Armia Czerwona nas wyzwoliła…

75 lat temu wyzwolony został Sokołów Podlaski.

Czytam wszystko co wpadnie mi w ręce. Żeby wyrobić sobie zdanie czytam lewicową i prawicową prasę. W tej drugiej interesuje mnie nowa polityka historyczna pisana przez naukowców z IPN-u i twórczo rozwijana przez polityków Ponieważ należę do pokolenia,które uczestniczyło w wielu zdarzeniach z naszej najnowszej historii na jej najmniejszym podwórku mam nieodpartą chęć polemizować z jedynie słusznymi tezami jakie kiedyś lansowała PRL-owska propaganda a dziś w jej ślady weszli nowi aktywiści.
Obawiam się, że przy bierności ludzi którzy pamiętają i potrafią obiektywnie ocenić co się z nimi bądź obok nich wydarzyło w ostatnich latach. Niebawem mojego wnuczka Kacperka będą uczyć w szkole, że moje miasto – Sokołów Podlaski – nie wyzwoliła Armia Czerwona 8 sierpnia 1944 roku tylko „żołnierze wyklęci” dowodzeni przez Młota, Sokolika, Huzara i Marynarza. Dlatego, spełniając swój obowiązek wobec wnuka, piszę ten artykuł w rocznicę wyzwolenia Sokołowa z hitlerowskiej okupacji mając w pamięci słowa Wielkiego Polaka o prawdzie która nas wyzwoli. Przywołuję w nim fakty historyczne z Książki Jana Gozdawy-Gołębiowskiego „Obszar warszawski Armii Krajowej” i wspomnienia osobiste jakie zapamiętałem z dzieciństwa. Na początek kilka faktów historycznych.
W nocy z 4 na 5 sierpnia 1944 roku żołnierz AK Stefan Kazik z Frankopola przeprawił dwóch delegatów majora J. Sasina, dowódcy obwodu Armii Krajowej „Proso” Sokołów Podlaski. Delegatów – podporucznika Piotra Wodzińskiego ps. „Wicher” i docenta Kazimierza Roszkowskiego ps. „Judym” – przyjął w Tonkielach radziecki generał Władimirow. Generał odrzucił postulat dalszej walki batalionu AK o wyzwolenie Sokołowa Podlaskiego u boku Armii Czerwonej. Zażądał, by wszystkie polskie oddziały zebrały się w Bażanciarni w Repkach, osobno oficerowie i szeregowcy i tam czekali na przyjście jego żołnierzy.
Druga grupa z sędzią Krysiakiem dotarła do Grochowa, gdzie nawiązała kontakt z oddziałem podporucznika Mariana Solnickiego ps. „Dzik”. Pluton ppor. Solnickiego idąc przez Patrykozy oraz wsie Czajki i Ginia natknął się na wojska węgierskie, które bez przeszkód przepuściły Polaków przez linię frontu. Tu spotkali się z oficerami radzieckimi. Podczas żołnierskiego przyjęcia radzieccy oficerowie radzili by żołnierze AK nie przyłączali się do Armii Czerwonej, bo zostaną rozbrojeni i wywiezieni w głąb Rosji . Podporucznik „Dzik” natychmiast przekazał te informacje sędziemu Franciszkowi Krysiakowi który był Delegatem Rządu na powiat sokołowski.
Pod koniec lipca 1944 roku w Sokołowie powstały konspiracyjne władze polskie z komendantem miasta profesorem Nikodemem Księżopolskim ps. „Kiejstut”, podporucznikiem rezerwy Henrykiem Giergielewiczem ps. „Łącki”, Edwardem Kupskim ps. „Andrzej”, Janiną Księżopolską ps. „Nina”, dr Antonim Perłowskim ps. „Korybut”. Komendant miasta miał do dyspozycji radiostacje ulokowaną w domu przy ulicy Kościuszki 12 za pomocą której otrzymywał dyspozycje z komendy podokręgu wschodniego i informacje z Londynu. Rozbudowana i dyspozycyjna sieć łączniczek zapewniała sprawne przekazywanie rozkazów i informacji do miejsca postoju majora J. Sasina.
