Bayern i PSG w wielkim finale

Nie było sensacji w półfinałowych meczach rozgrywanego w Lizbonie turnieju Champions League. Paris Saint Germain rozbił 3:0 RB Lipsk, a Bayern Monachium także 3:0 pokonał Olympique Lyon. W niedzielę dojdzie więc do trzeciego, decydującego starcia w niemiecko-francuskiej wojnie futbolowej, w jaką raczej dość nieoczekiwanie przerodziła się toczona w Lizbonie rywalizacja w tzw. Final Eight. Wynik potyczki Bayernu z PSG wykreuje też zapewne piłkarza sezonu 2019/2020 i piłkarza roku 2020. Ogromną szansę na zgarnięcie obu tych indywidualnych nagród ma Robert Lewandowski, który w spotkaniu z Lyonem zdobył swoją 15. bramkę w tym sezonie Ligi Mistrzów.

Szefowie redakcji „France Football” zapewne plują sobie teraz w brodę, że tak pochopnie zrezygnowali z przyznania w tym roku nagrody „Złotej Piłki”. Inna sprawa, że chyba nie za bardzo znają się na futbolu, skoro nie przewidzieli, że dwie francuskie drużyny dojdą do półfinału, a jedna z nich zagra w wielkim finale o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Przyzwyczajeni od ponad dekady do nagradzania tylko Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, nie chcieli przyznać nagrody nikomu innemu, a już zwłaszcza Polakowi, który wyrósł na największą gwiazdę niemieckiej Bundesligi. Trochę szkoda, ale mówi się trudno i żyje dalej. Z okazji skorzystała FIFA, która już zapowiedziała, że swoją doroczną nagrodę dla „Piłkarza Roku” ( FIFA World Player of the Year) jednak mimo pandemii koronawirusa przyzna i wręczy ją na planowanej na październik tego roku uroczystej gali. Nagroda FIFA jest nawet bardziej wiarygodna od „Złotej Piłki” „FF”, bo jej laureat wyłaniany jest głosami trenerów i kapitanów reprezentacji narodowych, natomiast redakcja francuskiego tygodnika organizuje plebiscyt jedynie wśród dziennikarzy.
Zostali tylko Neymar i Mbappe
Tak czy owak Robert Lewandowski, który w tym sezonie jest w życiowej formie i swoimi boiskowymi wyczynami z pewnością zasłużył na takie wyróżnienie. Tym bardziej, że w 1/8 finału Ligi Mistrzów wraz z Juventusem z wyścigu o tytuł „Piłkarza Roku” odpadł Cristiano Ronaldo, a w ćwierćfinale po klęsce 2:8 z Bayernem także Leo Messi. Oprócz nich szanse stracili też typowani przez media do tej nagrody snajper Realu Madryt Karim Benzema oraz as Manchesteru City Kevin De Bruyne. Z piłkarzy czterech zespołów, które dotarły do półfinału (Bayernu, RB Lipsk, Olympique Lyon i Paris Saint-Germain), zagrozić „Lewemu” w zdobyciu tego trofeum realnie mógłby tylko któryś z jego kolegów z Bayernu, choćby Serge Gnabry lub Thomas Mueller, albo jeden z dwójki asów Paris Saint-Germain, najdroższych aktualnie piłkarzy na świecie – Neymar lub też Kylian Mbappe.
Jak podał niemiecki „Bild”, światowa federacja piłkarska poda nominacje do nagrody „FIFA World Pleyer of the Year” jeszcze w sierpniu. Lewandowski rzecz jasna nie może być pewny zwycięstwa w tym plebiscycie, ale z całą pewnością znajdzie się wśród nominowanych. W kończącym się sezonie zagrał dotąd w 46 spotkaniach licząc wszystkie klubowe rozgrywki, w których strzelił 55 goli i zaliczył 10 asyst, został też królem strzelców Bundesligi (34 trafienia), Pucharu Niemiec (sześć goli) i już na prawie sto procent także w Lidze Mistrzów. W meczu z Lyonem „Lewy” zdobył 15 bramkę w obecnej edycji Champions League, a z graczy, którzy pozostają jeszcze w grze, najbliżej niego w klasyfikacji strzelców jest Serge Gnabry, ale ma jednak na koncie tylko 9 goli i raczej na pewno nie zdoła odrobić tej straty w finałowym meczu z Paris Saint-Germain.
