Dyskusja o edukacji

Przy stole okrągłym, czy tez kanciastym?

Rząd PiS zapraszając do dyskusji na temat przyszłości polskiej edukacji przy okrągłym stole, posadził uczestników przy stole prostokątnym na Stadionie Narodowym. W sposób niezamierzony nabrało to cech symbolu założeń jakie towarzyszą rozumieniu edukacji przez środowiska związane z ta partią.
Zaawansowana w wielu dziedzinach cywilizacja Azteków nie potrafiła wynaleźć koła. Związane z tym trudności logistyczne były jedną z przyczyn zatrzymania rozwoju i w konsekwencji upadku tej cywilizacji.
Reforma oświatowa w wykonaniu minister Zalewskiej umocniła archaiczność i „kanciastość” polskiego systemu edukacji. Archaiczność ta ma swoje źródło, głównie , choć nie wyłącznie, w kilku założeniach światopoglądowych stanowiących polską tradycję, których szczególnym wyrazicielem są opiniotwórcze środowiska związane z PiS.
Idee chrześcijańskie stanowią podstawę nowoczesnej etyki i sprawiedliwości społecznej. Kierując się nimi można również budować socjalizm- ustrój realizujący sprawiedliwość społeczną. Oczywiście nie byłby to nowoczesny socjalizm, ale to temat na oddzielne rozważania.
Jednocześnie chrześcijaństwo w rozumieniu hierarchicznego kościoła katolickiego, zwłaszcza we współczesnej Polsce, to zbiór prawd objawionych, nie podlegających twórczej dyskusji , natomiast podlegających nakazowi ich przyswojenia i kultywowania.
Programy nauczania w Polsce kopiują ten model. Wymagane jest przyswojenie ,lecz nie koniecznie zrozumienie materiału. Materiał przeładowany jest faktami, datami i formułkami. Brak czasu, ale i preferencji dla twórczej dyskusji, porównań i wyciągania wniosków. Wielu światłych nauczycieli chciało by wprowadzić takie elementy nauczania, ale sztywny program i nadmierna liczebność klas na to nie pozwala.
Patriotyzm narodowy miał dla Polaków szczególne znaczenie, gdy nie było polskiego państwa i marzeniem było jego przywrócenie, a prawdziwy patriota gotów był walczyć i ginąć za ojczyznę.
W obecnych czasach, gdy żyjemy w niepodległej ojczyźnie, inaczej trzeba spojrzeć na wymiar Patriotyzmu i jego możliwe następstwa.
Przyporządkowanie pojęcia patriotyzmu wyłącznie narodowi prowadzi częściowo do nacjonalizmu, szowinizmu, a dalej rasizmu czy nawet faszyzmu.
Nowoczesnym społeczeństwom obce są przejawy nacjonalizmu i szowinizmu. Zauważamy też, że nacjonalizm jest sprzeczny z podstawową zasadą chrześcijaństwa, która stanowi, że wszyscy ludzie są braćmi.
Henryk Sienkiewicz, uważany za jednego z czołowych pisarzy patriotycznych pisał „Hasłem wszystkich patriotów powinno być „przez Ojczyznę do ludzkości nie zaś dla Ojczyzny przeciw ludzkości”.
Niestety rządzący, wyłącznie dla poszerzania swojej władzy, nie przeciwdziałają, a wręcz schlebiają poglądom, będących następstwem rozumienia patriotyzmu wyłącznie w wymiarze narodowym. Tworzone pod auspicjami PiS i IPN programy nauczania w zreformowanej szkole pogłębiają niebezpieczne dla przyszłości Polski zjawiska występujące w młodym pokoleniu i utrudniają przyswajanie przez młodzież wartości wynikających ze światowej wspólnoty.
Socjaliści rozumieją patriotyzm jako wartość w sferze emocjonalnej, która wyraża się w więzi ze społeczeństwem zamieszkującym nasz kraj ojczysty. Ta więź powoduje gotowość przedkładania celów ważnych dla społeczeństwa ponad cele osobiste. Nowoczesny patriotyzm, który powinna przyswajać młodzież wyraża się dziś przede wszystkim gotowością pracy dla pożytku wspólnego.
W społeczeństwie PiS wyróżnia rodzinę, jako podstawową i najważniejszą komórkę, stanowiącą podstawę wszelkich programów społecznych. W nowoczesnych społeczeństwach rola rodziny pozostaje nadal ważna, ale nie stanowi już ona wyłącznej podstawy rozwoju społeczeństwa. Pozostawiając na boku rozważania o roli rodziny, należy zauważyć, że nie można, tak jak to głoszą ugrupowania prawicowe , uważać, że rodzice maja wyłączne prawo o decydowaniu o wychowaniu i sposobie kształcenia młodego pokolenia.
Zrezygnowanie, pod presją części rodziców ( a właściwie dla ich pozyskania w procesie wyborczym) z obowiązku szkolnego 6-cio latków cofnęło polską edukację w stosunku do trendu światowego, w którym edukacja (odpowiednio sprofilowana) zaczyna się coraz wcześniej i trwa przez całe życie. Tylko tak ludzkość jest w stanie dotrzymać kroku coraz szybszemu rozwojowi intelektualnemu i technologicznemu.
Jednocześnie reforma edukacyjna PiS skróciła o rok cykl szkolny, skracając tym samym okres przyswajania wiedzy.
W ten sposób PiS poszedł na rękę środowiskom neoliberalnym, które uzyskują wcześniej potencjalną siłę roboczą, gorzej wyedukowaną, ale mniej świadomą swoich praw.

Coraz szybszy rozwój szkolnictwa prywatnego działa zabójczo na proces powszechnej edukacji. Szkoły prywatne, wobec mizernych płac w szkolnictwie państwowym, wysysają z rynku najlepszych nauczycieli, obniżając nieuchronnie jakość powszechnego nauczania.
Dodatkowo w szkołach prywatnych klasy są mniej liczne, a więc i możliwość rozpoznania potencjalnych zdolności ucznia jest większa.
Ponieważ większość rodziców nie stać na szkoły prywatne, powoduje to pogłębienie ekonomicznego, a więc nieuchronnie i kulturowego rozwarstwienia społeczeństwa. Uzdolnione dzieci pochodzące z ubogich rodzin, mają coraz mniejszą szansę na awans społeczny i wykorzystanie swoich potencjalnych zdolności dla dobra swojego i dobra społeczeństwa.
Udawanie przez rządzących, że nie dostrzegają powyższych zjawisk może świadczyć jedynie o tym, że dorastanie coraz mniej wyedukowanego, a więc prawdopodobnie coraz bardziej spolegliwego społeczeństwa jest w ich interesie, ponieważ jak wynika z enuncjacji prasowych, dzieci rządzącej elity uczęszczają do szkół prywatnych i to one maja stanowić przyszłą elitę. Szkoda tylko, że elitę o gorszej jakości niż w czołowych społeczeństwach.
Podstawą dobrej edukacji jest dobry nauczyciel. Nauczyciel to nie rzemieślnik. Musi on stale podnosić swa wiedzę i jednocześnie być autorytetem dla ucznia.. Od wielu lat obserwujemy negatywną selekcję wśród nauczycieli. Główna jej przyczyną są niskie zarobki i podważanie prestiżu tego zawodu. Jeśli podważa się godność nauczyciela, to na zasadzie rykoszetu maleje jego prestiż wśród rodziców i w konsekwencji maleje autorytet wśród uczniów. Małe jest zrozumienie tych zależności w społeczeństwie, a rządzący nie robią nic, by przeciwdziałać temu zjawisku.
W XXI wieku o powodzeniu kraju w międzynarodowym współzawodnictwie decyduje wysokość nakładów na edukację i rozwój nauki. Kraje takie jak Polska, które przeznaczają coraz niższe nakłady na te dziedziny przestają się liczyć w międzynarodowej konkurencji i same siebie skazują na status państw neokolonialnych.
Wydatki na oświatę w Polsce w przeliczeniu na jednego ucznia plasują nas znacznie poniżej średniej krajów UE, a uczniowie, czyli ich rodzice ponoszą w dużym stopniu koszty edukacji dzieci. Rodzice płacą za dodatkowe zajęcia, świetlice szkolne, wycieczki edukacyjne, składają się na doposażenie szkół itp.
Pod uwagę uczestnikom dyskusji na temat oświaty Polska Partia Socjalistyczna przedstawia założenia zawarte w swoim programie.
Naszym celem jest zapewnienie dzieciom i młodzieży równego dostępu do kształcenia, umożliwiającego skuteczne konkurowanie o miejsca pracy w jednoczącej się Europie. Oznacza to bezpłatną edukację na wszystkich szczeblach. Potrzebny jest Fundusz Stypendialny, który zapewni możliwość kontynuowania nauki również młodzieży ze środowisk najuboższych.
Konieczny jest powszechny dostęp do wychowania przedszkolnego dla dzieci powyżej 3 lat, objęcie młodzieży do 18-tego roku życia obowiązkiem szkolnym, przywrócenie w szkołach podstawowej opieki medycznej, stomatologicznej, zapewnienie dożywiania dzieci i młodzieży.
Oprócz funkcji kształcenia, szkoła pełni także funkcję wychowawczą, uzupełniając, a często zastępując wychowanie w rodzinie. Naszym celem jest odtworzenie i rozwój funkcji poza dydaktycznych systemu oświaty. Szkoła powinna wychowywać młodego człowieka w duchu odpowiedzialności obywatelskiej i poszanowania wartości humanistycznych.
Traktując edukację jako zintegrowany system nauczania od przedszkola do ukończenia studiów należy zrealizować dwa ogólne postulaty dotyczące t.zw bazy programowej edukacyjnego programu narodowego, opracowanego ponad podziałami społecznymi.
Po pierwsze przygotowanie do życia w społeczeństwie i nauka współpracy, co obecny system edukacji realizuje w minimalnym stopniu. Zaprzepaszczony został w tym zakresie powojenny dorobek polskiej pedagogiki .
Należy przywrócić i rozwinąć formy pracy grupowej i współdziałania uczniów w środowisku m.in. w formie zajęć pozalekcyjnych i „kółek zainteresowań”. Formy te zaniknęły zarówno z uwagi na rzekome oszczędności budżetowe szkół, jak i zanik autorytetu nauczyciela i wychowawcy.
Nasz program kładzie nacisk na naukę samodzielnego myślenia. Należy uczyć rozwiązywania problemów, a nie zapamiętywania faktów i formułek.
W nauczaniu przedmiotów społecznych (np. historii) trzeba kłaść nacisk na umiejętność oceny zjawisk w ich kontekście historycznym, a nie zapamiętywanie dat i nazwisk, dobranych najczęściej pod kątem indoktrynacji politycznej (w tym religijnej). Nauczanie przedmiotów ścisłych i przyrodniczych musi kłaść nacisk na zrozumienie realnych zjawisk i przygotowanie do życia w zmieniającym się świecie materialnym.
Konieczne jest wyprowadzenie ze szkół katechezy i zapewnienie rzetelnej edukacji seksualnej.
Należy przywrócić odpowiednią rangę zaniedbanemu kompletnie szkolnictwu zawodowemu, którego brak przyczynia się do bezrobocia.
Zawód nauczyciela jest – i powinien być za taki uznany – jednym z najważniejszych zawodów w państwie, o najdalej idących konsekwencjach społecznych, cywilizacyjnych i narodowych, Nauczyciel powinien odznaczać się wysokim poziomem intelektualnym i etycznym, a system wynagradzania i awansów powinien temu sprzyjać.

