak czasu, ale i preferencji dla twórczej dyskusji, porównań i wyciągania wniosków. Wielu światłych nauczycieli chciało by wprowadzić takie elementy nauczania, ale sztywny program i nadmierna liczebność klas na to nie pozwala.
Patriotyzm narodowy miał dla Polaków szczególne znaczenie, gdy nie było polskiego państwa i marzeniem było jego przywrócenie, a prawdziwy patriota gotów był walczyć i ginąć za ojczyznę.
W obecnych czasach, gdy żyjemy w niepodległej ojczyźnie, inaczej trzeba spojrzeć na wymiar Patriotyzmu i jego możliwe następstwa.
Przyporządkowanie pojęcia patriotyzmu wyłącznie narodowi prowadzi częściowo do nacjonalizmu, szowinizmu, a dalej rasizmu czy nawet faszyzmu.
Nowoczesnym społeczeństwom obce są przejawy nacjonalizmu i szowinizmu. Zauważamy też, że nacjonalizm jest sprzeczny z podstawową zasadą chrześcijaństwa, która stanowi, że wszyscy ludzie są braćmi.
Henryk Sienkiewicz, uważany za jednego z czołowych pisarzy patriotycznych pisał „Hasłem wszystkich patriotów powinno być „przez Ojczyznę do ludzkości nie zaś dla Ojczyzny przeciw ludzkości”.
Niestety rządzący, wyłącznie dla poszerzania swojej władzy, nie przeciwdziałają, a wręcz schlebiają poglądom, będących następstwem rozumienia patriotyzmu wyłącznie w wymiarze narodowym. Tworzone pod auspicjami PiS i IPN programy nauczania w zreformowanej szkole pogłębiają niebezpieczne dla przyszłości Polski zjawiska występujące w młodym pokoleniu i utrudniają przyswajanie przez młodzież wartości wynikających ze światowej wspólnoty.
Socjaliści rozumieją patriotyzm jako wartość w sferze emocjonalnej, która wyraża się w więzi ze społeczeństwem zamieszkującym nasz kraj ojczysty. Ta więź powoduje gotowość przedkładania celów ważnych dla społeczeństwa ponad cele osobiste. Nowoczesny patriotyzm, który powinna przyswajać młodzież wyraża się dziś przede wszystkim gotowością pracy dla pożytku wspólnego.
W społeczeństwie PiS wyróżnia rodzinę, jako podstawową i najważniejszą komórkę, stanowiącą podstawę wszelkich programów społecznych. W nowoczesnych społeczeństwach rola rodziny pozostaje nadal ważna, ale nie stanowi już ona wyłącznej podstawy rozwoju społeczeństwa. Pozostawiając na boku rozważania o roli rodziny, należy zauważyć, że nie można, tak jak to głoszą ugrupowania prawicowe , uważać, że rodzice maja wyłączne prawo o decydowaniu o wychowaniu i sposobie kształcenia młodego pokolenia.
Zrezygnowanie, pod presją części rodziców ( a właściwie dla ich pozyskania w procesie wyborczym) z obowiązku szkolnego 6-cio latków cofnęło polską edukację w stosunku do trendu światowego, w którym edukacja (odpowiednio sprofilowana) zaczyna się coraz wcześniej i trwa przez całe życie. Tylko tak ludzkość jest w stanie dotrzymać kroku coraz szybszemu rozwojowi intelektualnemu i technologicznemu.
Jednocześnie reforma edukacyjna PiS skróciła o rok cykl szkolny, skracając tym samym okres przyswajania wiedzy.
W ten sposób PiS poszedł na rękę środowiskom neoliberalnym, które uzyskują wcześniej potencjalną siłę roboczą, gorzej wyedukowaną, ale mniej świadomą swoich praw.

