Komuniści działają dla tych, o których wszyscy zapominają

Tadeusz Jasiński

– Wierzę w socjalizm. Jestem przekonana, że każdy człowiek ma prawo być szczęśliwy – tak Elke Kahr wykłada swoje polityczne credo. W Komunistycznej Partii Austrii Kahr działa od blisko trzydziestu lat. 26 września ona i jej towarzysze z Grazu, drugiego co do wielkości miasta w kraju, odnieśli historyczne zwycięstwo w wyborach samorządowych.

W Austrii nie ma ciszy wyborczej. Wybory zaplanowane na niedzielę? W sobotę do ostatniej chwili będzie trwać agitacja. Rano w siedzibie Komunistycznej Partii Austrii w Grazu Max Zirngast, 32-letni działacz, z zawodu dziennikarz, odpala mapę na komputerze i równocześnie rozkłada papierowy plan miasta. Zaznacza punkty i instruuje towarzyszy, gdzie jeszcze wyruszyć z ulotkami. Komuniści rozstawili, jak zresztą wszystkie partie, stanowisko informacyjne na prestiżowej Herrengasse w centrum, ale dużo ważniejsze jest pójście do dzielnic typowo pracowniczych. – Wielu naszych potencjalnych zwolenników może nawet nie wiedzieć, że teraz są wybory. Rozpisano je przedterminowo, kampania nie była ani długa, ani specjalnie dynamiczna. Prawicy, która obecnie rządzi w Grazu, na wysokiej frekwencji nie zależy – tłumaczy.
Jak oceniają swoje szanse? Pytam o to kilkoro aktywistów, ale wszyscy są oszczędni w słowach. Zero buńczucznych deklaracji. Rzadko spotykam polityków, którzy tak bardzo nie chcą mówić o sondażach, zwłaszcza wtedy, gdy sondaże wypadają dobrze. Komuniści z Grazu w dwóch poprzednich lokalnych wyborach oscylowali wokół 20 proc. Przed głosowaniem zaplanowanym na 26 września badania opinii publicznej dawały im szansę na kilka punktów więcej: albo mocne drugie miejsce, albo pierwsze. Oni jednak odpowiadali: chcemy utrzymać to, co mamy.
A przecież tamte 20 proc. było efektem długofalowej strategii i wielu lat ciężkiej pracy. Nie wzięło się z niczego.
Zaczęło się w krytycznym momencie dla europejskiej radykalnej lewicy – upada ZSRR, socjalistyczne marzenie zdaje się być skompromitowane. Zachodnie państwa dobrobytu już od jakiegoś czasu zwijają się pod naporem neoliberalnych idei. Austria nie jest wyjątkiem. Zapewnienie dobrych warunków do życia dla całego społeczeństwa przestaje być priorytetem. Nierówności rosną w oczach.
– Zdecydowaliśmy wtedy, mimo wszystko, że nie rezygnujemy z nazwy. Ani z walki o socjalizm – wspomina Günther Hopfgartner, członek kolektywnego kierownictwa partii i działacz z 30-letnim stażem, z którym spotykam się 27 września w Wiedniu. – Za nazwą stoi wielka tradycja, choćby antyfaszystowska: w Austrii przeciwko nazistom działali wyłącznie komuniści oraz pewna grupa działaczy katolickich. A jeśli chodzi o nasze ideały… Przecież to, że socjalizm w Europie Wschodniej się nie udał, nie znaczy, że nie ma prawa udać się nigdy i nigdzie! Trzeba wyciągać wnioski i próbować ponownie.
Sprawa nazwy partii, dodaje, czasem w wewnętrznych dyskusjach powraca (”Ale do tej pory nikt nie wymyślił lepszej!”). Natomiast antykapitalistyczne cele organizacji są poza dyskusją.
Dla komunistów z Grazu było też jasne: dążenie do zastąpienia kapitalizmu bardziej sprawiedliwym ustrojem nie może polegać tylko na gadaniu. Dopóki kapitalizm wciąż tu jest, wciąż generuje nierówności i ubóstwo, zadaniem lewicy jest pomagać ludziom.