Stół z powyłamywanymi nogami

Chcę dziś powiedzieć strajkującym nauczycielkom i nauczycielom, że rządowy okrągły stół edukacyjny, który urządzono onegdaj na Stadionie Narodowym jest waszym, drodzy Państwo, wielkim zwycięstwem.

Mijają cztery lata, jak PiS wprowadza swą reformę edukacyjną, zwaną powszechnie „deformą”. Chaos, zdublowanie roczników, ścisk w szatniach i na korytarzach, maluchy przemieszane w jednym miejscu i czasie z młodzieżą w okresie „burzy hormonalnej”, przeładowany program nauczania, przeładowane tornistry – w sam raz dla siłacza Pudzianowskiego, a nie dla Jasie z II B, lekcje kończone późno po południu… Gołym okiem widać, że reforma reklamowana jako „dobrze pomyślana i dobrze obliczona” sypie się, nie wytrzymuje konfrontacji ze szkolną rzeczywistością. „Okrągły stół” zwołany po kilku latach jej wprowadzania, nie jest więc niczym innym jak przyznaniem się do klęski. Jeśli rząd proponuje dziś dyskusję o „jakości edukacji”, „roli nauczyciela w systemie edukacji”, „nowoczesnej szkole”, „uczniach w systemie edukacji”, to jak to inaczej nazwać? Stadion Narodowy to Stalingrad minister Zalewskiej! Zwracam przy okazji uwagę, że w „ramowym” programie stadionowej dyskusji nie było punktu dotyczącego warunków pracy i płacy nauczycieli. Wasze podstawowe żądanie, byście nie byli traktowani gorzej niż zwierzęta gospodarskie, którym PiS obiecał ostatnio 500+, zostało przez władze zignorowane. Mało tego – pan premier podał nawet powód tego zlekceważenia was: po co dolewać oliwy do dziurawego kanistra?… Już nie wiem, co gorsze – czy to, że wyżej rząd ceni rogaciznę niż nauczycieli, czy to porównanie was do dziurawego kanistra, który nadaje się wyłącznie na złom. W tej sytuacji nie ma sensu tłumaczyć mu, że nie chodzi wam tylko o pieniądze, a może nawet nie przede wszystkim o pieniądze. On chyba nie rozumie, jak ważne jest coś takiego jak godność. Być może dlatego ze zdumiewającą łatwością przychodzi mu klękać przed grobem bandytów z Brygady Świętokrzyskiej, zrównywać sędziów, których średnia wieku wynosi obecnie 41 lat, z sędziami – kolaborantami hitlerowskimi z okresu Francji Vichy, czy porównywać ich do sędziów stalinowskich. Pewnie obce jest mu nawet powiedzenie „robić z gęby cholewę”, bo jak inaczej wytłumaczyć, że ten niby wykształcony i sprawny w liczeniu pieniędzy gość potrafi porównać wielomiliardowe fundusze unijne do datków wystarczających do naprawy chodników, albo bierze udział i odgrywa pierwszoplanową rolę w cyrku z przybijaniem stępki, która nie jest stępką, pod prom, który nie istnieje, w stoczni, która nie nadaje się do budowy tego typu statków, wedle projektu, którego nie ma, a na koniec organizuje jeszcze „okrągły stół”, który jest w istocie prostokątny. Trafił się nam premier niezwykle inteligentny, ale inaczej. Nie zdziwcie się więc drodzy belfrzy, gdy usłyszycie (a pewnie usłyszycie nie raz), że to nie wy, a rząd odniósł zwycięstwo walcząc z wami „w obronie budżetu”. Zresztą ten premier nie jest jedynym oryginałem w trupie pana Kaczyńskiego – całkiem spora gromada obecnych prominentów sprawia wrażenie, że nie należeli do waszych najlepszych uczniów. Klaszcząc więc swojemu primus inter pares i wielbiąc go wzrokiem, mogą po prostu nie wiedzieć, kto to był Pyrrus i czym jest „pyrrusowe zwycięstwo”. Z głupoty się puszą.
To wy, „frontowi” wychowawcy i wychowawczynie, wykazaliście się odwagą i determinacją w obronie swych praw, a na koniec to wy, okazaliście miłość swym uczniom i poczucie odpowiedzialności za ich los. Bo cóż to byłaby za matura, gdyby, zgodnie z pomysłem premiera, o dopuszczeniu do niej decydował wskazany w trybie administracyjnym ktokolwiek bądź „wyznaczony przez organ prowadzący” – np. przez wójta. Niewykluczone, że w przyszłości sława „maturzysty Morawieckiego” ciągnęłaby się za Bogu ducha winnymi uczniami niczym zły duch „docenta marcowego”.

***

List czytelnika

Mam już 88 lat. Nastał czas wspomnień.
Uczyłem się w klasie pierwszej szkoły podstawowej. Zostałem schwytany za kołnierz przez ekonoma i postawiony przed groźnym obliczem właścicielki dworu z zrzutem rzucania kamieniami w dach rozlatującej się szopki – starej szkółki. Sąd w Górze Kalwarii wezwał ojca, który przedstawił zaświadczanie Kierownika nowej szkoły z Jazgarzewie, pana Stefana SIATKIEWICZA: ”Tolek nie umie rzucać kamieniami”. Nie umiałem, zostałem uniewinniony lecz był to przypadek, który zaważył na mojej przyszłości: poglądach lewicowych. Chwała mądremu nauczycielowi.
Po wojnie byłem wychowankiem domu wychowawczego dla sierot wojennych w Bierutowicach, t.zw. Szkoły Orląt Grunwaldzkich. Dyrektorem był pan Feliks BIELASIK, przed II wojna kierownik szkół w Tomaszowie Mazowieckim, w trakcie wojny kapitan Armii Andersa. Zarządził zebranie Rady Wychowanków gdyż, jak powiedział mi: „chodzą na jabłka”. Zebranie zwołałem, jąkając się przedstawiłem sprawę, na co mój kolega krzyknął: „Ty też chodzisz”. Dyrektor zamknął zebranie. Od tego czasu odnoszę wrażenie, że jestem przyzwoity a przynajmniej nie oskarżam nikogo.
Trzeci przypadek to ukoronowanie. Miałem 60 lat, na Mazurach w Wejsunach nocą chłopcy wyrwali mi sztachety, szesnaście. Rano sąsiedzi radzili donieść policji. Sąsiad – PRZYJACIEL, Roman MACOCH, emerytowany kierownik miejscowej wiejskiej szkoły, nauczyciel matematyki, syn zbieracza żywicy zdecydował, że on sprawę załatwi. Wezwał przechodzącego chłopca, jednego ze sprawców, do zreperowania płotu. I stało się: upłynęło 30 lat i ani jedna sztacheta nie była już wyrwana.
Tak uczyli mnie NAUCZYCIELE. Chwała IM.
Arkadiusz Inowolski

 

Walka trwa

Liberałom przestał podobać się strajk. W walce z komuną daliby się pokroić i strajkowaliby do śmierci. W walce pracowników przeciw PiS-owskiej degradacji oświaty i edukacji po 10 dniach wywieszają białą flagę i każą się rozejść by lansować się na zbawców przez wybory.
To nie jest żadna zdrada bo liberałowie z natury gardzą pracownikiem, jego prawem do samookreślenia, boją się jego podmiotowości, walczą przeciwko sile związków zawodowych i nie chcą żadnej większej społecznej mobilizacji, bo ta od razu ich delegitymizuje i obnaża ich głęboką hipokryzję.
Dla tej „opozycji” – tak samo jak dla PiSu – strajki budżetówki to zagrożenie. Nie da się jednocześnie zapewniać o wsparciu dla przywrócenia neoliberalnego porządku i gwarantować wszystkim podwyżki, których zwyczajnie samemu nie dawało się przez całe lata. Grozi to rozpadem własnego, głównie neoliberalnego, elektoratu i dlatego poparcie dla nauczycieli mogło być tylko pozorne.
Zachęceni przez strajk ZNP do strajku szykują się też pracownicy socjalni i potencjalnie inni… Jak Grzegorz Schetyna wypadłby w roli trybuna ludowego, jak libmedia przeżyłyby konieczność dalszego wspierania niezamożnych ludzi pracy w ich walce przeciwko systemowi i bogatym?
Nie przeżyłyby.
Niech więc nauczyciele ustawią się w kolejce i modlą do Schetyny, że jak już wygra wybory to coś im da. Niech uwierzą w gwarancje turboneoliberałów, że sami daliby podwyżki… tak jak nie dali podwyżek praktycznie całej budżetówce. Niech nauczyciele cieszą się, że w ogóle mogą głosować i uszanują „świętość” matur bo system potrzebuje świeżej-taniej siły roboczej i nie obchodzi go, że każe przy tym harować za grosze.
Całe wsparcie dla związkowców. Nie jesteście niczyim zakładnikiem.
Przerażające z perspektywy rządu musi być to, że nauczyciele (a w tym humaniści!) są jeszcze w ogóle komukolwiek potrzebni.
Czyż państwo kapitalistyczne nie miało być rajem programistów, przedsiębiorców i ścisłowców na etatach w korporacjach?