Paryżanie rzucili rękawicę
Prowadzony przez niemieckiego trenera Thomasa Tuchela zespół Paris Saint-Germain w lizbońskim turnieju rozkręca się z meczu na mecz. Jeszcze w ćwierćfinałowym spotkaniu z Atalantą Bergamo, wygranym z trudem 2:1, widać było w jego grze sporo mankamentów, zrozumiałych zważywszy na fakt, że paryżanie od marca nie grali w piłkę, bo liga francuska nie wznowiła przerwanych przez pandemię rozgrywek. Ale już w półfinałowej potyczce z solidnym przecież zespołem RB Lipsk Neymar, Mpappe i spółka śmigali już po boisku z ogromną werwą, co rusz zaskakując rywali nieszablonowymi zagraniami, ale też rzadką u nich wcześniej widywaną uporczywością w walce o piłkę. Można w ciemno założyć, że akurat w niedzielnym finale z Bayernem paryżanie osiągną apogeum formy, co kibiców powinno tylko cieszyć, bo niewykluczone, że obejrzą przed telewizorami być może epokowe piłkarskie widowisko.
Spotkanie z RB Lipsk ekipa PSG wygrała 3:0 i przy okazji ustanowiła nowy rekord, bo strzelała w każdym z ostatnich 34 przynajmniej jednego gola. Wcześniej rekordzistą z 33. takimi meczami z rzędu był Real Madryt. Tak na marginesie – Bayern także poprawił rekord ustanowiony kiedyś przez drużynę „Królewskich” – w liczbie goli strzelonych w jednej edycji LM. W obecnych rozgrywkach bawarska jedenastka zdobyła już 42 bramki w 10 meczach, co daje nieprawdopodobną średnią 4,2 gola na jedno spotkanie.
Pilnowanie Lewego straciło sens
To rzecz jasna nie czyni zespołu Bayernu faworytem, ale trenerowi Tuchelowi z pewnością powinno dać do myślenia. Nie ulega bowiem kwestii, że bawarska drużyna pod wodzą Hansiego Flicka przestała być uzależniona od skuteczności Lewandowskiego. To paradoks, bo polski piłkarz przecież w tym sezonie strzela jak natchniony i ma już 55 goli, z czego tylko w Lidze Mistrzów 15, ale może właśnie dlatego jest taki skuteczny, że do siatki rywali zaczęli też trafiać jego koledzy. Pokazują to ostatnie mecz w Champions League – z Chelsea Londyn (4:1) „Lewy” trafił dwa razy, z Barceloną (8:2) zdobył jednak tylko jedną bramkę, podobnie jak w spotkaniu z Olympique Lyon (3:0). Z 15 goli tylko cztery były dziełem kapitana reprezentacji Polski. Tylko tyle, bo rywale delegowali do przeszkadzania mu grze po kilku swoich zawodników, ale dzięki temu inni piłkarze Bayernu mieli więcej swobody.
Poza tym wypada podkreślić, że Lewandowski wszystkie swoje osobiste ambicje odłożył na bok i całkowicie podporządkował się nadrzędnemu celowi, jakim jest wygranie Ligi Mistrzów. To jednak per saldo mu się opłaci, bo będzie przemawiało na jego korzyść w oczach uczestników plebiscytu FIFA.
Kto zgarnie cała pulę?
Bayern Monachium czekał siedem lat, żeby ponownie zagrać w finale Ligi Mistrzów. Żadnemu z piłkarzy bawarskiego klubu na pewno nie zabraknie motywacji, ale po drugiej stronie boiska stanie do walki drużyna równie mocno zmotywowana, bo katarscy szejkowie już zbyt długo czekają na sukces w tych najważniejszych klubowych rozgrywkach w Europie. Poza względami sportowymi, które same z siebie i tak z pewnością mocno nakręcają piłkarzy i trenerów do walki, wszyscy maja też świadomość jak wielkie pieniądze są do wygrania w finale. Już za sam udział w tych prestiżowych rozgrywkach UEFA wypłaca klubom 15,25 miliona euro, a kolejne miliony piłkarze mogą „podnieść” z murawy w każdym z meczów grupowych, bo za zwycięstwo jest premia 2,7 miliona euro, a za remis 900 tysięcy euro. Awans i przejście każdej kolejnej rundy rozgrywek to kolejne bonusy – za awans do 1/8 finału 9,5 miliona euro, za ćwierćfinał 10,5 miliona, za półfinał 12 milionów, dla finalisty kolejne 15 milionów, a dla zwycięzcy 15 mln euro. O pełną pulę gra już jednak tylko Bayern, który wygrał wszystkie dotychczasowe mecze i jeśli w niedzielę Lewandowski i spółka zdobędą puchar, to bawarski klub zarobi w sumie aż 82,5 miliona euro.