Na naradzie oficerskiej 6 sierpnia 1944 roku w majątku Grodzisk major Sasin z uwagi na jednoznaczne stanowisko władz radzieckich zmierzające do rozbrojenia i internowania żołnierzy AK , wg wzorów zastosowanych w Wilnie, rozkazał rozwiązać wszystkie oddziały w obwodzie, broń ukryć a łączność utrzymać na istniejącej sieci.
Z chwilą wkroczenia do Sokołowa Armii Czerwonej major Sasin ze swoim sztabem ujawnił się przed władzami radzieckim i ślad po nim zaginął.
Tyle faktów historycznych. Teraz pora na wspomnienia z dzieciństwa spędzonego w domach i na podwórkach ulic Siedleckiej Repkowskiej i Długiej.
Od dzieciństwa w naszym domu obok oleodruku Kossaka przedstawiającego „Cud nad Wisłą” z ks. Skorupka wśród szarżujących na bagnety polskich legionistów, wisiało zdjęcie naszego dziadka ze strony matki Pawła Jakubiaka. Reprodukcja popularnego obrazu uznanego batalisty była z nami do czasu wejścia do Sokołowa wyzwolicieli, czyli do 8 sierpnia 1944 roku. Nie wypadało wojennemu komendantowi miasta, który tymczasowo zajął największy pokój po zlikwidowanym sklepie z wygodnym wejściem na ulicę Siedlecka bądź Repkowską przypominać, jakie baty dostali pod Warszawa w 1920 roku w niespełnionym marszu ku Europie. Za to portret dziadka Pawła na tle gwiaździstej flagi potężnego alianta miał teraz honorowe miejsce obok portretu Stalina.
Mnie jednak bardziej interesował obraz przedstawiający bitwę warszawską niż zdjęcie dziadka jego kolegów, którzy za chlebem wyjechali do Ameryki w latach i dwudziestych. Przez kalkę odrysowałem fragment tego obrazu by pochwalić się przed kolegami rysunkami żołnierzy i ich broni. Nie rozumiałem powodów, dla których obraz wiszący przez cała okupacje, teraz musiał być schowany. Szukałem go wszędzie, a znałem niemal wszystkie przemyślane skrytki w starym domu. W końcu obraz odnalazłem na strychu w wielkim wiklinowym koszu pod stertą pierzyn i paczek papierosów przechowywanych tu po likwidacji sklepu kolonialno-spożywczego moich rodziców.
W tym koszu kiedyś niespodziewanie zobaczyłem śpiącą pod pierzyną Żydówkę – prawdopodobnie córkę dr Lewina, który mnie leczył z częstych przeziębień. Powiadomiłem matkę. Nie uwierzyła. Po kilku chwilach, kiedy z pomocą babci i siostry schowano w innym miejscu ukrywającą się sąsiadkę, matka zaprowadziła mnie na strych by przekonać, że nikogo tam nie ma ,że musiało mi się przewidzieć. Kosz stał na swoim miejscu załadowany po brzegi poduszkami i pierzynami.
Byłem małym sześcioletnim chłopcem o bujnej wyobraźni i jak na dziecko czasów okupacyjnych miałem swoje doświadczenie z ciągłych rewizji, publicznej egzekucji, pod tzw. wzgórkiem przy ul. Repkowskiej, obserwowanej z okienka szczytowej ściany naszego strychu, likwidacji getta, którego ogrodzenie od ulicy Olszewskiego znajdowało się 50 m od sieni domu od strony ulicy Siedleckiej 1. Dlatego, mimo zakazu Niemców, sień i wejście na strych było w nocy otwarte. Podobne praktyki stosowali i inni mieszkańcy domów, komórek i stodół zlokalizowanych przy ulicach sąsiadujących z ogrodzona dzielnica żydowską.