Czemu reszta po prostu nie siedzi cicho?

Jak to możliwe, że w XXI wieku pedagodzy mają jeszcze jakąkolwiek siłę sprawczą? Kto w ogóle pozwolił im rozdawać te matury i po co oni do tego? Dlaczego nie wykonują naszych rozkazów dla samej idei skoro i tak wszyscy widzą, że są warci najwyżej 30% tego, co kapitał płaci w sektorze prywatnym? Po co nam ci pseudomędrcy skoro tyle wydajemy na kościół?
Jak to możliwe, że budżetówka po prostu nie dziękuje, że żyje?
To wielki szok, że publiczne-społeczne przeciwstawia się prywatnemu i kapitalistycznemu. I owszem, były czasy, kiedy szkoły były tylko prywatne i w zasadzie niespecjalnie liczyły się w łańcuchu produkcji (wyzysku), nad którym kontrolę sprawowali właśnie kapitaliści. Ale te czasy na szczęście już minęły.
A system, gdzie obsługa wielkiego i najbardziej szkodliwego kapitału zarabia najwięcej i dyktuje wszystkim warunki, a sami właściciele są otoczeni największą czcią i opieką, to patologia.
To system zawłaszczania dla zawłaszczających.
Strajk jest naprawdę bardzo antysystemowy.

To władza gra dziećmi

„Rząd liczy, że pod naciskiem rodziców i jednak bardzo zdenerwowanych dzieciaków ugną się nauczyciele. Jeśli ktoś tu gra dziećmi, to twierdzę, że władza, MEN, rząd, a nie nauczyciele. To trzeba mocno podkreślać, a nauczycielom mocno kibicować” – twierdzi dr Ewa Pietrzyk-Zieniewicz, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Dziś 11 dzień strajku nauczycieli. Znamy skalę strajku, znamy też skalę jego poparcia. Dlaczego rząd ciągle nie chce porozumieć się z nauczycielami?
EWA PIETRZYK-ZIENIEWICZ: Wygląda na to, że rząd idzie na przeczekanie. Udało się przeprowadzić egzaminy gimnazjalne, udało się z ósmoklasistami i już obserwujemy, że niektóre grupy nauczycieli odstępują od twardego stawiania sprawy. Tłumaczą, że chcą być przy dzieciach podczas egzaminów, ale prawda jest też taka, że zwłaszcza w terenie bardzo wystraszeni są dyrektorzy szkół, który popierali na początku strajk nauczycieli, bo sami strajkować nie mogą. Dziś wygląda na to, że boją się konsekwencji, co nie wpływa dobrze na postawy strajkowe. Jednocześnie nauczyciele zdają sobie sprawę, że są pod ścianą, bo jeżeli teraz się wycofają, to prawdopodobnie podzielą los lekarzy rezydentów czy opiekunów osób niepełnosprawnych – na obietnicach się skończy.
Rząd na pewno boi się eskalacji, bo jeżeli da nauczycielom – wzorem policjantów, którzy przed 11 listopada masowo szli na zwolnienia – to przyjdą następne grupy: lekarze, opiekunowie, pracownicy sądów.
Tu jest jeszcze jedna bardzo brzydka spraw medialna; próbowano rozmyć protest, oglądając z bliska biografię prezesa ZNP, Sławomira Broniarza. To bardzo nieładne i trzeba tu jasno powiedzieć, że to nie pan Broniarz jest problemem, tylko 1000 złotych, których domagają się nauczyciele. Wszystko jedno, kto będzie negocjował w imieniu nauczycieli, bo to o podwyżki nauczycielom chodzi. To dwie różne sprawy, a przez takie działania tworzy się konflikt rozlany i za chwilę ludzie nie będą już wiedzieć, o co chodzi.

Rząd zarzuca związkom, że szantażują za pomocą dzieci, których biorą na zakładników. To skuteczna strategia?
Ale kto brał tych zakładników, skoro już tak stawia się sprawę, choć bardzo nie lubię tak na to patrzeć? To jednak rząd liczy, że pod naciskiem rodziców i jednak bardzo zdenerwowanych dzieciaków ugną się nauczyciele. Jeśli ktoś tu gra dziećmi, to twierdzę, że władza, MEN, rząd, a nie nauczyciele. To trzeba mocno podkreślać, a nauczycielom mocno kibicować. Tu obawiałabym się tylko o jedność grupy nauczycielskiej, bo to zaczyna trzeszczeć.

47 proc. popiera strajk nauczycieli, innego zdania jest 49 proc., czyli nauczyciele tracą już o kilka procent poparcie dla swoich działań.
Ale to ciągle jest pół na pół, i to było do przewidzenia. Tak jest skonstruowany człowiek, że popiera coś do momentu, gdy nie zaczyna mu to osobiście przeszkadzać, a na pewno są to nerwy dla rodziców i o dzieciaki, i przyszłość szkoły, kto będzie się opiekować dzieciakami, zwłaszcza młodszymi.
Tu trzeba dodać, że to powinno zostać jakoś zabezpieczone, bo wygląda na to, jakby ten strajk został przygotowany „na chybcika”. Powinny być przygotowane wcześniej placówki, świetlice, gdzie dzieci, szczególnie młodsze, będzie można odprowadzić, bo przypomnijmy, że i przedszkola strajkują. Z tą zmianą nastrojów społecznych trzeba się liczyć i myślę, że nauczyciele to robią, ale oni naprawdę są już pod ścianą.
Jeśli nauczyciele w tej chwili by ustąpili, to nie dostaną nic lub prawie nic, bo dodajmy, że podwyżka w wysokości 132 zł to jałmużna, która niczego nie zmienia. Niestety, nie prognozuję, aby czwartkowe rozmowy miały cokolwiek zmienić.
Mnie zastanawia jeszcze coś innego – wszyscy mówią o tym, że nie mają co zrobić z dziećmi, a nikt się nie martwi, że od 10 dni dzieciaki nie mają lekcji, czyli nie uczą się. Szkoła stała się przechowalnią?
Niestety, okazuje się, że szkoła jest tak postrzegana, ma pani rację, a to jest ogromne nieporozumienie. Szkoła nie jest świetlicą i tu powinno chodzić, przede wszystkim, o kwestie edukacyjne, a nie opiekuńcze. Dzieci nie są nauczane, powtórzeń do matur nie ma. To też można było zorganizować. Ja jestem z pokolenia, które znało różnego rodzaju „latające uniwersytety”. Sama chodziłam do mieszkania Jacka Kuronia na różnego typu dysputy o historii najnowszej, gdzie inaczej mnie oświecano, niż w szkole. Mamy zatem dobre wzory i szkoda, że różne grupy społeczne ich nie przejęły.
Dziś już jednak nie ma co gdybać, bo nauczycielom i panu Broniarzowi potrzebne jest wsparcie, a nie krytyka. Piłka jest niewątpliwie po stronie rządu.
Dziś słyszymy, że rząd wysłał plan konwergencji do Unii, więc rozumiem, że pan premier był tym zajęty, dlatego nie znalazł czasu dla nauczycieli, ale z tych propozycji rządu wynika, że będą miliardy dla budżetu. Nauczyciel jest wykształconym człowiekiem i liczyć umie i twierdzi, nie bez racji, że w skali kraju nie są to duże sumy, gdyby rząd chciał, to te pieniądze dla nauczycieli by były.
Dodajmy jeszcze, że władze bardzo prestiżowo podchodzą do sprawy – nie damy, bo nie mamy, a nauczyciele, to jednak posłannictwo i oni powinni się ugiąć. Przypominam tu słowa chociażby marszałka Senatu Stanisława Karczewskiego, że pracuje dla idei. Proponuję panu marszałkowi, po pierwsze, zacząć od siebie, a po drugie – to jakaś socjalistyczna utopia z lat 50.
Człowiek pracujący ma prawo domagać się takich apanaży, które pozwolą mu przeżyć godnie od pierwszego do pierwszego. Tu o nic więcej nauczycielom nie chodzi. Nie może być tak, że nauczyciel musi wybierać między kupnem książki a aspiryny, jak się przeziębi.
Powiedzmy jeszcze, że skoro to właśnie grupa nauczycielska musi dokonywać takich wyborów, to jest to nieprzyzwoitość, tym bardziej, że obecne władze mają bardzo patriotyczne nastawienie, może warto im zatem wywiesić transparent, że „taka będzie Rzeczpospolita, jakie młodzieży nauczanie”.

