Sierpniowo-wrześniowa agenda

W polskim kalendarzu obchodzimy rocznice historycznych wydarzeń w jakże różnym, acz jednak podobnym wymiarze, odnoszącym się do współczesności.

1 sierpień – Powstanie Warszawskie 

Pozostając w zbiorowej pamięci zawsze budziło gorące spory wyrażające się w swoim czasie także wkoło nazwy warszawskiego monumentu. Czy ma być to pomnik Powstańców Warszawy czy też Powstania Warszawskiego ? Krytycznie oceniano jego polityczne cele, możliwości militarnego sukcesu i tragiczne, w niewyobrażalnej hekatombie, skutki dla mieszkańców i miasta. Tu wyjątkowo często panowała zgoda między licznymi emigracyjnymi osądami i krajowymi, nie koniecznie rządowymi czy lewicowymi, środowiskami. 

Warszawski Pomnik Bohaterów Powstania Warszawskiego 1944, stanowiący dziś także centrum rocznicowych obchodów, odsłonięty został wreszcie po 45 latach od tamtych wydarzeń. I co prawda tę rocznicę obchodzono publicznie po stalinowskich czasach to w przestrzeni Warszawy przypominały ją tylko powstańcze kwatery na Powązkach. Idea budowy monumentu zrodziła się w 1984 roku, a w 1989  odsłaniał go prezydent Wojciech Jaruzelski. O tym dziś mało kto wie, albo chce pamiętać.

    Rocznica wybuchu Powstania stała się okazją do licznych wypowiedzi: Tomasz Nałęcz, jak zwykle pokrętnie rozwodząc się na temat 250 lat polskiej insurekcji, uniknął jasnej oceny Powstania. Natomiast Anna Machcewicz w materiale  „Czy powstanie nas połączy?” („GW – Ale historia”, teksty z 4-5. 09 i 28-29.08.2021) pisze: „jeśli będziemy pielęgnować nie powierzchowną pamięć ograniczoną do rocznic, pomników… lecz kulturę pamięci – innymi słowy, jeśli będziemy uprawiać krytyczne spojrzenie – odnajdywać będziemy sens tego wydarzenia dla każdego nowego pokolenia”. Skwituje to stwierdzeniem, że całe to wydarzenie czyli Powstanie Warszawskie od samego zamysłu po swój tragiczny koniec było bez sensu. Pozostaje tylko chwała jego bohaterom. 

31 sierpień – porozumienia sierpniowe w Gdańsku 

stały się asumptem dla Romana Kurkiewicza do napisania tekstu „Solidarność, moja miłość” i dopełnienia „Pierwsza Solidarność chciała innej Polski niż ta, którą mamy.” („Przegląd”, 30.08-5.09.2021). Bywa tak w życiu, że pierwsza miłość zawodzi, szczególnie wtedy, gdy wspomnienia snuje ówczesny licealista m. in. o roznoszeniu ulotek i wspaniałym czasie solidarnościowego karnawału. Ja po moich młodzieńczych doświadczeniach – wydarzeniach Polskiego Października i krwawym stłumieniu węgierskiego powstania – pozbyłem się złudzeń na całe życie. I nic to nie miało wspólnego z miłością, a z racjonalnym oglądem Polski w świecie.

31 sierpień – z Afganistanu uciekają, 

po dwudziestu latach zmarnowanego pobytu, żołnierze największej armii świata – bez wcześniejszego planu, ładu, porządku, z wielkimi problemami przy ewakuacji współpracujących z nimi Afgańczyków. Strategiczne oceny sytuacji analityków Pentagonu i rozlicznych służb wywiadowczych były tak samo celne, jak przy rejteradzie z wietnamskiego Sajgonu w 1975 roku. Zostawili wojskowe wyposażenie wartości, wg „The Times”, 85 mld dol. Jak donosi portal Defence24.pl „Amerykańskie wojsko przed opuszczeniem Afganistanu dokonało zniszczenia pozostawionego na lotnisku w Kabulu sprzętu wojskowego. Jak się okazuje, jest to niewielki wycinek tego, co zostało pozostawione przez nich w kraju zajętym przez talibów”. Ciekawe czy znalazły się tam także przeciwlotnicze rakiety Stringer, w które w latach 80’ CIA wyposażało bogato mudżahedinów walczących z wojskami radzieckimi ? Nie ma to jak hodować żmiję za własnym przyzwoleniem, co uświadomiły sobie Stany Zjednoczone wiele lat później. Na tym samym portalu 4 września ppłk. US Army Daniel L. Davis bez ogródek mówi: „Wszyscy doskonale wiedzą co wiedzieliśmy, a co mówiliśmy. Wiedzą, że walczyliśmy w wojnie nie do wygrania, obieraliśmy cele, których nie dało się zrealizować. Wiedzą, że ciągle kłamaliśmy.” I dlatego  już dziś oglądamy zdjęcia talibów w amerykańskich mundurach i z pozostawioną amerykańską bronią. Kiedyś bałagan i bezład slangowo nazywano sajgonem, obecnie zmienił się na kabul.

Porzucili także swoich najbliższych towarzyszy broni – jak donosi „Daily Mail” – wojskowe psy zostały przez Amerykanów zostawione w Afganistanie, co słusznie oburzyło obrońców zwierząt. Cytowana w mediach organizacja American Humane ocenia, że psy będą torturowane przez talibów.  

Zostawiam te fakty bez komentarza (a może wręcz odwrotnie) wszystkim tym, którzy tak bardzo kochają i wierzą w Amerykę. Ciekaw jestem także czy wolne media w postaci TVN zdobędą się na całą prawdę w tej hańbiącej sprawie – może w programie „Szkło kontaktowe” – „Każdy zwierz ma swój Czubaszek.”

Przypomnieć wypada, że wycofujące się w lutym 1989 roku z Afganistanu wojska radzieckie, po dziesięciu latach mało skutecznej obecności, zabrały ze sobą cały swój sprzęt i „swoich Afgańczyków”. Nie było ich zresztą wielu, bo ówczesny rząd afgański, w odróżnieniu od obecnego, upadł dopiero trzy lata później.

1 wrzesień – Wrzesień mógł być lepszy, 

to w nawiązaniu do rozważań Janusza Rolickiego („Przegląd”, 30.08-5.09.2021) o przyczynach naszej wrześniowej klęski, a w dalszej konsekwencji gehenny lat wojny i okupacji kraju przez Niemcy i ZSRR. 

    Poza dawno i skutecznie skompromitowanym pomysłem paktu Ribbentrop – Beck, tym razem obronę i wybielanie polityki Józefa Becka podjęli profesorowie Mariusz Wołos i Marek Kornat obszernie przekonując, że „To nie Beck wywołał wojnę” („GW – Ala historia” – 4-5.09.2021). Apelując do czytelnika o wyciagnięcie z tych wywodów własnych wniosków zgadzam się w pełni w jednym z autorami: to rzeczywiście nie Józef Beck wywołał wojnę.

Dodać jednak do tych wszystkich rozważań koniecznie należy jeden istotny element o znaczeniu polityczno-militarnym. Nie wiedzieć dlaczego powszechnie niedostrzegany, a może marginalizowany, przez wszystkich podejmujących temat tamtych wydarzeń.

Jedynym, który w tamtym szczególnym dla Polski czasie mógł stanowić pewien ratunek, byłby odpowiednio wcześniej zawarty pakt obronny Mościcki – Beneš. Ten związek Polski z Czechosłowacją, wspólnie zagrożonych przez hitlerowskie Niemcy, stanowiłoby jakąś szansę bardziej skutecznego oporu, mającego być może także wpływ na inne rozgrywające mocarstwa. Do bardzo poważnego przemysłu zbrojeniowego Czechosłowacji (wykorzystanego później nadzwyczaj owocnie przez niemieckiego okupanta) dodać należy dużą, nieźle uzbrojoną, także w broń pancerną, lotnictwo i transport, armię oraz poważne fortyfikacje na zachodniej granicy tego kraju. Wspólny wysiłek przemysłów obronnych oraz sztabów wojskowych, wraz z twardym, jednolitym politycznym odporem stanowiłby orzech do zgryzienia przez agresora. Również namysł dla drugiego.

    Z taką propozycją współpracy wielokrotnie i w różnych formach zwracał się do nas południowy sąsiad, o czym zresztą, na podstawie dokumentów, pisała w swoim czasie także „Gazeta Wyborcza”. Ale wrogość rozpoczęta granicznymi sporami po I wojnie światowej, potem odmienna polska i czechosłowacka optyka międzynarodowa, wreszcie lekceważenie południowego sąsiada wraz z okazywaną arogancją, budowały przez lata co najmniej chłodne stosunki. Nie powinno to jednak stanowić barier nie do przekroczenia przez ówczesnych polskich polityków w sytuacji śmiertelnego zagrożenia. Zakończyła się to u nas jak zwykle: my tryumfalnie zajęliśmy w 1938 roku Zaolzie, a potem Hitler powybierał nas razem, jak ślepe kocięta. 

    Zapewne zupełnie nie na temat będzie przypomnienie, że w odróżnieniu od czeskiej Škody gdzieś w transformacyjnej mgle zapodziały się nasze osobowe samochody, ale za to wyłonił się w całej swojej skomplikowanej wyjątkowości polski Turów.

1 września – zakończył się Campus Polska, 

który bardzo wielu zadziwił, gdyż politycy mogli spotkać się z młodymi bez pośrednictwa policyjnych pałek. Rafał Trzaskowski – inicjator imprezy – z racji swojego wieku może nie wiedzieć, że chcący – niechcący „odgapił” pomysł „spotkań z ciekawymi ludźmi”, który stanowił podstawową część programu na wszystkich, bardzo licznych letnich obozach, zimowiskach i seminariach organizowanych w latach Polski Ludowej przez młodzieżowe organizacje ZMS, ZMW i ZSP.  

 Brali w nich udział nie tylko politycy, także ważne publiczne postacie – nie zapomnę studenckiego spotkania z Andrzejem Kurzem (wtedy I sekretarzem Krakowskiego Komitetu Miejskiego PZPR), Jerzym Olszewskim (ministrem przemysłu chemicznego), ze Zbyszkiem Cybulskim oraz Lidią Zamkow i Leszkiem Herdegenem. Także odpowiedzi kuratora na pytanie czy dyrektor szkoły ma prawo obcinać zbyt długie włosy uczniom: „Tak, pod warunkiem, że posiada czeladniczy dyplom fryzjera.” Sam takie spotkania organizowałem, a wiele lat później brałem w jednym z nich udział w Grodku nad Dunajcem. Jak poprzednikom, nie było łatwo i mnie, bo odważnych, młodych nigdy nie brakuje – jak zawsze wtedy i dziś – wyprzedzają bieżący czas oczekując na to aby było wreszcie mądrzej, więcej. lepiej. I bardzo dobrze. Ale była wtedy oczywiście i zabawa, najmodniejsza muzyka do późnej nocy, a czasem i białego rana, która na ogół kończyła się niezawodnym „Obozowym tangiem.”

Opinie na temat Campus Polska Przyszłości są podzielone. W „Trybunie” Izabela Balicka nazywa go po prostu „Campusem Zaprzeszłości” (1-2.09.2021), natomiast w podobnym czasie czytam na Onecie: „Uczestnicy spotkania zadawali Leszkowi Balcerowiczowi wiele pytań, z których wiele było polemicznych. Najostrzejszy spór wywołała sprawa kryzysu klimatycznego…Odpowiedź Balcerowicza wywołała gwałtowne głosy polemiczne młodych uczestników…To człowiek odpowiada głównie za ocieplenie klimatu, wszystkie poglądy są zgodne, że potrzebne są szybkie i masowe redukcje emisji. W tym kontekście stanowisko FOR i pana jest po prostu błędne – mówił jeden z uczestników, wzbudzając aplauz.”

Nie da się osiągnąć wszystkich oczekiwanych efektów w rozchwianym poglądowo gronie gości i młodzieży, tym bardziej pod taką egidą. Także słysząc błędne opinie Trzaskowskiego, że nie ma obecnie podziału w Polsce na lewicę i prawicę, a jedynie na partie anty lub proeuropejskie. Natomiast oczekiwany skutek Campusu w postaci przyciągnięcia młodych do PO jest nadal bardzo wątpliwy. 

To wszystko jednak żadną miarą nie umniejsza tego unikatowego spotkania i ma rację Tomasz Sawczuk („Kultura Liberalna”, 1.09.2021) twierdząc : „Imprezy takie jak Campus Polska powinny odbywać się wiele razy w roku, organizowane przez różne środowiska polityczne. Potrzebujemy żywej, demokratycznej sfery publicznej, a udział młodych ludzi w tych wydarzeniach jest absolutnie niezbędny.”