Naprzeciw rozległego drewnianego domu usytuowanego na rogu ulicy Siedleckiej i Repkowskiej był budynek sokołowskiego magistratu. Na parterze garaże straży pożarnej a na piętrze kino. Wejście do kina było od ulicy Długiej. Niemcy uciekający pod naporem Armii Czerwonej wysadzili budynek magistratu, ale parter budynku ocalał. I tam w dawnej poczekalni i kasie kina „Ostland” gdzie jeszcze niedawno oglądaliśmy niemieckie kroniki wojenne, teraz pokotem spali radzieccy żołnierze. W dzień i w nocy regulowali ruchem transportów wojskowych ciągnących na Warszawę, w chwilach wolnych od służby palili ogniska, grali na harmoszce i śpiewali „Katiusze”. Częstowali konserwami, a my zajadając się „swinuju tuszonku” z czarnym żołnierskim chlebem, nosiliśmy im z pobliskiej studni wodę. Czasami dali do obejrzenia pepeszkę lub bagnet, a nawet pograć na harmonii.
Ulubieńcem wyzwolicieli stałem się, kiedy przyniosłem do ich kwatery kilka paczek Popularnych i Junaków – papierosów z odkrytej skrytki na strychu. Popularne były paczkowane w dużych pudełkach po 100 szt. I można nimi obdzielić cały odział reguliowszczyków. Były jednak trudniejsze do wyniesienia pod czujnym okiem babci Emilowej. Gniew babci, gdy odkryła moje niecne postępowanie, złagodziły puszki konserw, które dostałem od żołnierzy. Kocioł kapusty z zawartością wojskowej konserwy sprawił, że i tym razem mi się udało uniknąć rózgi, którą babcia Emilowa władała po mistrzowsku. Za to moim postępowaniem doprowadziłem do wymiany towarowej, gdy okazało się, że papierosy mają dla wojaków większą wartość jak amerykańskie konserwy dostarczane radzieckim sojusznikom by skutecznie bili Niemców.
Kilka rodzin zamieszkałych w rozległym domu na rogu Siedleckiej i Repkowskiej miało dzięki tej wymianie handlowej dobre pożywienie. W mieście panował niebywały entuzjazm. Do rodzin Laszuków i Gumaników, Ładów powrócili od Andersa ich ojcowie i synowie.
Trwała mozolna praca przy odgruzowaniu i naprawie domów, mostów i ulic. Z dalekiego Elbląga przywieziono prądnice i uruchomiono elektrownię przy ulicy Kosowskiej naprzeciw starego drewnianego kościołka pw. Św. Rocha.
Wieki pobyt nastał na materiały budowlane – cegłę, stalowe belki. Pan Głazek płacił za jedną oczyszczoną z tynku cegłę 50 groszy. W tamtym czasie był to dobry interes. Z kolegami z mojej drużyny wzięliśmy się za robotę. Wkrótce uzbieraliśmy 97 złotych. Piłka, o której marzyliśmy kosztowała w księgarni pani Sudarowej 95 złotych. Była to skórzana futbolówka z jajowatą dętką i długim wentylem. Po napompowaniu trzeba było ją zasznurować tak by nie zniekształcić. Zakup uczciliśmy lemoniadą w sklepiku pani Nowakowej przy ulicy Długiej. Odtąd moja drużyna z Repkowskiej i Siedleckiej nie miała sobie równych wśród piłkarzy grających szmaciakami na sąsiednich ulicach i podwórkach. Mając taką piłkę trzeba było zadbać o odpowiednie piłkarskie nazwisko. Stefan Kupisz był Cieślikiem, Janek Patejczuk to obrońca Jan Duda, ja długo nosiłem nazwisko pomocnika Legii – Parpana. Tylko, nie wiem czemu, Romek Bałkowiec miał ksywkę Beka, a Waldek Łada – Hilon.