Prezes Kaczyński poinformował, że wysłał do liderów najważniejszy partii politycznych w Polsce projekt deklaracji dotyczący euro. „Chodzi o to, aby partie, łącznie z PiS, zagwarantowały, że w Polsce nie zostanie wprowadzone euro zanim nie osiągniemy rozwoju państw Zachodu” – oświadczył na konferencji. Złożył jeszcze życzenia wielkanocne, a o nauczycielach ani słowa.
Tu zgadzam się z prezesem, że to nie jest dobry czas na wprowadzanie euro, zobaczymy, co po wyborach; jak będzie wyglądać sam PE i polski Sejm.

Ale żadna partia opozycyjna nie ma w tej chwili postulatu wprowadzenia euro. To temat zastępczy?
Oczywiście, podobnie jak etos nauczycielski. To naprawdę spycha to środowisko do narożnika, to granie na emocjach i to zarówno społeczeństwa, jak i nauczycieli. To cynizm.
Rząd dzieli niczym car, jednym daje, innym nie, a sondaże dalej pokazują wysokie poparcie. PiS 38 proc., KO 35 proc. To sondaż dotyczący wyborów do PE, ale pokazuje poparcie partii w kraju. Skąd taki wynik?
Bo to rozdawnictwo rządowe wcale nie jest bez pomysłu. Daje się grupom, wśród których szuka się wyborców, elektoratu, bo te wybory rozstrzygnie zaledwie kilka procent. Środowisko nauczycielskie w skali kraju nie jest duże, podobnie jest zresztą z niepełnosprawnymi i lekarzami. Tutaj niewiele się ugra, nawet jeśli się te grupy zadowoli. PiS dofinansowuje, mówiąc brzydko, prowincję, ludzi mniej starannie wykształconych, bo to im się opłaca.
Dodajmy jeszcze, że ludzie głosują w części tak jak usłyszą z ambony, szczególnie nasza starsza generacja.
Proszę zauważyć, że właśnie emeryci dostać mają tzw. trzynastkę. Generalnie jestem za tym postulatem, bo emerytury w naszym kraju są haniebnie niskie, natomiast patrząc z perspektywy marketingowej, to nieważne, jakie one są, a w taki sposób PiS szuka głosów wyborczych.

Nie dajmy się dzielić

Strajk to nie są wybory i zabawa w przyjęcie dobroczynne. Oczekiwanie, że cały polski lud wybiegnie na ulice i 100 proc. społeczeństwa poprze strajkujących nauczycieli to naiwność.

Mamy w Polsce 30 lat agresywnej, klasistowskiej, kapitalistycznej ofensywy. Całe pokolenia wyhodowane w duchu neoliberalnego wyścigu szczurów i myślenia tylko o sobie, przeciwko innym i w obronie najbogatszych i ich majątków. Kapitalizm to walka klas, walka w obrębie klasy, to gra kapitału na nienawiści klasowej i szczucie na siebie biedaków i wyzyskiwanych.
W tych warunkach ponad 40 proc. poparcia dla strajku to cud!
To większe poparcie niż notuje obecny rząd.
A pracownicy mają prawo walczyć o podwyżki i o poprawę swych warunków pracy ZAWSZE, nawet wtedy, kiedy chcą tego tyko oni sami bo reszta woli akurat bronić majątków milionerów. Strajk to broń ludzi pracy – nie gala WOŚP-u i nieszkodliwe dla systemu zdjęcia na ściance. W tym wypadku nauczyciele walczą o cały system polskiej edukacji i o jego przyszłość.
To rząd nie dba o to, czy lekcje się odbędą i zależy mu tyko na testach, których „majestatem” szczuje opinię publiczną.
Nie dajmy się dzielić.
Ale nie miejmy też złudzeń.
Nie każdy od razu uwolni się z matriksa.

PiS zrobi wszystko, by rozbić opozycję

„Ludzie są przywiązani do wartości liberalnych czy tak zwanych wartości społeczeństwa otwartego, ale kiedy przychodzi do praw mniejszości, czy to imigrantów, czy mniejszości seksualnych, to już mniej je szanujemy” – mówi Justynie Koć (wiadomo.co) dr Jacek Kucharski, prezes Instytutu Spraw Publicznych.

JUSTYNA KOĆ: 52 proc. z nas popiera strajk nauczycieli, 43 jest przeciwnego zdania. Te wyniki prawie dokładnie pokrywają się z poparciem wyborczym dla partii rządzącej i opozycji. Jest pan zaskoczony takim wynikiem?
JACEK KUCHARCZYK: Nie jestem zaskoczony, bo badając od kilku lat opinie na różne kluczowe dla Polski aktualne tematy widzę, że ten schemat się generalnie powtarza. Te afiliacje polityczne stały się najsilniejszym de facto czynnikiem czy zmienną wyznaczającą różne podziały w społeczeństwie. Na ogół te podziały przebiegają właśnie w ten sposób, że widać silne różnice między zwolennikami PiS-u z jednej strony, czasem też Kukiza i innych partii prawicowych (choć one są na tyle małe, że z powodów technicznych nie można tych relacji dokładnie ustalić), a zwolennikami opozycji z drugiej, którzy mają przeciwstawną opinię. Z tych obserwacji widać, że poglądy opozycji na ogół są bliższe poglądom większości społeczeństwa. Tak jak w sondażu na temat strajku nauczycieli, w wielu innych kwestiach opinie zwolenników opozycji są bliższe opinii przeciętnego Polaka, niż opinie wyborców PiS-u. To pokazują na przykład badania dotyczące sporu polskich władz z Komisją Europejską na temat praworządności czy też taśm Kaczyńskiego i sprawy spółki Srebrna. Podsumowując, mamy podzielone społeczeństwo według klucza politycznego i na ogół zwolennicy PiS-u reprezentują opinię mniejszości społeczeństwa.

Jak to możliwe, że wyborcy PiS-u, partii tak bardzo grającej na strunie społecznej, nie popierają strajku nauczycieli?
Wyborcy PiS-u żyją w innym otoczeniu komunikacyjnym niż reszta badanych. Oni są jednak bardzo podatni na narrację partii, na którą głosują, z którą są w sprzężeniu komunikacyjnym. PiS zbudował takie kanały, zawłaszczając media publiczne, dotując różne prywatne media prorządowe czy wynajmując internetowych trolli. Zwolennicy PiS-u żyją w takiej bańce informacyjnej, gdzie podrzuca im się pewne interpretacje zdarzeń. W tym przypadku jest to narracja mówiąca o tym, że nauczyciele są nieodpowiedzialni, biorą dzieci na zakładników itp. Gdy dziwimy się, że przy różnych kontrowersyjnych sprawach – jak chociażby słynne dwie wieże Kaczyńskiego – zwolennicy PiS-u nie reagują jak większość Polek i Polaków, to moim zdaniem w dużej mierze jest to właśnie efekt komunikacji tych spraw przez propagandę w mediach prorządowych. Źródło informacji ma tu ogromne znaczenie, a PiS-owi udało się przekonać część społeczeństwa, że tylko informacje ze źródeł, które sprzyjają partii rządzącej, są wiarygodne.

Czy rząd nie przeliczył się w kwestii nauczycieli?
Tutaj rzeczywiście PiS ma przeciwko sobie większość, co prawda niewielką, bo 52 procent, ale biorąc pod uwagę, jak wielu osobom ten strajk może utrudnić życie, to poparcie jest jednak dość wysokie. Myślę, że rząd może czuć się nieprzyjemnie zaskoczony tym poparciem. Biorąc pod uwagę, że dziś wszystko ma kontekst wyborczy, bo de facto już toczy się podwójna kampania wyborcza, to obrót sprawy jest nienajlepszy dla PiS-u. Chociaż należy pamiętać, że prawie dla połowy badanych bliższe jest myślenie nt. strajku według propagandy partii rządowej.

Ta propaganda rzeczywiście robi, co może. W mediach publicznych przewodniczący ZNP jest niemal wcielonym szatanem, który wykorzystuje nauczycieli, sam pobiera pieniądze za strajk i oczywiście jest utajnionym członkiem Platformy.
To prawda, pewnie niedługo się dowiemy, że jego dziadek jest odpowiedzialny za zbrodnię katyńską, a przynajmniej był w Wehrmachcie. Myślę, że ta propaganda jest już bardzo mocno rozkręcona, także w Internecie, a wiadomo, że tam komunikacja jest jeszcze bardziej posegmentowana, niż tzw. tradycyjne media. To na pewno wzmacnia w zwolennikach PiS-u tę narrację.

Jak ocenia pan działanie rządu w sprawie strajku nauczycieli z punktu widzenia marketingu politycznego? Wicepremier Beata Szydło trzy razy przedstawia tę samą odrzuconą wcześniej propozycję podczas negocjacji, premier w wywiadzie mówi coś o okrągłym stole, ale po świętach. To nie wygląda poważnie.
Dla PiS-u wysłanie pani Szydło czy wystąpienia premiera Morawieckiego są skuteczniejsze, niż eksponowanie pani Zalewskiej. Zresztą schowanie jej to stary numer PiS-u, pamiętamy jak chowano Macierewicza czy samego prezesa w 2015 roku.
Jednak rzeczywiście gdyby założyć, że celem PiS-u jest przekonanie większości społeczeństwa, że rząd działa w obronie interesu publicznego, a nauczyciele są roszczeniowi, to słabo to na razie wygląda.
Zapewne to markowanie negocjacji też ma jakiś cel, pewnie w stylu: my oferujemy rozwiązania, a oni nie słuchają. Teraz już od odbiorcy informacji zależy, jak je zinterpretuje. Na pewno części osób nie będzie się chciało sprawdzać i to utrwali ten podział: sympatycy rządu będą twierdzić, że rząd prowadzi rozsądną politykę, a nauczyciele są motywowani politycznie, bo to też jest ulubiona forma narracji rządu. Polityka jest tylko dobra, kiedy prowadzi ją partia władzy, gdy robią to inni, na pewno mają niecne motywy, co zresztą w Polsce jest skuteczne, bo ludzie często reagują źle na politykę, a zaufanie do partii politycznych jest bardzo niskie. Gdyby chodziło o przekonanie części społeczeństwa, że rząd działa dobrze, to rzeczywiście to wygląda na działania przeciwskuteczne, natomiast dla własnego elektoratu partii rządzącej to wystarcza. PiS stosuje w przypadku nauczycieli to samo podejście, co w przypadku strajku rodziców osób niepełnosprawnych, czyli twarde podejście, dyskredytowanie protestujących i wszystkich, którzy ich popierają jako umotywowanych politycznie. Najważniejsze, aby nie utracić własnego elektoratu.
Ta polityka wydaje się o tyle skuteczna, że w poprzednich tego typu konfliktach elektorat PiS-u nie topniał. Ta 1/3 społeczeństwa trwa przy partii i zapewnia jej przewagę sondażową, która może przełożyć się na zwycięstwo w wyborach.