Coraz szybszy rozwój szkolnictwa prywatnego działa zabójczo na proces powszechnej edukacji. Szkoły prywatne, wobec mizernych płac w szkolnictwie państwowym, wysysają z rynku najlepszych nauczycieli, obniżając nieuchronnie jakość powszechnego nauczania.
Dodatkowo w szkołach prywatnych klasy są mniej liczne, a więc i możliwość rozpoznania potencjalnych zdolności ucznia jest większa.
Ponieważ większość rodziców nie stać na szkoły prywatne, powoduje to pogłębienie ekonomicznego, a więc nieuchronnie i kulturowego rozwarstwienia społeczeństwa. Uzdolnione dzieci pochodzące z ubogich rodzin, mają coraz mniejszą szansę na awans społeczny i wykorzystanie swoich potencjalnych zdolności dla dobra swojego i dobra społeczeństwa.
Udawanie przez rządzących, że nie dostrzegają powyższych zjawisk może świadczyć jedynie o tym, że dorastanie coraz mniej wyedukowanego, a więc prawdopodobnie coraz bardziej spolegliwego społeczeństwa jest w ich interesie, ponieważ jak wynika z enuncjacji prasowych, dzieci rządzącej elity uczęszczają do szkół prywatnych i to one maja stanowić przyszłą elitę. Szkoda tylko, że elitę o gorszej jakości niż w czołowych społeczeństwach.
Podstawą dobrej edukacji jest dobry nauczyciel. Nauczyciel to nie rzemieślnik. Musi on stale podnosić swa wiedzę i jednocześnie być autorytetem dla ucznia.. Od wielu lat obserwujemy negatywną selekcję wśród nauczycieli. Główna jej przyczyną są niskie zarobki i podważanie prestiżu tego zawodu. Jeśli podważa się godność nauczyciela, to na zasadzie rykoszetu maleje jego prestiż wśród rodziców i w konsekwencji maleje autorytet wśród uczniów. Małe jest zrozumienie tych zależności w społeczeństwie, a rządzący nie robią nic, by przeciwdziałać temu zjawisku.
W XXI wieku o powodzeniu kraju w międzynarodowym współzawodnictwie decyduje wysokość nakładów na edukację i rozwój nauki. Kraje takie jak Polska, które przeznaczają coraz niższe nakłady na te dziedziny przestają się liczyć w międzynarodowej konkurencji i same siebie skazują na status państw neokolonialnych.
Wydatki na oświatę w Polsce w przeliczeniu na jednego ucznia plasują nas znacznie poniżej średniej krajów UE, a uczniowie, czyli ich rodzice ponoszą w dużym stopniu koszty edukacji dzieci. Rodzice płacą za dodatkowe zajęcia, świetlice szkolne, wycieczki edukacyjne, składają się na doposażenie szkół itp.
Pod uwagę uczestnikom dyskusji na temat oświaty Polska Partia Socjalistyczna przedstawia założenia zawarte w swoim programie.
Naszym celem jest zapewnienie dzieciom i młodzieży równego dostępu do kształcenia, umożliwiającego skuteczne konkurowanie o miejsca pracy w jednoczącej się Europie. Oznacza to bezpłatną edukację na wszystkich szczeblach. Potrzebny jest Fundusz Stypendialny, który zapewni możliwość kontynuowania nauki również młodzieży ze środowisk najuboższych.
Konieczny jest powszechny dostęp do wychowania przedszkolnego dla dzieci powyżej 3 lat, objęcie młodzieży do 18-tego roku życia obowiązkiem szkolnym, przywrócenie w szkołach podstawowej opieki medycznej, stomatologicznej, zapewnienie dożywiania dzieci i młodzieży.
Oprócz funkcji kształcenia, szkoła pełni także funkcję wychowawczą, uzupełniając, a często zastępując wychowanie w rodzinie. Naszym celem jest odtworzenie i rozwój funkcji poza dydaktycznych systemu oświaty. Szkoła powinna wychowywać młodego człowieka w duchu odpowiedzialności obywatelskiej i poszanowania wartości humanistycznych.
Traktując edukację jako zintegrowany system nauczania od przedszkola do ukończenia studiów należy zrealizować dwa ogólne postulaty dotyczące t.zw bazy programowej edukacyjnego programu narodowego, opracowanego ponad podziałami społecznymi.
Po pierwsze przygotowanie do życia w społeczeństwie i nauka współpracy, co obecny system edukacji realizuje w minimalnym stopniu. Zaprzepaszczony został w tym zakresie powojenny dorobek polskiej pedagogiki .
Należy przywrócić i rozwinąć formy pracy grupowej i współdziałania uczniów w środowisku m.in. w formie zajęć pozalekcyjnych i „kółek zainteresowań”. Formy te zaniknęły zarówno z uwagi na rzekome oszczędności budżetowe szkół, jak i zanik autorytetu nauczyciela i wychowawcy.
Nasz program kładzie nacisk na naukę samodzielnego myślenia. Należy uczyć rozwiązywania problemów, a nie zapamiętywania faktów i formułek.
W nauczaniu przedmiotów społecznych (np. historii) trzeba kłaść nacisk na umiejętność oceny zjawisk w ich kontekście historycznym, a nie zapamiętywanie dat i nazwisk, dobranych najczęściej pod kątem indoktrynacji politycznej (w tym religijnej). Nauczanie przedmiotów ścisłych i przyrodniczych musi kłaść nacisk na zrozumienie realnych zjawisk i przygotowanie do życia w zmieniającym się świecie materialnym.
Konieczne jest wyprowadzenie ze szkół katechezy i zapewnienie rzetelnej edukacji seksualnej.
Należy przywrócić odpowiednią rangę zaniedbanemu kompletnie szkolnictwu zawodowemu, którego brak przyczynia się do bezrobocia.
Zawód nauczyciela jest – i powinien być za taki uznany – jednym z najważniejszych zawodów w państwie, o najdalej idących konsekwencjach społecznych, cywilizacyjnych i narodowych, Nauczyciel powinien odznaczać się wysokim poziomem intelektualnym i etycznym, a system wynagradzania i awansów powinien temu sprzyjać.

Stół z powyłamywanymi nogami

Chcę dziś powiedzieć strajkującym nauczycielkom i nauczycielom, że rządowy okrągły stół edukacyjny, który urządzono onegdaj na Stadionie Narodowym jest waszym, drodzy Państwo, wielkim zwycięstwem.

Mijają cztery lata, jak PiS wprowadza swą reformę edukacyjną, zwaną powszechnie „deformą”. Chaos, zdublowanie roczników, ścisk w szatniach i na korytarzach, maluchy przemieszane w jednym miejscu i czasie z młodzieżą w okresie „burzy hormonalnej”, przeładowany program nauczania, przeładowane tornistry – w sam raz dla siłacza Pudzianowskiego, a nie dla Jasie z II B, lekcje kończone późno po południu… Gołym okiem widać, że reforma reklamowana jako „dobrze pomyślana i dobrze obliczona” sypie się, nie wytrzymuje konfrontacji ze szkolną rzeczywistością. „Okrągły stół” zwołany po kilku latach jej wprowadzania, nie jest więc niczym innym jak przyznaniem się do klęski. Jeśli rząd proponuje dziś dyskusję o „jakości edukacji”, „roli nauczyciela w systemie edukacji”, „nowoczesnej szkole”, „uczniach w systemie edukacji”, to jak to inaczej nazwać? Stadion Narodowy to Stalingrad minister Zalewskiej! Zwracam przy okazji uwagę, że w „ramowym” programie stadionowej dyskusji nie było punktu dotyczącego warunków pracy i płacy nauczycieli. Wasze podstawowe żądanie, byście nie byli traktowani gorzej niż zwierzęta gospodarskie, którym PiS obiecał ostatnio 500+, zostało przez władze zignorowane. Mało tego – pan premier podał nawet powód tego zlekceważenia was: po co dolewać oliwy do dziurawego kanistra?… Już nie wiem, co gorsze – czy to, że wyżej rząd ceni rogaciznę niż nauczycieli, czy to porównanie was do dziurawego kanistra, który nadaje się wyłącznie na złom. W tej sytuacji nie ma sensu tłumaczyć mu, że nie chodzi wam tylko o pieniądze, a może nawet nie przede wszystkim o pieniądze. On chyba nie rozumie, jak ważne jest coś takiego jak godność. Być może dlatego ze zdumiewającą łatwością przychodzi mu klękać przed grobem bandytów z Brygady Świętokrzyskiej, zrównywać sędziów, których średnia wieku wynosi obecnie 41 lat, z sędziami – kolaborantami hitlerowskimi z okresu Francji Vichy, czy porównywać ich do sędziów stalinowskich. Pewnie obce jest mu nawet powiedzenie „robić z gęby cholewę”, bo jak inaczej wytłumaczyć, że ten niby wykształcony i sprawny w liczeniu pieniędzy gość potrafi porównać wielomiliardowe fundusze unijne do datków wystarczających do naprawy chodników, albo bierze udział i odgrywa pierwszoplanową rolę w cyrku z przybijaniem stępki, która nie jest stępką, pod prom, który nie istnieje, w stoczni, która nie nadaje się do budowy tego typu statków, wedle projektu, którego nie ma, a na koniec organizuje jeszcze „okrągły stół”, który jest w istocie prostokątny. Trafił się nam premier niezwykle inteligentny, ale inaczej. Nie zdziwcie się więc drodzy belfrzy, gdy usłyszycie (a pewnie usłyszycie nie raz), że to nie wy, a rząd odniósł zwycięstwo walcząc z wami „w obronie budżetu”. Zresztą ten premier nie jest jedynym oryginałem w trupie pana Kaczyńskiego – całkiem spora gromada obecnych prominentów sprawia wrażenie, że nie należeli do waszych najlepszych uczniów. Klaszcząc więc swojemu primus inter pares i wielbiąc go wzrokiem, mogą po prostu nie wiedzieć, kto to był Pyrrus i czym jest „pyrrusowe zwycięstwo”. Z głupoty się puszą.
To wy, „frontowi” wychowawcy i wychowawczynie, wykazaliście się odwagą i determinacją w obronie swych praw, a na koniec to wy, okazaliście miłość swym uczniom i poczucie odpowiedzialności za ich los. Bo cóż to byłaby za matura, gdyby, zgodnie z pomysłem premiera, o dopuszczeniu do niej decydował wskazany w trybie administracyjnym ktokolwiek bądź „wyznaczony przez organ prowadzący” – np. przez wójta. Niewykluczone, że w przyszłości sława „maturzysty Morawieckiego” ciągnęłaby się za Bogu ducha winnymi uczniami niczym zły duch „docenta marcowego”.