Bohaterowie szerzej nieznani

W rocznicę Powstania Warszawskiego chciałabym oderwać się od historycznych dyskusji i ocen. Moje oczy tego dnia zwrócone są w stronę tych, którzy nie mieli wyboru: na najmłodszych uczestników powstania, do których bohaterstwo przyszło samo, nieproszone.

O dzieciach powstania pisze Monika Kowaleczko-Szumowska w książce „Fajna ferajna”.
Pozycja ta ukazała się wprawdzie już jakiś czas temu, w roku 2015, jest również dedykowana dzieciom w wieku szkolnym, jednak może stanowić wzruszającą lekcję historii dla czytelnika w każdym wieku.
To spisane w formie opowiadań wspomnienia tych uczestników powstania, którzy w momencie jego wybuchu mieli kilka lub kilkanaście lat.
Najmłodszy zmobilizowany powstaniec miał ich dziewięć. To Jurek. Po wojnie otworzył w stolicy zakład zegarmistrzowski.
Jego koledzy opisani w książce nie byli wiele starsi – 10-letni Mirek (uciekł z domu, aby zostać łącznikiem, tak bardzo zazdrościł swoim nastoletnim kolegom, że mogą walczyć). Hipek przeprowadzał ludzi przez kanały, Jaga cieszyła się, że nie musi iść do szkoły „bo jest powstanie”. Basia przygotowywała żonierzom lemoniadę, była z siebie niezwykle dumna. Halusia kochała swoje domowe psy i koty – razem z nimi wyjechała z Warszawy w bydlęcym wagonie, nie pozwoliła zostawić swoich pupili.
Bo warto wspomnieć, że w powstaniu ginęły również zwierzęta. Zginęli niemal wszyscy lokatorzy warszawskiego ZOO – większość przez bombardowanie miasta.
Niewdzięczny los czekał również zwierzęta domowe. Wzruszającą historię opowiedziała mediom nieżyjąca już aktorka Zofia Czerwińska. Jej ojciec przygarnął rannego wilczura, którego, jak się okazało, szukało później gestapo. Pies jednak tak bardzo przywiązał się do małej Zosi, że oddał za nią życie.
„Gdy wybuchło powstanie, strach było nawet wychodzić z domu”- wspominała aktorka. – „Wszędzie świszczały kule. Ale ja zawsze chodziłam przez podwórko po wodę do studni, więc i tego dnia też postanowiłam iść. Pies oczywiście ze mną. Łatwo można się domyślić, co się wydarzyło na podwórku. Nagle ten wielki wilczur rzucił się na mnie . A ja dopiero po chwili usłyszałam dziwny świst. Ten pies musiał być jednak szkolony i w ułamku sekundy potrafił zareagować. Ja tylko czułam, jak to jego serduszko przestaje bić”.

W buraczkach

Mniej poważne wspomnienia z Powstania Warszawskiego

Przed poprzednią rocznicą Warszawskiego Powstania pewna sympatyczna pani zadała mi pytanie – jak Powstanie wpłynęło na pańskie życie, co pan z niego szczególnie zapamiętał? Nie było wówczas warunków do udzielenia odpowiedzi, więc obiecałem, że odpowiem później.

Spóźniona odpowiedź

Jako względnie solidny sklerotyk wracam więc do tego tematu. Dlaczego dopiero po roku? Chyba dlatego – i jest to już wstępny element odpowiedzi, – że nie kultywuję specjalnie tego okresu mego życia. Staram się eliminować z pamięci sytuacje tragiczne, a eksponować pogodne i zabawne, bo – wbrew pozorom – i takich w „historycznych momentach” na ogół nie brakuje. I nie jest to z mojej strony ani zamiar ani objaw lekceważenia, tylko instynktowna, równoważąca reakcja, na śmiertelnie poważne i niemal zawsze smutne opowiadania o wszystkim, co dotyczy tego „niepodległościowego zrywu”. Zwłaszcza drażnią mnie górnolotne, okolicznościowe przemówienia naszych najwyższych notabli, których wtedy jeszcze na świecie nie było. Ale Powstanie jest kapitałem politycznym, więc muszą o nim dużo mówić, a nawet teatralnie pokrzykiwać.
Nota bene – jest to jedna z przyczyn, dla których od dawna zrezygnowałem z uczestnictwa w organizacjach kombatanckich, staram się nie chadzać na wspomnieniowe spotkania (zresztą już nie bardzo mam z kim!), nie znoszę ubierania berecików i podniecania młodzieży moją rzekomo bohaterską postawą.
To „bohaterstwo” też jest już pewnym podtematem odpowiedzi. Nie chcę powiedzieć – broń mnie Boże – że wśród żyjących jeszcze uczestników Powstania nie ma prawdziwych bohaterów, którzy robili coś nadzwyczajnego, albo wykonywali wyjątkowo trudne zadania. Ale wrodzona przekora przypomina mi spotkanie z oficerami łącznikowymi z Londynu, jakie w lipcu 1945 r. wraz z kilkudziesięciu kolegami, mieliśmy w Niemczech, już umundurowani i wspomagający II Armię Kanadyjską, która wyzwoliła nas z jenieckiego obozu.