Przecież nie wygrywa się wyborów twardym elektoratem. PiS musi przekonać wyborców bardziej centrowych, a w ten sposób chyba im się to nie uda?
To jest oczywiście ryzykowana strategia, bo pamiętajmy, że w 2015 roku PiS musiał się pokazać jako partia umiaru i kompetencji po to, aby wygrać z PO. Myślę, że tutaj myślenie po stronie władzy zakłada, że łatwiej jest demotywować przeciwników, niż poszerzać własny elektorat.
Pamiętajmy, że na PiS w 2015 roku zagłosowało 18,6 proc. wszystkich uprawnionych wyborców, tylko przy frekwencji 50 proc. to dało ponad 37 proc. poparcia. Niecałe 19 proc. wystarczyło do wygrania PiS-owi przy rozproszonej i zdyskredytowanej opozycji. Dziś PiS ciągle przekonuje, że za nimi stroi większość narodu, ale tak naprawdę do pozostania u władzy PiS-owi wystarczy zmotywowana i zdeklarowana mniejszość plus słaba opozycja. Te dwa warunki wystarczą, aby rząd powtórzył sukces z 2015 roku.

Na razie opozycja zjednoczyła siły w Koalicji Europejskiej, dogadała się w kwestii programu, wystawienia jedynek.
Tak i już widać, że KE w sondażach wygląda zupełnie inaczej, niż poszczególne jej partie. Z punktu widzenia partii rządzącej to największe zagrożenie i będą robili wszystko, aby doprowadzić do jej rozbicia. Jedną z koncepcji jest przekonywanie, że ta koalicja jest za szeroka, że nie ma programu i to częściowo skuteczna taktyka, bo wielu komentatorów to podchwytuje. Anglosasi nazywają tego typu koalicje big tent, czyli polityka dużego namiotu, bo muszą się tam zmieścić różni wyborcy. W KE jest miejsce dla wyborców PSL, Nowoczesnej, a nawet Zielonych, którzy będą mieli często różne opinie na ważne kwestie polityczne. Dlatego KE łatwo jest krytykować za rzekomą niespójność programową.

Na razie KE przestawiła program, w którym udało się połączyć wartości wszystkich koalicjantów, a także poskromić ambicje poszczególnych polityków.
Moim zdaniem program KE jest bardziej spójny, niż można było oczekiwać. Nic dziwnego, że reakcje PiS-u są takie, jakie widzimy.
Z jednej strony, ponieważ koniunktura jest nie najgorsza, to sypie pieniędzmi, czego opozycja zrobić nie może. To dodatkowo stawia ją w trudnej sytuacji, bo czuje się zmuszona głosować za pomysłami rządu jak trzynasta emerytura, chociaż wiadomo, że to łapówka wyborcza (niezależnie od sensowności konkretnych rozwiązań). Z tego punktu widzenia to dla opozycji sytuacja lose-lose, czyli źle popierać i niedobrze krytykować. Po drugie, PiS akcentuje kwestie, które dzielą społeczeństwo niekoniecznie wzdłuż partyjnych linii, jak prawa mniejszości. Generalnie prawa mniejszości to miękkie podbrzusze demokracji, która jest rządami większości, ale przy poszanowaniu praw mniejszości. Jednak z prowadzonych ostatnio między innymi przez nasz Instytut badań wynika, że ludzie są przywiązani do wartości liberalnych, czy tak zwanych wartości społeczeństwa otwartego, jak wolność prasy, swoboda działania opozycji czy różnych organizacji społecznych, ale kiedy przychodzi do praw mniejszości, czy to imigrantów, czy mniejszości seksualnych, to już mniej je szanujemy. Gotowi jesteśmy na „przehandlowanie” praw mniejszości za dobrobyt gospodarczy czy bezpieczeństwo.

To niestety wykorzystują strategie populistyczne koncentrowania się na mniejszościach i mówienia, że elity polityczne działają w interesie tych mniejszości, a nie ogółu społeczeństwa. To niestety jest często skuteczna strategia. PiS też to próbuje robić, kiedyś w sprawie uchodźców, a teraz ogłaszając krucjatę „w obronie rodziny”, skierowaną przeciw prawom osób LGBT. Ta strategia może się okazać częściowo skuteczna, bo łączy program rozdawania pieniędzy z programem „bronimy rodzinę przed mniejszościami i genderem”. W środę była 9. rocznica katastrofy smoleńskiej i chyba pierwszy raz nie usłyszeliśmy od prezesa o dochodzeniu do prawdy, zdradzonych o świcie i wybuchu w samolocie. Dlaczego?
Moim zdaniem to zmiana punktu widzenia z powodu zmiany punktu siedzenia. Domaganie się oddania wraku od Rosjan czy umiędzynarodowienia śledztwa, które było wygodne dla PiS-u w czasach, gdy był w opozycji, teraz gdy rządzi, już wygodne nie jest. Zostaje zatem ta retoryka godnościowa, celowe mieszanie ofiar smoleńskich z ofiarami Katynia. To także klimat nacjonalistyczny, który napędza poparcie dla PiS-u i neutralizuje zagrożenie ze strony bardziej prawicowych partii. Zresztą tę ewolucję narracji smoleńskiej od obwiniania za katastrofę Putina do Tuska już widzieliśmy dawno. Teraz jest już w zasadzie tylko wróg wewnętrzny – opozycja – która rzekomo chce pozbawić Polaków siły i godności.
Pozostaje retoryka godnościowa w mętnym sosie patriotycznym, która najwyraźniej do części wyborców trafia.

Skutecznie?
Ta retoryka jest jednak dość skuteczna. Gdy wyjdziemy na miasto, to zobaczymy, ile samochodów obklejonych jest znakiem Polski Walczącej. PiS chciałby zmonopolizować patriotyzm przez tę narrację godnościową czy po prostu nacjonalistyczną i ksenofobiczną. To ta partia decyduje, kto jest prawdziwym Polakiem i spadkobiercą tego, co najlepsze w polskiej historii, a kto zdrajcą „niegodnym przynależności do narodu”. W tym sensie Smoleńsk trzyma się mocno, nawet gdy odrzucić teorie spiskowe o wybuchu w samolocie. Ta narracja gorszego i lepszego sortu pozostaje niezmienna od pierwszych dni po katastrofie, kiedy słyszeliśmy to po raz pierwszy, że zjednoczony naród oddawał hołd prezydentowi Kaczyńskiemu, którego wyszydzały złe elity.

Matury są zagrożone

„Zdajemy sobie sprawę, że za chwilę będzie jeszcze gorzej, że nasili się propaganda, że to wina nauczycieli, wina ZNP. Na ten moment, gdy pani mnie pyta wprost, to odpowiem, że matury są zagrożone, ale to, o czym mówię, powinno dotrzeć przede wszystkim do premiera rządu” – mówi wiceprzewodniczący Związku Nauczycielstwa Polskiego Krzysztof Baszczyński w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Pierwszy tydzień strajku nauczycieli za nami. Jaki to był tydzień dla związku i dla nauczycieli? Spodziewaliście się takiego rozwoju sytuacji ze strony rządu i takiego wsparcia ze strony obywateli?
KRZYSZTOF BASZCZYŃSKI: Nie spodziewaliśmy się takiego wsparcia, ale również nie zdawaliśmy sobie do końca sprawy, że może być tak ogromna determinacja środowiska, za co tylko możemy podziękować. Jestem przekonany, patrząc dziś już z pewnej perspektywy, że rząd nie docenił gniewu nauczycieli.
Wydawało się chyba tym, którzy dziś kreują politykę, że to są takie „strachy na Lachy”, a okazało się, że kiedy 7 kwietnia zostało podpisane porozumienie „Solidarności” z rządem, wkurzenie środowiska było jeszcze większe. Dziś na spotkaniu kierownictwa Związku odbyła się dyskusja także o tym. Wynika z niej wprost, że z każdym dniem przybywało nauczycieli i pracowników oświaty, którzy zadeklarowali wolę powalczenia o swoją godność. Dzisiejsza decyzja, że niczego nie zawiesiliśmy i nie przerwaliśmy strajku, świadczy o tym, że kierując się informacjami z poszczególnych województw, mailami, telefonami, decyzja mogła być tylko jedna – nie możemy zostawić naszych koleżanek i kolegów w placówkach. Strajk trwa mimo zbliżających się świąt.

Był pomysł, aby strajk zakończyć, przerwać?
Dyskusja była burzliwa i wynikały z niej różne scenariusze, ale proszę mi wierzyć, że stanowisko, które dziś zostało przyjęte, jest przełożeniem tego, jaka jest determinacja środowiska. My zrobiliśmy tylko to, czego chcieli moi koledzy i koleżanki nauczyciele. Natomiast brane pod uwagę były różne scenariusze, także takie, które z góry odrzucaliśmy, jak strajk okupacyjny czy rotacyjny. Takich działań nie będziemy rekomendować i wspierać.

