
1 lipca Dania przejęła rotacyjną prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Z formalnego punktu widzenia – nic nadzwyczajnego. Kolej rzeczy, każde państwo ma swój półroczny moment. A jednak tym razem to coś więcej niż zmiana dyżurnego. Dania, przez lata trzymająca się z dala od unijnych projektów, dziś stoi w centrum europejskiej polityki.
Dania była przez lata uważana za jednego z największych sceptyków Unii. Jako jedyny kraj członkowski wynegocjowała cztery klauzule opt-out, rezygnując m.in. z uczestnictwa w strefie euro, wspólnej polityce obronnej i niektórych aspektach współpracy sądowo-policyjnej. To była konsekwentna strategia polityczna: decyzje w sprawach fundamentalnych powinny – zdaniem Kopenhagi – zapadać w stolicach, nie w Brukseli.
Wszystko zmieniła wojna w Ukrainie. Rosyjska inwazja na sąsiedni kraj nie tylko zburzyła dotychczasowy ład bezpieczeństwa w Europie, ale i przewartościowała poglądy wielu rządów – również tego duńskiego. Premierka Mette Frederiksen, która jeszcze kilka lat temu traktowała integrację z dużą rezerwą, dziś należy do grona najgorliwszych zwolenników pogłębionej współpracy. W szczególności – w zakresie obronności i finansowej solidarności.
Nowe podejście Danii widoczne jest wyraźnie w programie jej prezydencji. – Bezpieczeństwo to nasz priorytet numer jeden – oświadczyła Frederiksen w rozmowie z dziennikiem Politiken. Jeszcze kilka lat temu takie słowa z ust liderki duńskich socjaldemokratów byłyby nie do pomyślenia. Gdy obejmowała urząd w 2019 roku, opt-outy były dla niej fundamentem duńskiej polityki europejskiej. Większość parlamentu postrzegała unijną politykę obronną jako konkurencję wobec NATO, a nie jej uzupełnienie.
Ten paradygmat runął w czerwcu 2022 roku. Cztery miesiące po rosyjskiej agresji Duńczycy w referendum zgodzili się znieść wyłączenie z unijnej polityki obronnej – 67 proc. głosujących opowiedziało się za głębszym zaangażowaniem. Od tego czasu Kopenhaga nie tylko zwiększyła udział w projektach wojskowych UE, ale także zaczęła radykalnie zwiększać wydatki na obronność – z 1,37 proc. PKB w 2022 roku do planowanych 3,2 proc. w roku 2025.
Jednocześnie Dania zajęła miejsce w czołówce krajów wspierających Ukrainę – zarówno w ujęciu nominalnym, jak i w przeliczeniu na PKB. Z kraju, który przez dekady rzadko wychodził przed szereg, Dania stała się graczem pierwszego planu – inicjującym, a nie tylko wspierającym działania w polityce międzynarodowej.
Zmianie uległo także postrzeganie sojuszu transatlantyckiego. Powrót Donalda Trumpa do władzy w USA – i jego otwarte ambicje terytorialne wobec Grenlandii – wzbudziły w Kopenhadze niepokój. W efekcie duńskie elity polityczne przestały traktować europejską współpracę obronną jako zagrożenie dla NATO. Zaczęły ją postrzegać jako konieczne uzupełnienie – źródło niezależności i strategicznej odporności Europy.
Symbolicznym momentem tego zwrotu była scena z lutego 2025 roku, gdy premierka Frederiksen – podczas posiedzenia rządu – zwróciła się do ministra obrony słowami: „Kupujcie, kupujcie, kupujcie”. Media szybko podchwyciły ten cytat, który dziś uchodzi za hasło nowej polityki: zdecydowanej, asertywnej, zorientowanej na bezpieczeństwo.
Zmiana myślenia o bezpieczeństwie pociągnęła za sobą korektę także w dziedzinie finansów. Dania przez dekady uchodziła za jednego z liderów tzw. „klubu skąpców” – państw niechętnych zwiększaniu budżetu UE i wspólnemu zadłużaniu się. W grudniu 2024 roku Frederiksen ogłosiła jednak otwarcie „nowej ery” i przyznała, że Kopenhaga patrzy dziś na finanse Unii z zupełnie innej perspektywy. Słowa te powtórzyła później w swoim noworocznym przemówieniu. A w czerwcu 2025 dodała jeszcze jedno: – Członkostwo w klubie oszczędnych już do nas nie pasuje.
Zwrot w polityce fiskalnej Dania tłumaczy koniecznością zbrojenia Europy – inwestycje w bezpieczeństwo mają priorytet, a dotychczasowe zasady muszą ulec dostosowaniu. W tym duchu Kopenhaga poparła propozycję przewodniczącej Komisji Ursuli von der Leyen, zakładającą złagodzenie reguł budżetowych, by umożliwić zwiększenie wydatków na obronność.
Kopenhaga coraz aktywniej uczestniczy również w debacie o przyszłości samej Unii. Popiera szybkie przyjęcie Ukrainy i Mołdawii, a w obliczu węgierskiego oporu promuje rozwiązania pośrednie – jak stopniowa integracja z rynkiem wewnętrznym czy wcześniejszy dostęp do funduszy przed formalnym członkostwem. Jeszcze w 2019 roku Dania sprzeciwiała się rozpoczęciu negocjacji z Albanią. Dziś mówi o rozszerzeniu Unii jako o „geopolitycznej konieczności” – jedynym realnym narzędziu stabilizacji kontynentu.
Warto jednak zauważyć, że w tej ogólnej proeuropejskiej przemianie jest jeden obszar, w którym Dania pozostała nieugięta – migracja. Choć Kopenhaga zacieśnia współpracę z Unią w zakresie obronności, finansów i rozszerzenia, nadal korzysta z wyłączenia z unijnej polityki azylowej i migracyjnej. Co więcej, rząd Mette Frederiksen – choć formalnie socjaldemokratyczny – prowadzi jedną z najbardziej restrykcyjnych polityk migracyjnych w Europie. Dania dążyła m.in. do deportacji uchodźców syryjskich, forsowała przenoszenie procedur azylowych do państw trzecich (jak Rwanda), zaostrzyła kryteria przyznawania obywatelstwa i ograniczyła prawo do łączenia rodzin.
W praktyce linia ta stała się punktem odniesienia dla wielu europejskich rządów – także tych o odmiennych barwach politycznych. W tym sensie to nie Dania dostosowuje się do Unii, ale Unia – w coraz większym stopniu – do Danii.









