Sushi con carne

Nikt w Europie nie jest w stanie zrozumieć fenomenu polegającego na tym, że Polacy kochają Amerykę. Tylko w Polsce wszystko, co amerykańskie jest najlepsze. Nawet piwo, które przez cały świat znający się na tym napoju jest odsądzane od czci i wiary.
Dla polskich mediów Stany to wzorzec demokracji. Dlaczego? Bo pisowskie media są na USA zafiksowane tak jak ich protektorzy. Zaś niepisowski TVN po prostu należy do amerykańskiej sieci Discovery.
Tymczasem amerykańska demokracja jest jedną z nielicznych na świecie gdzie są – znani nam skądinąd – obywatele drugiego sortu. Bierze się to stąd, że w wyborach prezydenckich obowiązuje tam archaiczny system mający się nijak do współczesności. Amerykanie wybierają nie prezydenta USA ale stanowych elektorów, którzy tegoż prezydenta wybierać będą.
Każdy stan ma elektorów tylu na ile wskazuje jego populacja. I jak gdzieś na elektorów jednego z kandydatów zagłosuje 50,1 proc. wyborców, to wszyscy elektorzy z tego stanu mają głosować na tegoż kandydata. Nikt nawet nie sili się na proporcjonalność. Zwycięzca bierze wszystkich.
Stany są krajem, gdzie można się dopisywać do list wyborczych w różnych stanach. Jednocześnie jednak wciąż funkcjonuje system głosowania stanami, czy to nie jawne kpiny z logiki. Podzwonnym takiego stanu rzeczy jest to co już parę razy w ostatnich kilkudziesięciu latach Amerykanów spotkało, czyli prezydentura faceta, który zdobył mniej głosów niż kontrkandydat.
Bo jak widać głos oddany w Kalifornii jest mniej wart niż ten w Montanie czy Utah. Równość wagi głosu wyborczego uchodzi w cywilizowanym świecie, za podstawę demokracji. W USA mają widać inaczej. Można więc powiedzieć, że amerykańska demokracja ma się do demokracji bezprzymiotnikowej, jak krzesło do krzesła elektrycznego.

Amerykański mit w polskim wydaniu to też bogactwo mieszkańców tego kraju. Bogactwo papierowe. Rozpiętości majątkowe za Oceanem są bowiem tak duże, że dopiero gdy statystyka zrówna dochody miliarderów i milionów ubogich, to wychodzi, że wszyscy są bogaci.
Kraj w którym urlop to maksymalnie 2 tygodnie w roku – jest cywilizowany?
Czy państwo, gdzie każdy może być w każdej chwili zwolniony, bo nie obowiązują tam okresy wypowiedzenia, na pewno jest cacy?
Kraj w którym 30 proc. ludzi nie ma prawa do podstawowego lecznictwa, to na pewno standard XXI wieczny?
Na dodatek znakomita większość ubezpieczonych ma polisy zakładające, że jak dostaną raka, to łapią się co prawda na operację, ale na chemio i radioterapię już nie, i muszą za ratowanie życia zapłacić tyle, że będą to spłacały ich wnuki.
Bezpieczny jest kraj, w którym połowa chorych na cukrzycę nie na szans na dostęp powszechnych w Europie – nawet tej naszej – specyfików i terapii?
Czy w dzisiejszych czasach normalne jest, że 18-latek ma prawo kupić sobie karabin maszynowy, ale z nabyciem piwa musi się wstrzymać jeszcze 3 lata?
Czy normalne jest, że w więzieniach amerykańskich siedzi proporcjonalnie – 3 razy tyle osób co w cywilizowanej Europie?
Czy nie jest nieporozumieniem wysłuchiwanie opowieści o praworządności z ust ludzi rządzących krajem, gdzie wyroki wydają ludzie z łapanki, nie mający pojęcia o prawie, uczestniczący tylko w spektaklu rozgrywającym się między oskarżycielem i obrońcą, ludzi, którzy ulegać przez to mogą każdemu rodzajowi manipulacji?
System prawny Stanów Zjednoczonych był stworzony przez bogatych, dla bogatych i do dziś nic się nie zmieniło. Wystarczy zerknąć na wyroki, które za to samo przestępstwo dostają czarny z przedmieścia, czy biały mieszkaniec rezydencji. Przestrzeganie prawa po amerykańsku, to strzelanie seriami do nastoletniego dzieciaka o ciemnej skórze i pouczenie dla jego rówieśnika z „dobrej dzielnicy”.