?  ? wrzesień – Czy samotny lider, 

daleko wyrastający ponad potencjał własnej partii i podzielonej opozycji, może wygrać z całym państwem PiS ? Tak, może choć całe pytanie postawione jest na głowie – odpowiadam Cezaremu Michalskiemu, który w  „Newsweeku” (22 16-22.08.2021) pisze, że Tusk wrócił i co dalej?

    Nie wdając się w semantyczną analizę znaczenia wyrazu „samotny” przypominam, że liderem stać się można tylko będąc przywódcą jakiej grupy, a tego rodzaju stanowisko uzyskuje się wyrastając ponad swoje środowisko. Samotnie to można na przykład iść w góry, ale odradzam. Na pozycję lidera nikt nikogo wołami nie ciągnie, samemu do niej usilnie się dąży przy wielu temu awansowi przeciwnych. Natomiast podziały w politycznej opozycji, z uwagi na znajdujące się w niej różne podmioty są tak naturalne jak codzienny wschód słońca.

    Powszechnie powtarza się fundamentalne pytanie, kiedyś – wejdą czy nie wejdą?, dziś – opozycja zjednoczy się czy nie? „Donald Tusk otwarcie mówi o tym, że najlepszym wariantem byłby wspólny start z jednej listy w wyborach KO, PSL i ruchu Hołowni” („Newsweek”, 30.08-5.09.2021). Dużo wcześniej Jacek Żakowski tłumaczył „Po co komu lewica i jaką ma przyszłość?” („GW”, 10-11.07.2021). Zastanawiał się także czy demokracja może być bez lewicy, bo w Europie to się dotychczas nie udało.

W tuskowym wariancie brak arytmetyki – z obijającym się o próg wyborczy PSL-em nie da się odsunąć PIS od władzy; po prostu brakować będzie tych 8-10 %% lewicowych głosów. 

Jak z powyższego wynika ta samotność lidera jest bardzo ograniczona, choć tu nie idzie tyle o Donalda Tuska, a o naszą wspólną obywatelską podmiotowość.

Kabul w snach innych ludzi

Donald Trump musiał zbombardować instalacje wojskowe w Syrii, żeby doczekać się miłych słów z anten i łam wszystkich znaczących liberalnych mediów w USA. Musiał zrzucić trochę bomb na Bliskim Wschodzie, żeby w końcu usłyszeć o swojej pierwszej wielkiej, „prawdziwie prezydenckiej chwili”, zamiast zwyczajowych porównań do Mussoliniego i kpin z fryzury. Przekupniom newsów i politycznego komentarza podarował wtedy nadzieję, że może nie będzie z niego wcale taki antyinterwencjonista, na jakiego pozował w kampanii.