Czy możemy oszacować, ilu strajkuje nauczycieli, którzy nie są zrzeszeni w żadnym związku?
Powiem tak, jeżeli w pierwszych dwóch dniach strajku udział w nim wzięło około 600 tys. nauczycieli, nas jest około 200 tys., nie wiem, ile jest w Forum, ale na pewno dużo mniej, to znaczy, że około połowa strajkujących to pracownicy, którzy nigdy do związku nie należeli.

Pamiętajmy, że rząd robi wszystko, aby osłabić wolę walki.
Nie mówię nawet o przetrzymaniu nas, bo przecież decyzję o strajku podejmują codziennie nauczyciele i pracownicy oświaty, ale ta fala hejtu, błota, która się na nas wylewa, chce się obrzydzić nasze środowisko i przeciwstawić je rodzicom i opinii publicznej, jest ogromna. Manifestacje, które odbywają się od wczoraj, to światełko dla nauczycieli, w którym uczestniczą rodzice, uczniowie i nauczyciele; to jest dla nas jak wiatr w żagle, tak samo jak dla tych, którzy są w szkołach i placówkach oświaty już 5. dzień.

Jak odniesiecie się do tego, co robi wobec nauczycieli rząd? Zastraszanie? Rząd jasno mówi, że za okres strajku nie będzie wypłacanych pieniędzy, były szkoły, do których wchodziła policja.
Niezależnie od tych ruchów, które robi rząd, żeby nas zastraszać, znieważać, to, czego nie rozumiemy, to fakt, że rząd nie chce z nami rozmawiać, chociaż cały czas opowiada, że porozumienie leży na stole i wystarczy je podpisać. To jest porozumienie rządu z „Solidarnością”, ale to przecież nauczyciele zdecydowali, że nie chcą takiego porozumienia.
Może powinno to dotrzeć do kreatorów polityki, także tej oświatowej, że propozycja, którą my składamy w imieniu środowiska, powinna być dyskutowana i rozpatrywana, a nie taki chocholi taniec, w którym uczestniczymy. Dzisiejsza prośba do premiera, że chcemy natychmiastowych rozmów z udziałem mediatora, jest dowodem na to, że my chcemy rozmawiać, ale nie na warunkach, które zostały zapisane w porozumieniu rządu z „Solidarnością”. Tego na pewno nie będziemy podpisywać.

Nauczyciele są zaskoczeni, że rząd, nawet znając już falę strajku, nie chce z wami usiąść do realnych rozmów? Rozsądek nakazywałby jednak podjęcie próby porozumienia, tym bardziej, że za kilka tygodni będą wybory.
Pod warunkiem, że jest ten rozsądek po stronie rządu, bo z tego, co widzimy, wynika, że rozsądku nie ma. My to często powtarzamy; weszliśmy w spór zbiorowy 10 stycznia, wierząc w to, że jest jeszcze czas na rozmowy. Tymczasem rozmowy zaczęły się 25 marca, kiedy były już znane wyniki referendum.
To świadczy o tym, że albo ktoś nie rozumie nastrojów środowiska, albo rzeczywiście dążył do zwarcia, bo ja inaczej nie potrafię tego ocenić.
Co z maturami?
Na ten moment, gdy pani mnie pyta wprost, to odpowiem, że matury są zagrożone, ale to, o czym mówię, powinno dotrzeć przede wszystkim do premiera rządu. Jeżeli moje koleżanki i koledzy, bo to w ich rękach leży decyzja, podtrzymają swoje dotychczasowe stanowiska, to sytuacja może być bardzo niebezpieczna. Natomiast to też nie może być tak, że rząd przygotowuje zmiany w zakresie zmian ustawy, która dopuszczałaby do egzaminu maturalnego każdego ucznia, bez względu na wyniki, a o takim scenariuszu pisała prasa. To jest całkowite popsucie systemu.
Jeżeli na coś takiego rząd by się zdecydował, to będzie to ogromy skandal i niezrozumienie tego, co się dzieje, bo nie można psuć systemu. Zdajemy sobie sprawę, że za chwilę będzie jeszcze gorzej, że nasili się propaganda, że to wina nauczycieli, wina ZNP. Tylko my mówimy o tym od dłuższego czasu, jeżeli ktoś tego nie słyszy i idzie na przeczekanie, to w efekcie mamy dziś bardzo poważny problem, który może stanąć przed rządem, nauczycielami, uczniami i rodzicami. Chyba nikomu to nie jest potrzebne.

Zaapelowaliście o natychmiastowe rozmowy z mediatorem – to kolejne wyciągnięcie ręki do rządu. Dojdzie do rozmów?
To prawda, że to kolejne wyciągnięcie ręki – przecież 3 dni temu napisaliśmy do pani premier o rozmowy w czwartek, czyli wczoraj. Bez żadnej reakcji, a właściwie z reakcją tą samą, że przecież porozumienie jest na stole, podpiszcie. Ta uchwała to pierwsze zwrócenie się wprost do rządu z żądaniem o rozmowy przy udziale mediatora, bo sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana.
Nie określamy, kim ma być mediator, nie stawiamy tu żadnych warunków, ale rząd nie może udawać, że nas nie ma.

Liczycie, że rząd wysłucha tej prośby, czy dopiero po świętach będzie chciał rozmawiać przy okrągłym stole?
Dyskutowaliśmy też o tym dzisiaj. Proszę pamiętać, że okrągły stół dotyczyć ma też innych, równie ważnych zagadnień, dotyczących systemy oświaty, w tym programów nauczania itd. Tam na pewno nie będzie dyskusji o tym, czego dotyczy spór zbiorowy, bo trudno, żeby z udziałem państwa Elbanowskich, różnych stowarzyszeń, rozmawiać o takim problemie.
Okrągły stół, jak rozumiem, ma mówić o przyszłości oświaty, a nie o rozwiązaniu dzisiejszego problemu.

Pojawiają się głosy, że rząd chce was wziąć na przetrzymanie, a potem obarczyć was winą za chaos w szkole wywołany reformą pani Zalewskiej. Bierzecie pod uwagę taki scenariusz?
Zdajemy sobie z tego sprawę, ale ja jeszcze raz powtórzę, decyzja leży w rękach moich koleżanek i kolegów, a my ich nie zostawimy. Tak samo jak decyzja, jak długo będzie trwał strajk i czy matury się odbędą. To nie zarząd związku w Warszawie podejmuje decyzje, co będzie dalej, tylko poszczególni nauczyciele w szkołach, ale jak długo oni będą strajkować, tak długo będziemy przy nich, z nimi.

Milczenie premiera to policzek dla nauczycieli

„Premier milczy i to jest kolejny policzek dla środowiska, bo premier z wielką werwą zajmuje się trzodą, bydłem i tucznikami, a milczy kompletnie w sytuacji niezwykle palącej dla 700 tys. nauczycieli i wobec uczniów” – mówi posłanka Krystyna Łybacka w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Kolejne spotkanie w Centrum „Dialog” nauczycieli z rządem bez rezultatu. Obie strony deklarują, że są gotowe do rozmów, ale wicepremier Szydło jeszcze przed ich rozpoczęciem zapowiedziała, że nie ma żadnej nowej oferty od rządu. Po co zatem to spotkanie?
KRYSTYNA ŁYBACKA: Rzeczywiście to pytanie jest zasadne, ale jednocześnie bardzo otwarte, tym bardziej, że propozycja rządu, która została przedstawiona w piątek, mówiąca o tym, że do 2023 roku będą podwyżki, ale połączone ze zmianą pensum, jest propozycją, która tak naprawdę obraża nauczycieli. Podam jeden przykład, niezwykle ważny w całej nauczycielskiej grupie: zaledwie 7 proc. nauczycieli to stażyści. To niezwykle groźna sytuacja, bo tak niewielka liczba młodych nauczycieli nie zapewnia naturalnej odnowy zawodowej, ale również każe zastanowić się, dlaczego młodzi ludzie nie chcą do tego zawodu pójść. Stażysta dostaje w tej chwili brutto 2500 tys., mając pensum 18 godzin. Bedzie dostawał 750 zł więcej, czyli 3250, ale z pensum 24. W tej chwili przy tym pensum godzina pracy stażysty wynosi 34 zł i 7 gr. Przy nowym pensum i nowym wynagrodzeniu według propozycji rządu to będzie 32,50 zł, a więc mniej. Czy to jest propozycja poważna w tak trudnej sytuacji, która jest właściwie pożarem? Domyślam się, że rząd czekał do poniedziałku, żeby przekonać się, jaka jest skala determinacji nauczycieli i jak ten protest będzie wyglądać. Mówiąc krótko, liczył na to, że być może tylko jakaś część placówek będzie strajkować, udało się z protestu wyłączyć „Solidarność”, tymczasem okazało się, że nastąpiło nowe zjawisko, chyba jedyne pozytywne w całym tym bardzo złym momencie – absolutna integracja środowiska. Wczoraj, tu w Poznaniu, nie było żadnej różnicy, czy ktoś jest z „Solidarności”, czy z OPZZ, czy ZNP, czy niezrzeszony. Strajkowało ponad 80 proc. szkół ramię w ramię. Wczoraj rząd otrzymał odpowiedź na swoje oczekiwania co do skali i chcę przekazać rządowi, że czasami ktoś zdesperowany ma ogromny zapas sił, a taka jest dziś sytuacja nauczycieli.