Bohaterstwo, ostrożność i szczęście

Prowadzący spotkanie major powiedział wtedy – „Drodzy chłopcy – jesteście bohaterami i zrobimy wszystko abyście mogli rozpocząć nowe życie na zachodzie”. Jeden ze starszych kolegów, słynący wśród nas z inteligencji, dowcipu i cynizmu, odpowiedział wówczas – „Panie majorze – prawdziwi bohaterowie, nasi przyjaciele i koledzy, wyginęli w Powstaniu. Tutaj ma Pan do czynienia z gromadą ludzi bardzo ostrożnych, takich, którzy po prostu mieli szczęście, albo wręcz dekowników. O ile wiem, to większość z nas nie uważa się za bohaterów”.
Jeśli chodzi o mnie – to kolega miał rację. Przez całe Powstanie nie zrobiłem nic bohaterskiego. Byłem – upraszczając – czymś w rodzaju „łącznika dalekiego zasięgu”. Miałem satysfakcję, kiedy, zgodnie z rozkazem, udawało mi się dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Miałem szczęście, bo udawało mi się często „przeskoczyć” przez ulice pod ostrzałem i niemające (albo jeszcze niemające) barykad. Chwaliłem się przed kolegami, że znajdowałem nowe przejścia między domami, albo przez łączące się piwnice. Miałem szczęście, że nie podtruli mnie skutecznie w kanałach, jak przechodziłem ze Śródmieścia na Starówkę i na Powiśle. Miałem w końcu szczęście, że niemiecki snajper strzelający z Ogrodu Saskiego, wprawdzie mnie trafił, jak przeskakiwałem Marszałkowską, ale przestrzelił mi tylko bluzę na przygarbionych plecach. Wśród kolegów panowało przekonanie, ze właśnie ta bluza daje „nietykalność”. Parokrotnie, niemal zmuszano mnie do jej pożyczania, przed bardziej niebezpiecznymi trasami.
Co zapamiętałem poza tymi „osiągnięciami”? Oczywiście – wizyty w piwnicznym szpitalu na Świętokrzyskiej, gdzie początkowo leżał mój ojciec (kpt. „Macedończyk”), trafiony kulą z karabinu maszynowego nurkującego Sztukasa. Leżał na materacu, rozłożonym na podłodze, w „pomieszczeniu oficerskim”. Był tam też pacjent, który niemal bez przerwy opowiadał „kawały”, czyli anegdoty, głównie warszawskie i żydowskie. Dzięki tym opowiastkom Ojciec, mimo bólu, był zawsze w niezłym humorze. Mnie się to też udzielało i wychodziłem z tego szpitala w pogodnym nastroju i z nadzieją, „że wszystko dobrze się skończy”.