Odwrotnie niż Donald Trump, Joe Biden był od samego swojego startu w wyborach tych samych mediów faworytem – właściwie to one wybrały go na prezydenta. Wystarczyło zakończyć wreszcie jakąś wojnę – decyzja, którą przecież odłożył w czasie (zawarte w Katarze porozumienie między Trumpem a talibami zakładało wycofanie US Army już w maju) – żeby wszystkie liberalne media anglosfery połączyły się w ataku na jego „nieodpowiedzialną”, „nierozważną”, „niebezpieczną”, „szkodliwą” decyzję.
Ich zjednoczony front sprawił, że notowania społecznego poparcia natychmiast poleciały Bidenowi na łeb na szyję, do najniższego dotąd poziomu. Amerykański establiszment przypomniał w ten sposób Bidenowi, jak bardzo Imperium Dolara uzależnione jest od wojny i żeby mu się już nigdy więcej nic tak nie pomyliło.
Amerykański prezydent ma rozpętywać nowe wojny, a nie kończyć stare!
Kiedy talibowie odzyskiwali – bez większego oporu ze strony namaszczonego przez NATO rządu – Kabul, czytałem ostatnie strony The Runaways, wspaniałej powieści Fatimy Bhutto. Fatima w Kabulu się urodziła. Jej najnowsza powieść jest o młodych ludziach, którzy poszli w zbrojny dżihad – u niej jest to tym razem Państwo Islamskie. I dlaczego poszli. Na Twitterze Bhutto zaatakowała niedawno hipokryzję przejętych poniewczasie celebrytów – na przykładzie Angeliny Jolie, która założyła sobie Instagrama dopiero teraz, w tym celu. „Żeby udzielić głosu afgańskim kobietom i dziewczętom”. „Sądząc po opiniach wiodących feministek i aktorek, Afganistan jeszcze tydzień temu był rajem” – kpiła Bhutto. Brytyjski raper Lowkey, którego matka pochodzi z innego okupowanego przez Amerykanów i ich sojuszników kraju, Iraku, pytał w kanałach niezależnego medium Double Down News: gdzie byli wszyscy obrońcy praw człowieka, nagle przejęci sytuacją w Afganistanie, przez dwadzieścia lat amerykańskiej inwazji i okupacji?
Jest taki słynny cytat z Lacana: Ceux qui sont tombés dans les rêves des autres sont foutus. Na polski najczęściej tłumaczą go jakoś tak: „Ci, którzy wpadli w sny innych ludzi, są straceni”. Nie oddaje to w pełni dosadności oryginału, który mówi raczej: „mają przejebane”. To nie ja, to Lacan. Afgańczycy, a afgańskie kobiety w szczególności, wpadli w humanitarne sny oświeconych zachodnich liberałów, imperialnych humanitarystów, pod amerykańskim sztandarem. A lewica nie może dać się wrobić w śnienie tych samych – nieswoich – snów o nich.
Dziwny koniec złej wojny
Amerykanie przegrali wojnę w Afganistanie. Oczywiście pod warunkiem, że o militarne zwycięstwo w niej w ogóle chodziło, co wcale nie jest takie pewne. Jeśli chodziło o zapewnienie Imperium stanu permanentnej wojny, to się udało – nielegalna, oparta na propagandowych kłamstwach inwazja (Afganistan nie miał nic wspólnego z zamachami na World Trade Center, a Osamę bin Ladena oferował wydać Zachodowi, pod warunkiem, że na uczciwy proces) otworzyła całą epokę kolejnych takich wojen, przetarła im drogę. Jeśli chodziło o interesy przemysłu wojennego, trwająca tak długo awantura okazała się żyłą złota. Akcje zaangażowanych w nią korporacji zbrojeniowych poszły przez te dwie dekady w górę o setki, a nawet ponad tysiąc procent. Nawet jeśli „amerykański podatnik” faktycznie utopił w niej biliony dolarów.
Wcale zresztą nie jest pewne, że Amerykanie tę wojnę rzeczywiście zakończyli. Administracja Bidena zapowiedziała już, że będzie sytuację monitorować „zza linii horyzontu”. To oznacza kontynuację wojny metodą dronów. Żeby nie było niepotrzebnych nieporozumień o nastaniu teraz pokoju, Amerykanie pożegnali Kabul zrzuceniem jeszcze paru bomb, zabijając rodzinę złożoną w większości z dzieci. Hila Nadżibullah, córka ostatniego socjalistycznego prezydenta Afganistanu, podkreśla, że narracja o „zakończeniu wojny przez Bidena” jest niebezpieczna także dlatego, że pozwoli Amerykanom umyć ręce od wszystkiego, co się z Afganistanem stanie od tej pory.
Wcale nie jest pewne, że Amerykanie tę wojnę przegrali, bo trudno mieć sto procent pewności, jak historia ostatecznie opisze relację między Amerykanami a talibami. Ruch talibów jest w końcu późno-zimnowojennym dzieckiem Amerykanów, poczętym, wyszkolonym i upasionym na potrzeby pokonania Związku Radzieckiego w Azji Środkowej. Dzieckiem Amerykanów i wywiadu pakistańskiego, ale Pakistan bawił się w takie rzeczy jako prawa ręka USA w regionie. Talibowie wypadli potem z łask, ale kto wie z całą pewnością, co się jeszcze między nimi a wysłannikami Białego Domu wydarzyło w kuluarach pałaców w Dosze – może jednak do łask jakoś nieoficjalnie wrócili, trochę incognito, tym razem jako siła, która może opanować ekspansję ISIS-K, odgałęzienia Państwa Islamskiego w Afganistanie?
Nawet jeżeli na jakimś poziomie Amerykanie jeszcze tej wojny nie zakończyli, jeszcze do końca jej nie przegrali, a zmienili tylko jej „stan skupienia” (kto wie, ile tajnego personelu, wojskowego lub CIA, pozostało na miejscu; kto wie, ile i jakich operacji jest jeszcze prowadzonych z Pakistanu czy baz w Zatoce Perskiej?) – to wyglądali, jakby przegrali. Uciekali w popłochu. Potykali się o własne nogi, ludzie odpadali od kadłubów ich umykających samolotów, na lotnisku doszło do zamachu bombowego i strzelaniny, żołnierze kilkudziesięciu państw-sojuszników Stanów Zjednoczonych nie wiedzieli, co się dzieje i gdzie się podziać. Kolaboracyjny, namaszczony przez nich rząd, miał być w stanie utrzymać się jeszcze kilka miesięcy, a był w stanie się bronić tylko kilka dni.
Być może po cichu dogadał się z talibami, że odda władzę bez walki, jeśli tylko ci ostatni pozwolą szychom uciec ze wszystkim, co przez lata rządów nakradli. Prezydent Ashraf Ghani uciekł do Zjednoczonych Emiratów Arabskich z sumą 169 milionów dolarów – wiadomo, że nie odłożył tego uczciwie ze swojego wynagrodzenia. To samo zrobił zresztą przewodniczący parlamentu, tyle że ukradł trochę mniej pieniędzy. Sarah Chayes, mieszkająca w okolicach Kandaharu była reporterka amerykańskiej rozgłośni publicznej NPR i działaczka pokojowa pyta, czy można się Afgańczykom dziwić, że nie chcieli kiwnąć palcem w obronie takiego rządu?
Drżenie Imperium
Szkoda wizerunkowa jest czasem równie ważna jak szkoda realna. Zwłaszcza dla Imperium, które buduje swoją władzę i dominację także poprzez namnażanie przekonujących obrazów swojej władzy i dominacji. Są w innych miejscach świata siły stawiające temu Imperium opór, są siły, którym znacznie bliżej do naszych marzeń o emancypacji ludzkiej; siły te zobaczyły, że i tego Goliata można pokonać. Tak jak Czarni w Republice Południowej Afryki uwierzyli, że pokonają apartheid, gdy zobaczyli klęskę sił białego człowieka w Cuito Canavale w Angoli. Dlatego ucieczka Amerykanów z Afganistanu, ich przegrana – faktyczna, niekompletna czy tylko wizerunkowa – jest dobrą wiadomością, niezależnie od tego, czy nam się podoba, kto im ten cios zadał. Oznacza słabnięcie Imperium Amerykańskiego, największej istniejącej przeszkody dla marzeń o lepszym świecie.
Państwa-sojusznicy, wróćmy do nich na chwilę. Ewakuacyjny chaos w Kabulu pokazał, że wymiana lokatora Białego Domu nie wystarczyła, żeby zagoiły się rany na atlantyckiej przyjaźni, wydrapane przez Trumpa. Europejscy sojusznicy są w najlepszym razie zagubieni, w najgorszym – otwarcie wściekli. Ewakuacja z Afganistanu pokazała, że stosunki między USA a członkami NATO po tej stronie Atlantyku pozostają osłabione. To też jest znakomita wiadomość, okazja, którą antyimperialistyczna lewica powinna podchwycić. Amerykańskie Imperium realizowało swoją potęgę poprzez zrozumiałe dotąd „same przez się”, nieproblematyzowane sojusze. Słabnięcie więzi łączących państwa NATO to kolejny znak dekompozycji tej potęgi.
Mniejsze i większe zło
Talibowie są złem, ale w oczach Afgańczyków są mniejszym złem niż Amerykanie. Przynajmniej są Afgańczykami, należą do tych plemion, mówią w lokalnych językach, rozumują i proponują rozwiązania w kategoriach pojmowanych przez społeczności, którymi chcą rządzić. Chyba są jakieś powody, że nikt nie bronił kolaborującego z Amerykanami rządu?
Amerykanie i ich sojusznicy przez dwadzieścia lat zrzucili na Afganistan 200 tysięcy bomb i zabili ponad 70 tysięcy ludzi. Licząc samych cywilów. Dopóki talibowie nie zabiją więcej niż 70 tysięcy ludzi, pozostaną mniejszym złem. Nawet dla kobiet. Amerykańskie bomby ich nie omijały. Prawie połowę z tych 70 tysięcy stanowiły kobiety. Reszta zabitych pozostawiła za sobą kobiety opłakujące ich, często pozostawione bez środków do życia. Bo gospodarka została pod okupacją zredukowana do upraw i handlu opium, oraz kolosalnych obiegów korupcyjnych.
Z 300 milionów dolarów wydawanych przez Waszyngton dziennie (!) na obecność w Afganistanie niemal wszystko szło na wojsko i przemysły z nim zintegrowane, na jakiekolwiek inwestycje w afgańską gospodarkę trafiało podobno 2 proc., i to pod warunkiem, że uwzględnimy to, co lądowało w obiegach korupcyjnych klik Karzaia i Ghaniego. Z nielicznych realnych inwestycji, niemal żadnej nie widziano poza Kabulem i garstką największych miast. A pośród tych, które w Kabulu widziano – cóż znajdujemy? Imperialną infrastrukturę hotelową, do której sami Afgańczycy nie mieli wstępu lub mieli go pod warunkiem przejścia przez rasistowskie procedury bezpieczeństwa – w swojej własnej stolicy. Obecność i liczebność imperialnego personelu okupacyjnego i obsługująca go infrastruktura podniosły koszty życia w Kabulu do takich poziomów, że gdy amerykański prawnik próbował założyć w mieście filię swojego udzielającego pomocy prawnej NGO-sa, przekonał się, że podstawowe koszty funkcjonowania biura wyniosłyby tam czterokrotność tychże w Islamabadzie, stolicy Pakistanu.
A co z gejami, lesbijkami? Ponieważ amerykańskie drony zabijały głównie przypadkowych ludzi, niezdolne rozpoznać tych, których dotyczyły podpisywane w Gabinecie Owalnym raz w tygodniu seryjne wyroki śmierci, na pewno nie były też w stanie omijać przedstawicieli mniejszości seksualnych. Wedle prawideł najbanalniejszego prawdopodobieństwa, z tych 70 tysięcy ludzi kilka lub kilkanaście tysięcy stanowiły osoby w ten czy inny sposób nieheteronormatywne.
Nowy Taliban: umiarkowanie czy pragmatyzm
No więc zabiją mniej czy więcej ludzi niż Amerykanie i ich sojusznicy? Talibowie przeszli dziwną transformację. Nie potępiają już głośno nowoczesnych mediów. Od kilkunastu lat mają oficjalną stronę internetową Islamskich Emiratów Afganistanu, El-Emarah. Nauczyli się robić nie tylko selfies i hasztagi, ale mają kilka studiów audiowizualnych, w których produkują materiały wideo i tysiąc aktywistów na Twitterze do ich wiralowego rozpowszechniania w sieci. Po angielsku mówią o poszanowaniu praw kobiet, choć w paszto już nie wszyscy. Na swojej pierwszej międzynarodowej konferencji prasowej, jeszcze w Katarze, talibowie udzielili prasie więcej i bardziej wyczerpujących odpowiedzi, niż Joe Biden przez pierwsze dwa miesiące na urzędzie. Ich elity mówią (skierowanym do świata zewnętrznego) płynnym angielskim, niektórzy z zastanawiająco australijskim akcentem.
Czy ich nowe „umiarkowanie” jest prawdą czy tylko propagandową ściemą? Vijay Prashad z Tricontinental Institute for Social Research nie ma wątpliwości, że przemawia przez nich nie umiarkowanie, a polityczny pragmatyzm. Talibowie wiedzą, że na ich porażkę 20 lat temu zapracowała w znacznym stopniu ich kompletna międzynarodowa izolacja. To przed nią chcą się teraz uchronić, pozorując swoją modernizację. Chcą przy jej pomocy zasłużyć na międzynarodowe uznanie. I wszystko wskazuje, że je już zyskują. Z Rosją i Chinami wymiana władzy w Kabulu nie spowodowała przerwania stosunków dyplomatycznych. Moskwa i Pekin miały już od dłuższego czasu kontakty z talibami.
Iran niezbyt chętnie, ale pragmatycznie najpewniej uzna rząd talibów, uznając, że to mniejsze zło niż Amerykanie. Będzie zapewne zabiegał o zapewnienie bezpieczeństwa afgańskim szyitom, ofiarom „pierwszego Talibanu”. I talibowie prawdopodobnie pragmatycznie powstrzymają się od powtórki z tamtych represji. „Drugi Taliban” doczeka się wkrótce uznania jako prawomocny rząd ze strony znaczącej liczby państw globalnego Południa. Dla Talibanu będzie to więcej, niż kiedykolwiek miał, nawet jeśli łaski uznania nie udzieli mu żadna z „wiodących demokracji” atlantyckich.
Dla państw globalnego Południa „drugi Taliban” jest do przełknięcia choćby dlatego, że nie podziela ponadnarodowych aspiracji właściwych np. Państwu Islamskiemu. „Agenda” talibów jest całkowicie skupiona na wewnętrznej transformacji Afganistanu. Niestety jest to projekt transformacji niewiele mniej konserwatywny, reakcyjny niż projekt „pierwszego Talibanu”. Nawet jeśli część elit Talibanu, zmiękczonych wygodami hoteli i pałaców, w których goszczono ich w Katarze, faktycznie chciałaby pójść w jakąś „wersję soft” swojego oryginalnego projektu, nie spodoba się to ich niższym i szeregowym kadrom, dla których oryginalny, radykalny projekt to Sprawa przez wielkie S. W identyfikację z nią zainwestowali całe swoje jestestwo przetrącone traumami kilkudziesięciu lat wojen, wielu z nich dzięki tej identyfikacji te traumy przeżyło, nadało swemu życiu sens. Widać to w rozdźwięku między tym, co mówią najwyżsi urzędnicy talibów w Kabulu, a tym, co się dzieje na odległej prowincji, gdzie kobiety już bywają odsyłane z pracy do domów. Napięcia między elitami a „szeregowcami” Talibanu może się okazać decydujące dla przyszłości kraju.
Mniejsze zło to wciąż zło. Ale każdy dzień okupacji dłużej powiększał dominację talibów nad innymi siłami i ruchami politycznymi w Afganistanie, a powrót talibów do władzy był i tak nieuchronnym skutkiem inwazji i okupacji, jak na samym początki ostrzegali analizujący sytuację marksiści z tamtej części świata – wspomniany już Vijay Prashad i Aijaz Ahmad. Gdyby tylko słuchano marksistów.
Taliban jest złem, ale nie aż tak silnym teraz, jak mógłby być, gdyby Amerykanie zwlekali z ucieczką jeszcze kilka lat. To przeciąganie okupacji umacniało jego pozycję w wyobraźni politycznej mieszkańców Afganistanu. Taliban jest u władzy, ale bez amerykańskich bomb spadających im na głowy i bez strachu przed czystym, pogodnym niebem (z takiego atakują drony) stanowią dla Afgańczyków problem, z którym mogą sami się zmierzyć, sięgając do niedocenianego przez Zachód kulturalnego zasobu, jakim są ich własne tradycje plemiennej demokracji. Zasobu, który ucierpiał, ale który nie został pogrzebany.
Rządy talibów są problemem problemem, z którym Afgańczycy mogą się zmierzyć sami, przy użyciu własnych zasobów politycznych – czego nie mogli zrobić z amerykańską okupacją, z amerykańskimi bombami, z amerykańskimi dronami. Teraz talibowie są u władzy, ale żeby się legitymizować – jako lepszy niż skorumpowane rządy kolaboranckie – może być zmuszony władzą się dzielić, grać umiarem. Nie jest wciąż jedyną siłą polityczną w Afganistanie i inne mogą mu jeszcze władzę wytrącić. Ale wszystko pod warunkiem, że zostawimy Afganistan Afgańczykom.
Co robić?
Co w najeżonej tyloma znakami zapytania sytuacji powinna więc mówić i robić lewica? Musi się wystrzegać liberalnych, imperialnych snów o Afganistanie. Nie może się stać polityczną Angeliną Jolie.
Niezawodny Tariq Ali powiedział kiedyś, że jedyne, co Zachód powinien zrobić, żeby pomóc w rozwiązaniu problemów, jakie targają dzisiaj „światem muzułmańskim” i „szeroko rozumianym Bliskim Wschodem” – to całkowicie się z tych części świata wycofać, zaprzestać jakichkolwiek form ingerencji. Całkowitego, faktycznego i definitywnego wycofania wszelkich ingerencji w wewnętrzne sprawy Afganistanu – tego powinna żądać lewica, zero ustępstw od tej zasady. Jak powiada Hila Najibullah, do pomocy w uporządkowaniu własnych spraw Afgańczycy powinni zaprosić regionalnych aktorów, do których sami mają zaufanie – bez udziału Zachodu. Lewica ma obowiązek protestować również przeciwko takim formom ingerencji jak zamrażanie aktywów afgańskiego państwa przechowywanych za granicą. Aktywa te nie należą do talibów, a do całego afgańskiego społeczeństwa, którego nie można w nieskończoność karać za to, że Zachód znowu doprowadził talibów do władzy. Nawet jeśli część tych aktywów niektórzy talibowie uszczkną dla siebie, to na pewno nie więcej niż uciekający prezydent Ghani i jego klika – im aktywów nikt nie zamrażał.
Lewica powinna się stanowczo odcinać od wszelkich prób uzależniania międzynarodowej pomocy humanitarnej dla Afganistanu od tego, kto tam rządzi. To Zachód zrujnował afgańską gospodarkę tak, że niewiele z niej poza opium i korupcją zostało, Zachód ma teraz obowiązek rekompensować te szkody, dopóki kraj nie stanie znowu na nogi. Pomoc międzynarodowa stanowi tak kolosalną część obiegu afgańskiej gospodarki, że odcięcie jej dopływu najdosłowniej pozbawi ogromną część tego społeczeństwa środków do życia, i to z dnia na dzień. Jeżeli sytuacja bytowa Afgańczyków jeszcze się pogorszy, nie będą oni mieli już żadnych życiowych sił, które mogliby zainwestować w polityczne współkształtowanie swojej rzeczywistości. Talibowie będą mieli wolną rękę dla jakichkolwiek posunięć – przy minimalnym oporze.
Stanowcze odcinanie się powinno też dotyczyć rutynowego liberalnego, „humanitarnego” dyskursu o „obronie afgańskich kobiet” i ich wolności mierzonej tym, w co mogą się ubierać i ile skóry mogą odsłonić. Nie dlatego, że afgańskim kobietom nic się nie należy, ale dlatego, że narracja ta udowodniła już swoją intelektualną nieuczciwość i służenie podżeganiu do wojny. Wystarczająco zaszkodziła wszystkim Afgańczykom, czyli kobietom również. Nie jestem pewien, czy kobieta, której męża zabiło uderzenie z drona w odbywające się w jej wiosce wesele, odczuwa jako poprawę swojej sytuacji i postęp w zakresie swoich praw, że gdyby było ją stać na przeprowadzkę do Kabulu, mogłaby tam założyć dżinsy.
Lewica musi niezmordowanie powtarzać za Christine Delphy, że gdyby chodziło kiedykolwiek o los afgańskich kobiet, to nikt by w ogóle nie próbował obalać socjalistycznego rządu, który przyjaźnił się z ZSRR. Przypominać, że opowieści o wyzwalaniu afgańskich kobiet służyły budowaniu zgody zachodniej opinii publicznej na inwazję 2001 roku. Że sentymentalnie dobrane, pozbawione kontekstu stare fotografie Afganek w krótkich spódniczkach były tym argumentem, który przekonał Trumpa, by nie przerywać okupacji Afganistanu od razu tylko ciągnąć ją jeszcze kilka lat.
Uchodźcy
Temat najbardziej bezpośrednio związany z aktualnymi wydarzeniami w Polsce to uchodźcy. Lewica słusznie domaga się bezzwłocznego udzielania ochrony uchodźcom z Afganistanu, ale zbyt często osuwa się w niebezpieczne imperialne zniekształcenie narracji o ich uchodźstwie. Rzucają się w oczy dwa błędy.
Pierwszy to skupianie się na tym, że uciekający Afgańczycy „pomagali” siłom Amerykanów i ich sojuszników, w tym siłom polskim, np. jako tłumacze. Teraz im i ich rodzinom grozi zemsta talibów. Zemsta im grozi nie tylko ze strony talibów, bo wbrew temu, co mówią amerykańskie telewizje nie tylko talibowie postrzegają ich jako kolaborantów. Za takich podobni im uważani byliby w każdym kraju znajdującym się pod równie brutalną i krwawą okupacją.
Ale to Zachód z nich kolaborantów uczynił. Część z nich dała się uwieść amerykańskiej opowieści, że to wszystko po to, żeby zapewnić w kraju rozwój zdrowej demokracji, która to opowieść od początku była fałszywa, ale jej ofiary nie miały instrumentów, by to od początku rozumieć. A część robiła to dla pieniędzy, ale to Zachód i jego inwazja i okupacja sprowadziły ich do ekonomicznej sytuacji, w której nie mieli innych możliwości utrzymania się przy życiu w obróconym w kupę gruzu kraju. To Zachód ich do tego doprowadził i ma teraz moralny obowiązek ich ratować. Nie możemy jednak zapominać, że nie wszyscy ludzie uciekający z Afganistanu, uciekają z tego powodu, że pracowali dla Amerykanów lub ich sojuszników i nie możemy pozwolić na to, by stało się to warunkiem udzielania pomocy.
Drugi błąd jest taki, że na prawicowe zaczepki, że Afgańczycy dziwnie szybko docierają aż do Polski, „nazajutrz” po zwycięstwie talibów w Kabulu, lewica odpowiada: od miesięcy było wiadomo, że talibowie przejmą władzę. Trudno o bardziej nietrafioną odpowiedź. Na świecie od ćwierć wieku przybywa afgańskich uchodźców, ich liczba idzie już w miliony. Przez ostatnie dwadzieścia lat uciekali oni przed wojną, przed okupacją; przed amerykańskimi, australijskimi, polskimi żołnierzami ostrzeliwującymi wesela i pogrzeby; przed lokalnymi plemiennymi wojenkami napędzanymi przez okupację; wreszcie przed tajnymi paramilitarnymi jednostkami, de facto „szwadronami śmierci” operującymi poza jakąkolwiek polityczną kontrolą, a organizowanymi i szkolonymi przez CIA, by „dzielić i rządzić” pod pozorem „walki z terroryzmem”.
Lewica nie może bezrefleksyjnie powtarzać imperialnej narracji, która znajduje afgańskie cierpienie wartym uwagi tylko wtedy, kiedy zadawane jest przez talibów. Lewica nie może zachowywać się jak amerykańskie NGO-sy, które udzielały Afgankom pomocy, jeśli te przekonująco zmyślały, że owdowiały za sprawą talibów, gdy w rzeczywistości ich mężów zabili Amerykanie lub ich drony.
Lewica musi się wystrzegać każdej narracji, która skutkuje wrażeniem, że talibowie są jedynym prawomocnym powodem, dla którego Afgańczycy mogą uciekać. Prowadzi to nieuchronnie na manowce matrycy: co złego to nie Zachód – co złego to wycofanie się Zachodu z Afganistanu. To z kolei podtrzymuje ideologiczne warunki możliwości potencjalnych kolejnych „humanitarnych” interwencji w już wystarczająco zrujnowanym kraju.
Prawdziwym powodem afgańskiego uchodźstwa jest inwazja i wieloletnia okupacja Afganistanu przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników, w tym Polskę; prawdziwym powodem są konsekwencje tej okupacji. Nawet talibowie u władzy są przede wszystkim konsekwencją tej okupacji i długotrwałej imperialnej destabilizacji tego kraju. To jest odpowiedź, jakiej powinna udzielać szanująca się lewica zamiast śnić o Afgańczykach sny liberalnych interwencjonistów i humanitarnych imperialistów.