***

List czytelnika

Mam już 88 lat. Nastał czas wspomnień.
Uczyłem się w klasie pierwszej szkoły podstawowej. Zostałem schwytany za kołnierz przez ekonoma i postawiony przed groźnym obliczem właścicielki dworu z zrzutem rzucania kamieniami w dach rozlatującej się szopki – starej szkółki. Sąd w Górze Kalwarii wezwał ojca, który przedstawił zaświadczanie Kierownika nowej szkoły z Jazgarzewie, pana Stefana SIATKIEWICZA: ”Tolek nie umie rzucać kamieniami”. Nie umiałem, zostałem uniewinniony lecz był to przypadek, który zaważył na mojej przyszłości: poglądach lewicowych. Chwała mądremu nauczycielowi.
Po wojnie byłem wychowankiem domu wychowawczego dla sierot wojennych w Bierutowicach, t.zw. Szkoły Orląt Grunwaldzkich. Dyrektorem był pan Feliks BIELASIK, przed II wojna kierownik szkół w Tomaszowie Mazowieckim, w trakcie wojny kapitan Armii Andersa. Zarządził zebranie Rady Wychowanków gdyż, jak powiedział mi: „chodzą na jabłka”. Zebranie zwołałem, jąkając się przedstawiłem sprawę, na co mój kolega krzyknął: „Ty też chodzisz”. Dyrektor zamknął zebranie. Od tego czasu odnoszę wrażenie, że jestem przyzwoity a przynajmniej nie oskarżam nikogo.
Trzeci przypadek to ukoronowanie. Miałem 60 lat, na Mazurach w Wejsunach nocą chłopcy wyrwali mi sztachety, szesnaście. Rano sąsiedzi radzili donieść policji. Sąsiad – PRZYJACIEL, Roman MACOCH, emerytowany kierownik miejscowej wiejskiej szkoły, nauczyciel matematyki, syn zbieracza żywicy zdecydował, że on sprawę załatwi. Wezwał przechodzącego chłopca, jednego ze sprawców, do zreperowania płotu. I stało się: upłynęło 30 lat i ani jedna sztacheta nie była już wyrwana.
Tak uczyli mnie NAUCZYCIELE. Chwała IM.
Arkadiusz Inowolski

 

Walka trwa

Liberałom przestał podobać się strajk. W walce z komuną daliby się pokroić i strajkowaliby do śmierci. W walce pracowników przeciw PiS-owskiej degradacji oświaty i edukacji po 10 dniach wywieszają białą flagę i każą się rozejść by lansować się na zbawców przez wybory.
To nie jest żadna zdrada bo liberałowie z natury gardzą pracownikiem, jego prawem do samookreślenia, boją się jego podmiotowości, walczą przeciwko sile związków zawodowych i nie chcą żadnej większej społecznej mobilizacji, bo ta od razu ich delegitymizuje i obnaża ich głęboką hipokryzję.
Dla tej „opozycji” – tak samo jak dla PiSu – strajki budżetówki to zagrożenie. Nie da się jednocześnie zapewniać o wsparciu dla przywrócenia neoliberalnego porządku i gwarantować wszystkim podwyżki, których zwyczajnie samemu nie dawało się przez całe lata. Grozi to rozpadem własnego, głównie neoliberalnego, elektoratu i dlatego poparcie dla nauczycieli mogło być tylko pozorne.
Zachęceni przez strajk ZNP do strajku szykują się też pracownicy socjalni i potencjalnie inni… Jak Grzegorz Schetyna wypadłby w roli trybuna ludowego, jak libmedia przeżyłyby konieczność dalszego wspierania niezamożnych ludzi pracy w ich walce przeciwko systemowi i bogatym?
Nie przeżyłyby.
Niech więc nauczyciele ustawią się w kolejce i modlą do Schetyny, że jak już wygra wybory to coś im da. Niech uwierzą w gwarancje turboneoliberałów, że sami daliby podwyżki… tak jak nie dali podwyżek praktycznie całej budżetówce. Niech nauczyciele cieszą się, że w ogóle mogą głosować i uszanują „świętość” matur bo system potrzebuje świeżej-taniej siły roboczej i nie obchodzi go, że każe przy tym harować za grosze.
Całe wsparcie dla związkowców. Nie jesteście niczyim zakładnikiem.
Przerażające z perspektywy rządu musi być to, że nauczyciele (a w tym humaniści!) są jeszcze w ogóle komukolwiek potrzebni.
Czyż państwo kapitalistyczne nie miało być rajem programistów, przedsiębiorców i ścisłowców na etatach w korporacjach?

Czemu reszta po prostu nie siedzi cicho?

Jak to możliwe, że w XXI wieku pedagodzy mają jeszcze jakąkolwiek siłę sprawczą? Kto w ogóle pozwolił im rozdawać te matury i po co oni do tego? Dlaczego nie wykonują naszych rozkazów dla samej idei skoro i tak wszyscy widzą, że są warci najwyżej 30% tego, co kapitał płaci w sektorze prywatnym? Po co nam ci pseudomędrcy skoro tyle wydajemy na kościół?
Jak to możliwe, że budżetówka po prostu nie dziękuje, że żyje?
To wielki szok, że publiczne-społeczne przeciwstawia się prywatnemu i kapitalistycznemu. I owszem, były czasy, kiedy szkoły były tylko prywatne i w zasadzie niespecjalnie liczyły się w łańcuchu produkcji (wyzysku), nad którym kontrolę sprawowali właśnie kapitaliści. Ale te czasy na szczęście już minęły.
A system, gdzie obsługa wielkiego i najbardziej szkodliwego kapitału zarabia najwięcej i dyktuje wszystkim warunki, a sami właściciele są otoczeni największą czcią i opieką, to patologia.
To system zawłaszczania dla zawłaszczających.
Strajk jest naprawdę bardzo antysystemowy.