Więc biorą się przede wszystkim za sprawę podstawową: prawo do mieszkania.
Komuniści uruchamiają w 1992 r. specjalną infolinię dla lokatorów, którzy podejrzewają, że właściciel lokalu traktuje ich w sposób niezgodny z prawem. Kiedy trzeba – bezpośrednio interweniują w obronie konkretnych ludzi. Bronią eksmitowanych, udzielają też porad prawnych, bo ubodzy pracownicy często zwyczajnie nie wiedzą, jakie formy wsparcia im przysługują. Gdy pojawia się pomysł sprywatyzowania miejskich zasobów lokalowych, komuniści uświadamiają ludzi, jak to się skończy. Doprowadzają do referendum. Wygrywają: Graz nie pozbywa się miejskich mieszkań, z czasem nawet zaczyna je remontować i budować nowe.
W 1998 r. na Komunistyczną Partię Austrii głosuje w Grazu 7,9 proc. mieszkańców. W 2008 – 11,2. Są trzeci. Cztery lata później zbierają 19,86 proc. i przegrywają już tylko z Austriacką Partią Ludową, wyprzedzając socjaldemokratów. W 2016 r. jeszcze poprawiają swój wynik. 20,34 proc. i drugie miejsce, co prawda wyraźnie za Partią Ludową, która zbiera 37 proc. Ale owoce wieloletniej pracy u podstaw są widoczne: prawica próbuje w tamtej kampanii straszyć wyborców katastrofą, która nastąpi, jeśli w ratuszu w roli burmistrzyni zasiądzie komunistka. Udaje się średnio: Elke Kahr, bo to ona już wtedy była liderką listy, kojarzy się w mieście z mieszkaniami i pomaganiem ludziom bez pytania ich o poglądy polityczne, nie ze Stalinem.
Dzień przed wyborami Elke siedzi ze mną za stołem w partyjnym klubie w Grazu. Niska, uśmiechnięta, energicznie gestykuluje, kiedy opowiada o tym, co partia osiągnęła, kiedy wprowadziła swoich przedstawicieli do władz miasta i to jej, konkretnie jej, przypadło kierowanie departamentem polityki mieszkaniowej.
Przez te kilkanaście lat, od 2005 do 2017 r., wybudowano ponad 1000 nowych mieszkań komunalnych. Miasto wykupiło dawny kompleks koszarowy, by zaadaptować go na mieszkania. W dzielnicach Geidorf, St. Peter i Waltendorf nigdy wcześniej nie było mieszkań komunalnych – teraz się pojawiły. Starsze mieszkania, w złym stanie, bez toalet, były sukcesywnie remontowane.
Możliwość ubiegania się o mieszkanie komunalne dostał każdy, kto zamieszkał w Grazu. Wystarczyło złożyć wniosek, podać dane swoje i rodziny, wysokość dochodów. Brak obywatelstwa nie był przeszkodą. Dopiero w 2017 r., kiedy nowa prawicowa koalicja odebrała komunistom departament polityki mieszkaniowej, zaszła tutaj zmiana: zanim mieszkanie zostanie przyznane, trzeba przemieszkać w Grazu przez 5 lat. Tak samo skasowano inną regulację, o której Elke mówi z dumną: zasadę, że jeśli wydatki mieszkaniowe przekraczały 1/3 dochodu rodziny, miasto płaciło nadwyżkę. Za prawicy z dopłat mogą skorzystać tylko ludzie zarabiający płacę minimalną. W materiałach wyborczych partii czytam jednak, że jeśli partia wybory wygra, natychmiast to się zmieni, Mietzuzahlung powróci.
Ale nie o tym mówi Elke w pierwszej kolejności, gdy pytam o największy sukces partii. Najważniejsze jest po prostu to, mówi, że partia stała się pierwszym adresem dla ludzi, którzy potrzebują pomocy.