Dwadzieścia lat, które zmieniły historię

Są takie daty, które zapadają w pamięć na lata. Przypominamy sobie, co robiliśmy i gdzie byliśmy, gdy 11 września 2001 waliły się sławne wieże World Trade Center. W moim wypadku było to w czasie ostatniej z moim udziałem sesji Unii Międzyparlamentarnej w Wagadugu, stolicy Burkina Faso. Tak się złożyło, że przemówienie w dyskusji plenarnej w imieniu delegacji polskiej wygłaszałem kilka godzin po zamachach, które wstrząsnęły światem. Miałem wtedy okazję, by publicznie – w imieniu polskich parlamentarzystów – wyrazić solidarność z narodem amerykańskim i naszą gotowość udziału w walce z wznoszącą się falą islamistycznego terroryzmu.

Wracam nieraz myślami do tamtych chwil. Czy zdawaliśmy sobie wówczas sprawę z tego, jak dalece jedenasty września 2001 roku stanie się datą przełomową w stosunkach międzynarodowych? Po latach gorzkich doświadczeń dziś lepiej niż wtedy rozumiemy, że to właśnie wówczas kończył się – jakże krótki – okres wielkiego optymizmu, z którym żegnaliśmy dziesięciolecia „zimnej wojny” i witaliśmy nową erę demokracji i pokojowej współpracy między narodami.

Wielkie, wręcz przełomowe znaczenie zamachów jedenastego września jest konsekwencją tego, jak na te zamachy zareagowało największe mocarstwo światowe – Stany Zjednoczone. To właśnie amerykańska odpowiedź na 11 września 2001 roku określiła na nowo kształt stosunków międzynarodowych. Dlaczego?

Punktem wyjścia odpowiedzi na to pytanie musi być przypomnienie stanu stosunków międzynarodowych na przełomie poprzedniego i obecnego stuleci. Był to krótki czas, w którym w analizach sytuacji międzynarodowej panowało przekonanie o trwałości trzech wielkich procesów, które dominowały w ostatnim dziesięcioleciu dwudziestego wieku. Były to: koniec zimnej wojny, niespotykane pod względem skali sukcesy „trzeciej fali demokratyzacji” i rozpad Związku Radzieckiego. Nigdy wcześniej świat nie zmienił się tak gwałtownie bez wojny, w wyniku nagromadzenia stopniowych zmian, które przyniosły efekty o ogromnym znaczeniu.
Schyłek dwudziestego wieku to – jak często wówczas mówiono – okres Pax Americana, pokoju, którego gwarancją miała być światowa dominacja Stanów Zjednoczonych, przypominająca dawną dominację Rzymu w okresie określanym jako Pax Romana. Wielu obserwatorów, nawet krytycznych w stosunku do polityki amerykańskiej, sądziło, że hegemonia tego mocarstwa zapewni światu pokój na pokolenia. Zbigniew Brzeziński przewidywał wprawdzie, że hegemonia ta zaniknie, ale sądził, że jej kres nastąpi dopiero w połowie nowego stulecia, przede wszystkim w wyniku wzrostu potęgi i znaczenia Chin.

Stało się inaczej. Stany Zjednoczone utraciły swą hegemonistyczną pozycję znacznie wcześniej – nie tylko i nie przede wszystkim dlatego, że ich główny rywal rośnie w siłę znacznie szybciej niż sądzono ćwierć wieku temu. Przede wszystkim dlatego, że zawiodło amerykańskie przywództwo polityczne – błędnie reagujące na jakościowo nowe wyzwanie, jakim był terroryzm międzynarodowy. W 2007 roku Zbigniew Brzeziński opublikował książkę stanowiącą druzgoczącą krytykę sposobu, w jaki trzej kolejni prezydenci USA prowadzili politykę tego mocarstwa po zakończeniu zimnej wojny („Druga szansa”). Do końca życia przekonywał – niestety bezskutecznie – że Ameryka musi porzucić „katastrofalną” – jak pisał – politykę zbrojnych interwencji i budować na nowych podstawach ład międzynarodowy – jako przywódca, a nie hegemon demokratycznego świata.

Amerykańska odpowiedź na zamachy 11 września była wynikiem złudnego przekonania, że bezsporna przewaga militarna i gospodarcza USA gwarantuje sukces polityki prowadzonej środkami wojennymi. Z perspektywy dwudziestu lat błędność tego rozumowania jest oczywista. Przed niespełna miesiącem upadek Kabulu i rozsypanie się amerykańskiego protektoratu w Afganistanie raz jeszcze pokazały złudność wiary w skuteczność rozwiązań militarnych w skomplikowanej rzeczywistości współczesnego świata. Naiwna wiara w skuteczność rozwiązań militarnych cechowała nie tylko ekipę George’a W. Busha (którego prezydenturę Brzeziński trafnie określił jako „katastrofalną”), ale niemal całą amerykańską elitę polityczną. Nie ulega wątpliwości, że uderzając zbrojnie na Afganistan a potem na Irak Bush miał zdecydowane, ponadpartyjne, poparcie w obu izbach Kongresu i w społeczeństwie amerykańskim. Nie zdejmuje to z niego odpowiedzialności za skutki tej polityki, ale zmusza do zastanowienia się, co powodowało tak powszechne zaślepienie całej niemal amerykańskiej elity politycznej, a także społeczeństwa amerykańskiego

W zapomnienie poszła gorzka lekcja Wietnamu – pierwszej, ale jak się miało okazać nie ostatniej, wojny przegranej przez Stany Zjednoczone. Łatwość, z jaką USA odniosły sukces w końcowej fazie zimnej wojny stała się źródłem przekonania, że nikt i nic nie może stanąć na drodze do ich panowania nad światem. Poczucie siły mieszało się z fanatyzmem ideologicznym, który w okresie prezydentury Ronalda Reagana zastąpił dawny pragmatyzm Trumana, Eisenhowera i Nixona.

Między interwencjami USA w Afganistanie i w Iraku są dość oczywiste różnice, ale w obu wypadkach politycy amerykańscy popełnili ten sam podstawowy błąd: zlekceważyli przestrogę Samuela Huntingtona („Zderzenie cywilizacji a nowy ład światowy”, 1995), który dowodził, że demokracji nie uda się przeszczepić siłą na kulturowo nieprzygotowany grunt i trafnie ostrzegał przed „zderzeniem cywilizacji”, które musi być następstwem takich usiłowań.

Afganistan był pierwszym celem ataku USA i ich sojuszników, przy czym – inaczej niż w wypadku Iraku – istniał w tym wypadku casus belli, gdyż rządzący tym krajem od 1996 roku islamscy fanatycy (talibowie) udzielali gościny Ben Ladenowi i jego kompanom z terrorystycznej organizacji Al Kaida odpowiedzialnej za zamachy 11 września. Stany Zjednoczone miały prawo domagać się wydania sprawców zamachów terrorystycznych i użycie siły dla wymuszenia takiego rozwiązania mieściło się w ramach prawa międzynarodowego. Fatalny w skutkach błąd tkwił gdzie indziej.
Interweniując w Afganistanie Amerykanie postawili sobie za cel zbudowanie w tym kraju państwa demokratycznego i uzależnionego od USA – a więc swoistej bazy politycznej dla rozszerzania amerykańskich wpływów w tej części Azji. Przedsięwzięcie to okazało się poważnym błędem. Pozornie demokratyczne struktury polityczne przeżarte były korupcją a zarazem tak słabe, że w obliczu zapowiedzianego wycofania wojsk NATO po prostu rozpadły się. Kontrastowało to z sytuacją powstałą w Afganistanie po wycofaniu (lutym 1989 roku) wojsk radzieckich. Wówczas radykalnie lewicowy rząd Najbullaha toczył przez trzy lata wojnę z naporem sił islamistycznych, popieranych przez USA i mających oparcie w konserwatywnym społeczeństwie afgańskim. Upadek tego rządu nie zakończył zresztą zbrojnej walki o władzę, którą dopiero po czterech latach zdobyli talibowie.

Ich sukces był zamknięciem trwającego niemal ćwierć wieku konfliktu między siłami modernizacyjnymi i siłami konserwatywnymi. Konflikt ten zapoczątkowało obalenie (w lipcu 1973 roku) króla Zahira Chana i proklamowanie republiki. Za zamachem stali młodzi wojskowi, w znacznej mierze wykształceni w uczelniach radzieckich. W okresie pięcioletnich rządów prezydenta Dauda Afganistan prowadził politykę umiarkowanych reform wewnętrznych a w sprawach międzynarodowych starał się unikać jednoznacznego opowiedzenia się po któreś ze stron zimnowojennej konfrontacji. Umiarkowany kurs rządów republikańskich nie zaspakajał oczekiwań radykalnej lewicy, która w 1978 roku doprowadziła do drugiego przewrotu wojskowego i proklamacji „republiki socjalistycznej”. Okazało się jednak, że zwycięzcy nie potrafią ani pozyskać większości społeczeństwa, ani zachować jedności we własnych szeregach, rozdzieranych walkami frakcyjnymi. We wrześniu przywódca Demokratycznej Partii Ludowej Nur Muhamed Taraki został zamordowany a władzę przechwycił jego rywal Hafisullah Amin. Odpowiedzią na ten przewrót była zbrojna interwencja ZSRR, w wyniku której Amin został zabity a władzę przejęli proradzieccy komuniści.

Interwencja radziecka w Afganistanie była jednym z najcięższych błędów ekipy Leonida Breżniewa i przyczyniła się do kryzysu systemu radzieckiego. Trwająca dziewięć lat wojna nie tylko drenowała środki i osłabiała autorytet radzieckiego przywództwa, ale także stworzyła Stanom Zjednoczonym okazję do ukrytej ingerencji, szczególnie intensywnej w okresie prezydentury Reagana. Paradoks tej ingerencji polegał na tym, że wspierając islamskich fanatyków Amerykanie sami wyhodowali organizację, która we wrześniu 2001 stała za zamachami na Nowy Jork i Waszyngton.