To władza gra dziećmi

„Rząd liczy, że pod naciskiem rodziców i jednak bardzo zdenerwowanych dzieciaków ugną się nauczyciele. Jeśli ktoś tu gra dziećmi, to twierdzę, że władza, MEN, rząd, a nie nauczyciele. To trzeba mocno podkreślać, a nauczycielom mocno kibicować” – twierdzi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Dziś 11 dzień strajku nauczycieli. Znamy skalę strajku, znamy też skalę jego poparcia. Dlaczego rząd ciągle nie chce porozumieć się z nauczycielami?
EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Wygląda na to, że rząd idzie na przeczekanie. Udało się przeprowadzić egzaminy gimnazjalne, udało się z ósmoklasistami i już obserwujemy, że niektóre grupy nauczycieli odstępują od twardego stawiania sprawy. Tłumaczą, że chcą być przy dzieciach podczas egzaminów, ale prawda jest też taka, że zwłaszcza w terenie bardzo wystraszeni są dyrektorzy szkół, który popierali na początku strajk nauczycieli, bo sami strajkować nie mogą. Dziś wygląda na to, że boją się konsekwencji, co nie wpływa dobrze na postawy strajkowe. Jednocześnie nauczyciele zdają sobie sprawę, że są pod ścianą, bo jeżeli teraz się wycofają, to prawdopodobnie podzielą los lekarzy rezydentów czy opiekunów osób niepełnosprawnych – na obietnicach się skończy.
Rząd na pewno boi się eskalacji, bo jeżeli da nauczycielom – wzorem policjantów, którzy przed 11 listopada masowo szli na zwolnienia – to przyjdą następne grupy: lekarze, opiekunowie, pracownicy sądów.
Tu jest jeszcze jedna bardzo brzydka spraw medialna; próbowano rozmyć protest, oglądając z bliska biografię prezesa ZNP, Sławomira Broniarza. To bardzo nieładne i trzeba tu jasno powiedzieć, że to nie pan Broniarz jest problemem, tylko 1000 złotych, których domagają się nauczyciele. Wszystko jedno, kto będzie negocjował w imieniu nauczycieli, bo to o podwyżki nauczycielom chodzi. To dwie różne sprawy, a przez takie działania tworzy się konflikt rozlany i za chwilę ludzie nie będą już wiedzieć, o co chodzi.

Rząd zarzuca związkom, że szantażują za pomocą dzieci, których biorą na zakładników. To skuteczna strategia?
Ale kto brał tych zakładników, skoro już tak stawia się sprawę, choć bardzo nie lubię tak na to patrzeć? To jednak rząd liczy, że pod naciskiem rodziców i jednak bardzo zdenerwowanych dzieciaków ugną się nauczyciele. Jeśli ktoś tu gra dziećmi, to twierdzę, że władza, MEN, rząd, a nie nauczyciele. To trzeba mocno podkreślać, a nauczycielom mocno kibicować. Tu obawiałabym się tylko o jedność grupy nauczycielskiej, bo to zaczyna trzeszczeć.

47 proc. popiera strajk nauczycieli, innego zdania jest 49 proc., czyli nauczyciele tracą już o kilka procent poparcie dla swoich działań.
Ale to ciągle jest pół na pół, i to było do przewidzenia. Tak jest skonstruowany człowiek, że popiera coś do momentu, gdy nie zaczyna mu to osobiście przeszkadzać, a na pewno są to nerwy dla rodziców i o dzieciaki, i przyszłość szkoły, kto będzie się opiekować dzieciakami, zwłaszcza młodszymi.
Tu trzeba dodać, że to powinno zostać jakoś zabezpieczone, bo wygląda na to, jakby ten strajk został przygotowany „na chybcika”. Powinny być przygotowane wcześniej placówki, świetlice, gdzie dzieci, szczególnie młodsze, będzie można odprowadzić, bo przypomnijmy, że i przedszkola strajkują. Z tą zmianą nastrojów społecznych trzeba się liczyć i myślę, że nauczyciele to robią, ale oni naprawdę są już pod ścianą.
Jeśli nauczyciele w tej chwili by ustąpili, to nie dostaną nic lub prawie nic, bo dodajmy, że podwyżka w wysokości 132 zł to jałmużna, która niczego nie zmienia. Niestety, nie prognozuję, aby czwartkowe rozmowy miały cokolwiek zmienić.
Mnie zastanawia jeszcze coś innego – wszyscy mówią o tym, że nie mają co zrobić z dziećmi, a nikt się nie martwi, że od 10 dni dzieciaki nie mają lekcji, czyli nie uczą się. Szkoła stała się przechowalnią?
Niestety, okazuje się, że szkoła jest tak postrzegana, ma pani rację, a to jest ogromne nieporozumienie. Szkoła nie jest świetlicą i tu powinno chodzić, przede wszystkim, o kwestie edukacyjne, a nie opiekuńcze. Dzieci nie są nauczane, powtórzeń do matur nie ma. To też można było zorganizować. Ja jestem z pokolenia, które znało różnego rodzaju „latające uniwersytety”. Sama chodziłam do mieszkania Jacka Kuronia na różnego typu dysputy o historii najnowszej, gdzie inaczej mnie oświecano, niż w szkole. Mamy zatem dobre wzory i szkoda, że różne grupy społeczne ich nie przejęły.
Dziś już jednak nie ma co gdybać, bo nauczycielom i panu Broniarzowi potrzebne jest wsparcie, a nie krytyka. Piłka jest niewątpliwie po stronie rządu.
Dziś słyszymy, że rząd wysłał plan konwergencji do Unii, więc rozumiem, że pan premier był tym zajęty, dlatego nie znalazł czasu dla nauczycieli, ale z tych propozycji rządu wynika, że będą miliardy dla budżetu. Nauczyciel jest wykształconym człowiekiem i liczyć umie i twierdzi, nie bez racji, że w skali kraju nie są to duże sumy, gdyby rząd chciał, to te pieniądze dla nauczycieli by były.
Dodajmy jeszcze, że władze bardzo prestiżowo podchodzą do sprawy – nie damy, bo nie mamy, a nauczyciele, to jednak posłannictwo i oni powinni się ugiąć. Przypominam tu słowa chociażby marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że pracuje dla idei. Proponuję panu marszałkowi, po pierwsze, zacząć od siebie, a po drugie – to jakaś socjalistyczna utopia z lat 50.
Człowiek pracujący ma prawo domagać się takich apanaży, które pozwolą mu przeżyć godnie od pierwszego do pierwszego. Tu o nic więcej nauczycielom nie chodzi. Nie może być tak, że nauczyciel musi wybierać między kupnem książki a aspiryny, jak się przeziębi.
Powiedzmy jeszcze, że skoro to właśnie grupa nauczycielska musi dokonywać takich wyborów, to jest to nieprzyzwoitość, tym bardziej, że obecne władze mają bardzo patriotyczne nastawienie, może warto im zatem wywiesić transparent, że „taka będzie Rzeczpospolita, jakie młodzieży nauczanie”.

