Trump dostanie Pokojową Nagrodę Nobla?

Fotomontaż

Donald Trump ma w czwartek spotkać się z laureatką Pokojowej Nagrody Nobla i liderką wenezuelskiej opozycji Maríą Coriną Machado. Prezydent USA sugeruje, że opozycjonistka mogłaby symbolicznie przekazać mu swoje wyróżnienie – w momencie, gdy jego polityka wobec Wenezueli, obejmująca pojmanie Nicolása Maduro i przejęcie kontroli nad ropą, wywołuje na świecie oskarżenia o imperializm.

Według informacji przekazanych 12 stycznia przez wysokiego rangą urzędnika administracji USA, Donald Trump ma w czwartek przyjąć w Waszyngtonie Maríę Corinę Machado, która w grudniu nielegalnie opuściła Wenezuelę. Liderka wenezuelskiej opozycji została wcześniej uznana przez Trumpa za osobę niekwalifikującą się do objęcia władzy w kraju. Prezydent USA mówił wprost, że „byłoby jej bardzo trudno zostać liderką, ponieważ nie ma w kraju ani poparcia, ani szacunku”, dodając: „to bardzo miła kobieta, ale nie ma respektu potrzebnego do rządzenia”.

Jednocześnie sam Trump nie krył aprobaty dla idei symbolicznego gestu ze strony opozycjonistki. „Słyszałem, że chciała to zrobić. To byłby wielki zaszczyt” – powiedział, podkreślając przy tym, że jego zdaniem Pokojowa Nagroda Nobla należy się jemu bardziej niż komukolwiek innemu. Instytut Noblowski w Oslo przypomniał jednak, że nagroda nie może zostać cofnięta ani formalnie przekazana innej osobie.

Administracja amerykańska konsekwentnie broni swojej polityki wobec Wenezueli. Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt przekonywała w wywiadzie dla Fox News, że decyzje podjęte po schwytaniu Nicolása Maduro przez amerykańskie siły specjalne były efektem „realistycznej oceny sytuacji”. Jak twierdziła, nowa władza w Caracas – z tymczasową prezydent Delcy Rodríguez – wykazuje wobec Stanów Zjednoczonych „dużą gotowość do współpracy”.

Po zatrzymaniu Maduro, obecnie przetrzymywanego w Stanach Zjednoczonych, Trump zapowiedział, że Waszyngton będzie miał decydujący wpływ na kluczowe decyzje podejmowane przez Caracas, zwłaszcza w obszarze energetyki. 7 stycznia prezydent USA ogłosił, że Wenezuela zgodziła się skierować do Stanów Zjednoczonych od 30 do 50 milionów baryłek ropy, które mają zostać sprzedane po cenach rynkowych.

Trump od początku uzasadnia te działania narracją o „odzyskaniu” surowców. W jego wypowiedziach regularnie pojawia się teza, że Wenezuela „ukradła” ropę, do której Stany Zjednoczone mają – w jego ocenie – moralne prawo. Po amerykańskiej operacji wojskowej mówił wprost: „Odbierzemy ropę, którą już dawno temu powinniśmy byli odebrać”, zapowiadając intensywne wydobycie i czerpanie zysków z wenezuelskich złóż.

Prezydent USA podkreślał również, że dochody ze sprzedaży wenezuelskiej ropy pozostaną pod jego osobistą kontrolą jako głowy państwa. Jak argumentował, ma to zagwarantować, że środki zostaną wykorzystane „z korzyścią zarówno dla mieszkańców Wenezueli, jak i Stanów Zjednoczonych”. Równocześnie domagał się zwrotu ziemi oraz złóż naftowych, które jego administracja uznaje za skonfiskowane w przeszłości przez rząd w Caracas.

W wypowiedziach Trumpa pojawiały się także zapowiedzi długoterminowego nadzoru USA nad Wenezuelą i jej zasobami. Prezydent mówił o konieczności „zarządzania krajem” do czasu „bezpiecznego i właściwego przejścia władzy”, sugerując trwałą kontrolę nad rezerwami ropy, a nie krótkotrwałą współpracę między państwami.

Presja ze strony Waszyngtonu obejmuje także prywatne koncerny energetyczne. Trump jasno sygnalizował, że dostęp do wenezuelskich złóż i kontraktów naftowych będzie uzależniony nie tylko od decyzji biznesowych, lecz przede wszystkim od politycznego poparcia dla linii jego administracji wobec Caracas. W tym kontekście ostro skrytykował ExxonMobil po tym, jak kierownictwo koncernu oceniło Wenezuelę jako kraj „nieopłacalny do inwestowania”, wskazując na ryzyka prawne i polityczne. Trump odebrał tę ostrożną ocenę jako brak entuzjazmu i lojalności wobec amerykańskiej strategii. „Nie podobała mi się odpowiedź Exxona. Grają zbyt sprytnie. Będę skłonny trzymać ich z daleka” – mówił, dając do zrozumienia, że nawet największe koncerny mogą zostać odsunięte od przyszłych projektów, jeśli entuzjastycznie nie wpiszą się w politykę jego administracji.

Ostatnie wypowiedzi amerykańskiego przywódcy stały się podstawą ostrej międzynarodowej krytyki, w której działania USA coraz częściej określane są mianem „imperializmu zasobowego”. Krytycy porównują politykę wobec wenezuelskiej ropy do wcześniejszych interwencji motywowanych dostępem do surowców, jak w Iraku. Wiele państw uznaje blokowanie transportów ropy i przejmowanie zasobów za naruszenie prawa międzynarodowego lub co najmniej akt agresji. W tym kontekście sugestia, że Donald Trump mógłby „dostać Nobla” – nawet w formie symbolicznego gestu ze strony laureatki – wywołuje szczególne oburzenie. Z perspektywy Maríi Coriny Machado trudno jednak wskazać inną drogę: bez pochlebstw wobec Trumpa, bez publicznego dowartościowania jego ego i bez demonstracyjnego uznania dla jego działań jej polityczna przyszłość wydaje się przesądzona. Trump jasno dał do zrozumienia, że nie uważa jej za zdolną do rządzenia krajem, a w realiach amerykańskiej dominacji nad Caracas jedyną walutą, która może zmienić jego zdanie, pozostaje osobiste uznanie i hołd złożony „amerykańskiemu zbawcy” Wenezueli.

Mateusz Stolarz

Poprzedni

Prawicowe fikołki „antysystemowców”

Następny

Siła zamiast demokracji