POPiS bis?

Nie milkną komentarze po 3-cio majowym wystąpieniu DonaldaTuska na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie był gościem uczelni oraz miesięcznika „Liberté!”.

Dla mnie nie ulega wątpliwości, że wystąpieniem tym Tusk rozpoczął swoją kampanię wyborczą na urząd Prezydenta RP. Wystąpienie Przewodniczącego Rady Europejskiej było bardzo starannie przemyślane. Tusk, werbalnie i behawioralnie zdystansował się od partii politycznych i komitetów wyborczych zawiązanych w związku z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Nie przytulił nawet Platformy Obywatelskiej. Żadnej partii przy tym nie skrytykował ani nie pochwalił. Nut krytyki można się było dopatrzeć tylko pod ogólnym adresem tych, którzy „na co dzień obchodzą Konstytucję”. Jak przystało na przyszłą głowę państwa i prezydenta wszystkich Polaków przedstawił się Tusk jako gorący orędownik zgody ponad podziałami. W swoim wystąpieniu zawarł adresy zarówno do wyborców PiS, PO jak i PSL. Tusk nie zawahał się również sięgnąć do lewicowych akcentów, zaprzęgając do swojego wyborczego rydwanu byłego zadeklarowanego trockistę, a na starość socjalistę – zmarłego niedawno profesora Karola Modzelewskiego.
Nie mogła ujść uwagi cała fraza o misji Unii Europejskiej obrony cywilizacji euro-atlantyckiej i jej historycznego dorobku, a w tym, kontekście o bezalternatywności dla sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. I tutaj zasadnicza uwaga krytyczna. Kto jak kto, ale Przewodniczący Unii Europejskiej powinien być świadomy dwóch kwestii. Pierwsza to ta, że wspólnie z kimś można bronić czegoś tylko wtedy, gdy ten ktoś również uzna to za swoją misję. Czy Stany Zjednoczone pod przywództwem Donalda Trumpa również za swój priorytet stawiają sobie ochronę cywilizacji europejskiej? Póki co ich priorytetem jest stawiani zasieków na granicy – co z kulturą i tradycją Europy ma wspólnego niewiele. To znaczy ma coś wspólnego, ale raczej z najczarniejszymi kartami europejskiej historii. Drugą kwestią, która wymagała zauważenia przez Przewodniczącego Tuska to rzeczywiste intencje Trumpa w stosunku do samej Unii. Słowne deklaracje są ważne, ale ważniejsze są czyny. Trudno uznać, że Tusk nie wiedział o wrogich względem Unii działaniach przyjaciela Trumpa i jednego z głównych sponsorów jego kampanii wyborczej – Roberta Merciera. Opinie o tym, że działania Merciera i jego spółek w Wielkiej Brytanii wspierające Brexit przez manipulowanie opinią publiczną zadecydowały o wynikach brytyjskiego referendum są coraz powszechniejsze. Słusznie podnosząc kwestię potencjalnych zagrożeń dla człowieka jakie niesie ze sobą sztuczna inteligencja Tusk odwołał się do eksperymentów chińskich, chociaż pod nosem niemal, bo tylko przez Kanał La Manche, miał europejski przykład szkody, jaką europejskiej doktrynie społeczeństwa obywatelskiego i demokracji parlamentarnej wyrządził import sztucznej inteligencji z USA. Trudno też nie dostrzec entuzjazmu, z jakim Trump zapałał do polskiej (sic!) idei „międzymorza”, obiektywnie skierowanej przeciwko jedności Unii Europejskiej. Podobnych przykładów realpolitik Trumpa względem Unii można mnożyć.
Można więc było oczekiwać, że w wystąpieniu Przewodniczącego Rady Europejskiej znajdzie się apel do USA o wspólny front. Nic z tych rzeczy. Zamiast tego wiernopoddańcza, jednostronna deklaracja pod adresem Trumpa, którą nie można inaczej odbierać jak zapewnienie, że Donald Tusk, jako Prezydent Polski, równie dobrze dbać będzie o stosunki z USA jak rząd PiS i pisowski Prezydent.