– Uruchamiam swoje kontakty, jeśli przychodzi do mnie osoba pracująca, która nie może znaleźć mieszkania. Rozmawiam z właścicielami, przekonuję – mówi działaczka.
Potem, gdy będę rozmawiać z działaczkami partii przy stanowisku na Herrengasse, dowiem się, że radna Elke Kahr przyjmuje w tygodniu nawet kilkaset osób. Drzwi jej biura praktycznie się nie zamykają. Do komunistów można zapukać także wtedy, gdy zwyczajnie nie ma się pieniędzy na kaucję na mieszkanie. Pomogą – po prostu przekażą tę kwotę ze specjalnego funduszu. A skąd w nim środki?
– Z mojej pensji radnej zostawiam sobie dwa tysiące euro. Resztę przekazuję na ten fundusz – tłumaczy Elke, a jej partyjne koleżanki dopowiedzą: robią tak obecnie wszyscy działacze partii pełniący obieralną funkcję w radzie miasta lub landtagu. Okazuje się, że do potrzebujących trafia większość zarobków komunistów, bo pensja samorządowca waha się między 6-7 tys. euro.
Elke Kahr przyznaje: słyszała już, że to nie jest polityka, tylko działalność charytatywna. Ale ona to czuje inaczej. – My po prostu pomagamy tym, którymi nikt inny się nie interesuje.
Pomoc słabszym – chociaż tego słowa się tu nie używa – to dla niej sama esencja bycia na lewicy.
Komuniści to ci, którzy robią ważne i potrzebne rzeczy – taki obraz partii miała też w głowie Christine Wenzl, aktywistka z Leoben, kolejnego miasta w Austrii, gdzie Komunistyczna Partia Austrii coś znaczy. Wysoka blondynka, która przyjechała pomóc towarzyszom z Grazu rozdawać ulotki, na agitację wychodzi z nieodłącznym psem Sarą, a wcześniej opowiada mi o swoich początkach w partii. Nie ma w tej historii ideologicznych rozterek i miotania się w poszukiwaniu właściwych poglądów. – W moim mieście to komuniści zawsze stali po stronie pracowników, upominali się o ich prawa, załatwiali sprawy i byli skuteczni. A ja jestem z rodziny z pracowniczymi korzeniami. Moja mama, urzędniczka sądowa, jako pierwsza w tej rodzinie ukończyła studia, zdobyła wyższe wykształcenie. Zawsze popierała lewicę i kiedy ja postanowiłam zaangażować się politycznie, od razu wiedziałam, gdzie jest moje miejsce – mówi.
Kiedyś o takich postawach mówiło się: świadomość klasowa.
Günther Hopfgartner podkreśla, że klasowe spojrzenie na społeczeństwo i jego problemy komuniści chcą wnosić w ogólny pejzaż austriackiej lewicy. – Przed laty nasza partia wierzyła, że jest awangardą postępu. Jako jedyna dysponuje właściwą analizą rzeczywistości i wszystkie organizacje lewicowe czy pracownicze powinny kroczyć za nami. Dziś już tak nie myślimy, jesteśmy otwarci na współpracę, zresztą współdziałamy np. z nielicznymi lewicowo myślącymi ludźmi w partii Zielonych czy w Socjaldemokratycznej Partii Austrii. Jeśli część towarzyszy chce zajmować się szczególnie np. polityką tożsamości, to nie stajemy im na drodze. Niemniej i na te problemy staramy się nakładać klasową perspektywę – tłumaczy.
Max Zirngast nie ma wątpliwości, że interwencje w sprawach konkretnych ludzi i mocne skojarzenie komunistów z walką o mieszkania było słuszną strategią. Wyborcy, tłumaczy, nie chcą tylko słuchać opowieści o lepszym świecie. Trzeba im pokazać, że naprawdę się coś robi, dotrzymuje obietnic. – Efektowne slogany czy ”nowoczesne” pomysły na prowadzenie kampanii są dobre dla partii burżuazyjnych. My jesteśmy w innej sytuacji – oznajmia.