Coś do zjedzenia

Dodatkowym, codziennym zajęciem było poszukiwanie czegoś konkretnego do zjedzenia, poza często dostępną, przesłodzoną zupą z ziaren pszenicy. Chleb jadłem rzadko. Piekły go jeszcze nieliczne piekarnie, w których mieli zapasy mąki. Nie było powszechnego systemu zaopatrzenia, bo też nie było niezbędnej dla jego funkcjonowania logistyki. Częściej jadałem w różny sposób przyrządzane kartoflanki, bo ludność cywilna miała spore zapasy ziemniaków. Częstowano nas tymi kartoflankami w piwnicach, przez które przechodziliśmy, indywidualnie wykoncypowanymi trasami dojścia do miejsc przeznaczenia.
W czasie całego Powstania tylko raz jadłem prawdziwy i smaczny, pełny obiad. Na Jasnej spotkałem Krysię – zaprzyjaźnioną koleżankę ze szkoły. Nie uczestniczyła czynnie w Powstaniu, bo opiekowała się matką i babcią, które po ucieczce z Woli mieszkały w miejscu pracy mamy – budynku Komunalnej Kasy Oszczędności, róg Złotej, Jasnej i Przeskok. Rodzina opiekująca się tym obiektem miała znaczne zapasy ziemniaków i buraków. Jej matka też z nich korzystała. Krysia zaprosiła mnie na obiad na następny dzień, zapowiadając z uśmiechem, że będzie „wyjątkowa wyżerka”. Poprosiłem o dwugodzinne „wolne, wyrwałem jakieś kwiatki z resztek balkonu rozbitego bombą domu na Sienkiewicza i poszedłem do budynku KKO.
Panie mieszkały w piwnicy, ale obiad zrobiły w jednym z urzędniczych pokoi na parterze. Na przystawkę podano połówki jajek z chrzanem, potem doskonale przyrządzoną kartoflankę. Po krótkiej przerwie babcia wniosła danie główne – na półmisku leżał zając! Nałożono mi spory kawałek ciemnego mięsa, ziemniaki i buraczki. Nie miałem wątpliwości – mięso smakowało jak zając. Zapytałem tylko, kto i jak dostarczył im zająca? Panie zaśmiały się głośno, a Krysia powiedziała, że to właściwie tajemnica, ale później mi powie.
Po obiedzie zostało mi jeszcze pół godziny „wolnego”, dostałem kubek zbożowej kawy i usiedliśmy z Krysią na schodkach, przed wejściem do budynku. Było cicho – tego dnia bombardowano nas rano, a potem był spokój. Krysia zapytała, czy smakował mi obiad. Jak entuzjastycznie potwierdziłem, szczególnie chwaląc zająca, powiedziała „to fajnie, ale to nie był zając, tylko kot!”. Zakrztusiłem się kawą, ale mój żołądek nie zareagował. Pomyślałem, że w końcu Chińczycy jedzą niemal wszystko, co się rusza. A kot – dachowiec, to właściwie dziczyzna.

Uśmiech przez łzy

Powstanie trwało dwa miesiące, ale z mego życiorysu wycięło prawie półtora roku. Największą część tego okresu zabrał pobyt w niewoli. To nie był dobry czas, ale i w nim zdarzały się momenty, w których rozbawienie było silniejsze od smutku i złości, w których uśmiech ukrywał łzy.