Dotknęła pani ważnego aspektu, o którym mówi się coraz częściej przy okazji tego strajku, że czas aby zastanowić się, jak ma wyglądać oświata w XXI wieku i jaką rolę ma w niej do spełnienia nauczyciel, ale najpierw chciałabym zapytać, czy rząd nie dąży do konfliktu z nauczycielami i eskalacji strajku, bo chce nauczycieli obciążyć chaosem wywołanym przez tzw. reformę edukacji minister Zalewskiej?
To chyba nie jest już nawet hipoteza, bo zachowanie rządu zdaje się to potwierdzać. Rząd z jednej strony liczył, że skala protestu będzie mniejsza, z drugiej przecież rozpoczął ogromną akcję skonfliktowania nauczycieli i rodziców. Przecież szkoła, jeżeli ma działać dobrze, musi być triadą: rodzice, nauczyciele, dzieci. Jakikolwiek wyłom w tej trójce powoduje zaburzenie w działaniu szkoły. To jest drugi element, którzy rządowi się nie sprawdził w założeniach, bo większość rodziców, przy ogromnych kłopotach, jakie niesie za sobą ta sytuacja, jednak wyraża solidarność i wsparcie dla nauczycieli. Także znacząca cześć uczniów, którzy potrafią już samodzielnie myśleć, wie doskonale, że ich nauczyciele zarabiają za mało. Dziś słyszałam o sytuacji, że w jednej z warszawskich szkół jest klasa tzw. legionistów – młodych trampkarzy, czyli piłkarzy Legii. Oni już mają drobne kontrakty klubowe, uczestniczą w rozgrywkach, część z nich nawet w młodzieżowych meczach, i proszę sobie wyobrazić, że zarabiają więcej, niż ich nauczyciele. Jak ma się czuć nauczyciel? To też dowodzi, jak bardzo niedofinansowana jest ta grupa, czy wręcz upokarzana.
Przede wszystkim nie brano pod uwagę głosów nauczycieli, gdy wprowadzano reformę, a przestrzegali oni przed kumulacją roczników, przed zbyt pośpiesznie skonstruowaną podstawą programową, przestrzegali przed przepełnionym programem. To są też problemy, z którymi zmagają się rodzice. Zatem skala protestu i emocji, która występuje, to nie jest tylko kwestia podwyżek, tylko traktowania całego środowiska przez rządzących.
Wracając do pani pytania, czy nie powinniśmy dyskutować szerzej o oświacie w Polsce. Oczywiście, że powinniśmy. Ja od co najmniej 10 lat apeluję o edukacyjny okrągły stół. Myślę, że takim animatorem mógłby być prezydent, oczywiście pozbawiony barw partyjnych. Niech usiądą przy nim nauczyciele, naukowcy, eksperci, politycy, rodzicie i wydyskutujmy na kilkanaście, a najlepiej i więcej lat model naszej edukacji. On oczywiście będzie musiał ulegać korektom, bo życie jest dynamiczne, a szkoła nie może być wyizolowana, ale zasadnicze zręby systemu ustalmy razem. Nauczyciel musi wiedzieć, że jak się zmienia rząd i minister, to nagle nie zmienia się wszystko w oświacie.

Czy zatem prezydent Andrzej Duda mógłby taki okrągły stół oświaty zorganizować?
Bardzo bym sobie tego życzyła i bardzo bym chciała, żeby go było stać na coś takiego, ale słyszałam wczoraj pewną ekwilibrystykę z ust pana prezydenta, który powiedział, że wspiera nauczycieli, ale każe im pracować za obecną pensję, więc niekoniecznie taka postawa upoważnia go do zwołania takiego okrągłego stołu. Po cichu liczę na małżonkę pana prezydenta, w końcu z zawodu to nauczyciel.

Jak ocenia pani pomysł mediatora? ZNP zaproponował RPO, ale wiadomo, że Adam Bodnar stoi „kością w gardle” rządzącej większości, więc chyba ten pomysł nie przejdzie. Ale czy mediator mógłby pomóc?
Myślę, że to dobry pomysł, bo w sytuacjach trudnych, które wymagają gaszenia pożarów, a z taką mamy do czynienia, wejście mediatora jest zawsze pozytywne. Pytanie jest tylko jedno, a próba poszukania odpowiedzi na to pytanie prowadzi nas do bardzo trudnej i smutnej konstatacji. Mediatorem powinna zostać osoba, która cieszy się powszechnym autorytetem. Proszę zobaczyć, jaką mamy scenę polityczną, na której bardzo trudno jest znaleźć osobę, która cieszy się niekwestionowanym autorytetem, której nie będzie się próbować przypisać afiliacji takiej czy innej opcji politycznej i która będzie gwarantowała, że dwie strony będą mogły porozumieć się. W tym kontekście bardzo mnie martwi milczenie premiera, bo premier ma na razie czystą kartę, bo nie włączał się w te rozmowy. Na miejscu premiera pokazałabym, że potrafię taki konflikt rozwiązać; usiadłabym do stołu i próbowała osiągnąć kompromis, bo to zawsze jest niezbędne w takich sytuacjach.
Premier powinien zaproponować, aby strony spotkały się, może nie w połowie, bo na to nie pójdzie strona związkowa, ale powiedzmy w 3/4 drogi i potem dalej pracowali nad systemem.
Premier milczy i to jest kolejny policzek dla środowiska, bo premier z wielką werwą zajmuje się trzodą, bydłem i tucznikami, a milczy kompletnie w sytuacji, która dotyczy 700 tys. nauczycieli i kilkunastu milionów uczniów.

Dlaczego rząd nie chce dać 1000 zł nauczycielom? Rozumie to pani?
To już nawet nie jest kwestia 1000, bo nauczyciele już 3 razy łagodzili swoje postulaty. Teraz to już tylko 960 zł tylko dla nauczycieli dyplomowanych i to w dwóch transzach. Naprawdę związki ustąpiły już ze swojego pierwotnego stanowiska i pokazały chęć do kompromisu. Mogę jeszcze zrozumieć, że rząd trwał w uporze do poniedziałku, ale gdy poznał skalę protestu, powinien zrozumieć, że nie ma już czasu na igranie z tym środowiskiem.

Rząd znajduje pieniądze na kolejne „piątki”, a dla nauczycieli nie…
Te kolejne „piątki” skomentuję w ten sposób: piątka Kaczyńskiego, piątka Morawieckiego i jedynka nauczycieli dla rządu.
(…)
Wiem, że dyrektorzy stają na przysłowiowej głowie czy rzęsach, żeby zagwarantować komisję. Najczęściej sięgają po katechetów bądź emerytowanych nauczycieli, więc zobaczymy, jak to będzie. Na tę chwilę ogromny apel do premiera – proszę nie lekceważyć tej sytuacji.
Czekają nas bardzo trudne dni. Miarą odpowiedzialności rządzących jest być może powiedzenie, że nie dostrzegliśmy w porę problemu, może przeoczyliśmy coś, ale dla nas najważniejsi są nasi uczniowie, dostrzegamy również problemy rodziców, szanujemy nauczycieli, w związku z tym nie jest wstydem przyznać się do błędu. Głupotą jest w błędzie trwać.

Okrągły, lecz pusty

W Polsce Ludowej władza płaciła strajkującym za czas ich strajków.

Głodem i nienawiścią rząd pana prezesa Kaczyńskiego chce zgasić strajk polskich nauczycieli.
Na razie udało się administracji rządowej obejść strajkujących prawnym fortelem i przeprowadzić egzaminy gimnazjalne. Ten łamistrajkowy obowiązek rząd zrzucił na kuratorów i dyrektorów szkół. Ci skutecznie znaleźli zamienników do komisji egzaminacyjnych, zwykle spośród emerytowanych nauczycieli i kadry urzędniczej. Wśród osób znajomych, zaprzyjaźnionych, z poczuciem lojalności wobec swych przełożony. I choć wielu z zamienników zgadza się z postulatami strajkujących, to nie chcieli przełożonym odmówić. Nawet za cenę przyszłego bojkotu towarzyskiego ze strony strajkujących przyjaciół i znajomych.
Rząd wygrał ze strajkującymi egzaminacyjną rundę, ale za cenę dodatkowych podziałów w środowisku nauczycielskim. Temu rządowi to w graj, bo władza PiS opiera się na antagonizowaniu jednych środowisk z drugimi. Na kreowaniu wrogów Narodu. Poza tym, to nie ten rząd będzie niwelował rozgrzane nienawiści społeczne. Za koszty skonfliktowania swego środowiska zapłacą nauczyciele. Zapłacą kolejne pokolenia dzieci i ich rodziców.
Strajkujący nauczyciele przegrali pierwszą rundę, ale do powalenia ich na deski jeszcze daleko. Teraz pan premier Morawiecki będzie brał strajkujących głodem. Szantażem zmuszał ich do przerwania strajku. Grożąc, że ta władza nie wypłaci pensji strajkującym za ich godziny przestojów w pracy.
Ta sama władza od lat prowadzi politykę historyczną zohydzającą okres Polski Ludowej. Dziś można różnie oceniać władze Polski Ludowej, ich stosunek do „nieuzasadnionych przerw w pracy”. Tak często tamta władza nazywała ówczesne strajki. Nielegalne w świetle obowiązującego wtedy prawa. Jednak tamta władza za „nieuzasadnione przerwy w pracy” zawsze strajkującym płaciła.

Po prostu jesteśmy razem

Kinga (imię zmienione) od trzech lat pracuje na pół etatu w świetlicy szkoły podstawowej na peryferiach Opola.  Z wykształcenia jest nauczycielką wychowania fizycznego. Portalowi Strajk opowiada, dlaczego całym sercem popiera strajk środowiska nauczycielskiego. W jej szkole za strajkiem opowiedziało się 98 proc. głosujących.

Dlaczego została Pani nauczycielką?
Miałam być fizjoterapeutką, ale starając się o przyjęcie na studia dostałam się na dwa kierunki. Gdy przyszedł moment podjęcia decyzji, bez zastanowienia zrezygnowałam z fizjoterapii i zapisałam się na wychowanie fizyczne. Nie potrafię tego wyjaśnić, miałam takie przeczucie.