George W.Bush i jego wojowniczy współpracownicy zignorowali lekcję płynącą z radzieckiego fiaska w Afganistanie. Okupując ten kraj i budując w nim proamerykański system polityczny nie mieli nawet takiego oparcia, jakie na początku swojej interwencji miał Związek Radziecki. Okazało się to dobitnie w zeszłym miesiącu. Afgański prezydent Ahraf Ghani zbiegł z kraju, gdy tylko zaczęła się ostateczna ofensywa talibów, a jego armia rozpadła się w istocie bez walki. Okazało się, że sztucznie budowana „demokracja” afgańska nie ma nawet takiego poparcia, jakie miał trzydzieści lat wcześniej rząd afgańskiej lewicy.

Czy z tego wynika, że Afganistan skazany jest na rządy fanatyków islamskich? W perspektywie najbliższych lat – zapewne tak. W dalszej perspektywie szansa na stopniową (a może radykalną?) zmianę tkwi w procesach społecznych, które przeobrażą mentalność społeczeństwa afgańskiego. Wtedy i tylko wtedy pojawi się nowa szansa na postępowe, demokratyczne przemiany. Obca ingerencja procesy te może jedynie hamować. Wydaje się, że tym razem Amerykanie zaczęli rozumieć, jakie są granice ich możliwości.

Interwencja w Iraku (w marcu 2003 roku) nie miała żadnego uzasadnienia prawnego czy moralnego. Rząd USA okłamał własnych obywateli i przywódców państw sojuszniczych twierdząc, że Irak gromadzi broń masowej zagłady. To kłamstwo nie tylko skompromitowało USA, ale także poważnie zaszkodziło spoistości sojuszu atlantyckiego. Przeciw interwencji irackiej opowiedzieli się także niektórzy sojusznicy USA, w tym Francja i Niemcy.

Mam wątpliwą satysfakcję, że byłem jednym z bardzo nielicznych autorów, którzy otwarcie wypowiedzieli się przeciw wojnie z Irakiem – zanim stała się ona faktem. We wrześniu 2002 roku w artykule pt. „Konieczna wojna?” opublikowanym w tygodniku „Przegląd” pisałem między innymi o zagrożeniach, jakie dla świata stanowi bezprawne użycie siły w stosunku do Iraku, w tym o nieuchronnym wzroście nastrojów antyamerykańskich w całym świecie islamu. Niestety okazało się, że miałem rację.

Podwójna przegrana USA w środkowej Azji pociągnęła za sobą poważne konsekwencje globalne.

Pierwszą w nich było wyraźne i zapewne nieodwracalne osłabienie pozycji Stanów Zjednoczonych. Pozostają one najsilniejszym mocarstwem, ale już nie są światowym hegemonem. Osłabione i skompromitowane przegranymi wojnami a także ujawnionymi aktami usankcjonowanego przez rząd G.W. Busha stosowania tortur, nie mogą już liczyć na to, że demokratyczne państwa dzisiejszego świata darzyć je będą niekwestionowanym zaufaniem. Bez tego zaś nie ma światowego przywództwa.

Osłabienie światowej pozycji USA pogłębiła fatalna prezydentura Donalda Trumpa, ale to nie Trump zadał tej pozycji pierwsze i najbardziej bolesne ciosy. Stało się to za prezydentury G.W. Busha – niestety przy poparciu niemal całej amerykańskiej elity politycznej. Gdyby Joe Bidenowi udało się naprawić skutki błędnej polityki jego poprzedników, zapewniłby sobie bardzo wysokie miejsce w panteonie amerykańskich prezydentów. Czy jednak będzie w stanie tego dokonać?

Osłabienie pozycji USA a zarazem ujawnienie ekspansjonistycznych celów polityki amerykańskiej odegrało fatalną rolę w ewolucji politycznej Rosji. Na początku swej prezydentury Władimir Putin silnie podkreślał chęć bliskiej, partnerskiej współpracy z USA. Był nie tylko pierwszym zagranicznym mężem stanu, który pospieszył z wyrazami solidarności po zamachach 11 września, ale także ofiarował Stanom Zjednoczonym realną pomoc logistyczną w operacji skierowanej przeciw Afganistanowi. Kilka lat później – po bezprawnej interwencji w Iraku i w obliczu wyraźnego osłabienia pozycji amerykańskiego mocarstwa – zmienił kurs na bardziej konfrontacyjny. Nigdy nie dowiemy się, czy rosyjskie działania wobec Gruzji w 2008 i wobec Ukrainy w 2014 roku miałyby miejsce, gdyby nie doszło do wcześniejszych interwencji amerykańskich w Afganistanie i Iraku. To nie jest obrona polityki rosyjskiej, lecz wskazanie na to, że polityka ta w znacznej mierze kształtuje się pod wpływem tego, jakimi atutami dysponuje i jak je wykorzystuje najsilniejsze mocarstwo demokratycznego świata.

Po przegranej przez USA wojnie w Afganistanie silnym głosem odezwały się Chiny. Jest jeszcze za wcześnie, by przewidywać, jak ukształtuje się polityka tego mocarstwa wobec Afganistanu i – szerzej ujmując – całej Azji środkowej. Do myślenia powinno jednak dawać to, że w pierwszych dniach po zdobyciu przez talibów władzy Chiny wyraźnie określiły swą gotowość aktywnego zaangażowania we współpracę z tym państwem. Mają tu istotne atuty: nie tylko bliskość geograficzną, ale także to, że są jedynym wielkim mocarstwem, którego konta nie obciąża pamięć o zbrojnej ingerencji w sprawy Afganistanu. Byłoby wielkim paradoksem historii, gdyby to właśnie Chiny były głównym beneficjentem błędnej polityki USA w tym regionie.
O tym wszystkim warto pomyśleć w dwudziestą rocznicę zamachów, które zamknęły pewien okres najnowszej historii i stały się początkiem nowego okresu – o wciąż niepewnych konsekwencjach.

Czy Afganistan mógł być socjalistyczny?

W dzisiejszych mediach Afganistan jest przedstawiany wyłącznie w odniesieniu do fundamentalizmu islamskiego, dżihadu, lokalnych watażków i karteli narkotykowych. Te problemy to smutny fakt – ale nie zawsze tak było. 40 lat temu rewolucja niemal wyrwała ten kraj z zacofania, lecz została pokonana przez wspieraną przez imperialistów fundamentalistyczną kontrrewolucję.