Pierwszym takim momentem był apel po przyjeździe do jenieckiego obozu XIB w Fallingbostel. To nie była represja. Rozumieliśmy, że musieli zrobić jakąś wstępną ewidencję. Ustawiono nas na wielkim placu i niemieccy oficerowie w towarzystwie kilku żołnierzy przechodzili powoli wzdłuż szeregów, notując imiona i nazwiska, stopnie wojskowe, daty urodzenia, zabierając legitymacje AK, wydane w czasie Powstania, scyzoryki i „fińskie” noże, a także wojskowe pasy lub szerokie pasy o podobnym wyglądzie. I to ostatnie żądanie stało się problemem wywołującym powszechna wesołość – zarówno naszą jak i ich. Pół biedy, jeśli ktoś nosił pas opasujący bluzę, kurtkę czy płaszcz. Ale jeśli ten pas utrzymywał spodnie – sytuacja robiła się tragiczna. Na ogół zbyt luźne spodnie opadały, trzeba było je podtrzymywać rękami, zajętymi przecież plecakami, walizeczkami i workami z „dobytkiem”. Ci mniej szczęśliwi z trudem potem dotarli do wyznaczonych baraków, wygrzebywali ze swoich bagaży zapasowe, normalne paski do spodni, – jeśli je mieli. Ci, co ich nie mieli, szukali sznurków i linek. Jeśli ich nie znaleźli, darli i wiązali na paski zabrane ręczniki, a nawet koszule. Ale złość mieszała się ze śmiechem, a obraz naszych chłopców, łącznie ze mną, paradujących przez dłuższy czas z opadającymi spodniami, został w mojej pamięci.
Dużo później zdarzyła się sytuacja, w której także rozbawienie zwyciężyło z obawą i niezadowoleniem. Wraz z kolegą uciekliśmy z podobozu pracy, mając nadzieję, że uda nam się przejść do Aliantów przez bliski już front. Nie daliśmy rady. Nie mieliśmy dobrej mapy, po trzech dniach byliśmy wykończeni spaniem w domkach w ogródkach działkowych, zmarznięci i głodni. W mieście Wuppertal odpoczęliśmy w słońcu na parkowej ławce i postanowiliśmy się poddać. Ale komu i jak? Uznaliśmy, że najlepiej policjantowi, regulującemu ruch na pobliskiej ulicy. Zdjęliśmy i wyrzuciliśmy do kosza na śmieci cywilne płaszcze, które przykrywały nasze mundury – wprawdzie belgijskie, otrzymane już w obozie, ale zupełnie podobne do polskich. Założyliśmy pomięte w kieszeniach furażerki i podeszliśmy do policjanta. W naszym szkolnym, chociaż nieco już podszlifowanym niemieckim, powiedzieliśmy, że uciekliśmy z obozu jenieckiego, ale rezygnujemy i prosimy o przekazanie nas najbliższej jednostce Wehrmachtu, czyli wojskowej.
Policjant stał jak posąg z ręką podniesioną dla regulowania ruchem W jego oczach i zastygłej ze zdumienia twarzy zobaczyłem zdziwienie połączone z przerażeniem. Być może, w hałasie ulicznym nie końca nas zrozumiał. Jak wszyscy Niemcy w Westfalii zdawał sobie sprawę, że coraz lepiej słyszalne, zbliżające się odgłosy pojedynków artyleryjskich oznaczają rychłe wejście aliantów. Przez chwilę był chyba przekonany, że jesteśmy już zwiadowcami nadchodzącej „wrogiej” armii i że to on ma się poddać. Nie mogliśmy się powstrzymać od szerokiego uśmiechu, a on w końcu zorientował się, że jesteśmy bez broni. Otrzeźwiał, ale muszę przyznać, że widocznie bardziej zrozumiał, zbliżającą się nieuchronnie „zamianę miejsc” i był wyjątkowo uprzejmy. Także w komisariacie, do którego nas zaprowadził, traktowano nas niemal jak oczekiwanych gości. Nic dziwnego – składaniu rutynowych zeznań towarzyszyło coraz silniejsze drganie szyb, reagujących na wybuchy artyleryjskich pocisków.
Jak piszę ten tekst, przypomina mi się coraz więcej powstańczych i postpowstańczych momentów, które wywoływały śmiech, osłabiały napięcie, ułatwiały przetrwanie. Ale teraz nie jest dobry czas na ich opisywanie. Aktualne władze mają ograniczone poczucie humoru i mogą to uznać za modne ostatnio „szarganie świętości”.