Prezes Kaczyński poinformował, że wysłał do liderów najważniejszy partii politycznych w Polsce projekt deklaracji dotyczący euro. „Chodzi o to, aby partie, łącznie z PiS, zagwarantowały, że w Polsce nie zostanie wprowadzone euro zanim nie osiągniemy rozwoju państw Zachodu” – oświadczył na konferencji. Złożył jeszcze życzenia wielkanocne, a o nauczycielach ani słowa.
Tu zgadzam się z prezesem, że to nie jest dobry czas na wprowadzanie euro, zobaczymy, co po wyborach; jak będzie wyglądać sam PE i polski Sejm.

Ale żadna partia opozycyjna nie ma w tej chwili postulatu wprowadzenia euro. To temat zastępczy?
Oczywiście, podobnie jak etos nauczycielski. To naprawdę spycha to środowisko do narożnika, to granie na emocjach i to zarówno społeczeństwa, jak i nauczycieli. To cynizm.
Rząd dzieli niczym car, jednym daje, innym nie, a sondaże dalej pokazują wysokie poparcie. PiS 38 proc., KO 35 proc. To sondaż dotyczący wyborów do PE, ale pokazuje poparcie partii w kraju. Skąd taki wynik?
Bo to rozdawnictwo rządowe wcale nie jest bez pomysłu. Daje się grupom, wśród których szuka się wyborców, elektoratu, bo te wybory rozstrzygnie zaledwie kilka procent. Środowisko nauczycielskie w skali kraju nie jest duże, podobnie jest zresztą z niepełnosprawnymi i lekarzami. Tutaj niewiele się ugra, nawet jeśli się te grupy zadowoli. PiS dofinansowuje, mówiąc brzydko, prowincję, ludzi mniej starannie wykształconych, bo to im się opłaca.
Dodajmy jeszcze, że ludzie głosują w części tak jak usłyszą z ambony, szczególnie nasza starsza generacja.
Proszę zauważyć, że właśnie emeryci dostać mają tzw. trzynastkę. Generalnie jestem za tym postulatem, bo emerytury w naszym kraju są haniebnie niskie, natomiast patrząc z perspektywy marketingowej, to nieważne, jakie one są, a w taki sposób PiS szuka głosów wyborczych.

Nie dajmy się dzielić

Strajk to nie są wybory i zabawa w przyjęcie dobroczynne. Oczekiwanie, że cały polski lud wybiegnie na ulice i 100 proc. społeczeństwa poprze strajkujących nauczycieli to naiwność.

Mamy w Polsce 30 lat agresywnej, klasistowskiej, kapitalistycznej ofensywy. Całe pokolenia wyhodowane w duchu neoliberalnego wyścigu szczurów i myślenia tylko o sobie, przeciwko innym i w obronie najbogatszych i ich majątków. Kapitalizm to walka klas, walka w obrębie klasy, to gra kapitału na nienawiści klasowej i szczucie na siebie biedaków i wyzyskiwanych.
W tych warunkach ponad 40 proc. poparcia dla strajku to cud!
To większe poparcie niż notuje obecny rząd.
A pracownicy mają prawo walczyć o podwyżki i o poprawę swych warunków pracy ZAWSZE, nawet wtedy, kiedy chcą tego tyko oni sami bo reszta woli akurat bronić majątków milionerów. Strajk to broń ludzi pracy – nie gala WOŚP-u i nieszkodliwe dla systemu zdjęcia na ściance. W tym wypadku nauczyciele walczą o cały system polskiej edukacji i o jego przyszłość.
To rząd nie dba o to, czy lekcje się odbędą i zależy mu tyko na testach, których „majestatem” szczuje opinię publiczną.
Nie dajmy się dzielić.
Ale nie miejmy też złudzeń.
Nie każdy od razu uwolni się z matriksa.

PiS zrobi wszystko, by rozbić opozycję

„Ludzie są przywiązani do wartości liberalnych czy tak zwanych wartości społeczeństwa otwartego, ale kiedy przychodzi do praw mniejszości, czy to imigrantów, czy mniejszości seksualnych, to już mniej je szanujemy” – mówi Justynie Koć (wiadomo.co) dr Jacek Kucharski, prezes Instytutu Spraw Publicznych.

JUSTYNA KOĆ: 52 proc. z nas popiera strajk nauczycieli, 43 jest przeciwnego zdania. Te wyniki prawie dokładnie pokrywają się z poparciem wyborczym dla partii rządzącej i opozycji. Jest pan zaskoczony takim wynikiem?
JACEK KUCHARCZYK: Nie jestem zaskoczony, bo badając od kilku lat opinie na różne kluczowe dla Polski aktualne tematy widzę, że ten schemat się generalnie powtarza. Te afiliacje polityczne stały się najsilniejszym de facto czynnikiem czy zmienną wyznaczającą różne podziały w społeczeństwie. Na ogół te podziały przebiegają właśnie w ten sposób, że widać silne różnice między zwolennikami PiS-u z jednej strony, czasem też Kukiza i innych partii prawicowych (choć one są na tyle małe, że z powodów technicznych nie można tych relacji dokładnie ustalić), a zwolennikami opozycji z drugiej, którzy mają przeciwstawną opinię. Z tych obserwacji widać, że poglądy opozycji na ogół są bliższe poglądom większości społeczeństwa. Tak jak w sondażu na temat strajku nauczycieli, w wielu innych kwestiach opinie zwolenników opozycji są bliższe opinii przeciętnego Polaka, niż opinie wyborców PiS-u. To pokazują na przykład badania dotyczące sporu polskich władz z Komisją Europejską na temat praworządności czy też taśm Kaczyńskiego i sprawy spółki Srebrna. Podsumowując, mamy podzielone społeczeństwo według klucza politycznego i na ogół zwolennicy PiS-u reprezentują opinię mniejszości społeczeństwa.