Sytuacja wymaga również rozszerzania działalności na kolejne pola: po ostatnich wyborach komunistom odebrano miejski departament mieszkalnictwa, a powierzono ochronę zdrowia. – Co prawda to było na długo przed pandemią, ale i tak najwyraźniej prawica uznała, że na tej działce łatwiej stracić popularność – wspomina Max. Miejski departament nie rozwiąże przecież problemów, które wynikają z polityki całego państwa. I tu jednak komuniści są z ludźmi: są na każdym proteście pracowników medycznych. Kolejne pole, na które partia rozwija swoją działalność: organizacja miasta, ruch uliczny, ścieżki rowerowe. Okazuje się, że pod pewnym względem to dużo trudniejsze, niż praca nad wznoszeniem mieszkań komunalnych. – Wokół mieszkań nie ma konfliktu – tłumaczy działacz. – Ludzie, którzy wprowadzają się do nowych mieszkań, cieszą się, że one powstały. Kto ma własnościowe mieszkanie i nie korzysta z żadnych programów pomocowych, z reguły po prostu się tymi sprawami nie interesuje. Ruch uliczny za to okazuje się zderzeniem interesów: jeśli zrobimy ścieżkę rowerową, zabierzemy miejsce kierowcom. Zawsze ktoś będzie z nas niezadowolony.
W niedzielę 26 września lokale wyborcze działały w Grazu do szesnastej. Dwie godziny później były już wstępne wyniki.
Komuniści nie tylko utrzymali swoje 20 proc., ale osiągnęli ponad 28. Austriacka Partia Ludowa – mniej niż 26. Zwycięstwo!
– Jestem bardzo zaskoczona – powiedziała w pierwszych reakcjach Elke Kahr, zupełnie szczerze. W tym czasie w Wiedniu lewica już świętowała sukces towarzyszy, a Günther Hopfgartner był jednym ze świętujących. Nie krył, że droga komunistów ze Styrii powinna być inspiracją dla całej partii. – Ten wynik dał nam nadzieję, że jednak możemy, potrafimy. A także pokazał, że musimy znowu być naprawdę partią, która zajmuje się ludzkimi problemami, jeśli chcemy odzyskać zaufanie. Nawet jeśli polityka na szczeblu krajowym rządzi się nieco innymi prawami i pewnej części wyborców, którzy całkowicie przyjęli prawicowy sposób myślenia, nigdy nie zdobędziemy.
Takich miejsc jak Graz, gdzie komuniści czy inne lewicowe grupy to zaufanie już mają, jest jeszcze kilka. Jest Leoben, jest Linz, gdzie komuniści po wyborach 26 września będą mieli dwójkę radnych. Ale w skali całego kraju… działacz przez chwilę szuka kulturalnego wyrażenia, by określić stan austriackiej lewicy, wreszcie rezygnuje i oznajmia tylko, że trzeba ją budować faktycznie od nowa. – W parlamencie, odkąd Zieloni skręcili w prawo, nie ma nikogo, kogo mógłbym z czystym sumieniem nazwać lewicową siłą. Socjaldemokraci to partia-zombie – mówi. Bez względu na dawne zasługi – jak przedwojenny wiedeński program budownictwa komunalnego, który zresztą do dziś ratuje sytuację z dostępem do mieszkań w stolicy.
KPÖ, poza parlamentem, też długo mierzyła się z własnym wewnętrznym kryzysem. To dlatego komuniści z Grazu, pytani o to, dlaczego partia na skalę kraju nie umie powtórzyć ich sukcesów, odpowiadali dyplomatycznie: – My mamy swoją drogę, a centrala w Wiedniu swoją.