Nigdy Pani nie żałowała?
Nigdy! Ta praca to dla mnie satysfakcja i spokój. Jestem w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu. Bo to nie jest tak, że tylko ja uczę czegoś dzieci – ja również uczę się od nich. Przy dzieciach odpoczywam psychicznie.
Dzieci od razu wyłapują fałsz, nie potrafią kłamać. Nic im nie umknie. Są też bardzo wyrozumiałe. Życzę niektórym dorosłym takiej klasy i zachowania w niektórych sytuacjach, jak u dzieci. Od trzech lat nie wyobrażam sobie, bym miała przestać być nauczycielką. Będę chciała udowodnić, że zasługuję na zatrudnienie na stałe, ale co życie pokaże, to zobaczymy. W życiu dorabiałam sobie w wielu miejscach, w hurtowni części samochodowych, sklepach itp. Poradzę sobie. Szkoda by było jednak tych pięciu lat studiów.

Nauczyciel to zawód z misją do tego stopnia, że zdaniem niektórych ta misja ma wręcz zastąpić warunki pracy i podwyżki. Czy widzi Pani to poczucie misji w swoim otoczeniu? Czy sama je Pani czuje?
Tak. Wszyscy musimy uczęszczać do Miejskiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli na obowiązkowe kursy dokształcające. I tam działa coś takiego, jak Klub Nauczyciela. To, co zobaczyłam w tym klubie, kompletnie odwróciło mi obraz nauczycieli. Spotkałam niesamowitych ludzi z pasją, którzy organizują szkolenia po godzinach, urządzają rozmaite akcje, projekty i innowacje. Oni żyją tym wszystkim.
Żeby trzymać się pracy w szkole, trzeba mieć charakter. Trzeba mieć w sobie sporo determinacji. Jest wielu młodych, którzy mają pojęcie, chęci i są wspaniałymi ludźmi prywatnie i zawodowo – warto na nich patrzeć i czerpać z nich przykład. Niektórzy się boją, niektórzy pracują na pokaz, ale większość to ludzie z podejściem, z misją – może nie taką, która naprawi świat, ale chociaż uczyni to, co lokalne, trochę lepszym.

Ale nie zawsze taki był Pani obraz nauczycieli?
Miałam inne zdanie, gdy nie pracowałam jako nauczycielka.
Oczywiście, jak w każdym zawodzie są też rutyniarze – tacy, którzy wiele rzeczy się naoglądali i już tylko liczą dni do emerytury. Wydaje mi się, że powinniśmy im ładnie podziękować i zrobić miejsce młodym. Oświata będzie inaczej wyglądała, jeśli wkroczy do niej świeży powiew. A tu jest coraz gorzej – jestem nauczycielką kontraktową i wydłużono mi ścieżkę awansu zawodowego. Aby wejść na kolejny stopień i zbliżyć się do 3000 zł, musiałabym przepracować około 10 lat.

A ile Pani dziś zarabia?
970 zł na rękę za pół etatu. Teraz była drobna podwyżka. Przyznano mi dodatek motywacyjny, który dostałam po dwóch latach pracy.
Nie wiem, skąd niektórym ludziom biorą się te niesamowite kwoty, które rzekomo zarabiamy. W mojej szkole dyrektorka ze wszystkimi dodatkami zarabia może maksymalnie 6000 zł, a prowadzi do tego jeszcze jeden przedmiot i ma wysługę lat.

To przez niskie pensje popiera Pani strajk?
Nie chodzi tylko o podwyżki. Osobiście walczę o wszystko: o zniesienie oceny nauczyciela przez dyrektora, o zmiany w programie nauczania, który uważam za bzdurny. Moje koleżanki czasem nie dowierzają w to, co widzą – w wielu przypadkach nie ma to nic wspólnego z nauczaniem.
Wspieram też strajk dlatego, że moja szkoła to świetne miejsce i robię to dla niej. A jednocześnie czuję, że nie ma już szacunku do nauczycieli. Byli uczniowie nie mówią już nawet nauczycielom „dzień dobry”.
W Pani szkole za strajkiem było 98 proc. głosujących nauczycielek i nauczycieli.
Byłoby 100 proc., ale jedna osoba się wstrzymała i jedna osoba błędnie wypełniła kartę. Taka solidarność napawa nadzieją.

Czuje Pani wokół siebie wzburzenie środowiska?
Tak. Do czego to dzisiaj doszło? Rząd nagle straszy społeczeństwo nauczycielami, to jest nie do pomyślenia. Ja się nie boję tego, że nie dostaję 300 zł podwyżki, mnie bardziej martwi to, co się dzieje między ludźmi, jak skaczą sobie do gardeł.
Na to wszystko idzie przykład z góry. To, co ten rząd wyprawia, woła o pomstę do nieba. Są pieniądze na głupoty, a nie ma na oświatę? W jakim my kraju żyjemy?

Przeciwnicy strajku zarzucają wam, że nie chodzi o żadną poprawę losu nauczycieli, tylko o zwykłe dokopanie PiS-owi?
Absolutnie nie! Ludzie już się w końcu wkurzyli, są naprawdę wściekli. Tu chodzi o prestiż tego zawodu. Nauczyciele chcą robić coś więcej, a nie tylko przeżyć. To nie jest tak, że nauczyciel siedzi 20 lat i nic nie robi. To bzdura.
Nawet jeśli ktoś nie czuje takiej potrzeby i sam się nie dokształca, i tak jest dużo obowiązkowych kursów czy szkoleń organizowanych przez dyrekcję. Szkoła cały czas nam przypomina o tym, że kształcimy się przez całe życie.

PiS sugeruje, że wielu nauczycieli jest pod wpływem ostrej retoryki szefa Związku Nauczycielstwa Polskiego, Sławomira Broniarza, i to jego obarcza odpowiedzialnością za strajk. Jemu samemu z kolei przypisuje współpracę z tzw. totalną opozycją.
Ja nawet nie należę do związku zawodowego. Każdy z nas ma oczy i widzi, co się dzieje. Nie jesteśmy głupi. Nauczyciele to nie jest armia zombie, która pójdzie za jednym człowiekiem. To są ludzie wykształceni i obyci. Chcą protestować, bo potrafią ocenić należycie swoją sytuację, nie dlatego, że ktoś im podyktował, co myśleć i robić.

Rząd mówi też, że bierzecie za zakładników dzieci. Czy uważa Pani za etyczne, że strajkujecie w trakcie egzaminów?
Potrafiliśmy przez tyle lat zaciskać zęby, to rodzice na ten moment też będą mogli. To jest taka propaganda, gdy rząd straszy rodziców nauczycielami. Że niby dzieciom przez nauczycieli dzieje się krzywda? To jest po prostu cyrk i nieprawda.
Jak myślę o tych głosach rodziców, którzy mówią, że nie mają co zrobić z dziećmi… Trochę szacunku do siebie. Dzieci nie są żadnymi zakładnikami i przeżyją. Jak rodzice mają podrzucić dziecko na weekend dziadkom, to nie ma problemu, prawda? A jak Jasiu dostaje trójkę, to już jest alarm na całą szkołę.

To co powiedziałaby Pani dziś rodzicom?
Rozmawiamy z nimi na bieżąco. Tłumaczymy sytuację. Część rodziców, i to mnie najbardziej cieszy, bardzo nas wspiera.

Duża część?
Pracuję w świetlicy, więc nie wiem do końca, ale rodzice często mnie zagadują. Pytają nas, jak prywatnie się odnosimy do strajku. Tłumaczymy, że w godzinach pracy będziemy obecni, ale nie będziemy podejmować obowiązków.

A jak do tego wszystkiego odnoszą się dzieci?
Dzieci z podstawówki też nie wszystko jeszcze rozumieją, ale mniej więcej się orientują w tym, co się dzieje dookoła. Nie do końca jest tak, że jest euforia, bo nie będzie lekcji. U mnie w szkole sporo dzieciaków jednak nie do końca się cieszy z faktu, że przez jakiś tam czas nie będzie pani Ewy czy pani Ani, a także kolegów i koleżanek ze szkoły.

A co z innymi grupami zawodowymi w szkole? Są po stronie nauczycieli?
Tak, jak najbardziej. Uważam, że im się też podwyżka należy. Trochę się uśmiecham, bo często jest tak, że sprzątaczki wiedzą o rodzicach nawet więcej niż dyrekcja.

No dobrze, ale czy sytuacja nauczycieli naprawdę jest taka zła? Co odpowiada Pani ludziom, którzy twierdzą, że pracujecie niewiele godzin, macie wolne przez całe wakacje i na dodatek chroni Was Karta Nauczyciela.
To jest nieprawda. Niby to jest 18 godzin, ale tak naprawdę to o wiele więcej. W ostatnią środę na przykład były dni otwarte i trzeba było przystroić salę. Nauczycielki skończyły o 13:00, a później siedziały kilka godzin po pracy przez kilka dni z rzędu. Takich dni w ciągu roku szkolnego jest o wiele więcej. Powitanie wiosny, święta majowe, akademie – kto to wszystko przygotowuje, organizuje? Nauczyciele, przecież nie dzieci.
Poza tym w innym zawodzie mogłabym się z kimś zamienić i mieć wolne wtedy, kiedy chcę, jak np. znajdę tani wylot na Majorkę. U nas to tak nie wygląda. Muszę odpoczywać w konkretnym terminie, w szczycie sezonu, wydając więcej.

Jakie są nastroje przed strajkiem?
W szkole na co dzień są różni ludzie, jak w każdym innym zawodzie… Mam dużo znajomych, którzy pracują w innych szkołach, nauczyciele porozumiewają się też na grupie zamkniętej na Facebooku. Solidarnie się wszyscy organizujemy. Nie spodziewałam się takiego wysokiego wyniku w moim miejscu pracy, że aż 98 proc.
Po prostu jesteśmy razem.