Amerykańska moralność, z jej epatowaniem bogami na każdym kroku, to kolejny lep, na który łapie się polski suweren. Hipokryzja religijna i każda inna w tym kraju przekracza resztę świata o lata świetlne. Wolność do posiadania i używania broni powoduje bowiem, że w całych połaciach Stanów Zjednoczonych wyjście z domu po zmroku wiąże się z zagrożeniem życia. To coś w Europie nie do wyobrażenia. Tak jak i liczba zabójstw w przeliczeniu na 100 tys. osób. Liczba 10 krotnie wyższa niż na Starym Kontynencie.
Do szczytów hipokryzji doszli Amerykanie w dziedzinie seksu. Cenzuruje się w telewizjach gołą pierś, młodzieży daje się prawo podejmowania życia seksualnego dopiero po 18-tce, a jednocześnie Stany mają jeden z najniższych na świecie wieków inicjacji seksualnej. Niższy od Europejskiego o ponad 4 lata. To zaś pokazuje, że nastoletni Amerykanie i Amerykanki wysysają łamania prawa z mlekiem bigoteryjnych matek.
Tych samych, które wejdą do łóżka każdemu grubemu biznesmenowi, tylko po to, żeby potem oskarżyć go o gwałt i wycisnąć w ramach odszkodowania ile się da.

Ameryka dla małomiasteczkowego Polaka to najnowocześniejsza technologia. Jasne. Taka, gdzie ponad jedna piąta osób posługuje się do dziś książeczkami czekowymi, nie wiedząc jak obsługiwać kartę płatniczą. Taka, gdzie 15 proc. co prawda używa karty, ale tylko tej wypukłe, którą się drukuje i podpisuje na rachunku.
Technologia polegająca na tym, że na większości terytorium USA nikt nie ma dostępu do światłowodów, bo kable telekomunikacyjne i energetyczne idą nie pod ziemią, ale wiszą na słupach. Owszem są i miejsca gdzie nowoczesność się przebiła. To wielkie miasta i oba wybrzeża. Reszta korzysta z technologii sprzed 45 lat.
Czyli z tego, o czym nie pamiętają już nawet najstarsi mieszkańcy polskiego Podkarpacia i Podlasia.

Taka właśnie Ameryka wybierała między bufonem Trumpem, a trzęsącym się emerytem Bidenem. Już sam ten wybór mówi wszystko o wyłonionych przez amerykańskie społeczeństwo elitach politycznych. Elitach, których – jak widać – nie stać nawet było na kogoś lepszego.
Osobną kwestią jest objawianie chęci nieuznania wyniku wyborów, który będzie dla piastującego urząd prezydenta prawdopodobnie niekorzystny. Takie coś każe wrócić na początek felietonu. Tam gdzie Sushi definiowało demokrację.
Sushi bez zapartego tchu śledziło mimo to wszystko, tak kampanię jak i cyrk wyborczo-liczący głosy. I tylko z kronikarskiego obowiązku winno jest Czytelnikom informację, że najprawdopodobniej nowym gospodarzem Białego Domu został …

No i kiszka. „Najnowocześniejsze” technologie, najsprawniejsi na świecie fachowcy i najczystsze procedury demokratyczne, do chwili wysyłania numeru do drukarni, nie zdołały policzyć głosów.