Co zatem zrobić? Na szybko Günther wskazuje dwa postulaty. Po pierwsze, zająć się sprawą dostępu do mieszkań na skalę ogólnokrajową. Bo problem nie jest tylko lokalny, czynsze rosną wszędzie i pochłaniają coraz większy procent zarobków, nawet jeśli w Wiedniu sytuacja jest wciąż nieco lepsza. Po drugie, podjąć temat bezrobocia i gwarantowanego dochodu podstawowego. Bez pracy jest obecnie kilkaset tysięcy Austriaków, pandemia pogorszyła tylko już istniejący problem. Prawicowy rząd sugeruje im, że są po prostu leniwi. Tymczasem odpowiedniej liczby miejsc pracy po prostu nie ma. Dlaczego nie zagwarantować, na początek wybranym grupom, bezwarunkowego dochodu podstawowego? Na początek mogliby go teraz dostać na przykład ludzie pracujący w zawodach artystycznych, którzy w pandemii przez półtora roku nie mogli normalnie zarabiać. Albo samotni rodzice. – Musimy przywracać tych ludzi społeczeństwu – mówi polityk.
Wierzy, że jeśli komuniści udowodnią, ze naprawdę troszczą się o tych, których kapitalizm wyrzuca za burtę, to partia będzie miała rację bytu. Tym bardziej, że młodemu pokoleniu komunizm nie kojarzy się już z zimną wojną czy gułagiem. Dla austriackich dwudziestolatków i młodszych, którzy nie znają innego świata niż kapitalistyczny, jest znowu ideą walki o równość i sprawiedliwość. W kolektywnym kierownictwie partii, które wyłoniono w czerwcu tego roku, Günther jest najstarszy. Za kilka lat on też planuje przekazać pałeczkę młodemu pokoleniu.
Wcześniej jednak chciałby, żeby partia stała się znowu dla młodych tym, czym była wiele lat temu dla niego, chłopaka z robotniczej rodziny w Linzu, mieście w cieniu huty stali. A była miejscem, gdzie zachwycał się, jak przewodniczący recytuje Brechta, gdzie pokazali mu literaturę i poezję, bo w jego ubogim domu książek się nie czytało. Miejscem, gdzie najwięcej się nauczył i najbardziej rozwinął; zwykłą szkołę w zasadzie porzucił w wieku 12 lat, a państwo nie upominało się, by kształcił się dalej.
Chciałby również, żeby odżyła współpraca międzynarodowa między socjalistami.
Unia Europejska? – Nie mają żadnej progresywnej agendy, jak przekonują niektórzy. W tej chwili jest to narzędzie interesów korporacji i kompleksu zbrojeniowego. Bez wspólnych działań antykapitalistów z różnych krajów nie zbudujemy żadnego socjalizmu. Być może perspektywa niemieckiej lewicy jest inna, ale u nas, w Austrii, jest jasne: żaden ”narodowy socjalizm” się nie uda. To muszą być zmiany na całym kontynencie.
Tu i teraz komuniści muszą omówić warunki innej współpracy. Elke Kahr dzień po wyborach rozpoczęła rozmowy koalicyjne z Zielonymi i socjaldemokratami. Jeśli uda się stworzyć wspólną platformę, nową burmistrzynią drugiego co do wielkości miasta w Austrii zostanie właśnie ona. Pod czujnym okiem tak wyborców, którzy jej zaufali, jak i prawicy, która nie przeoczy żadnego potknięcia. Mario Eustacchio, lider skrajnej prawicowej Austriackiej Partii Wolności, już oznajmił, że ewentualne rządy lewicy w jego mieście będą katastrofą. – Będą tylko rozdawać pieniądze – rzucił po ogłoszeniu wyników.
Zanim jednak Elke rozpoczęła swoje negocjacje, jak co tydzień otworzyła biuro i wysłuchała ludzi, którzy przyszli do niej ze swoimi problemami. A że przyszli, jak co tydzień, licznie, odwołała briefing dla dziennikarzy. Bycie dla tych, którymi nikt inny się nie zajmuje, jest ważniejsze.

Poprzedni

Formuła 1: Verstappen ucieka Hamiltonowi

Następny

Europie potrzeba społecznej solidarności

Zostaw komentarz