Wojna z Iranem. Lądowa operacja USA może okazać się pułapką

USS Tripoli (LHA-7). Fot. Wikimedia Commons

Amphibious assault ship USS Tripoli (LHA- 7) , departs Naval Air Station North Island, Calif., April 7, 2022. Tripoli completed flight deck operations with 20 F-35B Lightning II jets from Marine Fighter Attack Squadrons 211 and 225, Marine Aircraft Group 13, and 3rd Marine Aircraft Wing, as well as Marine Operational Test and Evaluation Squadron 1, as part of the U.S. Marine Corps’ Lightning carrier concept demonstration. The Lightning carrier concept demonstration shows Tripoli and other amphibious assault ships are capable of operating as dedicated fixed-wing strike platforms when needed, capable of bringing fifth generation Short Takeoff/Vertical Landing aircraft wherever they are required. (U.S. Marine Corps photo by Sgt. Samuel Ruiz)

Mimo trwających pośrednich rozmów dyplomatycznych administracja Donalda Trumpa wzmacnia siły wojskowe na Bliskim Wschodzie i rozważa również ograniczone operacje lądowe przeciwko Iranowi. W grze są m.in. wyspa Kharg i irańskie wyspy kontrolujące wejście do cieśniny Ormuz. Każdy taki ruch mógłby jednak uruchomić jeszcze większą eskalację, nad którą Waszyngton szybko straciłby kontrolę.

Waszyngton znajduje się dziś między dwiema sprzecznymi logikami: negocjacjami i dalszym podbijaniem militarnej stawki. Oficjalnie trwają pośrednie rozmowy z udziałem m.in. Turcji, Pakistanu, Egiptu i Arabii Saudyjskiej. Spotkania mają potrwać w Islamabadzie do poniedziałku 30 marca. Równocześnie Amerykanie rozbudowują swój potencjał wojskowy w regionie, a doniesienia amerykańskich mediów pokazują, że analizowane są także bardziej ryzykowne scenariusze, w tym działania lądowe.

W Teheranie przeważa przekonanie, że za deklaracjami dialogu kryje się przygotowanie kolejnego uderzenia. W niedzielę 29 marca przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf oskarżył Stany Zjednoczone o dwulicowość. Jak mówił, przeciwnik publicznie wysyła sygnały o negocjacjach i dialogu, a jednocześnie potajemnie planuje ofensywę lądową. Tego sceptycyzmu nie sposób łatwo odrzucić. W czerwcu, a potem 28 lutego, USA uderzały na Iran właśnie w trakcie sekwencji dyplomatycznej. Donald Trump konsekwentnie utrzymuje tę niejednoznaczność, najwyraźniej uznając ją za własny atut.

Biały Dom oficjalnie tonuje nastroje. W sobotę 28 marca rzeczniczka administracji powiedziała, że rolą Pentagonu jest przygotowanie jak największej liczby opcji dla naczelnego dowódcy, ale nie oznacza to jeszcze, że prezydent podjął decyzję. Na poziomie operacyjnym wyraźnie widać jednak, że Amerykanie wzmacniają obecność wojskową w regionie.

W piątek do regionu dotarła grupa desantowa skupiona wokół USS Tripoli. To około 3500 żołnierzy, w tym 2200 wojskowych z 31. Morskiej Jednostki Ekspedycyjnej Marines. Zespół dysponuje śmigłowcami Seahawk, maszynami Osprey do transportu żołnierzy, pojazdami do desantu amfibijnego i myśliwcami F-35. Taki zestaw łączy dużą mobilność z istotną siłą ognia. Druga grupa desantowa, z USS Boxer jako główną jednostką, wyruszyła z San Diego 18 marca i również kieruje się na Bliski Wschód.

Znaczenie takiego zgrupowania dobrze oddają słowa generała Erica Smitha, dowódcy marines. W ubiegłym roku mówił on, że morska jednostka ekspedycyjna osadzona na trzyokrętowej grupie desantowej to najbardziej wszechstronna, elastyczna i śmiercionośna siła szybkiego reagowania, jaką dysponują Stany Zjednoczone. W praktyce chodzi o narzędzie zdolne zarówno do punktowego uderzenia, jak i do krótkotrwałego utrzymania strategicznego punktu.

Jednym z rozważanych wariantów jest zajęcie wyspy Kharg. Ta położona w północnej części Zatoki Perskiej koralowa wyspa została już w połowie marca zaatakowana przez USA. To właśnie tam znajduje się główny terminal eksportu irańskiej ropy. W części waszyngtońskich analiz pojawia się argument, że przejęcie Kharg mogłoby odciąć irański reżim od najważniejszego źródła dewiz i wzmocnić pozycję Amerykanów w ewentualnych negocjacjach.