Jak to możliwe, że wyborcy PiS-u, partii tak bardzo grającej na strunie społecznej, nie popierają strajku nauczycieli?
Wyborcy PiS-u żyją w innym otoczeniu komunikacyjnym niż reszta badanych. Oni są jednak bardzo podatni na narrację partii, na którą głosują, z którą są w sprzężeniu komunikacyjnym. PiS zbudował takie kanały, zawłaszczając media publiczne, dotując różne prywatne media prorządowe czy wynajmując internetowych trolli. Zwolennicy PiS-u żyją w takiej bańce informacyjnej, gdzie podrzuca im się pewne interpretacje zdarzeń. W tym przypadku jest to narracja mówiąca o tym, że nauczyciele są nieodpowiedzialni, biorą dzieci na zakładników itp. Gdy dziwimy się, że przy różnych kontrowersyjnych sprawach – jak chociażby słynne dwie wieże Kaczyńskiego – zwolennicy PiS-u nie reagują jak większość Polek i Polaków, to moim zdaniem w dużej mierze jest to właśnie efekt komunikacji tych spraw przez propagandę w mediach prorządowych. Źródło informacji ma tu ogromne znaczenie, a PiS-owi udało się przekonać część społeczeństwa, że tylko informacje ze źródeł, które sprzyjają partii rządzącej, są wiarygodne.

Czy rząd nie przeliczył się w kwestii nauczycieli?
Tutaj rzeczywiście PiS ma przeciwko sobie większość, co prawda niewielką, bo 52 procent, ale biorąc pod uwagę, jak wielu osobom ten strajk może utrudnić życie, to poparcie jest jednak dość wysokie. Myślę, że rząd może czuć się nieprzyjemnie zaskoczony tym poparciem. Biorąc pod uwagę, że dziś wszystko ma kontekst wyborczy, bo de facto już toczy się podwójna kampania wyborcza, to obrót sprawy jest nienajlepszy dla PiS-u. Chociaż należy pamiętać, że prawie dla połowy badanych bliższe jest myślenie nt. strajku według propagandy partii rządowej.

Ta propaganda rzeczywiście robi, co może. W mediach publicznych przewodniczący ZNP jest niemal wcielonym szatanem, który wykorzystuje nauczycieli, sam pobiera pieniądze za strajk i oczywiście jest utajnionym członkiem Platformy.
To prawda, pewnie niedługo się dowiemy, że jego dziadek jest odpowiedzialny za zbrodnię katyńską, a przynajmniej był w Wehrmachcie. Myślę, że ta propaganda jest już bardzo mocno rozkręcona, także w Internecie, a wiadomo, że tam komunikacja jest jeszcze bardziej posegmentowana, niż tzw. tradycyjne media. To na pewno wzmacnia w zwolennikach PiS-u tę narrację.

Jak ocenia pan działanie rządu w sprawie strajku nauczycieli z punktu widzenia marketingu politycznego? Wicepremier Beata Szydło trzy razy przedstawia tę samą odrzuconą wcześniej propozycję podczas negocjacji, premier w wywiadzie mówi coś o okrągłym stole, ale po świętach. To nie wygląda poważnie.
Dla PiS-u wysłanie pani Szydło czy wystąpienia premiera Morawieckiego są skuteczniejsze, niż eksponowanie pani Zalewskiej. Zresztą schowanie jej to stary numer PiS-u, pamiętamy jak chowano Macierewicza czy samego prezesa w 2015 roku.
Jednak rzeczywiście gdyby założyć, że celem PiS-u jest przekonanie większości społeczeństwa, że rząd działa w obronie interesu publicznego, a nauczyciele są roszczeniowi, to słabo to na razie wygląda.
Zapewne to markowanie negocjacji też ma jakiś cel, pewnie w stylu: my oferujemy rozwiązania, a oni nie słuchają. Teraz już od odbiorcy informacji zależy, jak je zinterpretuje. Na pewno części osób nie będzie się chciało sprawdzać i to utrwali ten podział: sympatycy rządu będą twierdzić, że rząd prowadzi rozsądną politykę, a nauczyciele są motywowani politycznie, bo to też jest ulubiona forma narracji rządu. Polityka jest tylko dobra, kiedy prowadzi ją partia władzy, gdy robią to inni, na pewno mają niecne motywy, co zresztą w Polsce jest skuteczne, bo ludzie często reagują źle na politykę, a zaufanie do partii politycznych jest bardzo niskie. Gdyby chodziło o przekonanie części społeczeństwa, że rząd działa dobrze, to rzeczywiście to wygląda na działania przeciwskuteczne, natomiast dla własnego elektoratu partii rządzącej to wystarcza. PiS stosuje w przypadku nauczycieli to samo podejście, co w przypadku strajku rodziców osób niepełnosprawnych, czyli twarde podejście, dyskredytowanie protestujących i wszystkich, którzy ich popierają jako umotywowanych politycznie. Najważniejsze, aby nie utracić własnego elektoratu.
Ta polityka wydaje się o tyle skuteczna, że w poprzednich tego typu konfliktach elektorat PiS-u nie topniał. Ta 1/3 społeczeństwa trwa przy partii i zapewnia jej przewagę sondażową, która może przełożyć się na zwycięstwo w wyborach.

Przecież nie wygrywa się wyborów twardym elektoratem. PiS musi przekonać wyborców bardziej centrowych, a w ten sposób chyba im się to nie uda?
To jest oczywiście ryzykowana strategia, bo pamiętajmy, że w 2015 roku PiS musiał się pokazać jako partia umiaru i kompetencji po to, aby wygrać z PO. Myślę, że tutaj myślenie po stronie władzy zakłada, że łatwiej jest demotywować przeciwników, niż poszerzać własny elektorat.
Pamiętajmy, że na PiS w 2015 roku zagłosowało 18,6 proc. wszystkich uprawnionych wyborców, tylko przy frekwencji 50 proc. to dało ponad 37 proc. poparcia. Niecałe 19 proc. wystarczyło do wygrania PiS-owi przy rozproszonej i zdyskredytowanej opozycji. Dziś PiS ciągle przekonuje, że za nimi stroi większość narodu, ale tak naprawdę do pozostania u władzy PiS-owi wystarczy zmotywowana i zdeklarowana mniejszość plus słaba opozycja. Te dwa warunki wystarczą, aby rząd powtórzył sukces z 2015 roku.

Na razie opozycja zjednoczyła siły w Koalicji Europejskiej, dogadała się w kwestii programu, wystawienia jedynek.
Tak i już widać, że KE w sondażach wygląda zupełnie inaczej, niż poszczególne jej partie. Z punktu widzenia partii rządzącej to największe zagrożenie i będą robili wszystko, aby doprowadzić do jej rozbicia. Jedną z koncepcji jest przekonywanie, że ta koalicja jest za szeroka, że nie ma programu i to częściowo skuteczna taktyka, bo wielu komentatorów to podchwytuje. Anglosasi nazywają tego typu koalicje big tent, czyli polityka dużego namiotu, bo muszą się tam zmieścić różni wyborcy. W KE jest miejsce dla wyborców PSL, Nowoczesnej, a nawet Zielonych, którzy będą mieli często różne opinie na ważne kwestie polityczne. Dlatego KE łatwo jest krytykować za rzekomą niespójność programową.