UWAGA! W artykułach obejmujących wspomnienia z okresu Powstania Warszawskiego i kilku lat powojennych, autor opiera się wyłącznie na własnej pamięci. Stąd też mogą występować pewne różnice w stosunku do informacji zawartych w dostępnej literaturze.

Spod tabliczki

Przypadek zdarzył, że 1 Sierpnia, o godz. 17.00 znalazłem się na ulicy Bora-Komorowskiego.

 

Stałem w pierwszym rzędzie trzypasmowej jezdni, zatrzymany razem z innymi kierowcami przez policjanta. Środek skrzyżowania zajęli „patrioci”. Kupione w sklepie T-shirty, z nadrukiem powstańczej „Kotwicy” i z równie pięknie odrobionym rękawkiem, wykończonym biało-czerwoną opaską, miny dziarskie, spojrzenia stalowe. Oni stanowili centrum wydarzeń. Wokół nich tłum jeszcze młodzieży – z patriotycznym zacięciem na twarzach, ale też z odstającymi koszulkami na zbyt już obfitych, „piwnych” brzuchach.
Zawyły syreny, patrioci odpalili race. Najpierw normalne, świecące na czerwono, potem dymne, biało-czerwone. Bór-Komorowski, który rozkaz potrafił wydać co najwyżej koniowi przed skokiem, puchnął z dumy – na magistrackiej tablicy z nazwą ulicy i zapewne w niebie, bo gdzież taki bohater mógłby pójść, jak nie do nieba? Początkowo wszyscy kierowcy trąbili, ale po chwili klaksony ucichły. Wyłączono po prostu silniki, bo Powstanie Powstaniem, a paliwo grubo ponad pięć złotych! A bez włączonego silnika klaksony głosu nie dają… Za to poniosło się po całym skrzyżowaniu wyryczane przez patriotyczne gardła: „Cześć i chwała bohaterom!” Poczułem się, jak na jasnogórskich błoniach, jak na „Żylecie”, jak na „Marszu Niepodległości”.
Tylko, cholera wie skąd, w głowie pojawiło się wspomnienie tej sceny: prowincjonalna niemiecka gospoda, młodziutki blondynek intonuje piosenkę:
Ojczyzno, Ojczyzno daj nam wreszcie znak
Chcą ujrzeć ten znak dzieci Twe
Poranek nadejdzie!
Świat będzie nasz!
Jutro należy do mnie
Jutro należy do mnie
Jutro należy do mnie
Jutro należy do mnie
Do młodzieńca dołączają inni, po chwili wszyscy już stoją i w uniesieniu śpiewają wspólnie z nim, podnosząc jednocześnie ręce w geście Hitlergruß. Tylko jeden mężczyzna nie poddaje się temu nastrojowi, ale on jest stary i trwożnie rozgląda się na boki…
Bardzo dawno temu, gdy jako mały chłopiec 1 Sierpnia pobierałem u mamy prywatne lekcje wychowania patriotycznego – chodziłem z nią na Powązki, na Nowy Świat i na Starówkę, oglądać groby, tablice pamiątkowe i pomniki – zawsze czułem podniosły nastrój. Słuchałem opowiadania, jak się żyło w Warszawie przed wojną, „za okupacji”, jak w Powstanie mama z ciotką Haliną czołgały się do studni na Pl. Grzybowskim, pod ostrzałem „szwaba”, który siedział na dachu PASTY, jak potem rodziców wywieźli na roboty, jak tam było – „u Niemca”…
Od tamtego czasu, 1 Sierpnia, gdy tylko rozlegały się syreny i wybijała 17.00, zawsze czułem się podniośle i miałem ciarki na plecach…
Do chwili, gdy na Powązkach, w miejscach zbiórek i apeli pojawili się oni… Ci, którzy buczeli, gwizdali, krzyczeli. Którzy z Bogiem na ustach i nienawiścią w oczach rozpychali się pomiędzy grobami, łażąc po nich i gniotąc je…
Przestałem chodzić na Powązki, przestałem chodzić na uroczystości. Sam sobie wspominam rodziców, ich znajomych, ich świat, który znam z opowiadań. Tego nikt mi nie zabierze, nie zakłóci wyrykiwaniem hymnu, nie zadymi, nie zbezcześci tępym, wymóżdżonym patriotyzmem, bełkocącym coś o „hekatumbie”, o „bohaterach”, którym „chwała” taka sama, jak „żołnierzom wyklętym” i o darmowych biletach na tramwaj dla powstańców, które zresztą i tak już są darmowe dla każdego po 70-tce…
Ciarki na plecach i wzruszenie zastąpiło zażenowanie i gniew, że ta tępota rozlewa się tak bezkarnie. Na domiar ci nowi patrioci składają kwiaty pod pomnikiem Gloria Victis wzniesionym w 1946 roku, Pomnikiem Powstańców Warszawy odsłoniętym w 1979 i Pomnikiem Powstania Warszawskiego zbudowanym w latach osiemdziesiątych ub. wieku, odsłoniętym 1 sierpnia 1989 roku. A jednocześnie ich zakłamane usta mówią, jak to „tamta Polska”, której przecież nie było, wymazywała bohaterstwo Powstania z kart naszej historii. Nie ma słów, żeby wyrazić pogardę dla tych interpretatorów historii. Nie ma słów, żeby opisać ich bezgraniczny bezwstyd…
Ostatnia refleksja, która naszła mnie, gdy już policja puściła ruch po Bora-Komorowskiego była taka, że to dobrze, iż ulica gen. Andersa jest po drugiej stronie Wisły. A nuż generał nie wytrzymałby, zszedłszy ze swojej ulicznej tabliczki i wyrżnąłby w pysk tabliczkę z nazwiskiem Bora, którego wonczas chciał postawić przed sądem wojskowym za wywołanie Powstania i bezmyślne skazanie Warszawy na śmierć.
Ale była to tylko moja, bardzo indywidualna refleksja. Tłum się obfotografował, obfilmował, porozsyłał po rodzinie w całej Polsce „pamiątkę z Powstania” i z poczuciem patriotycznego spełnienia udał się każdy w swoją stronę.