Zapasy po senegalsku

Zyskujące w ostatnich latach na popularności tzw. mieszane sztuki walki (MMA) organizowane są według zasad i stylistyki narzuconej przez zachodnich promotorów tego sportu. W Afryce MMA ma jednak mocną konkurencję ze strony tradycyjnie uprawianych tam sportów walki, z których najbardziej znaną odmianą są chyba senegalska odmiana zapasów znana pod nazwą „laamb”.

Ludy zamieszkujące tereny obecnego Senegalu uprawiały laamb od wieków. Była to jedna z ulubionych form rozrywki rolników i rybaków. Po zakończonych żniwach czy udanych połowach organizowano turnieje, w których mężczyźni starali się w walce potwierdzić swoją męskość i fizyczną tężyznę. Arenę wytyczano zazwyczaj na głównym placu w wiosce i mógł na niej wystąpić każdy chętny. Celem tej rywalizacji było wyłonienie mistrza wioski lub okolicy, a zasady były niezwykle proste – wygrywał walkę ten zawodnik, który pierwszy przewrócił przeciwnika na ziemię lub wypchnął go poza wyznaczony krąg. Jedyną nagrodą za zwycięstwo było uznanie współplemieńców.
W burzliwych czasach kolonialnych Senegal dostał się we władanie Francji, a niepodległym krajem stał się w 1960 roku. Dzisiaj zamieszkuje go około 13 mln ludzi. Dominującą grupą etniczną są Wolofowie (43 procent ludności), Fulani (23 procent) i Sererowie (15 procent), poza nimi żyją tu jeszcze Tukulerzy, Mandinka i Diola. Większość Senegalczyków posługuje się językiem Wolofów, ale wszystkie te nacje łączy zamiłowanie do zapasów w stylu laamb. Renesans tego oryginalnego sportu, łączącego elementy boksu, zapasów, judo i tradycyjnego siłowania się, nastąpił już w latach 60. ubiegłego wieku, lecz współczesną formę nadano im dopiero na początku lat 90. Zasady sportowe pozostawiono bez zmian – w laamb zwycięzcą walki nadal zostaje ten zapaśnik, który przewróci rywala na ziemię lub wypchnie go poza wyznaczone pole. Pojedynki nie są długie i pod tym względem bardzo przypominają japońskie sumo, w którym ceremonia przygotowania do walki trwa zwykle znacznie dłużej niż sama walka.
Twórcy współczesnej odmiany laamb umiejętnie połączyli sportowe walory tego sporty z afrykańską tradycją. Pieczołowicie odtworzono, a przy okazji na nowo wystylizowano ubiory zawodników, ich rytualne tańce i szamańskie obrzędy, tzw. bakkou. Przygotowania do walki odbywają się w domu tzw. marabuta, czyli według tradycji islamskiej (94 procent mieszkańców Senegalu wyznaje islam) przewodnika duchowego. Zapaśnicy między innymi są zanurzani w rytualnych kąpielach mających chronić ich przed czarną magią i zakładają na siebie gris-gris, czyli talizmany zawierające wersety z Koranu. Dzisiaj te obrzędy są transmitowane przez telewizję, więc w domu marabuta można też zobaczyć loga sponsorów. To już jest znak nowych czasów, bowiem także tradycyjne senegalskie zapasy nie zdołały się obronić przed wszechobecną komercją.
Żaden sportowiec nie zarobi w Senegalu więcej od zapaśników w stylu laamb. Najwybitniejsi dostają za walkę i po 100 tysięcy dolarów, a ich walki organizuje się na piłkarskich stadionach, bo tylu jest chętnych do płacenia za bilety na wielogodzinne gale. Gdy zaczyna się kolejny turniej z udziałem gwiazd, w stolicy Senegalu Dakarze pustoszeją ulice, a pracują tylko bukmacherzy. Nic dziwnego, że w biednym rolniczym kraju, gdzie robotnicy zarabiają dziennie trzy dolary, dla wielu młodych ludzi laamb jest kuszącym pomysłem na lepsze życie. Uprawiających ten sport wyczynowo przybywa z każdym rokiem, choć tylko nielicznym udaje się osiągnąć w nim sukcesy i zbić fortunę. Na ponad osiem tysięcy zarejestrowanych zawodników tylko kilkudziesięciu dostaje sto i więcej tysięcy dolarów za walkę. Dlatego gwiazdorzy laamb wychodzą na arenę raz góra dwa razy do roku, natomiast pretendenci do sławy muszą toczyć dziesiątki walk których stawką bywa kilkaset dolarów, a czasem tylko satysfakcja i obietnica następnego pojedynku już za pieniądze.
Postępująca komercjalizacja senegalskich zapasów zrodziła też nieznane wcześniej w tym sporcie problemy – doping, korupcję i przemoc na trybunach. Laamb śladem coraz większej liczby mieszkańców wsi przeniósł się w XXI wieku do miast, zwłaszcza na gęsto zaludnione przedmieścia Dakaru, gdzie kwitnie przestępczość i uliczna przemoc. Coraz częściej złe społeczne emocje znajdują ujście właśnie podczas zmagań zapaśników. Do największej burdy z udziałem fanów doszło przed „walką stulecia” Yekini – Balla Gaye 2. W trakcie oficjalnego ważenia w ekskluzywnym dakarskim hotelu „Radisson Blu” najpierw do oczu skoczyły sobie ekipy słynnych zapaśników, a potem, już na ulicach, ostro za łby wzięli się ich fani. Bijatykę zakończyła dopiero interwencja oddziałów szturmowych policji.
Takie incydenty mocno psują wizerunek laamb, a że sport ten stał się już wizytówką Senegalu na świecie, do akcji wkroczyły władze państwowe tego kraju. Powołano do życia Narodowy Komitet Zarządzania Zapasami, 13-osobową radę podlegająca bezpośrednio ministrowi sportu, której zadaniem jest kontrola wszystkich aspektów laamb, również tych pośrednio związanych z walkami, jak „magiczne ceremonie” u marabutów, konferencje prasowe czy oficjalne ważenie zapaśników. Nie jest żadną tajemnicą, że te działania wymusili sponsorzy senegalskich zapasów, wśród których jest na przykład francuski gigant telekomunikacyjny Orange. Na plakatach promujących walki wymusił on zamieszczenie haseł w stylu: „Prawdziwa pasja – tylko w czasie fair play” lub „Sport bez przemocy”. Za wcześnie jeszcze aby ocenić czy te działania przyniosły pożądany skutek. W Senegalu ostatnio polityczne konflikty przycichły i umilkły strzały w zrewoltowanych regionach, tak że nawet słynny raj Paryż-Dakar ma ponownie zawitać do tego kraju, ale połowa Senegalczyków wciąż żyje poniżej progu ubóstwa. Frustracje tych ludzi gdzieś muszą znaleźć ujście, a pamiętajmy, że laamb, choć w oparach magii, jest jednak sportem walki.