Na razie KE przestawiła program, w którym udało się połączyć wartości wszystkich koalicjantów, a także poskromić ambicje poszczególnych polityków.
Moim zdaniem program KE jest bardziej spójny, niż można było oczekiwać. Nic dziwnego, że reakcje PiS-u są takie, jakie widzimy.
Z jednej strony, ponieważ koniunktura jest nie najgorsza, to sypie pieniędzmi, czego opozycja zrobić nie może. To dodatkowo stawia ją w trudnej sytuacji, bo czuje się zmuszona głosować za pomysłami rządu jak trzynasta emerytura, chociaż wiadomo, że to łapówka wyborcza (niezależnie od sensowności konkretnych rozwiązań). Z tego punktu widzenia to dla opozycji sytuacja lose-lose, czyli źle popierać i niedobrze krytykować. Po drugie, PiS akcentuje kwestie, które dzielą społeczeństwo niekoniecznie wzdłuż partyjnych linii, jak prawa mniejszości. Generalnie prawa mniejszości to miękkie podbrzusze demokracji, która jest rządami większości, ale przy poszanowaniu praw mniejszości. Jednak z prowadzonych ostatnio między innymi przez nasz Instytut badań wynika, że ludzie są przywiązani do wartości liberalnych, czy tak zwanych wartości społeczeństwa otwartego, jak wolność prasy, swoboda działania opozycji czy różnych organizacji społecznych, ale kiedy przychodzi do praw mniejszości, czy to imigrantów, czy mniejszości seksualnych, to już mniej je szanujemy. Gotowi jesteśmy na „przehandlowanie” praw mniejszości za dobrobyt gospodarczy czy bezpieczeństwo.

To niestety wykorzystują strategie populistyczne koncentrowania się na mniejszościach i mówienia, że elity polityczne działają w interesie tych mniejszości, a nie ogółu społeczeństwa. To niestety jest często skuteczna strategia. PiS też to próbuje robić, kiedyś w sprawie uchodźców, a teraz ogłaszając krucjatę „w obronie rodziny”, skierowaną przeciw prawom osób LGBT. Ta strategia może się okazać częściowo skuteczna, bo łączy program rozdawania pieniędzy z programem „bronimy rodzinę przed mniejszościami i genderem”. W środę była 9. rocznica katastrofy smoleńskiej i chyba pierwszy raz nie usłyszeliśmy od prezesa o dochodzeniu do prawdy, zdradzonych o świcie i wybuchu w samolocie. Dlaczego?
Moim zdaniem to zmiana punktu widzenia z powodu zmiany punktu siedzenia. Domaganie się oddania wraku od Rosjan czy umiędzynarodowienia śledztwa, które było wygodne dla PiS-u w czasach, gdy był w opozycji, teraz gdy rządzi, już wygodne nie jest. Zostaje zatem ta retoryka godnościowa, celowe mieszanie ofiar smoleńskich z ofiarami Katynia. To także klimat nacjonalistyczny, który napędza poparcie dla PiS-u i neutralizuje zagrożenie ze strony bardziej prawicowych partii. Zresztą tę ewolucję narracji smoleńskiej od obwiniania za katastrofę Putina do Tuska już widzieliśmy dawno. Teraz jest już w zasadzie tylko wróg wewnętrzny – opozycja – która rzekomo chce pozbawić Polaków siły i godności.
Pozostaje retoryka godnościowa w mętnym sosie patriotycznym, która najwyraźniej do części wyborców trafia.

Skutecznie?
Ta retoryka jest jednak dość skuteczna. Gdy wyjdziemy na miasto, to zobaczymy, ile samochodów obklejonych jest znakiem Polski Walczącej. PiS chciałby zmonopolizować patriotyzm przez tę narrację godnościową czy po prostu nacjonalistyczną i ksenofobiczną. To ta partia decyduje, kto jest prawdziwym Polakiem i spadkobiercą tego, co najlepsze w polskiej historii, a kto zdrajcą „niegodnym przynależności do narodu”. W tym sensie Smoleńsk trzyma się mocno, nawet gdy odrzucić teorie spiskowe o wybuchu w samolocie. Ta narracja gorszego i lepszego sortu pozostaje niezmienna od pierwszych dni po katastrofie, kiedy słyszeliśmy to po raz pierwszy, że zjednoczony naród oddawał hołd prezydentowi Kaczyńskiemu, którego wyszydzały złe elity.

Matury są zagrożone

„Zdajemy sobie sprawę, że za chwilę będzie jeszcze gorzej, że nasili się propaganda, że to wina nauczycieli, wina ZNP. Na ten moment, gdy pani mnie pyta wprost, to odpowiem, że matury są zagrożone, ale to, o czym mówię, powinno dotrzeć przede wszystkim do premiera rządu” – mówi wiceprzewodniczący Związku Nauczycielstwa Polskiego Krzysztof Baszczyński w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Pierwszy tydzień strajku nauczycieli za nami. Jaki to był tydzień dla związku i dla nauczycieli? Spodziewaliście się takiego rozwoju sytuacji ze strony rządu i takiego wsparcia ze strony obywateli?
KRZYSZTOF BASZCZYŃSKI: Nie spodziewaliśmy się takiego wsparcia, ale również nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy, że może być tak ogromna determinacja środowiska, za co tylko możemy podziękować. Jestem przekonany, patrząc dziś już z pewnej perspektywy, że rząd nie docenił gniewu nauczycieli.
Wydawało się chyba tym, którzy dziś kreują politykę, że to są takie „strachy na Lachy”, a okazało się, że kiedy 7 kwietnia zostało podpisane porozumienie „Solidarności” z rządem, wkurzenie środowiska było jeszcze większe. Dziś na spotkaniu kierownictwa Związku odbyła się dyskusja także o tym. Wynika z niej wprost, że z każdym dniem przybywało nauczycieli i pracowników oświaty, którzy zadeklarowali wolę powalczenia o swoją godność. Dzisiejsza decyzja, że niczego nie zawiesiliśmy i nie przerwaliśmy strajku, świadczy o tym, że kierując się informacjami z poszczególnych województw, mailami, telefonami, decyzja mogła być tylko jedna – nie możemy zostawić naszych koleżanek i kolegów w placówkach. Strajk trwa mimo zbliżających się świąt.

Był pomysł, aby strajk zakończyć, przerwać?
Dyskusja była burzliwa i wynikały z niej różne scenariusze, ale proszę mi wierzyć, że stanowisko, które dziś zostało przyjęte, jest przełożeniem tego, jaka jest determinacja środowiska. My zrobiliśmy tylko to, czego chcieli moi koledzy i koleżanki nauczyciele. Natomiast brane pod uwagę były różne scenariusze, także takie, które z góry odrzucaliśmy, jak strajk okupacyjny czy rotacyjny. Takich działań nie będziemy rekomendować i wspierać.