– Położenie geograficzne Afganistanu, a także osobliwy charakter jego mieszkańców, nadają temu krajowi znaczenie polityczne, które trudno przecenić w sprawach Azji Środkowej – pisał już Engels. Afganistan łączy Azję Środkową z Azją Południową, a jego położenie odegrało i odgrywa bardzo ważną rolę. W XX wieku kraj ten stanowił strefę buforową między Indiami Brytyjskimi a carską Rosją. Brytyjczycy próbowali go zająć, ale nie udało im się to całkowicie. Udało im się jednak zająć część regionu zamieszkiwanego przez Pasztunów i podporządkować go sobie poprzez Indie Brytyjskie. Tamten podział miał znaczące konsekwencje i został wykorzystany przez Amerykę i Pakistan do przeciwdziałania rewolucji i kontrolowania kraju.
Wróćmy jednak do początku XX stulecia. Wówczas to król Amanullah – antyimperialista, inspirujący się w swoich działaniach reformami Kemala Ataturka – próbował zmodernizować Afganistan, ale nie odniósł sukcesu. Jak zauważył wówczas, w 1923 r., Lew Trocki: „Oto inny naród na Wschodzie, który zasługuje dziś na szczególną wzmiankę […]. Jest to Afganistan. Rozgrywają się tam dramatyczne wydarzenia, w które wplątana jest ręka brytyjskiego imperializmu. Afganistan będąc krajem zacofanym robi pierwszy krok w kierunku europeizacji i zagwarantowania sobie niepodległości na bardziej kulturalnych podstawach. Postępowe narodowe elementy Afganistanu są u władzy, więc brytyjska dyplomacja mobilizuje i uzbraja wszystko, co jest w jakikolwiek sposób reakcyjne zarówno w tym kraju, jak i wzdłuż jego granic z Indiami, i rzuca to wszystko przeciwko postępowym elementom w Kabulu. Napaść na Kabul, zorganizowana przy pomocy środków brytyjskich, odbywa się pod rządem pacyfisty MacDonalda.”. Porażka Amanullaha w modernizacji Afganistanu wynikała też z braku narodowej burżuazji, klasy, która przeprowadziła rewolucję przemysłową w Europie i założyła państwa narodowe.
Afganistan i rewolucja kolonialna
W wielu częściach świata rok 1968 był rokiem masowych ruchów i protestów. Afganistan i sąsiedni Pakistan nie były wyjątkiem. Wskazany rok przyniósł im falę strajków studenckich i robotniczych. Żądania studentów obejmowały reformę edukacji i programów nauczania, protesty przeciwko polityce przyjmowania imigrantów itp. Żądania robotników obejmowały podwyżki płac, lepsze warunki pracy, urlopy, mniejszą liczbę godzin pracy, ubezpieczenie zdrowotne i medyczne. – Sporadyczne wsparcie studentów – w niektórych przypadkach nawet wsparcie nastoletniej młodzieży – dla strajku robotników zaskoczyło wielu w Kabulu – pisze o tych dniach znana badaczka dziejów Afganistanu Louise Dupree. Zaznacza ona, że poziom świadomości politycznej wśród uczniów był wysoki. – W niektórych klasach uczniowie często odmawiają słuchania anty-marksistowskich poglądów. Wytworzyła się atmosfera, w której niewielu pracowników naukowych może przychylnie dyskutować o czymkolwiek związanym z Zachodem.
Historyczka zauważyła również, że do demonstracji studenckich i pracowniczych zachęcała dostępność wiadomości ze świata. Choćby wieści o studentach i robotnikach na barykadach Paryża inspirowały młodych Afgańczyków. Niemniej za wystąpieniami klasy pracującej stała również zorganizowana praca Ludowo-Demokratycznej Partii Afganistanu (PPDA). Strategią tej partii było prowadzenie pracy politycznej wśród robotników.
Garść marksistowskiej teorii: w krajach kolonialnych i byłych koloniach niemożliwy jest dalszy postęp w oparciu o stare stosunki społeczne. We wszystkich tych krajach problemy rewolucji narodowo-demokratycznej, rewolucji agrarnej, likwidacji pozostałości feudalnych i przedfeudalnych nie mogą być rozwiązane na wzór klasycznych rewolucji burżuazyjnych z Francji 1789 roku. Burżuazja krajów kolonialnych powstała zbyt późno, w sytuacji, gdy stosunki kapitalistyczne dominowały już na całym świecie. Z tego powodu burżuazja narodowa w krajach kolonialnych nie była w stanie odegrać żadnej postępowej roli, jaką burżuazja zachodnia odegrała w rozwoju społeczeństwa kapitalistycznego w swoich krajach setki lat wcześniej.
Burżuazja w krajach kolonialnych jest zbyt słaba, jej własne zasoby są zbyt małe, aby konkurować z przemysłowymi gospodarkami kapitalistycznego Zachodu. Jest związana tysiącem nici z jednej strony ze starym społeczeństwem, a z drugiej z imperializmem, co czyni je siłą broniącą status quo. To proletariat ma za zadanie przeprowadzić narodowo-demokratyczną rewolucję przeciwko feudalnym pozostałościom, a jednocześnie – rewolucję socjalistyczną przeciw burżuazji.
Zgnilizna stosunków społecznych, względna słabość imperializmu oraz potężny wzrost przemysłu i stabilizacja Chin w okresie powojennym doprowadziły do wielkich wstrząsów społecznych i rewolucji w krajach kolonialnych. Ale stalinowska degeneracja rewolucji rosyjskiej i deformacja, która od samego początku dotknęła i rewolucję chińską (mimo jej niezaprzeczalnych osiągnięć) oznaczały z kolei, że rewolucja w krajach kolonialnych zaczynała się z ograniczonymi perspektywami narodowymi i z zasadniczymi problemami. Takie było tło rewolucji w Afganistanie, a z kolei podstawa jej porażki i zwycięstwa kontrrewolucji.
Lewicowa organizacja
Ludowo-Demokratyczna Partia Afganistanu (PDPA) została założona 1 stycznia 1965 roku w domu Nur Muhammeda Tarakiego. Cel partii został opisany w tych słowach, wygłoszonych na pierwszym partyjnym kongresie: „Wiemy, że walczymy w imieniu jednych klas przeciwko innym klasom i że zamierzamy zbudować takie społeczeństwo na zasadach społecznych w interesie pracujących, które jest pozbawione indywidualnego wyzysku”.
Jednak wkrótce po założeniu, w 1967 r. partia stanęła w obliczu rozłamu, głównie w kwestii opozycji wobec króla. Dwa główne ugrupowania, które się wyłoniły, nazwane zostały tak, jak wydawane przez nie pisma. Parczam (dosł. Sztandar) zorientowany był bardziej narodowo, jego baza znajdowała się głównie wśród miejskiej klasy średniej, a praca działaczy – bardziej skoncentrowana w siłach zbrojnych. Przeciwna jej frakcja Chalk (Lud) działała według ściślej rozumianych linii klasowych, a jej bazą była miejska klasa robotnicza i biedota wiejska. To, że PDPA nie miała szerokiej bazy, jest mitem – afgańscy historycy wykazali, że PDPA miała masowe poparcie nawet na wsi afgańskiej. Była nawet zdolna założyć swoje koła wśród Pasztunów pakistańskich, po drugiej stronie granicy.
W 1973 r. Mohammad Daud Chan, kuzyn króla Zahera, obalił afgańską monarchię drogą przewrotu pałacowego. Miał przy tym poparcie działaczy Parczamu. Daud utrzymywał bliskie stosunki ze Związkiem Radzieckim, a w pierwszych latach jego rządów afgańscy socjaliści cieszyli się swobodą działalności. Jednak po zjednoczeniu dwóch frakcji partyjnych w 1977 r., w obliczu ich rosnących wpływów wśród urzędników i w wojsku, komunistów uznano za zagrożenie.
Rewolucja
18 kwietnia 1978 r. związkowiec i przywódca Parczamu, Mir Akbar Chajber, został w tajemniczy sposób zamordowany. Tysiące ludzi zebrało się na jego pogrzebie w Kabulu. 26 kwietnia reżim Dauda aresztował tysiące członków partii, w tym jej przywódcę Nur Muhammada Tarakiego. Dwa dni później 28 kwietnia 1978 r., PDPA przejęła władzę w wyniku zamachu stanu, kierowanego przez ludzi z frakcji Chalk. Nie zamierzali oni czekać, aż władze zdławią ruch komunistyczny.
Rewolucja była zaskoczeniem – i dla ZSRR, i dla samych działaczy PDPA, którzy przystąpili do akcji, bo rozumieli, że jest to po prostu kwestia przetrwania. Rząd zaczął już wszak nakręcać czystkę wymierzoną w komunistów. W zamachu stanu wzięło udział ok. 250 czołgów i pojazdów opancerzonych, a oficerowie, będący członkami partii, objęli dowództwo nad siłami naziemnymi i powietrznymi. Do godziny 17:30 28 kwietnia władza była w rękach rebeliantów. Aresztowany przywódca partii został wypuszczony z więzienia jako zwycięzca. Radio Kabul, a także lotniska w Bagram i Kabulu były pod ich kontrolą.
– Zamach stanu z kwietnia 1978 roku opierał się na ruchu elity armii, intelektualistów i najwyższych warstw zawodowych klasy średniej w miastach. Zorganizowali oni przewrót przede wszystkim jako środek zapobiegawczy przeciwko przygotowywanym próbom eksterminacji ich samych i ich rodzin. Działali z pobudek samozachowawczych, ale także z myślą o wprowadzeniu Afganistanu do nowoczesnego świata – pisał o rewolucji kwietniowej, albo, od nazwy afgańskiego miesiąca, sauryjskiej, brytyjski marksista Ted Grant.
Naturalnym modelem dla afgańskich rewolucjonistów był Związek Radziecki – kraj, w którym życie polityczne było sterowane odgórnie, z gospodarką planową.
Walka o emancypację Afganistanu
PDPA odziedziczyła kraj w ponurych warunkach. Problemy społeczne były głębokie i rozległe. Był to jeden z najbiedniejszych krajów na świecie. W chwili wybuchu rewolucji ludność kraju liczyła około 15,1 mln, z czego 13 mln żyło na wsi, a półtora miliona było koczownikami. Analfabetyzm dotyczył 95 proc. społeczeństwa. Z ogólnej powierzchni kraju jedynie 12 proc. stanowiły ziemi uprawne. 60 proc. ziemi potencjalnie nadającej się pod uprawę leżało co roku odłogiem, tyleż z powodu braków wody, co z powodu niewydolności zacofanego, feudalnego systemu, który dominował na wsi. Rząd PDPA szacował, że 45 proc. ziemi uprawnej znajdowało się w rękach 5 proc. właścicieli ziemskich. Drobni chłopi żyli w nędznych warunkach pod ciężarem narosłych przez pokolenia długów, głównie wobec wielkich właścicieli.
W 1978 r. ani jedna wioska w Afganistanie nie miała elektryczności. Pod względem zdrowia, edukacji, komunikacji i innej infrastruktury społecznej kraj ten był jednym z najbardziej zacofanych na świecie. Baza przemysłowa była słaba, zaspokajała jedynie 10-15 proc. popytu konsumentów na odzież, obuwie czy cukier. Proletariat przemysłowy liczył zaledwie 40-50 tys. osób i był skoncentrowany w czterech lub pięciu ośrodkach miejskich, z Kabulem na czele.
Mimo niezwykle trudnych warunków, w jakich znalazł się rząd PDPA po przejęciu władzy, był on zdeterminowany, by zmienić losy Afganistanu. Natychmiast po przejęciu władzy rząd rozpoczął serię radykalnych reform.
Pierwszym znaczącym aktem była nacjonalizacja przemysłu, co przyniosło efekty po kilku latach. Na przykład w 1978 r. przemysł przetwórczy i wydobywczy przynosił tylko 3,3 proc. dochodu narodowego. W 1983 roku było to 10 proc.
Rządowy dekret nr 6 znosił długi chłopów wobec bogatych rolników i właścicieli ziemskich, zdejmując z barków biednych chłopów ogromny ciężar, który ciążył na nich od wieków, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Dekret nr 7 wprowadzał reformy małżeńskie. Zakazano małżeństw kilkuletnich dzieci i zdelegalizowano nakaz zapłaty za żonę.
Rozdzielano ziemię i wprowadzono rolnictwo kolektywne. Nałożono limity na własność ziemi. Były to niezwykle ważne reformy z punktu widzenia sprawiedliwości społecznej i ekonomicznej, ale jeszcze ważniejsze z punktu widzenia poprawy produkcji rolnej. Po pierwszym roku sprawowania władzy szacowano, że 822 500 akrów zostało rozdzielonych pomiędzy 132 000 rodzin. Dystrybucja wody przeszła w ręce państwa pod zarząd Ministerstwa Rolnictwa. Podobne reformy wprowadzono w celu zlikwidowania analfabetyzmu. Ważną reformą w tym zakresie było upaństwowienie prasy drukarskiej, co miało znaczenie dla zwiększenia dostępności materiałów edukacyjnych, ale także umożliwiło przygotowanie materiałów dydaktycznych i edukacyjnych w małych regionalnych językach. Wprowadzono równouprawnienie kobiet, a także płatne urlopy macierzyńskie.
Były to reformy były niespotykane w całym regionie.
W ciągu pięciu lat poprzedzających rok 1983 wybudowano 100 nowych fabryk. W zakresie infrastruktury nastąpił 84-procentowy wzrost liczby łóżek szpitalnych i 45-procentowy wzrost liczby lekarzy.
Powszechnie panuje błędne przekonanie, że amerykański imperializm zaczął interweniować w Afganistanie dopiero po zaangażowaniu się w tym kraju Związku Radzieckiego. Było inaczej: już w marcu 1979 roku CIA wysłała do prezydenta Jimmy’ego Cartera swoją pierwszą tajną propozycję wsparcia kontrrewolucji w Afganistanie. Amerykanie dotarli do Arabii Saudyjskiej i Pakistanu, aby dopracować jej strategię. Dolary i liberalizm świata zachodniego w połączeniu z wahhabizmem Arabii Saudyjskiej, wspierane strategicznie przez pakistańskiego dyktatora wojskowego, generała Zia ul-Haqa, stworzyły nieświęty sojusz w celu przeciwdziałania rewolucji. Tego lata administracja Cartera upoważniła CIA do wydania 500 000 dolarów na kampanię. Tak hodowano islamski fundamentalizm.
Rewolucja miała swoje specyficzne słabości. Jedna z nich była obiektywna: głębokie zacofanie gospodarcze i społeczne kraju, które oznaczało, że mała klasa robotnicza nie odegrała niezależnej roli w rewolucji. Inną słabością była organizacja PDPA: wkrótce po przejęciu władzy rozpoczęła się wewnętrzna i krwawa walka o władzę wzdłuż linii frakcyjnych. Inna sprawa, że podziały frakcyjne były również podsycane przez interwencję Związku Radzieckiego. Moskwa poparła skrzydło Parczam przeciwko Chalk, która to frakcja sprzeciwiała się wkroczeniu wojsk radzieckich do Afganistanu. W grudniu 1979 r., gdy Związek Radziecki podjął interwencję militarną, frakcja Parczam pozbyła się rywali. Ludziom Chalk wydawało się, że ogłoszenie, że Afganistan jest w polityce międzynarodowej państwem niezaangażowanym może stworzyć dla rządu przyjazne środowisko. W rzeczywistości kraj stał się polem bitwy dwóch potęg, a jego specyfika tylko sprzyjała kontrrewolucji:w górzystym kraju armia radziecka nie mogła sobie poradzić ze wspieranymi przez USA fundamentalistami.
Stopniowo wszystkie reformy były cofane, ponieważ reżim próbował pogodzić się z opozycją. W 1988 r. Związek Radziecki wycofał się. Rząd PDPA utrzymał się jeszcze do 1992 r., Potem władzę przejęła grupa mudżahedinów wspierana przez Pakistan, która przejęła władzę i brutalnie zamordowała przywódcę Parczamu Nadżibullaha. Byli to właśnie talibowie.
Trwająca 26 lat fundamentalistyczna kontrrewolucja zepchnęła Afganistan z powrotem w barbarzyństwo. Dotknęła nie tylko Afganistan, ale cały region, a zwłaszcza Pakistan. Heroina była wykorzystywana jako środek do finansowania kontrrewolucji i mudżahedinów. Ta strategia doprowadziła do powstania pierwszego na świecie państwa narkotykowego.

Oryginalny tekst ukazał się na stronie marxist.com. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu)..

Polska nad Morzem Śródziemnym

Tragedia kilkudziesięciu migrantów na polsko – białoruskiej granicy, bez względu na to, jak zostanie zakończona, była (a może jeszcze jest) jednocześnie satyrycznym przykładem nieudolności organizacyjnej i bałaganu kompetencyjnego.

Szczyt absurdu

Szczyt absurdu osiągnęli niektórzy z prominentni przedstawiciele obecnego rządu, którzy uzasadniali decyzję blokowania koczującej grupy przykładem doświadczeń Włoch, Grecji i Hiszpanii, do których napływały tysiące migrantów z wybrzeży Afryki, korzystających „dmuchanych” pontonów.
Słuchając tych wypowiedzi początkowo wpadłem w euforię, bo za młodu marzyłem, aby polskie granice sięgały do jakiegoś ciepłego morza.

Sięgnąłem po szkolny atlas i mój entuzjazm nieco ostygł. Przykład – niestety – nie był trafny. Migranci do Polski mogą przybywać tylko droga lądową i to zaledwie z trzech graniczących z nami krajów – Ukrainy, Białorusi i Rosji. Trudno, żeby przypływali wodami zimnego Bałtyku albo masowo przekraczali granice z państw strefy Schengen, z którymi sąsiadujemy od południa i zachodu.

Przykłady migracji z tamtych regionów zupełnie do nas nie pasują. Do nas trzeba dojechać, dolecieć, albo dojść, a nie przypłynąć. Stąd też opowiadania o dziesiątkach tysięcy migrantów, którzy tylko czekają na objaw słabości albo litości z naszej strony, aby „zalać” nasze terytorium wydaje mi się nie tylko przesadzony, ale wręcz nierealny. Zalać to nas mogą Ukraińcy. I robią to bez sensacji i wysiłku, a my się nawet z tego cieszymy. A uchodźcy z Afganistanu mają znacznie dłuższą drogę – przez Pakistan, Turcję, dawne południowe republiki radzieckie i w końcu właśnie przez Ukrainę, albo Rosje i Białoruś

W moich felietonikach nie mam zwyczaju przynudzać cytowaniem przepisów. Ale „stoi w nich” jasno, że jeśli ktoś zjawia się na naszej granicy i prosi o międzynarodową ochronę, to powinniśmy go wpuścić i stworzyć mu godziwe warunki oczekiwania na decyzję. Trzymanie kilkudziesięcioosobowej grupy ludzi w przygranicznych zaroślach i nie dopuszczanie do nich dopływu jedzenia, wody i opieki medycznej, jest bezsensowne, a zarazem okrutne. Używanie do tego większego tłumu „zielonych ludzików”, w mundurach pobawionych oznaczeń jednostki, stwarza takie rażenie, jakby ci ludzie mieli ze sobą broń atomową.
Wszyscy uczestniczący w realizacji tej komedii powołują się na rozkazy, ale nikt nie mówi, kto je wydał, i kto ponosi odpowiedzialność za jej skutki.

