Biden prywatyzuje wojnę w Afganistanie.

Ponad 18 000 osób zatrudnionych przez Pentagon pozostaje w Afganistanie. Joe Biden wycofa 2500 żołnierzy, ale pozostawi na miejscu amerykańskie wojska specjalne, najemników i agentów wywiadu.

14 kwietnia prezydent Joe Biden ogłosił, że zakończy najdłuższą wojnę w historii USA i wycofa amerykańskie wojska z Afganistanu w 20. rocznicę ataków terrorystycznych z 11 września 2001 roku. Do tego czasu wycofanych zostanie także ponad 6 tys. żołnierzy NATO.
– Wojna w Afganistanie nigdy nie miała być przedsięwzięciem wielopokoleniowym – powiedział Biden podczas swojego wystąpienia z Sali Traktatowej Białego Domu, w tym samym miejscu, gdzie prezydent George W. Bush ogłosił rozpoczęcie wojny w październiku 2001 roku. – Zostaliśmy zaatakowani. Poszliśmy na wojnę z jasnymi celami. Osiągnęliśmy te cele. Bin Laden nie żyje, a al-Kaida została pokonana w Afganistanie i nadszedł czas, by zakończyć wojnę na zawsze.
To ostatnie to jednak tylko wersja dla publiczności.
Jak podał The New York Times, po formalnym opuszczeniu Afganistanu przez wojska amerykańskie pozostaną tam „wojska operacji specjalnych, podwykonawcy Pentagonu i tajni agenci wywiadu”. Ich misją będzie „znalezienie i zaatakowanie najbardziej niebezpiecznych zagrożeń ze strony al-Kaidy lub Państwa Islamskiego”. Źródłem informacji są anonimowi amerykańscy urzędnicy, z dawnych i obecnej administracji.
The Times poinformował, że Stany Zjednoczone utrzymają całą konstelację baz lotniczych w regionie Zatoki Perskiej, jak również w Jordanii, a także główne dowództwo lotnicze w Katarze. Wszystkie one mogłyby stanowić platformę startową dla bombowców dalekiego zasięgu lub misji dronów przeprowadzanych na terytorium Afganistanu.
Matthew Hoh, niepełnosprawny weteran wojenny, który zrezygnował z pracy w Departamencie Stanu w 2009 roku w proteście przeciwko wojnie, stwierdził, że prawdziwy proces pokojowy w Afganistanie jest „zależny od opuszczenia Afganistanu przez obce siły”. – Niezależnie od tego, czy 3500 żołnierzy amerykańskich opuści Afganistan, wojsko amerykańskie będzie nadal obecne w postaci tysięcy pracowników służb specjalnych i personelu CIA w Afganistanie, jak i wokół niego, poprzez dziesiątki eskadr załogowych samolotów szturmowych i dronów stacjonujących w bazach lądowych i na lotniskowcach w regionie – podsumował.
Najemnicy
Bezpodstawność „pokojowych” zapowiedzi prezydenta Bidena staje się oczywista, gdy weźmiemy pod uwagę, że na każdego żołnierza służącego w Afganistanie przypada siedmiu zatrudnionych przez Pentagon podwykonawców. Dziesięć lat temu stosunek ten wynosił 1:1. W styczniu, według raportu Departamentu Obrony, w Afganistanie przebywało ponad 18 tys. najemników na kontraktach, podczas gdy oficjalna liczba żołnierzy została zredukowana do 2500.
Te liczby odzwierciedlają strategię rządu amerykańskiego polegającą na outsourcingu wojny na rzecz prywatnych korporacji najemniczych. W ten sposób wojna jest oddalana od opinii publicznej i nie wywołuje protestów społecznych, ponieważ stosunkowo niewielu Amerykanów jest nią bezpośrednio dotkniętych. Większość najemników to byli weterani wojskowi, choć pewien odsetek stanowią obywatele państw trzecich, którym płaci się nędzne wynagrodzenie za wykonywanie obowiązków na rzecz wojska.
Jedną z największych firm najemniczych jest DynCorp International z Falls Church Virginia, która w 2019 roku otrzymała ponad 7 miliardów dolarów w kontraktach rządowych na szkolenie afgańskiej armii i zarządzanie bazami wojskowymi w Afganistanie. Od 2002 do 2013 roku DynCorp otrzymał 69 procent wszystkich funduszy Departamentu Stanu na ten cel. Magazyn Forbes nazwał ją „jednym z wielkich zwycięzców wojen w Iraku i Afganistanie” – przegrani to prawie wszyscy inni.
Wzorcem dla amerykańskiej strategii w Afganistanie jest tajna wojna w Laosie w latach 1959-1975, gdzie CIA współpracowała z setkami cywilnych kontrahentów. To oni latali samolotami zwiadowczymi, prowadzili bazy naziemne i obsługiwali stacje radarowe w cywilnych ubraniach, jednocześnie tworząc własną prywatną armię do walki z lewicowym Pathet Lao. CIA i amerykańskie wojska specjalne stale podejmują próby werbunku, bazując na podziała plemiennych w Afganistanie. Podobnie jak w Laosie, wikłają się przy tym w lokalne konflikty. Do tego przez lata amerykańscy agenci sił specjalnych szkolili afgańskie siły bezpieczeństwa jako armię zastępczą.
Czego naprawdę chce Wujek Sam w Afganistanie