Czy możemy oszacować, ilu strajkuje nauczycieli, którzy nie są zrzeszeni w żadnym związku?
Powiem tak, jeżeli w pierwszych dwóch dniach strajku udział w nim wzięło około 600 tys. nauczycieli, nas jest około 200 tys., nie wiem, ile jest w Forum, ale na pewno dużo mniej, to znaczy, że około połowa strajkujących to pracownicy, którzy nigdy do związku nie należeli.

Pamiętajmy, że rząd robi wszystko, aby osłabić wolę walki.
Nie mówię nawet o przetrzymaniu nas, bo przecież decyzję o strajku podejmują codziennie nauczyciele i pracownicy oświaty, ale ta fala hejtu, błota, która się na nas wylewa, chce się obrzydzić nasze środowisko i przeciwstawić je rodzicom i opinii publicznej, jest ogromna. Manifestacje, które odbywają się od wczoraj, to światełko dla nauczycieli, w którym uczestniczą rodzice, uczniowie i nauczyciele; to jest dla nas jak wiatr w żagle, tak samo jak dla tych, którzy są w szkołach i placówkach oświaty już 5. dzień.

Jak odniesiecie się do tego, co robi wobec nauczycieli rząd? Zastraszanie? Rząd jasno mówi, że za okres strajku nie będzie wypłacanych pieniędzy, były szkoły, do których wchodziła policja.
Niezależnie od tych ruchów, które robi rząd, żeby nas zastraszać, znieważać, to, czego nie rozumiemy, to fakt, że rząd nie chce z nami rozmawiać, chociaż cały czas opowiada, że porozumienie leży na stole i wystarczy je podpisać. To jest porozumienie rządu z „Solidarnością”, ale to przecież nauczyciele zdecydowali, że nie chcą takiego porozumienia.
Może powinno to dotrzeć do kreatorów polityki, także tej oświatowej, że propozycja, którą my składamy w imieniu środowiska, powinna być dyskutowana i rozpatrywana, a nie taki chocholi taniec, w którym uczestniczymy. Dzisiejsza prośba do premiera, że chcemy natychmiastowych rozmów z udziałem mediatora, jest dowodem na to, że my chcemy rozmawiać, ale nie na warunkach, które zostały zapisane w porozumieniu rządu z „Solidarnością”. Tego na pewno nie będziemy podpisywać.

Nauczyciele są zaskoczeni, że rząd, nawet znając już falę strajku, nie chce z wami usiąść do realnych rozmów? Rozsądek nakazywałby jednak podjęcie próby porozumienia, tym bardziej, że za kilka tygodni będą wybory.
Pod warunkiem, że jest ten rozsądek po stronie rządu, bo z tego, co widzimy, wynika, że rozsądku nie ma. My to często powtarzamy; weszliśmy w spór zbiorowy 10 stycznia, wierząc w to, że jest jeszcze czas na rozmowy. Tymczasem rozmowy zaczęły się 25 marca, kiedy były już znane wyniki referendum.
To świadczy o tym, że albo ktoś nie rozumie nastrojów środowiska, albo rzeczywiście dążył do zwarcia, bo ja inaczej nie potrafię tego ocenić.
Co z maturami?
Na ten moment, gdy pani mnie pyta wprost, to odpowiem, że matury są zagrożone, ale to, o czym mówię, powinno dotrzeć przede wszystkim do premiera rządu. Jeżeli moje koleżanki i koledzy, bo to w ich rękach leży decyzja, podtrzymają swoje dotychczasowe stanowiska, to sytuacja może być bardzo niebezpieczna. Natomiast to też nie może być tak, że rząd przygotowuje zmiany w zakresie zmian ustawy, która dopuszczałaby do egzaminu maturalnego każdego ucznia, bez względu na wyniki, a o takim scenariuszu pisała prasa. To jest całkowite popsucie systemu.
Jeżeli na coś takiego rząd by się zdecydował, to będzie to ogromy skandal i niezrozumienie tego, co się dzieje, bo nie można psuć systemu. Zdajemy sobie sprawę, że za chwilę będzie jeszcze gorzej, że nasili się propaganda, że to wina nauczycieli, wina ZNP. Tylko my mówimy o tym od dłuższego czasu, jeżeli ktoś tego nie słyszy i idzie na przeczekanie, to w efekcie mamy dziś bardzo poważny problem, który może stanąć przed rządem, nauczycielami, uczniami i rodzicami. Chyba nikomu to nie jest potrzebne.

Zaapelowaliście o natychmiastowe rozmowy z mediatorem – to kolejne wyciągnięcie ręki do rządu. Dojdzie do rozmów?
To prawda, że to kolejne wyciągnięcie ręki – przecież 3 dni temu napisaliśmy do pani premier o rozmowy w czwartek, czyli wczoraj. Bez żadnej reakcji, a właściwie z reakcją tą samą, że przecież porozumienie jest na stole, podpiszcie. Ta uchwała to pierwsze zwrócenie się wprost do rządu z żądaniem o rozmowy przy udziale mediatora, bo sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana.
Nie określamy, kim ma być mediator, nie stawiamy tu żadnych warunków, ale rząd nie może udawać, że nas nie ma.

Liczycie, że rząd wysłucha tej prośby, czy dopiero po świętach będzie chciał rozmawiać przy okrągłym stole?
Dyskutowaliśmy też o tym dzisiaj. Proszę pamiętać, że okrągły stół dotyczyć ma też innych, równie ważnych zagadnień, dotyczących systemy oświaty, w tym programów nauczania itd. Tam na pewno nie będzie dyskusji o tym, czego dotyczy spór zbiorowy, bo trudno, żeby z udziałem państwa Elbanowskich, różnych stowarzyszeń, rozmawiać o takim problemie.
Okrągły stół, jak rozumiem, ma mówić o przyszłości oświaty, a nie o rozwiązaniu dzisiejszego problemu.

Pojawiają się głosy, że rząd chce was wziąć na przetrzymanie, a potem obarczyć was winą za chaos w szkole wywołany reformą pani Zalewskiej. Bierzecie pod uwagę taki scenariusz?
Zdajemy sobie z tego sprawę, ale ja jeszcze raz powtórzę, decyzja leży w rękach moich koleżanek i kolegów, a my ich nie zostawimy. Tak samo jak decyzja, jak długo będzie trwał strajk i czy matury się odbędą. To nie zarząd związku w Warszawie podejmuje decyzje, co będzie dalej, tylko poszczególni nauczyciele w szkołach, ale jak długo oni będą strajkować, tak długo będziemy przy nich, z nimi.