A Powstanie jeszcze trwa

Jako reprezentant prawie 40-to milionowego narodu nie wiem, czy patrząc na te manewry obecnej władzy mam się śmiać, czy płakać? Powstanie Warszawskie trwało 63 dni i jego rocznicę mamy w sierpniu i wrześniu. Uczymy młodzież, że było przykładem nie tylko patriotyzmu, ale także wzajemnej pomocy i współczucia obcych sobie ludzi. I nie dziwię się Frasyniukowi, że użył mocnych słów, oceniając istniejącą sytuację.

W tym czasie, kiedy znęcano się nad grupą migrantów na polsko – białoruskiej granicy, nasze samoloty przywiozły z Afganistanu ponad 800 osób, w tym większość Afgańczyków. Oni byli „dobrzy”, bo ich znaliśmy, współpracowali z naszą misją w Afganistanie. A ci na granicy są „źli”, bo ich nie znamy, nie wiemy, kim są i mamy udokumentowane podejrzenie, że z ich pomocą białoruski dyktator chce nam zrobić kuku. Wierząca rządzącej partii część naszego elektoratu pochwala nasze „twarde” stanowisko wobec tej grupy i innych „przecieków granicznych”. Część z nich już się szykuje do tego, aby bić na ulicy czy w tramwaju każdego, kto ma ciemniejszy kolor skóry. A głupie kolorowe dziewczyny nie pozwalają nawet obejrzeć twarzy, nie mówiąc o innych, bardziej intymnych częściach ciała.

Kto nami rządzi?

Mam coraz bardziej wyraźne wrażenie, że obecna władza zapomina o wielkości i pozycji politycznej i geograficznej naszego kraju. Usiłuje rządzić tak, jak można to czasem zaobserwować w małych państwach Ameryki Południowej. Obrazki z zabawy w berka żołnierzy straży granicznej z posłem PO usiłującym zanieść trochę żywności koczującej grupie migrantów, obrazki odmowy dopuszczenia do nich wicemarszałkini Senatu RP, przedstawicielom organizacji pomocowych a nawet księdza, nasuwają niepokojące przypuszczenia. Może nie zauważyłem, jak w Polsce, po cichu, przeprowadzono wojskowy zamachu stanu? Może liczna ochrona najważniejszego Prezesa i premiera nie zapewnia im bezpieczeństwa, tylko przyciska do pleców lufy pistoletów, każąc podejmować szkodliwe dla państwa decyzje?

Panowie i Panie dzierżący władzę – obudźcie się! Nie zniszczy nas trzydzieści kilka osób, które marzły albo nadal marzną w zaroślach granicznych. Może kilka tysięcy osób będzie ich naśladowało, ale i z nimi sobie poradzimy. A opowiadania o kilkudziesięciu tysiącach śniadolicych zdążających do nas przez Białoruś, Ukrainę lub Rosję – włóżcie między bajki. Wasi czołowi wojownicy, w opowiadaniu bajek, są przecież niezastąpieni!!

Głodnych nakarmić

Władysław Frasyniuk nazwał żołnierzy pilnujących garstki uchodźców watahą psów czy jakoś tak. Oczywiście przesadził.

Wojsko jest tylko narzędziem w rękach antychrześcijańskich i antykatolickich władców Polski z PiS. Oni tylko na pokaz i dla ciemnego ludu są katolikami. Nawet milczący ostatnio kościół upomniał się o nakarmienie głodnych i napojenie spragnionych. Ale antychrześcijanie z PiS są tym razem głusi na apel kościoła. W godzinie próby chrześcijańskim miłosierdziem wykazują się ludzie lewicy.

Niestety podejrzewam, że spora grupa naszych obywateli, nie tylko wyborców PiS, po cichu sprzyja obecnej władzy i nie chce uchodźców u siebie. Legendy o naszej gościnności są bardzo na wyrost. Ma ona (gościnność) charakter biesiadny.

Tolerujemy setki tysięcy Ukraińców, ale oni pracują na nasz dobrobyt, opłacają ZUS, itp. Są nam i tym samym gospodarce potrzebni.

Czy uchodźcy z Afganistanu byliby tak samo przydatni? PiS twierdzi, że nie, a obywatele mu wierzą. Dlatego nie sądzę, aby ta awantura na granicy wpłynęła źle na notowania obecnej władzy.

Trzydzieścioro kilkoro


Taki obrazek mam w głowie: na ziemi siedzi dziecko. Zdezorientowane. Wokół trwa coś, czego nie potrafi nazwać ani zrozumieć. Jakaś makabryczna kłótnia jednych przeciw drugim. A pośrodku ono. Przerzucane z jednej strony na drugą, jak pakunek, którego nikt nie chce. Dorośli coś tam jeszcze kumają, ale ono nie. Dorośli potrafią się zmierzyć z tym, z czym przyszło im żyć. Ale nie ono. I za ból i płacz dziecka wszyscy zapłacimy. Nie tylko Kaczyński, Łukaszenko czy Putin, dla których łzy nie mają wartości. Każdy z nas. 

Obrazek z dzieckiem rozczula tego, kto ma w sobie coś więcej niż wnętrzności. Tego, który nosi wewnątrz zimny głaz śmieszy i roztkliwia; wyobraża sobie wtedy ten i ów, jakby to było, gdyby się ustawiło na granicy karabin maszynowy i serią po wszystkich nielegalach; chłop, baba, kobieta, dziecko, pies, wszystko by fruwało. Jedni i drudzy mają odpowiedzi proste. Że trzeba wszystkich jak leci, co jest bliższe prawdy. Albo że żadnego, co jest prawdy dużo dalsze, choć żadna z opcji w pełni prawdziwa nie jest. Bo co to jest prawda…

Ludzie wędrowali ponad miesiąc, a dziś trzymani są na skrawku ziemi niczyjej i podrzucani sobie jak zgniłe jajo, bo nikt ich nie chce. W dzisiejszym świecie to barbarzyństwo. Nie godzi się tak robić z człowiekiem, kimkolwiek by nie był. Podobnie, jak nie godzi się go kamienować, wieszać na latarniach za picie alkoholu albo Biblię, czy rytualnie mordować, a mimo to jeden drugiemu to czyni. Bo inna kultura, inne zwyczaje, inne życie i inna śmierć. Co więc nam robić?. Na dziś przyjąć, bo jest niewielu. Trzydziestu kilu. Trzydzieścioro kilkoro. Kraj, w którym żyje ponad trzydzieści milionów poradzi sobie z trzydziestoma kilkoma. W kraju, w którym żyją miliony, a tysiące z nich ucieka do lepszego świata, znajdzie się przestań dla trzydziestu kilku. Zaopatrzmy ich rany, napójmy i ubierzmy. Dajmy rok na przeczekanie. Skandal, powiedzą ci co chcą strzelać. Żeby nierobom arabskim i wilkom w owczej skórze fundować darmowe obiady za złotówki, w czasie gdy polskie dzieci głodują. Owoż, nasze głodują, bo mają pijanych i zaćpanych rodziców. Żadne dziecko w Polsce nie chodziłoby głodne, gdyby nie jego ojciec i matka, która przepija rządowe frukta. Żaden ojciec i żadna matka w Polsce, uczciwie pracując, nie pozwoli dziecku przymierać głodem. Ale tam, skąd przychodzą tamci, już tak. Tam sama praca często nie wystarcza. Więc wpuszczać każdego, bo nikt nie jest nielegalny. Prawda. Ale nawet ten nie nielegalny może być nie na naszą kieszeń ani ustrój. Bośmy chowani na czym innym niż Zachód. 

Zastanawiałem się nie raz, dlaczego uchodźcy z czarnego lądu, w większości muzułmańskiego wyznania, przemierzają cały kontynent, żeby dostać się do Europy zachodniej, zamiast skrócić sobie drogę i jechać, bo nawet nie płynąć, do jednego z bogatych, arabskich krajów: Emiratów, Bahrajnu, Kataru, Kuwejtu. Czemu emigrują do Europy, lub bardziej, czemu tam, ich bracia w wierze nie przyjmą ich wszystkich; nie wykarmią i nie napoją w imię Allaha. Czemu tamci wolą bezbożny, zgniły europejski socjal zamiast muzułmańskiej solidarności. Cóż, pewnie dlatego, że solidarności tej nigdy tam nie zaznają. Pytałem kiedyś muftiego, pracującego w warszawskim meczecie, czemu tak się dzieje. – Polityka, odparł mufti. – Wielka polityka, on, mufti, się na niej nie rozeznaje. A mi coś podpowiada, że jest tak, że bogata Arabia chętnie przyjmie krewnych, albo nawet niespokrewnionych, ale takich, którzy coś potrafią i mogą jej coś w zamian dać; inżynierów, lekarzy, programistów. Biedny chłopiec z Mozambiku dać może niewiele, bo sam nie ma nic oprócz życia, a to dziś towar bardzo przeceniany w wielu gospodarkach. Idą więc ku nam, bo my, biali, dajemy. Darmo jeść, darmo spać, żyć, pić, narkotyzować się. Bo to też jest element tej wędrówki ludów, jakby kto się na to nie oburzał. A gdy wyciągnie się rękę po zapłatę, nazywa się go często rasistą. Jak więc to wszystko pogodzić? Nie da się. Nie dzisiaj i nie w dzisiejszej Polsce. Albo więc będziemy brać wszystkich, jak leci, albo nikogo. I to nie tylko dlatego, że nie sposób odróżnić dobrego od złego; terrorystę od człowieka o pokojowych zamiarach, bo przy odrobinie profesjonalizmu, służby mogłyby posilić się na próbę takiego przesiewu. Rzecz jednak w tym, że nasi politycy takich służb nie mają, bo Macierewicz rozpędził wszystko na cztery wiatry opcją atomową. Ba, skoro nie radzą sobie z tym Niemcy czy Francuzi, to jak my mielibyśmy sobie poradzić. W samej Warszawie setki alimenciarzy z wyrokami chodzi po ulicach i nie ma na nich siły, żeby wyłapać każdego i posadzić za kraty, a co dopiero żeby znaleźć fachowców od walki z terroryzmem i zapłacić im za ich usługi. Rację ma więc prawica krzycząc, że Polacy ich nie chcą. Polacy z rządowych ław, ma się rozumieć. Bo gdyby jednak ci zwykli ich zechcieli, okazałoby się, że państwo nasze to wydmuszka, którą rozwali kapiszon a nie pas szahida. 

Kraj który patrzy bezczynnie jak płacze dziecko, to podły kraj. Kraj, który każe uciekać dzieciom z ich szkół i domów to kraj potępiony, którego ONZ powinno nie uznawać a Ziemia nosić. Bardzo często w historii bywało tak, że z kraju przyglądającego się dziecięcemu cierpieniu zza pleców straży granicznej i Legionu Maryi, kraj ów stawał się celem ataków, przed którym ani Legion ani straż nie uchroniła dziatków przed śmiercią i poniewierką. Te dwa stany dziecięcej krzywdy i poniżenia lubią chodzić ze sobą i zamieniać się miejscami. Ku przestrodze tylko tak to tu zostawię…

Porobiło się w Afganistanie

Po niemal dwudziestu latach przywracania pokoju i krzewienia demokracji w Afganistanie amerykańskie siły zbrojne wycofują się z tego kraju. Zaskakującym jest tempo, w jakim jest to czynione, co przypominana niesławny odwrót z Wietnamu płd. (z Sajgonu) jankeskiego personelu wojskowego i cywilnego w kwietniu 1975 roku.

Zdumienie budzi tempo ofensywy talibów, swego rodzaju Blizkrieg w wykonaniu armii sfanatyzowanych wojowników w turbanach.
Sztandarowa baza wojskowa USA w Bagram, właściwie to, co z niej zostało po wyjściu personelu amerykańskiego, wpadła w ręce brodatych bojców z kałachami. Ci, jak donoszą media, stoją już u wrót Kabulu, którego nikt nie zamierza bronić, ludność zaś nie ma jak i dokąd uciec.
Tak zwane afgańskie siły rządowe, uzbrojone i wyszkolone przez wuja Sama, składają broń i poddają się talibom.
Amerykańskie helikoptery ewakuują w pośpiechu swoich obywateli oraz co niektórych Afgańczyków. Mam swoje zdanie na temat amerykańskiego odwrotu: wojna jest rodzajem uprawiania polityki, oraz biznesem, tyle że prowadzonymi przy użyciu siły militarnej. Ma, jak wszystko w życiu, swoją cenę.
Administracja amerykańska najwyraźniej podliczyła sobie, że „biznes” przestał się opłacać i od dłuższego czasu jankeski podatnik coraz więcej dopłaca do interesu, nie mówiąc o przelewanej krwi chłopców z Teksasu i Kalifornii.
Mamy przy tym do czynienia z przeniesieniem ciężaru amerykańskiej polityki na obszar wschodniej Azji, gdzie na głównego siewcę globalnej niezgody, robiącemu Amerykanom wbrew, słowem, na poważne zagrożenie, wyrastają Chiny.
Zagrożenie rosyjskie, moim zdaniem iluzoryczne i propagandowo rozdymane, pozostaje pod opieką NATO z naciskiem na europejskich członków Sojuszu. Trudno teraz ocenić jakie skutki dla światowej polityki, nie mówiąc o samych Afgańczykach, będą miały rządy islamskich fanatyków, którym całkiem poważnie roi się ogólnoświatowy dżihad.
Wprowadzenie szariatu, czyli prawa koranicznego, wydaje się być czymś niechybnym w tym sponiewieranym wieloletnią wojną kraju. Część obywateli Afganistanu, zwłaszcza kobiety – szerzej młodzież – zdążyła przez lata nasiąknąć wzorcami zachodniej demokracji. Z góry wiadomo, że te zostaną skasowane i wróci „stare” w najbardziej sfanatyzowanej wersji praktyki Islamu.
Nie ma wątpliwości, że Stany Zjednoczone wychodzą z Afganistanu jako strona pokonana, co będzie musiało mieć wpływ, już zaczyna mieć, na wizerunek Ameryki w świecie.
Jakkolwiek na ogólniejsze wnioski trzeba jeszcze poczekać, mamy po stronie USA do czynienia z przegrupowaniem sił i środków; ze koncentrowaniem ich po obszarze wschodniej Azji. Do progów „europejskiego raju” zaczynają już pukać afgańscy uchodźcy. Ludzka fala wzbiera i wkrótce nabierze krzepkiego potencjału.
Coś mi się widzi, że w obliczu rzeki uchodźców, która zaczyna przesączać się do Tadżykistanu i pozostałych postradzieckich republik na tym obszarze, Rosja, dla utrzymania względnej równowagi politycznej w strefach, które traktuje jako domeny swoich wpływów, może zostać przymuszona do podjęcia ograniczonych działań militarnych w północnych regionach Afganistanu. Nie wiem, czy również nie o to chodziłomającej na pieńku z Putinem administracji Bidena.
To oczywiście daleko idąca spekulacja, znajdująca jednak pewne podstawy w faktach, z którymi świat ma do czynienia w tym obszarze Azji. No, to się porobiło.

Rekord Guinnessa w hipokryzji

Dlaczego mieszkańcy Bliskiego Wschodu i szerzej cywilizacji islamsko-arabskiej mieliby szanować Zachód, a zwłaszcza obrońcę demokracji, wartości i „praw człowieka” – prezydenta USA? Sentymentalni funkcjonariusze mediów „narodowych” i liberalnych leją łzy nad losem kobiet afgańskich, wydanych teraz na pastwę ortodoksyjnych wyznawców islamu. A co robią ich amerykańscy i europejscy przewodnicy w Arabii Saudyjskiej czy Katarze?

Czyżby to nie Arabia Saudyjska otaczała finansowym i organizacyjnym mecenatem najbardziej wojowniczy islam? A przecież w formie pracy półniewolniczej pracują tu tysiące kobiet z Filipin, Pakistanu, Indii. One pozostawiły rodziny, dzieci, może w tym czasie demoralizuje je ideologia LGBT. Byłożby możliwe, żeby krople ropy przeważały szalę na rzecz „pragmatyzmu”, a nie wartości?
W odruchu dobrego serca prezydent Biden zwołuje wirtualny szczyt G7. Kiedy był czas na sensowne reformy afgańskiej gospodarki jego kolonialna administracja osłaniała watażków wprowadzających na światowy rynek opium. Tysiące dobrze wynagradzanych pracowników Pentagonu nie wiedziało o równoległym państwie talibów?
Wolą straszyć Putinem i ekspansją chińską, wolą latać w kosmos, niż zająć się ziemskim planetarnym kryzysem, i jego fatalnymi skutkami dla globalnego Południa.
Stworzone po drugiej wojnie światowej Pax Americana odchodzi w niesławie. Stany Zjednoczone nie są już ani policjantem, ani przewodnikiem duchowym. Państwo amerykańskie dba o interesy wielkich korporacji.
Bliski Wschód to rejon „żywotnych interesów” dzięki ropie, która stała się podstawą gospodarki opartej na wzroście i masowej konsumpcji. Palestyńczycy nie doczekali się takiego współczucia, bo śmią ubiegać się o prawo do samostanowienia od amerykańskiego regionalnego policjanta.
A sam Afganistan to dziwoląg dziejowy. Struktura etniczna, rozległe terytorium, brak nowoczesnej gospodarki – to wszystko sprawiło, że jak dotąd nie powstał tam nowoczesny naród. Co było wiadomo już przed dwudziestu laty.

Flaczki tygodnia

Szczyt światowego nieszczęścia? Trafić na katoli uciekając przed talibami.

Od ponad dwóch tygodni w Usnarzu Górnym na granicy polsko – białoruskiej koczuje 32-osobowa grupa uchodźców. Wśród nich są kobiety i 15-letnia dziewczyna. Od strony polskiej przeganiają ich ku Białorusi funkcjonariusze Straży Granicznej, wzmocnieni przysłanym przez MON wojskiem. Powrotu na Białoruś bronią tamtejsi funkcjonariusze wojskowo
– policyjni.

To jest „brudna gra Łukaszenki i Kremla”, tak uzasadnia działania straży granicznej i wojska szef MON pan minister Mariusza Błaszczaka. Apeluje do lewicowych posłów opozycji, którzy zawieźli pomoc dla uchodźców,aby się opamiętali i nie byli „pożytecznymi idiotami” białoruskiego reżimu.

To jest wojna. Hybrydowa. Demokratycznie wybranej ekipy pana prezesa Kaczyńskiego z uzurpatorem Łukaszenką. Polskiego „Prawa i Sprawiedliwości” z białoruską „brudną grą”. Wojna o honor, Boga, i szczelność granic naszej Ojczyzny. Tak powtarzają elity PiS.

Ta wojna ma pokazać uzurpatorowi Łukaszence i wrażemu Putinow, kryjącemu się za plecami białoruskiego dyktatora, niezwykłe zdeterminowanie i wielką siłę polskiego oręża. Na pohybel białoruskim miękiszonom! I ruskim też,dodają już ciszej.

Niestety kiedy polska straż graniczna i wojsko prężą swe muskuły, aby ostatecznie rozwiązać problem uchodźców, aby skutecznie zniechęcić wszystkich uciekających przed islamskim terrorem do kierowania się ku narodowo – katolickiej Polsce, trzydzieści ludzkich istnień ciągle koczuje w leśnym błocie. Bez opieki lekarskiej, ciepłej strawy, skutecznej pomocy prawnej. Koczują tylko dlatego, że zostali przez sztabowców PiS wyznaczeni do roli barykady w urządzanym przez PiS teatrze politycznym. Stali się ofiarami kampanii wyborczej prowadzonej przez PiS.

Bez wątpienia władze białoruskie w odwecie za sankcje Polski i Unii Europejskiej organizują przerzuty uchodźców z Afganistanu i terenów Bliskiego Wschodu do graniczących z nią państw Unii Europejskiej. I czynić tak będą. Wszystkie z tych państw, także Polska, okazały się nieprzygotowane na taką „brudną grę”. Choć elity PiS straszą nas wizją najazdem uchodźców już od 2015 roku. Straszą i jednocześnie nic nie robią w celu rzeczywistego, systemowego uszczelnienia granic. Straszą, ale pomimo sześciu lat swych rządów nie potrafiły stworzyć polityki migracyjnej państwa polskiego. Widać same wcześniej nie wierzyły w te uchodźcze strachy. Kreowane je jedynie na potrzeby oszukiwania „ciemnego ludu”, czyli swych Wyborców.

Kiedy uchodźcy, wspierani przez białoruskie służby, zaczęli liczniej przechodzić wschodnią polską granicę, władza PiS zareagowała, zgodnie z interesem władz białoruskich. Polskie wojsko pozbierało emigrantów, którzy już weszli do Polski, zapakowało ich do wojskowych samochodów i wywiozło z powrotem na granicę. Aby przepędzić ich do Białorusi. Na białoruską granicę skierowały dodatkowo zmobilizowane wojsko, postawiły zasieki z drutu kolczastego.

Dzięki temu białoruska państwowa telewizja, i rosyjskie telewizje też, mogą wreszcie pokazywać relacje udowadniające, że w Polsce, czyli w Unii Europejskiej, panuje jeszcze większy zamordyzm niż w Białorusi i Rosji. Bo tam uchodźców, jak świń, jeszcze w błocie nie trzymają. Traktowanie uchodźców jak zarażonych zwierząt w Polsce budzi w świecie liczne wspomnienia. Silnie eksploatowane w mediach, nie zawsze Polsce przychylnych. Obrazy przerzucanej przez kordon polskiej Straży Granicznej żywności dla uchodźców uwięzionych w Usnarzu Górnym, łączone są ze zdjęciami dokumentującymi przerzucanie ponad hitlerowskimi kordonami chleba dla Żydów zamkniętych w gettach polskich miastach. Zdjęcia koczujących w błocie uchodźców łączy się w mediach ze zdjęciami wydalonych z III Rzeszy w 1938 roku Żydów. Koczujących potem na ówczesnej granicy polsko – niemieckiej w Zbąszyniu, też wtedy nie wpuszczanych do
II Rzeczpospolitej.

Tak to panowie ministrowie Błaszczak, Kamiński, Wąsik niczym bezmyślne mięśniaki tańczą w rytm mińskiej i kremlowskiej muzyczki. To oni są faktycznie „pożytecznymi idiotami” prezydentów Łukaszenki i Putina.

W czasie kiedy rząd PiS pod przewodem pana Kaczyńskiego, wicepremiera ds. bezpieczeństwa, broni granic IV Rzeczpospolitej przed trzydziestką uchodźców przy pomocy zmotoryzowanych oddziałów straży granicznej i wojska, ten sam rząd szczyci się ratowaniem uchodźców z Afganistanu. Po których wysyła specjalne samoloty. Koszty przywożenia uchodźców afgańskich do Polski władze i propagandziści PiS uzasadniają imperatywem moralnym. Obowiązkiem pomocy wyznawcom Allacha, którzy splamili się u siebie kolaboracją z wojskiem polskim. Naszym sojuszników podczas wojny. Okazuje się, że najlepszą wizą wjazdową do Polski jest wcześniejsza tam wojna z udziałem wojska polskiego. I kolaboracja z polskimi
okupantami.

W ramach konstruktywnej krytyki „Flaczki” podsuwają władzy PiS,bezpłatnie, skuteczne i honorowe rozwiązanie usnarzskiego węzła gordyjskiego. Niech władze zapakują uchodźców z Usnarza do samolotu lecącego do Kabulu. Leci przecież tam w jedną stronę pusty. Potem na kabulskim lotnisku mogą oni poprosić o wizy humanitarne. Dostaną je w każdym praworządnym państwie UE. I potem będą mogli legalnie do UE przybyć. Nawet polskim samolotem,o ile nie będą bali się do niego wsiąść.

Wielkim nieszczęściem jest trafić na polskich katoli uciekając przed talibami.

KPP, czyli Kącik Poezji Patriotycznej
Suplement do ewangelii.

Miałaś szczęście Maryjo, miałeś szczęście Józefie
i Jezusa Bóg szczęściem obdarzył,
bo na drodze z Betlejem do Egiptu Wam przecież,
nie postawił nikt Granicznej Straży.
Oj inaczej by dzisiaj ewangelie się miały,
inne pewnie w nich byłyby słowa,
gdyby Waszą wędrówkę przez pustynię przerwały
drut kolczasty i broń maszynowa.
Gdyby o tej wędrówce decydować miał wtedy,
rząd, co rządzi obecnie w Warszawie,
to na pewno niejednej Wam napytałby biedy,
zanim zniknąłby w wiecznej niesławie.
Wątpię wręcz czy w ogóle ktoś wspominać by raczył,
że gdzieś leżą na środku pustyni,
otoczone drutami przez bezdusznych siepaczy,
święte szczątki umarłej Rodziny.

dr Ryszard Grosset