Wojskowa rzeczywistość wygląda jednak znacznie mniej optymistycznie. Kharg leży zaledwie 30 kilometrów od irańskiego wybrzeża, więc od ewentualnych irańskich dronów i pocisków dzielą ją dosłownie minuty. Reżim dodatkowo wzmocnił tam ostatnio obronę, rozmieszczając m.in. przenośne systemy rakiet przeciwlotniczych i miny. Harrison Mann, były oficer amerykańskiego wywiadu wojskowego, ostrzegał niedawno, że dla żołnierzy, którzy dostaliby rozkaz zajęcia Kharg, taka operacja byłaby czymś pomiędzy misją samobójczą a samodzielnie wywołaną sytuacją zakładniczą.

Ryzyko nie kończy się zresztą na samym desancie. Jeśli Iran zostałby przyparty do muru, mógłby potraktować obecność amerykańskich żołnierzy na wyspie jako instrument nacisku. Mann zwraca uwagę, że możliwość zadania Amerykanom ciężkich strat albo faktycznego uwięzienia całych batalionów mogłaby okazać się dla Teheranu cenniejsza niż same przychody z ropy. Podobnie ocenia to historyk wojskowości Phillips O’Brien. Jego zdaniem operacje militarne zawsze wydają się prostsze na etapie hipotez niż w realnym wykonaniu. USA mogłyby co prawda zdobyć Kharg, ale uruchomiłyby w ten sposób lawinę skutków, nad którymi później mogłyby już nie zapanować.

Kharg nie jest jedynym potencjalnym celem. U wejścia do cieśniny Ormuz znajduje się siedem irańskich wysp, które irański i chiński badacz określali w 2022 roku jako „łuk obronny” Teheranu. Chodzi o Abu Musę, Małą i Wielką Tunb, Hengam, Keszm, Larak i Ormuz. To z tych punktów Iran może paraliżować jeden z najważniejszych szlaków energetycznych świata. W normalnych warunkach przez cieśninę przepływa około jednej piątej światowego handlu węglowodorami. Jej zamknięcie przez Iran, przy pozostawieniu dostępu jedynie dla statków kilku sojuszników, takich jak Chiny, Turcja i Pakistan, wywołało już globalny wstrząs energetyczny.

Również tutaj teren sprzyja obrońcy. Irańskie władze od dawna traktują te wyspy jak „stacjonarne i niezatapialne lotniskowce”. Rozmieszczono tam znaczące siły i infrastrukturę wojskową. Do swojej śmierci w izraelskim ataku w ubiegłym tygodniu nadzorował to dowódca marynarki Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Alireza Tangsiri. Jeszcze wiosną ubiegłego roku podkreślał, że irańska taktyka wymaga uzbrojenia i pełnego uoperacyjnienia całej tej grupy wysp. Ewentualny amerykański desant musiałby więc liczyć się z obroną przygotowywaną od lat, opartą na rakietach, dronach, szybkich łodziach i minach.

Amerykanie i Izraelczycy już rozpoczęli intensywne uderzenia na część tych pozycji, zwłaszcza na Wielką Tunb i Abu Musę, czyli najbardziej zmilitaryzowaną z wysp. Według raportu Institute for the Study of War z 24 marca siły USA i Izraela zadały tam poważne szkody infrastrukturze morskiej i lotniczej, w tym portom, hangarom, składom paliwa i sieciom łączności. ISW ocenia, że skumulowane zniszczenia najprawdopodobniej osłabiły zdolność Iranu do koordynowania i wspierania operacji morskich prowadzonych z tych wysp.

Takie osłabianie obrony mogłoby być przygotowaniem do przyszłego ataku desantowego. Problem w tym, że nawet po ciężkich stratach Iran pokazał już, że nadal pozostaje groźnym przeciwnikiem. Dla armii amerykańskiej kluczowe ryzyko dotyczy nie tylko samego wejścia na ląd, ale też późniejszej ochrony żołnierzy, ich zaopatrywania i ewakuacji rannych. Emerytowany admirał Mark Montgomery mówił w piątek na łamach „Wall Street Journal”, że dla Iranu każda operacja lądowa stanie się okazją do zabijania Amerykanów zgrupowanych i skoncentrowanych tuż przy jego własnym wybrzeżu.

Dlatego Donald Trump porusza się dziś po bardzo wąskiej linii. Z jednej strony utrzymuje kanały dyplomatyczne, z drugiej zwiększa presję wojskową i zostawia sobie możliwość przejścia do kolejnej fazy działań. Wejście w operacje lądowe oznaczałoby jednak jakościową zmianę wojny: większe ryzyko polityczne, większe ryzyko militarne i znacznie wyższe koszty ludzkie. W Teheranie ten sygnał odczytywany jest jednoznacznie. 29 marca Mohammad Bagher Ghalibaf oświadczył wprost, że w Iranie czekają na wejście amerykańskich żołnierzy na ląd, by ich zaatakować.

Redakcja

Poprzedni

Ukryte szczątki i kwiaty w ogrodzie

Następny

ONZ uznała handel niewolnikami za „najcięższą zbrodnię przeciwko ludzkości”