Republikański jastrząb Jim Inhofe skrytykował plan wycofania Bidena, stwierdzając, że jest to „lekkomyślna i niebezpieczna decyzja”. Zasugerował, że „arbitralne terminy /wycofania/ mogą narazić żołnierzy na niebezpieczeństwo, zniweczyć postępy, jakie poczyniliśmy, doprowadzić do wojny domowej w Afganistanie i stworzyć wylęgarnię międzynarodowych terrorystów”.
Inhofe, należy zauważyć, jest spekulantem wojennym. Zainwestował w akcje wiodącego producenta broni Raytheon w tym samym czasie, gdy jako przewodniczący senackiej komisji ds. służb zbrojnych wzywał do zwiększenia budżetu na obronę. A co do jego oceny sytuacji – fakty są takie, że talibowie, według think-tanku Council on Foreign Relations, są silniejsi niż kiedykolwiek od 2001 roku i kontrolują około jednej piątej Afganistanu. Poza tym to Afganistan nigdy nie był wylęgarnią międzynarodowych terrorystów. Porywacze z 11 września pochodzili głównie z Arabii Saudyjskiej, a talibowie zgodzili się oddać Osamę Bin Ladena w ręce międzynarodowego trybunału po atakach z 11 września.
Wojna w Afganistanie będzie trwała w nieskończoność nie ze względu na zagrożenie terroryzmem – które jest spotęgowane przez obecność wojsk amerykańskich – ale dlatego, że Stany Zjednoczone nie ustąpią pola w regionie. Stany Zjednoczone ogłosiły zamiar utrzymania co najmniej dwóch baz wojskowych w Afganistanie po oficjalnym wycofaniu wojsk, a w czasie wojny założyły ponad 1000 placówek.
Wujek Sam pożąda również afgańskich bogactw mineralnych. Badanie przeprowadzone w 2007 roku przez Służbę Geologiczną Stanów Zjednoczonych odkryło złoża mineralne o wartości prawie 1 bln dolarów, w tym ogromne pokłady żelaza, miedzi, kobaltu, złota i metali przemysłowych o kluczowym znaczeniu, takich jak lit, który jest używany w produkcji baterii do laptopów i telefonów komórkowych.
W wewnętrznej notatce Pentagonu stwierdzono, że Afganistan może stać się „Arabią Saudyjską litu”.
W 2001 roku, kiedy USA po raz pierwszy najechały na Afganistan, były w trakcie rozbudowy swojej infrastruktury wojskowej w Azji Środkowej. Afganistan stanowił kluczowy punkt orientacyjny do tego nowego „naftowego dorado”, w którym znajduje się aż 200 miliardów baryłek ropy – około 10 razy więcej niż na Morzu Północnym i jedna trzecia całkowitych rezerw Zatoki Perskiej. Afganistan był wówczas wyceniany jako kluczowa lokalizacja dla ropociągu, który transportowałby ropę z Azji Środkowej do Oceanu Indyjskiego z pominięciem Rosji.
W latach 90. XX wieku południowokalifornijski koncern naftowy Unocal rozpoczął działania na rzecz budowy rurociągu, zabiegając nawet o względy talibów. W 2018 r. rozpoczęto budowę nowego rurociągu wspieranego przez Stany Zjednoczone, który będzie transportował ropę z Turkmenistanu do północnych Indii. Największą obawą amerykańskiego establishmentu rządzącego jest to, że całkowite wycofanie się USA z Afganistanu doprowadzi do utraty tego strategicznego przyczółka na rzecz głównych rywali geopolitycznych: Rosji i Chin. Chiny zwiększyły ostatnio handel i inwestycje w Afganistanie, z którym graniczą, a także starają się nawiązać lepsze relacje z afgańskim rządem i talibami.
Rosja natomiast w 2014 roku ponownie otworzyła centrum kulturalne w Kabulu, odbudowała opuszczone radzieckie centrum przyjaźni, powiększyła personel swojej ambasady, zwiększyła inwestycje gospodarcze i dostarczyła afgańskiemu rządowi 10 tys. karabinów Kałasznikowa. Moskwa wsparła również afgańskie projekty mieszkaniowe i wykorzystała kontakty w Kabulu do odnowienia więzi z częścią prorządowo nastawionych plemion z północy kraju, jednocześnie po cichu zabiegając o talibów.
Jak udokumentował CovertAction Magazine, obecny rząd afgański pod przywództwem Ashrafa Ghaniego jest w dużej mierze tworem Stanów Zjednoczonych. Jego wojsko jest finansowane przez Stany Zjednoczone, a utrzymanie go wynosi około 4 miliardów dolarów rocznie. Wsparcie to będzie kontynuowane – o ile Kongres go nie odetnie – wraz z wielkoskalowymi programami pomocy zagranicznej USA, które wynoszą prawie 1 miliard dolarów rocznie.
USA chcą utrzymać Ghaniego u władzy lub zastąpić go innym pełnomocnikiem, który pomoże im wygrać geopolityczną rywalizację z Rosją i Chinami, która niewiele różni się od XIX-wiecznej „wielkiej gry” między Wielką Brytanią a carską Rosją.
Tak długo, jak imperium amerykańskie pozostanie nienaruszone, wojna w tej czy innej postaci będzie trwała.

Artykuł ukazał się pierwotnie na portalu The Grayzone. Tłumaczenie: Wojciech Łobodziński (strajk.eu).

Churchill był zbrodniarzem

Winston Churchill jest prawdopodobnie jedną z najbardziej zmitologizowanych postaci historycznych pochodzących z Wielkiej Brytanii. Wielu stawia go na piedestale, przypisuje mu niesamowite osiągnięcia, a także bezkrytycznie podchodzi do całej jego spuścizny. Tymczasem mężczyzna z cygarem w imię brytyjskiego imperializmu popełniał również zbrodnie.

W dodatku nie chodzi tylko o decyzje Churchilla jako premiera w latach 1940-1945 oraz 1951-1955. Przestępstw politycznych i wojennych dopuszczał się jeszcze przed wejściem na wielkie salony.

Afgańska młodość

W 1897 roku, w wieku 23 lat, Churchilla włączono jako żołnierza-dziennikarza do siły polowej Malakand, działającej jako część brytyjskiej ekspedycji pod wodzą Sir Bindona Blooda. Jednostkę wysłano w celu unicestwienia ludności z plemienia Pasztunów z prowincji North West Frontier, na której aktualnie wytyczona jest granica afgańsko-pakistańska.
O tym, co działo się w Afganistanie nie wiemy za wiele, bowiem wszelkie źródła z tamtego okresu albo wciąż są utajnione, albo zostały zniszczone. Churchill jednak, oprócz bycia żołnierzem brytyjskiej armii, był także początkującym pisarzem i wiele swoich przemyśleń, rozkazów oraz przeżyć, podobnie jak inni politycy tamtego okresu, spisywał w notatnikach. Zbrodnia w Afganistanie miała miejsce na kilka lat przed wejściem w XX wiek. Brytyjczycy podczas kampanii w południowej Azji wzięli sobie na cel wioski, osady oraz miasteczka zamieszkiwane przez Pasztunów.

O masakrze na mieszkańcach Afganistanu Churchill pisał: „Wszystko działo się systematycznie. Paliliśmy domy i całe wioski. Opróżnialiśmy studnie i wysadzaliśmy w powietrze wieże. Ścinaliśmy drzewa, dające najwięcej cienia, podpaliliśmy zbiory, a ich przechowalnie żywności doszczętnie niszczyliśmy”. Te zeznania pokrywają się dokładnie z raportami świadków całego zajścia. Trudno jednak o dokładne wyliczenia tej, trwającej kilkanaście dni, ciągłej rzezi. Niektórzy historycy sugerują, iż minimalna ofiar akcji wyniosła ok. 150 zabitych i rannych wśród samych żołnierzy brytyjskich. Ofiar po stronie afgańskiej było wielokrotnie więcej.

Dwie interwencje w Iranie

Churchill zaczął ingerować w sytuację wewnętrzną Iranu już w 1914 r., kiedy złożył w House of Commons wniosek o wykupienie większości akcji spółki naftowej Anglo-Iranian Oil Company. Polityczny imperializm był jednak wyłącznie podstawą do wzięcia pod swoją kontrolę całego kraju również w rozumieniu geopolitycznym. Brytyjczykom zależało wyłącznie na irańskiej ropie, dlatego też całkowicie zignorowali szansę pomocy Irańczykom, ginących podczas klęski głodu z lat 1917-1919. Oczywiście nie wszystko to jest winą samego Churchilla. Niemniej spokojnie można zaryzykować twierdzenie, że skoncentrowanie się wyłącznie na zyskach, nie zwracając uwagi na koszty społeczne było znakomitym podsumowaniem imperialistycznej polityki torysów.

W 1921 r. w Iranie odbył się pucz wojskowy (wspierany w pewnej części przez Brytyjczyków), po którym szach Reza Pahlawi stanął na czele perskiego kraju. Pahlavi nie był ani probrytyjski, ani antybrytyjski. Z jednej strony promował się na przywódcę, który zakończy penetrację Iranu przez światowe imperia, ale z drugiej strony wciąż przyzwalał Anglikom na importowanie ropy po niższych cenach, niż reszcie skupujących. Pahlaviemu zależało na brytyjskim sojuszniku z tego względu, że bał się Sowietów i tego, że mogliby, jak kiedyś Rosja carska, ostrzyć sobie zęby na Teheran i zasoby naturalne Iranu.

Przez 5 lat rządów Churchilla (1940-1945) co prawda Wielka Brytania nie poczyniła większych kroków przeciwko Irańczykom, ale tajne służby brytyjskie w ciągłej kooperacji z amerykańskimi bacznie się Iranowi przyglądały. Współpraca ta przyniosła owoce w roku 1953, gdy Amerykanie zorganizowali w Iranie pucz przeciwko rządowi demokraty Mohammada Mosaddegha, by dostać się do perskiej ropy. Kto stał wówczas na czele rządu Wielkiej Brytanii? Winston Churchill. Czy zainterweniował? Nie.

Wielki głód w Bengalu

To, co działo się w Indiach, a przede wszystkim w Bengalu podczas II wojny światowej, to chyba ta zbrodnia Churchilla, która najsilniej – chociaż nadal niewystarczająco – przebiła się do publicznej świadomości. Dr Shashi Tharoor w swojej książce „Inglorious Empire” porównuje Churchilla do innych zbrodniarzy XX wieku i podsumowuje: „Churchill ma na swoich rękach krew milionów, ale Brytyjczycy wolą o tym zapomnieć”.
Bengalczycy byli praktycznie bezbronni, jako mieszkańcy jednej z brytyjskich kolonii byli w pełni zdani na łaskę Churchilla. Ten jednak Indii szczerze nienawidził i stworzył z tego regionu swoisty bank zasobów. Na bliski wschód eksportowano bengalski ryż w ilościach takich, że nie zostawało go dla mieszkańców Indii. Bengalczycy byli przymusowo przesiedlani w miejsca, w których także nie mieli dostępu do pożywienia. Takie działania doprowadziły do potężnego głodu, rozwoju malarii w tamtym regionie, a także do czynników ekonomicznych takich jak zabójcza dla najbiedniejszych mieszkańców hiperinflacja. Raport Geophysical Research Letters jasno wskazuje, że gdyby nie brytyjska polityka, bieda i głód nie osiągnęłyby takich rozmiarów na terytorium Bengalu i innych hinduskich prowincji.

W okresie 1943-1944 w Bengalu zginęło około 3 miliony mieszkańców, co stanowiło wówczas 5 proc. całej populacji regionu. Kolejne kilka milionów przez wiele lat musiało się zmagać ze skutkami decyzji podejmowanych przez Churchilla. Dlaczego aż tylu Hindusów zostało faktycznie skazanych na śmierć? Chodziło o import wszelkich surowców naturalnych, które przydałyby się administracji Winstona Churchilla podczas II wojny światowej. Stworzenie z tych terenów swoistego banku, skąd można brać i brać skończyło się jednak katastroficznie.

Antykomunistyczna grecka tragedia

Pod koniec II wojny światowej Grecja stała się miejscem kolejnego konfliktu, tym razem wewnętrznego. Armia brytyjska na zlecenie urzędującego wówczas premiera, Winstona Churchilla bez skrupułów uderzyła w socjalistycznych i komunistycznych partyzantów z ELAS oraz EAM, którym przypisać można m.in. wypędzenie z kraju wojsk III Rzeszy. Antykomunistyczna paranoja Churchilla była zbyt silna, aby zostawić to państwo w spokoju, więc razem z rządem Stanów Zjednoczonych i innymi państwami aliantów zachodnich, premier Wielkiej Brytanii doprowadził do utworzenia w Grecji prawicowego rządu, który podsycając konflikt, doprowadził do wojny domowej.

Najbardziej znanym wydarzeniem związanym z ingerencją Brytyjczyków w sytuację wewnętrzną Grecji jest masakra, której dokonały wojska wysłane przez Churchilla pod koniec 1944 roku w Atenach. W ciągu jednego dnia, 3 grudnia, śmierć poniosło co najmniej 28 partyzantów. Początek 1945 zwiastował z kolei następną falą represji i przemocy – prawicowy rząd Grecji, przy współpracy z Brytyjczykami, wsadził do więzienia blisko 15 000 lewicowych, antyfaszystowskich partyzantów ELAS.

W roku 1946 w Grecji doszło do wyborów, które miały być dowodem na to, że Amerykanom i Brytyjczykom chodzi o wprowadzenie demokracji, której rzekomo komuniści z EAM/ELAS się sprzeciwiali. W tym samym roku doszło do referendum dotyczącego utrzymania w Grecji monarchii. Kampania referendalna przebiegała pod znakiem prawicowego terroru finansowanego przez USA i Wielką Brytanię skierowanego przeciwko lewicowym partyzantom antymonarchistycznym. Te wydarzenia miały miejsce już po tym, gdy Torysi przegrali w wyborach parlamentarnych i premierem UK został laburzysta Clement Attlee, aczkolwiek wszystkie decyzje dotyczące tego, jak odebrać Grekom możliwość decydowania o sobie podjęła jeszcze administracja Churchilla.

Kenia – powtórka z Indii

Kenia pierwszej połowy lat 50. XX wieku stanowiła idealny przykład rasizmu. Zdominowana przez białych, zarządzających czarną większością według własnego uznania.

Gdy w roku 1953 blisko 150 tys. mieszkańców Kenii zostało umieszczonych w obozach koncentracyjnych. Churchill nie protestował. Sam stał za rozkazami, na mocy których te wydarzenia w ogóle miały miejsce. Ofiary brytyjskiego kolonializmu w Kenii miały być „resocjalizowane” i „uczone”, jak być lepszymi obywatelami. Brytyjskie wojsko oraz służby specjalne dopuszczały się przemocy, gwałtów, przypalały czułe miejsca papierosami oraz stosowali tortury przy pomocy elektrowstrząsów.

Sprzeciw mieszkańców Kenii przeciwko władzy brytyjskiej i kolonijnym porządkom w ich kraju oczywiście istniał. Ruch plemienny zainicjował powstanie Mau Mau, które toczyło otwartą walkę partyzancką przeciwko Brytyjczykom. Nie był jednak na tyle silny, by wypędzić UK ze swoich terenów. Do dekolonizacji Kenii doszło dopiero w grudniu 1963 r., a i tę niepodległość trudno nazwać pełną. Brytyjczycy wciąż mocno ingerowali w politykę wewnętrzną “niepodległej” Kenii, na co wskazuje raport Kathryn Meyer.

Żołnierzy nie będzie, wojna zostanie

Biały Dom potwierdził wcześniejsze doniesienia talibów, że armia imperium amerykańskiego zostanie w całości wycofana z Afganistanu. Celem prawie dwudziestoletniej wojny, w której uczestniczyła też Polska, była eliminacja talibów, którzy przed nią rządzili krajem. USA zostały zmuszone do rokowań z nimi, gdyż ani one, ani NATO, nie byli w stanie ich pokonać.

Rokowania amerykańsko-talibskie trwają w stolicy Kataru od wielu miesięcy. Kolejne rundy rozmów w Doha przynosiły wiadomości jedynie ze strony Afgańczyków-talibów, Amerykanie na ogół milczeli. Jakiś czas próbowali włączyć do tych rozmów rząd afgański, lecz talibowie się nie zgodzili, uważając go za kolaboracyjny, chcieli rozmawiać bezpośrednio z okupantami. Amerykanie musieli to uznać.
Tym razem administracja amerykańska jest pełna optymizmu, zapowiedziała nawet, że układ zostanie ostatecznie podpisany za dwa miesiące, 1 września. Dość wyjątkowo z prezydentem Trumpem, który chce jak najszybciej wyjść z „afgańskiego bagna”, zgadza się w pełni Partia Demokratyczna. Pogodzenie się ze sromotną porażką było jedynym wyjściem.
Niestety, sytuacja bardzo się pogorszyła i podpisanie układu nie zakończy wojny. Amerykanie pozostawią wspierany przez siebie rząd afgański własnemu losowi. Po wycofaniu się ZSRR z Afganistanu talibowie potrzebowali siedmiu lat, by całkowicie przejąć władzę. Eksperci zakładają, że tym razem ten okres może być krótszy, ale wojna, która zmieni się w domową tak, czy inaczej, będzie trwać.
Ci sami eksperci uspokajają, że przed amerykańską wojną Afganistan nikomu nie zagrażał, wyeliminował produkcję heroiny i pozostawał w swoistym zamknięciu. Talibowie będą zmuszeni walczyć nie tylko przeciw rządowi, ale i Państwu Islamskiemu, które Amerykanie tam zainstalowali kiedyś jako Al-Kaidę, by walczyła przeciw ZSRR.
W zeszłym miesiącu do Kabulu pojechał szef amerykańskiej dyplomacji Mike Pompeo, by poinformować lokalne władze, że układ z talibami zostanie zawarty przed przesuwanymi już dwukrotnie wyborami, co się dziś potwierdziło.
Afgańska wojna przyniosła temu krajowi ogrom cierpień i nieszczęść, cofając go mocno w rozwoju. Afgańczycy są jedynym krajem azjatyckim, skąd w tym wieku wyemigrowały miliony ludzi.

Wyjdą, nie wyjdą?

Ogłoszone przez prezydenta USA wycofanie wojsk z Syrii to najprawdopodobniej blef. Kolejna szopka – tym razem noworoczna. Amerykańskie „jastrzębie” nie opuszczą Bliskiego Wschodu, nawet po sromotnej klęsce. Przegrany konflikt będą ciągnąć bez końca pod dowolnym pozorem. Interes ekonomiczny i polityczny klasy rządzącej USA zbyt ściśle zrósł się z przemysłem wojennym i kulturą globalnej dominacji.

 

19 grudnia prezydent Donald Trump zapowiedział wycofanie wojsk amerykańskich z Syrii, o czym większość mediów donosiła w tonie mniej lub bardziej autentycznego szoku. Pilni obserwatorzy polityki Trumpa nie powinni czuć się zdziwieni, ponieważ obietnica “sprowadzenia amerykańskich chłopców do domu” była jedną z jego flagowych obietnic, złożonych podczas kampanii wyborczej w 2016 r. Powszechne zaskoczenie może wynikać z przekonania, że obecność US Army w Syrii jest albo “stanem naturalnym”, którego nikt nie będzie kwestionował, albo jest nieodwołalna ze względu na amerykański “interes narodowy” lub “politykę bezpieczeństwa”, pod którą podpisuje się cała klasa polityczna Stanów Zjednoczonych. Fakt, że wojska lądowe USA przebywają na terytorium Syrii wbrew prawu międzynarodowemu, wymawiając się “wojną z terroryzmem”, nigdy nie miał dla polityków w USA szczególnego znaczenia. A amerykański ekscepcjonalizm? Owszem, ten jest w pewnym sensie stanem dla nich naturalnym.

Trump jednak definitywnie zmierza do spełnienia swoich zapowiedzi wyborczych i traktuje to pryncypialnie, chociaż czas pokaże, czy jego “osiągnięcia” nie będą wyłącznie efemeryczne. Realizacja głośnych obietnic będzie dla jego elektoratu probierzem jego wiarygodności w “walce z elitami”, a to jego główne paliwo polityczne. Obiecał “usiąść przy jednym stole z Kim Dzong Unem” – usiadł. Obiecał odgrodzić USA murem od imigrantów z południa i zmierza do tego “po trupach”, nawet za cenę finansowego paraliżu administracji. Teatralne wywracanie zastanego porządku przynosi jednak mizerne skutki. Dobrze to widać w polityce zagranicznej. Antagonizowanie NATO i Unii Europejskiej robi wrażenie, ale nie zanosi się na żadne konsekwencje. Wojna taryfowa z Chinami nie ma prawa zakończyć się jakąkolwiek korzyścią gospodarczą. Po szczycie w Helsinkach prezydent chciał zapraszać Putina do USA – przyboczni mu to jednak wyperswadowali. Taktyką Trumpa jest wywoływanie zamieszania. Nauczył się też, że jeżeli zmuszony jest się wycofać z wcześniejszej decyzji, zawsze można to na Twitterze przedstawić jako kolejny sukces.

 

„Nigdy nie mówiłem, że to będzie jutro”

Sprawa wyjścia z Syrii sygnalizowana była przez Trumpa przez cały 2018 r. Ostateczną decyzję ogłosił 19 grudnia, uzasadniając to twierdzeniem, że Państwo Islamskie – zgodnie z planem – zostało pokonane, nie ma zatem powodu, by “amerykańscy chłopcy” nadal się narażali. Jest to oczywiście bezczelna manipulacja, bo fakt, że IS zostało prawie całkowicie wyparte z Syrii, jest w lwiej części osiągnięciem koalicji sił rządowych, Rosji i Iranu, a poza nimi – Kurdów, przez USA jedynie dozbrajanych. Postanowienie Trumpa należało traktować zupełnie poważnie, ponieważ w jego konsekwencji dymisję ze stanowiska sekretarza obrony złożył James Mattis, publikując list otwarty, w którym oględnie dał do zrozumienia, że opuszcza urząd, bo polityka prezydenta stanowi w jego mniemaniu akt nielojalności wobec sojuszników. Mattis jednocześnie streścił w liście swoją doktrynę w pełni wyrażającą neokonserwatywną agendę, która od czasu ataku na Irak w 2003 r. w pełni określała rolę Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie – tak za prezydentury G.W. Busha, jak i Baracka Obamy. W tym sensie można uznać, że jego rozstanie z Trumpem, wieńczące już wcześniej tlący się spór, jest wyrazem próby odejścia obecnego prezydenta od polityki, na której opiera się funkcjonalna jedność całego amerykańskiego establishmentu.

Iście rozbrajająca wydaje się łatwość, z jaką wszystkie liberalne media w USA stanęły po stronie Mattisa. Przypomnijmy, że chodzi o byłego generała, któremu dorobiono przezwisko “wściekły pies”, który lata temu doprowadził do rzezi irackiej Faludży, twierdził, że “zabijanie może być niezłą zabawą” i zawsze uchodził za bezwzględnego “jastrzębia”, dążącego do zapewnienia Waszyngtonowi dominacji nad światem dzięki sile militarnej (zresztą dał temu wyraz w swoim piśmie do Trumpa). Człowiek ten w narracji NYT, WP, CNN, MSNBC momentalnie przedzierzgnął się w “jedyny głos rozsądku” w ekipie Trumpa, fachowca i patriotę drżącego o “bezpieczeństwo kraju” i “stabilność regionu”. Radio CBS określiło go nawet mianem “kogoś w rodzaju Demokraty”, przyjmując za dobrą monetę wcześniejszą „obelgę” Trumpa.

Na prezydenta spadła miażdżąca krytyka nie tylko ze strony Demokratów, ale i Republikanów. Nie oszczędziła mu jej również zaskoczona generalicja. Część najwyższych kadr wojskowych pogniewała się co prawda również na Jamesa Mattisa, za to, że swojej rezygnacji nie konsultował z nimi, chociaż ogółem generałowie uznali decyzję o “natychmiastowym” wycofaniu się z Syrii za niedopuszczalny akt głupoty politycznej. Trump szybko zdał sobie sprawę, że może trwale zepsuć sobie relacje z dowództwem. To była oczywista krótkowzroczność. Drużyna Trumpa na czele z Johnem Boltonem nie przestanie prawdopodobnie dążyć do wojny z Iranem, dlatego tak czy inaczej będą musieli zachować gotowość w regionie, a odpuszczenie Syrii wydawało się w tych okolicznościach strzałem w stopę.

Załagodzeniu konfliktowej sytuacji zaradzić miała najpewniej niespodziewana wizyta Trumpa w amerykańskiej bazie lotniczej w Iraku podczas świąt Bożego Narodzenia. Prezydent zaskoczył wszystkich, pojawiając się tam ni stąd ni zowąd i pozując do selfie z żołnierzami. Wygłosił do nich płomienną mowę zapewniając ich, że Amerykanie “nie są już przegrywami”, że pokonali IS i że – co najważniejsze – z Iraku nie będzie żadnego wycofania. Nadal nie jest pewne, czy rząd Iraku został w ogóle powiadomiony o przyjeździe Trumpa, a ten nawet nie znalazł czasu na spotkanie z premierem Mahdim. Zostało to bardzo źle przyjęte, wzmogły się i tak wysokie antyamerykańskie nastroje: to skandal, zamach na suwerenność, USA nie chcą uznać, że amerykańska okupacja ich kraju się zakończyła. Cóż, chyba jednak do niej daleko, zwłaszcza, że dzień wcześniej irackie media poinformowały, że Amerykanie uruchomili dwie nowe bazy wojskowe w pobliżu granicy z Syrią.

Następne dni przyniosły kolejne zwroty. Znany republikański senator Lindsey Graham, były wojskowy i lobbysta sektora zbrojeniowego, pochwalił Trumpa za wizytę w Iraku i oświadczył, że zamierza się spotkać z prezydentem, aby odwieść go od planów porzucenia bliskowschodnich sojuszników, zwłaszcza syryjskich Kurdów. Do spotkania rzeczywiście doszło 30 grudnia, a po jego zakończeniu Graham zapewniał media, że prezydent zmienił zdanie i na razie pełnego wycofania wojsk nie będzie, bo trzeba dokończyć walkę z IS. Wyjście się odbędzie, ale stopniowo, bez pośpiechu.

Ostatniego dnia 2018 r. Donald Trump opublikował serię tweetów, w których nadal pysznił się “swoimi osiągnięciami” w walce dżihadystami. Tym razem przyjął jednak bardziej zachowawczą narrację, twierdząc: “ISIS w większości zostało pokonane. Powoli wysyłamy żołnierzy do domów, do ich rodzin, a jednocześnie walczymy z resztami ISIS”. Trump zaczął więc stopniowo wycofywać się, ale nie z Syrii, a z własnej decyzji, tradycyjnie już odwracając kota ogonem, by odtrąbić w ten sposób kolejne „zwycięstwo”. 2 stycznia wyznał już otwarcie, że plan powrotu żołnierzy nie ma żadnych “ram czasowych”. 4 stycznia potwierdził to Departament Stanu. “Nigdy nie mówiłem, że to będzie jutro” – wykręcał się POTUS. Skończyło się więc “szopką noworoczną”. Niewykluczone, że Mattis ewakuował się w ogóle niepotrzebnie.

 

Deep State

Prezydent zdaje sobie oczywiście sprawę z niechęci amerykańskiego społeczeństwa do przedłużających się interwencji USA na Bliskim Wschodzie, a doskonale potrafi grać pod publiczkę – stąd „zawrót głowy od sukcesów”. Możliwe, że cała zagrywka od początku była blagą, ponieważ podana przez niego liczba 2000 żołnierzy, którzy mieli wrócić do domów w ramach “pełnego wyjścia z Syrii”, zdaje się nie odpowiadać rzeczywistości. W samej Rakce, którą Amerykanie odbili z rąk IS, dokonując zbrodni wojennych na cywilach, znajduje się oficjalnie ponad 500 żołnierzy. Washington Post ustalił zaś, że realna ich liczba może sięgać nawet 4000! Oznacza to, że Trump będzie mógł wycofywać się z Syrii praktycznie w nieskończoność, tak jak Obama z Iraku.
Tak właśnie działa “deep state”, czyli konglomerat grup interesu “wrośniętych” w ciągu dekad w aparat państwowy, funkcjonujących nawet poza pozorami demokratycznej kontroli. Należą do nich oczywiście CIA i “kompleks wojskowo-przemysłowy”, dla których skompromitowane marzenia o militarnej hegemonii globalnej i świecie jednobiegunowym pozostają niezmiennie racją bytu. Wątpliwe, by Trump realnie myślał o ich pokonaniu. Po pierwsze, żaden z niego “antyimperialista”. Jego zapowiedzi z 2016 r., że ograniczy interwencje zagraniczne, należy skonfrontować z jego parciem ku wojnie z Iranem, groźbami wobec Wenezueli i obsesją na punkcie Amerykańskiej supremacji. Trump chce przede wszystkim samodzielnie określać swoje cele i swoich wrogów.
Po drugie, wszelkie jego “antyimperialistyczne” gesty pozostają tylko gestami, łącznie z zapowiedziami normalizacji stosunków z Koreą Płn po szczycie w Singapurze w czerwcu 2018 r. Wielkie media lubią głosić, że denuklearyzacja nie postępuje, bo Kim Dzong Un zdradził USA, a Trump okazał się naiwniakiem. Prawda jest taka, że czerwcowa deklaracja zakładała obustronne ustępstwa, a USA nie zamierzają ich traktować poważnie, dlatego porozumienie utkwiło w martwym punkcie. Sekretarz stanu Mike Pompeo ostentacyjnie lekceważy Pjongjang. Po Singapurze Trump rozpromieniał chwilową glorią “gołąbka pokoju”, a teraz wraca zwyczajowa agenda neokonserwatywna.

Kolejnym przykładem z minionego roku jest dyskusja nad budżetem zbrojeniowym. Jeszcze w grudniu prezydent się oburzał, że USA wydadzą w tym roku 716 mld USD na “obronność”. “To obłęd!” – uniósł się Trump. Zapowiedział, że do 2020 r. wydatki te spadną do 700 mld. Towarzyszyła temu wręcz deklaracja rozbrojenia: “Prezydent Xi, ja i prezydent Putin zaczniemy rozmowiać o tym, jak sensownie powstrzymać wielki i niekontrolowany wyścig zbrojeń”. Efekt? Kilka dni później po spotkaniu Trumpa z senacką komisją ds. sił zbrojnych Biały Dom ogłosił, że w 2020 r. wydatki zbrojeniowe wzrosną do rekordowego poziomu 750 mld USD!

Amerykanie nie wyjdą z Syrii ani z Iraku niezależnie od tego, ile jeszcze wolt wykona sam Trump, bo to nie on trzyma wojenny ster. Sam fakt, że w ogóle nie było mowy o wstrzymaniu działań lotnictwa, wiele świadczy. To ono stanowiło główną siłę USA i gdyby nie ta siła, nie powiódł by się szturm na Rakkę. Bez uwzględnienia lotnictwa, operującego głównie właśnie w oparciu o bazy w Iraku, mówienie o wycofaniu się z Syrii było pozbawione sensu.

Paradoksalnie, “wojna na górze” toczona między Trumpem a establishmentem ukształtowanym za Obamy, sprzyja tylko konsolidacji środowiska “neoconów”, którzy z przekonaniem zaczęli sposobić się do marszu na Teheran – wymarzony cel samej Hillary Clinton. Nikt już nie wierzy, że USA są w Syrii, żeby “krzewić” tam demokrację. W 2009 r. kiedy Clinton kierowała Departamentem Stanu, najbardziej wpływowy waszyngtoński think tank Brookings Institution opublikował raport pt. “Which Path to Persia” (Którędy do Persji). Stwierdzano tam jednoznacznie, że aby obalić rząd w Iranie, Amerykanie muszą się pozbyć z Syrii Baszszara al-Asada.

Co najmniej od 2007 r. trwała współpraca USA, Arabii Saudyjskiej i Izraela przy zbrojeniu w Syrii islamskich ekstremistów powiązanych z Al-Kaidą – ustalił to wówczas dziennikarz New Yorkera. Nic dziwnego, że bardzo szybko po wybuchu “rewolucji” przeciwko al-Asadowi okazało się, że “demokratyczni rebelianci” składają się prawie wyłącznie z dżihadystów. W 2016 r. przestało być wyłącznie tajemnicą poliszynela, że CIA z Arabią Saudyjską de facto przygotowało wojskowe zaplecze rebelii – przyznał to w końcu New York Times, a senator John McCain potwierdził, że Amerykanie przyczynili się do powstania IS.

 

Wojna bez końca

W obecnym układzie Amerykanie nie mają szans na poważne zagrożenie Iranowi. Przede wszystkim przegrali starcie w regionie – nie usunęli i nie usuną al-Asada z Damaszku. Iran znalazł się w koalicji zwycięzców, choć o podziale łupów jeszcze nie zdecydowano. Swoim miotaniem się od ściany do ściany Trump rzeczywiście nadwyrężył zaufanie sojuszników w regionie. Przede wszystkim Kurdów, którzy przekonali się, że są traktowani instrumentalnie i po raz kolejny zdecydowali się na współpracę ze swoim “śmiertelnym wrogiem”, Armią Syryjską. Prezydent Turcji Erdogan już myślał, że dostał od Trumpa Kurdów “na talerzu”. Niektóre media początkowo donosiły, że początkowa zapowiedź Trumpa była własnie ukłonem wobec Turcji. Amerykanie faktycznie dokonali przegrupowań na północy Turcji korzystnych dla Erdogana. Lecz teraz i tak będzie on miał powody do dalszego zbliżenia z Rosją i Iranem.

Jakby tego było mało, rząd Iraku właśnie oświadczył, że nie będzie uznawał amerykańskich sankcji wobec Iranu i zapowiedział zbliżenie z Teheranem, a Irakijczycy coraz głośniej dają do zrozumienia, że nie życzą sobie dłużej baz USA. Zjednoczone Emiraty Arabskie zapowiedziały ponowne otwarcie ambasady w Damaszku. Układ na planszy geopolitycznej jest dla waszyngtońskiego imperializmu coraz mniej korzystny.

Nie ma jednak jasnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego Amerykanie, mimo że nieustannie przegrywają militarnie i politycznie, uparcie stosują strategię z Iraku i Afganistanu? Metoda frontalnego uderzenia, po którym następuje niekończąca się wojna partyzancka, nigdy nie przyniosła zamierzonego efektu w postaci trwałej instalacji posłusznego im rządu. To powieść się nigdy nie mogło – śmierć, zniszczenie, cierpienie i regres cywilizacyjny na terenach “wyzwalanych” przez USA, nigdy pozwoliły im przysposobić sobie żadnej bazy społecznej. Nie udało się to nawet z szyitami, których uwolnili od Saddama Husajna. Taktyka tworzenia ludobójczych sił, takich jak IS, które potem się zwalcza, żeby uzasadnić swoją obecność w regionie, to szczyt politycznej aberracji i syndrom konającego imperium, które potrafiąc jedynie siać spustoszenie, uniemożliwia sobie samemu osiągnięcie pośród tego chaosu nawet typowo ideologicznych celów, skrojonych pod opinię publiczną. Lata prowokowania wojen na Bliskim Wschodzie pod hasłem “wojny z terroryzmem” doprowadziły do niespotykanej w dziejach erupcji terroru.

Można starać się wyjaśnić tę niszczycielską manię jako sztukę dla sztuki, lepiej jednak jako sztukę dla zysku. Wojna jest trwale wpisana w interes amerykańskiej klasy rządzącej. Wydatki na “obronność” liczone w setkach miliardów dolarów mówią same za siebie. Również sam kapitalizm wojenny niweczy imperialną strategię USA. Biznes zbrojeniowy inwestujący w najbardziej zyskowne rodzaje najnowocześniejszego sprzętu które mają odstraszać Rosję i Chiny oraz zmiatać rządy mniejszych państw za jednorazowym, chirurgicznym uderzeniem, nie jest w stanie przygotować armii pozbawionej zaplecza społecznego do prowadzenia przewlekłej wojny partyzanckiej, wymagającej zupełnie innej taktyki. Celem imperializmu jako najwyższego stadium kapitalizmu jest wyłącznie niszczenie. A potem się zobaczy.