Wskazując na ekologię (trywializacja tego problemu do kwestii smogu to inna sprawa) i sztuczną inteligencję jako najważniejsze wyzwania, Donald Tusk nie odniósł się do zagrożeń jakie polskiemu społeczeństwu obywatelskiemu niesie postępująca klerykalizacja Polski, bezprzykładne i antykonstytucyjne przekształcanie naszego państwa w państwo wyznaniowe. Kaczyński, którego wizja, że „każdy będzie musiał zaakceptować chrześcijaństwo” wprawiła niedawno w osłupienie światową, postępową opinię publiczną, niemal nazajutrz po wystąpieniu Tuska zagrzmiał, że „ kto podnosi rękę na Kościół, podnosi rękę na Polskę”. Zwracam uwagę: na Kościół, nie na wiarę katolicką. Na szczęście kwestia relacji państwo – kościół zaistniała podczas wydarzenia „wykład Tuska na Uniwersytecie”, a to za sprawą poprzedzającego ten wykład wystąpienia redaktora naczelnego „Liberté!”, Leszka Jażdżewskiego. Katoprawica zawyła po tym wystąpieniu, określając je jako „obrzydliwe”, będące przykładem „języka nienawiści”. Pospiesznie do tej opinii dołączył przewodniczący PO Schetyna. Chociaż sam Donald Tusk nie odniósł się do pre-wykładu Jażdżewskiego osobiście, to kropkę nad i postawiła Gazeta Wyborcza odcinając się od naczelnego „Liberté!”. Niewątpliwie Schetyna i Wyborcza wyrazili niewypowiedziane w trakcie wykładu, stanowisko Donalda Tuska .
Jestem świeżo po lekturze wstrząsającego eseju „Sodoma – hipokryzja i władza w Watykanie” Frederica Martela. Autor jest prawnikiem, politologiem, filozofem, socjologiem, nauczycielem akademickim, dziennikarzem i pisarzem. Jest doktorem nauk społecznych, dyplomatą, autorem wielu książek tłumaczonych na wiele języków świata. Jest poważnym, wiarygodnym autorem. Ta książka wstrząsa nie tylko ujawnionymi faktami, ale również starannością dowodową, rzetelnością pisarza śledczego. Redaktor Jażdżewski otóż w swoim słowie wstępnym ani na jotę nie wystąpił poza fakty zebrane, ujawnione i opisane przez Martela. Fakty ze wszech miar obrzydliwe, ale do bólu prawdziwe. I chwała za to Jażdżewskiemu. Reakcja jednak polskich polityków na jego „support” musi natomiast napawać poważnymi obawami. „Sodoma” jest w istocie historią polityczną Watykanu XX i XXI wieku, opowieścią o mrocznych stronach papiestwa, o jego hipokryzji na tle homoseksualizmu, o ukrywaniu przestępstw i przestępców seksualnych – księży wszelkiej pozycji w hierarchii, o politycznym i fizycznym zwalczania księży – zwolenników teologii wyzwolenia w Ameryce Łacińskiej i o zajadłej walce Watykanu o zakaz stosowania prezerwatyw w okresie pandemii AIDS na świecie. Nie pora tu na recenzję tej książki. Jednakże, gdy na mapę działań Watykanu na arenie międzynarodowej opisanej przez Martela, zwłaszcza w okresie pontyfikatu Jana Pawła II, nałożyć działania polskich władz i polskich, prawicowych polityków, nie sposób nie dojść do wniosku, że Polska, zwłaszcza pod rządami PO i PiS ściśle i gorliwie realizowała społeczną doktrynę Watykanu, powszechnie uznaną dziś za wsteczną, anachroniczną i przynoszącą Kościołowi na świecie niepowetowane straty. To właśnie dzięki tej książce zrozumiałem między innymi sens wizyty, uznanej wówczas za wielce kontrowersyjną przez część polskiej opinii publicznej, jaką byłemu dyktatorowi Chile – Pinochetowi złożyli w Londynie w 1999r. czołowi politycy polskiej prawicy. Wszak Watykan, z osobą papieża włącznie, był jedynym państwem, które legitymizowało tą dyktaturę, wspierając Pinocheta nawet po jego upadku.
Reasumując, Polska pod rządami PO i PiS to państwo bez reszty oddane realizacji ideologii i doktryny społecznej jednego państwa – Watykanu oraz doktryny politycznej i gospodarczej drugiego państwa – Stanów Zjednoczonych. Do tych dwóch, zasadniczych dla faktycznej suwerenności Polski kwestii, Donald Tusk nie wniósł nic nowego. Powrót POPiS-u, może bez Kaczyńskiego i paru jeszcze zdyskredytowanych polityków, pod jego przywództwem jest więc całkiem możliwy. Zaprawdę, strzeżcie się tych, którym słowa wolność i suwerenność nie schodzą z ust – chciałoby się powiedzieć. Mam tylko nadzieję, że w trakcie prawdziwej już kampanii nie uniknie Donald Tusk wyczerpującej odpowiedzi na jego rozumienie suwerenności Polski w kontekście antyunijnej polityki Trumpa i artykułu 25 ust. 2 Konstytucji RP.

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *