Messi ze Złotą Piłką

Po raz szósty w karierze nagrodę „Złotej Piłki” dla piłkarza roku otrzymał Argentyńczyk Lionel Messi. Na najlepszą piłkarkę wybrano Amerykankę Megan Rapinoe, nagrodę im. Raymunda Kopy dla najlepszego piłkarza do lat 21 dostał Holender Matthijs de Ligt, a nagrodę im. Lwa Jaszyna dla najlepszego bramkarza roku przyznano Brazylijczykowi Alissonowi Beckerowi. Robertowi Lewandowskiemu przypadła dopiero ósma lokata, co i tak jest postępem w porównaniu z ubiegłym rokiem, gdy nie znalazł się nawet w Top 10.

Bezdyskusyjnie Leo Messi jest piłkarzem genialnym, bez wątpienia także jednym z najwybitniejszych w historii futbolu. Ma też to szczęście, że od kilkunastu lat występuje w FC Barcelona, jednym z najsłynniejszych, najpopularniejszych i najczęściej oglądanych zespołów klubowych na świecie. W obecnej dekadzie Argentyńczykowi dorównuje jedynie Cristiano Ronaldo. O to, który z nich jest lepszy, kibice i futbolowi eksperci od lat toczą gorące spory. Gdy indywidualne laury zgarniał Portugalczyk (2008, 2013, 2014, 2016, 2017), zwolennicy Messiego podnosili larum, gdy zgarniał je argentyński gwiazdor (2009, 2010, 2011, 2012, 2015, 2019), w obronie Cristiano Ronaldo stawali zwolennicy jego nietuzinkowego talentu. I przez dziesięć lat nikt nawet nie zadał pytania, czy ci dwaj piłkarze rzeczywiście są dwa razy lepsi od Holendrów Johana Cruyffa i Marco van Bastena oraz Francuza Michela Platiniego, których trzykrotnie nagradzano „Złotą Piłką”, albo czy są aż trzy razy lepsi od Alfredo di Stefano, Franza Beckenbauera, Kevina Keegana, Karla-Heinza Rummenigge i Ronaldo (Brazylijczyk), którym to prestiżowe wyróżnienie przyznawano dwukrotnie.

Każda piłkarska epoka ma swoich dominatorów, w cieniu których marnieją niekiedy nie mniej utalentowani, pracowici i wybitni gracze. Era Messiego i Ronaldo nie różni się jakoś od innych pod tym względem, a jeśli już w czymś jest rzeczywiście wyjątkowa, to chyba tylko w tym, że trwa już straszliwie długo.

Niejasne kryteria wyboru

Organizowany od 1956 roku przez niszowy w gruncie rzeczy francuski tygodnik piłkarski plebiscyt, przez te wszystkie lata obrósł legendą i znaczeniem, którym dzisiaj nie są w stanie zaszkodzić ani często nieprzemyślane przez zespół redakcyjny nominacje zawodników, niezbyt transparentne zasady głosowania oraz archaiczna formuła wręczania nagród.

Dlatego mało kto odmawia przyjęcia zaproszenia redakcji na uroczystość wręczenia nagród. Tym razem zlekceważył je Cristiano Ronaldo, ale on mógł sobie na to pozwolić, bo sam ma w kolekcji pięć statuetek „Złotej Piłki”. Portugalczyk miał swoje argumenty, żeby strzelić focha. Co prawda zdobył z Juventusem Turyn tylko mistrzostwo Włoch, ale za to z reprezentacją Portugalii zwyciężył w premierowej edycji Ligi Narodów. Messi natomiast miał w dorobku tylko mistrzostwo Hiszpanii, z zespołem Argentyny w Copa America wywalczył ledwie trzecią lokatę, a w Lidze Mistrzów on i FC Barcelona w półfinale odpadli z późniejszym triumfatorem rozgrywek, Liverpoolem. Nawet w liczbie strzelonych w 2019 roku goli argentyński gwiazdor nie dominował w Europie, bo lepsze osiągnięcia od niego notuje Robert Lewandowski.

A zatem, gdyby redaktorzy „France Football” kierowali się wyłącznie obiektywnymi kryteriami, to w tym roku „Złota Piłkę” powinien otrzymać albo Cristiano Ronaldo, albo któryś z siedmiu nominowanych do nagrody graczy Liverpoolu – Alisson Becker, van Dijk, Trent Alexander-Arnold, Georginio Wijnaldum, Roberto Firmino, Sadio Mane i Mohamed Salah. na pewno jednak nie Messi, bo gdyby położyć na szali jego osiągnięcia w tym roku, to per saldo wcale nie ma ich więcej od choćby Lewandowskiego. Nic dziwnego, że zwycięstwo Argentyńczyka wzbudziło tyle kontrowersji.

Skoro o Lewandowskim mowa, to kapitan naszej reprezentacji przyjął zaproszenie i w paryskim teatrze zjawił się w towarzystwie żony. Dostał miejsce w pierwszym rzędzie, obok Messiego, co podgrzało nadzieje polskich kibiców na wysokie miejsce. Niestety, „Lewy” zajął dopiero ósmą lokatę, zdecydowanie za niską porównując jego tegoroczne dokonania z piłkarzami, którym przyznano miejsca przed nim: siódme zajął Brazylijczyk Alisson Becker (FC Liverpool), szóste Francuz Kylian Mbappe (Paris Saint-Germain), piąte Egipcjanin Mohamed Salah (FC Liverpool), czwarte Senegalczyk Sadio Mane (FC Liverpool), trzecie Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn), a drugie Virgil van Dijk (FC Liverpool).

Lewy musi wygrać Ligę Mistrzów

Wiele wskazuje, że Polak mógł zająć jeszcze gorszą lokatę, bo na liście graczy w Top 10 plebiscytu jego nazwisko nie pojawiało się w żadnym z medialnych przecieków. Ale za napastnikiem Bayernu opowiedziało się w ostatnim czasie wielu tuzów światowego futbolu. Francuz Jean-Pierre Papin, były piłkarz Olympique Marsylia, AC Milan i Bayernu Monachium, laureat „Złotej Piłki” z 1991 roku, stwierdził: „Nie widzę nikogo, kto w tym roku byłby lepszy od Lewandowskiego. Skutecznością bije wszystkich. Rekordy, które ustanawia niemal w każdym meczu, naprawdę robią wrażenie”. Równie wysoko ocenił „Lewego” Bułgar Christo Stoiczkow, dawny gwiazdor FC Barcelona, laureat „Złotej Piłki” z 1994 roku: „Lewandowski jest najlepszym klasycznym numerem dziewięć na świecie i robi różnicę w grze – robił ją w Borussii Dortmund, robi teraz w Bayernie i reprezentacji Polski. Powinien znaleźć się wśród najlepszych”.

Te i inne podobne głosy prawdopodobnie spowodowały, że organizatorzy plebiscytu w przypadku Lewandowskiego skorzystali z przywileju organizatora i przepchnęli go do pierwszej dziesiątki. Ale mając świadomość, że ambicji polskiego piłkarza ani jego fanów ósma lokata nie zadowoli, zaproponowali mu dodatkową rolę wręczającego wyróżnienie dla najlepszego bramkarza. Pomysł sam w sobie nie był zły, więc Lewandowski pojawił się na scenie, słusznie uznając, że skoro już przyjechał, to chociaż tak pokaże się milionom widzów oglądających relację z gali w teatrze Chatelet, w tym elektorom plebiscytu, którzy nie oglądają na co dzień Bundesligi.

Lewandowski pobił już mnóstwo piłkarskich rekordów i wiele pewnie pobije, ale w „Złotej Piłce” wciąż nie jest w Polsce najlepszy. Najwyższe jak do tej pory miejsce w tym plebiscycie, czwarte, zajął w 2015 roku. W 1974 roku Kazimierz Deyna był jednak trzeci, a Zbigniew Boniek osiem lat później po mundialu w Hiszpanii także zajął trzecią lokatę. Czy „Lewy” zdoła przebić kiedyś ich osiągnięcia? W jego przypadku droga do tego celu nie jest łatwa: żeby elektorzy „France Football” wreszcie go docenili, musiałby w przyszłym roku wygrać z Bayernem Bundesligę i Puchar Niemiec, zająć pierwsze miejsce w klasyfikacji strzelców (najlepiej bijąc jeszcze wiekowy rekord Gerda Muellera, który w jednym sezonie strzelił 40 goli), a następnie z reprezentacją Polski dotrzeć co najmniej do finału Euro 2020 i rzecz jasna zostać królem strzelców tej imprezy. Warunkiem dodatkowym jest jednak to, żeby Bayern i polska reprezentacja nie musiały walczyć z francuskimi zespołami, bo wtedy mógłby przegrać, na przykład z Kylianem Mbappe. To oczywiście żart, chociaż jak się nad nim głębiej zastanowić, to nie do końca.
Przejmowanie się wynikami plebiscytu „FF” czy jakiegokolwiek innego medium jest niedorzeczne, a już podwójnie gdy wysuwa się pretensje, na przykłada za niedocenianie polskich piłkarzy. Czy opinia 180 sportowych dziennikarzy, z których większość nigdy nie miała na nogach piłkarskich butów, może być w pełni obiektywna? Oczywiście, że nie może i nie jest, bo nie da się sprawiedliwie ocenić czy najlepszym piłkarzem na świecie jest bramkarz, środkowym obrońca, defensywny pomocnik, skrzydłowy czy też środkowy napastnik. Decydujące zatem przy wyborze są sukcesy drużyny oraz popularność zawodnika.

To przecież tylko zabawa

I chyba taką miarę zastosowali redaktorzy francuskiego tygodnika decydując się na wybór Leo Messiego oraz lokując Cristiano Ronaldo na trzecim miejscu, bo chociaż w tym roku obaj nie triumfowali w Lidze Mistrzów, to żaden nie obniżył swojej piłkarskiej klasy. Ale nie mogli zlekceważyć zwycięstwa Liverpoolu, więc między nimi usadowili stopera Virgila van Dijka. Dlaczego nie któregoś z napastników „The Reds”? To oczywiste, Senegalczyk Sadio Mane i Egipcjanin Mohamed Salah tylko w duecie są znakomici, natomiast w pojedynkę żaden z nich jako napastnik nie trzyma poziomu nie tylko Cristiano Ronaldo i Messiego, lecz także Lewandowskiego. Gdyby na szalę położono umiejętności, niezawodność, regularność, skuteczność i wytrzymałość, na podium w 2019 roku powinni się znaleźć Messi, Cristiano Ronaldo i Lewandowski, a redakcja „FF” zamiast pchać do plebiscytu niemal całą kadrę Liverpoolu, powinna przyznać angielskiej ekipie tytuł drużyny roku.

Dlatego nie ma co robić z „tylko ósmego” miejsca Lewandowskiego narodowego dramatu, tylko raczej powinniśmy brać przykład z Bayernu Monachium, który na portalu społecznościowym skomentował ósmą lokatę „Lewego” jednym trafnym zdaniem: „Dla nas on jest najlepszy”. I dla nas też powinien być.

Wypada odnotować, że poza nagrodami dla najlepszego piłkarza wręczono również trofea dla najlepszej zawodniczki, młodego piłkarza i jak już najlepszego bramkarza. Wśród kobiet bezapelacyjnie wygrała 34-letnia Amerykanka Megan Rapinoe, za najlepszego golkipera uznano brazylijskiego gracza Liverpoolu Alissona Beckera (dla przypomnienia – w dziesiątce nominowanych był Wojciech Szczęsny, ale bramkarz Juventusu i reprezentacji Polski nie przebił się do czołowej trójki), a wśród zawodników do 21 roku życia (Kopa Trophy) największe uznanie elektorów „FF” zyskał grający od pół roku w Juventusie Holender Matthijs de Ligt.

 

Messi pokonał Brazylię

Lionel Messi zapewnił Argentynie zwycięstwo 1:0 w meczu towarzyskim z Brazylią. Piłkarz Barcelony pokazał się też z gorszej strony i zaczął uciszać selekcjonera rywali.

Messi wrócił do reprezentacji po odbyciu kary dyskwalifikacji, otrzymaną za krytykowanie sędziów podczas ostatniego Copa America, które rozegrano w Brazylii. Po przegranym przez Argentynę 0:2 meczu półfinałowym z gospodarzami turnieju gwiazdor Barcelony zarzucił arbitrom faworyzowanie rywali, za co został ukarany trzema miesiącami zawieszenia. Ponownie w barwach narodowych zagrał w towarzyskiej potyczce z Brazylijczykami.

Tym razem pretensje do sędziów miał trener canarinhos, Tite. który uważał, że Messiemu należała się żółta kartka za faul. Argentyński gwiazdor krzyknął mu, żeby się zamknął, na co szkoleniowiec odpowiedział równie nieelegancko. W sumie górą był jednak Messi, bo to on zdobył zwycięską bramkę w 13. minucie, pokonując bramkarza canarinhos Alissona Beckera z rzutu karnego, chociaż zrobił to dopiero po dobitce. Było to jego 68. trafienie w reprezentacji Argentyny.

 

Szósty triumf Liverpoolu

W rozegranym w sobotę na stadionie Wanda Metropolitano w Madrycie finale Ligi Mistrzów FC Liverpool pokonał Tottenham Hotspur 2:0 i po raz szósty w historii wygrał te elitarne rozgrywki. Wcześniej „The Reds” triumfowali w latach 1977, 1978, 1981, 1984 i 2005. Poziom spotkania dwóch angielskich zespołów mocno jednak rozczarował.

Drugi z finałów tegorocznych europejskich pucharów, podobnie jak rozegrany w minioną środę bój dwóch londyńskich zespołów, Arsenalu i Chelsea, o triumf w Lidze Europy, był wewnętrzną angielską rozprawą między Liverpoolem a Tottenhamem. Niestety, też okazał się piłkarskim widowiskiem na mizernym poziomie. Ekipa „The Reds” miała furę szczęścia, bo po dyskusyjnym zagraniu ręką słoweński arbiter Damir Skomina już w pierwszej minucie meczu odgwizdał na ich korzyść „jedenastkę”, którą na gola zamienił Egipcjanin Mahomed Salah. Przez następne 85 minut byliśmy świadkami chaotycznej kopaniny w wykonaniu obu zespołów, prowadzonej wedle zdawałoby się dawno już porzuconej przez wyspiarskie zespoły zasady „kopnij i biegnij”.

Kibice tymczasem oczekiwali emocji do jakich przyzwyczaiła ich zwłaszcza ta edycja Ligi Mistrzów, ale na obiekcie na co dzień wykorzystywanym przez lubujący się w brzydkiej defensywnej grze zespół Atletico zatriumfował właśnie taki futbol. Momentami aż trudno było uwierzyć, że topornie grający Liverpool to jest ten sam zespół stworzony przez Juergena Kloppa, którego porażkę w finale ubiegłorocznej edycji tak powszechnie żałowano. Tym razem niemiecki trener poświęcił na ołtarzu swojego pierwszego triumfu w europejskich pucharach piękno i fantazję w grze, zmuszając swoich graczy do pilnowania z rzemieślniczą konsekwencją dostępu do własnej bramki, strzeżonej przez Brazylijczyka Alissona Beckera. Dlatego tegoroczny finał nie był pokazem romantycznego futbolu, bo zespół „The Reds” i jego trener mieli romantycznych porażek po dziurki w nosie. W taki przecież sposób przegrali na finiszu z Manchesterem City walkę o mistrzostwo Anglii.

Oczekiwania zawiódł też Tottenham, który cały zapas futbolowego romantyzmu w grze wyczerpał w półfinałowych bojach z Ajaksem Amsterdam. Podopieczni argentyńskiego trenera Mauricio Pochettino, chociaż mieli już w swoich szeregach wyleczonego w alarmowym tempie Harry’ego Kane’a, nie potrafili przełamać żelaznej defensywy Liverpoolu. Atakowali chaotycznie, zagrywali piłkę niedokładnie, strzelali niecelnie, a jeśli już trafiali w światło bramki, to zawsze jakoś tak niefortunnie, że trafiali piłka w bramkarza Alissona. W ten sposób pomogli Brazylijczykowi zdobyć tytuł bohatera wieczoru, chociaż Alissonowi daleko było do wyczynu Jerzego Dudka sprzed 14 lat, gdy bronił karne w finałowej potyczce z AC Milan. Po takim widowisku wypada tylko prosić los, żeby w nowym sezonie w finale nie grały już zespoły z jednego kraju.

 

UEFA wybiera drużynę roku

Fot. W 2018 roku Cristiano Ronaldo i Leo Messi w najważniejszych plebiscytach musieli ustąpić miejsca Luce Modriciowi

 

 

Kibice piłkarscy znów będą mieli okazję wyrazić swoje uznanie najlepszym graczom w Europie. UEFA ogłosiła właśnie listę pięćdziesięciu piłkarzy, z których fani będą mogli wybrać najlepszą ich zdaniem jedenastkę w 2018 roku.

 

Na oficjalnej stronie internetowej UEFA pojawiła się lista 50 piłkarzy, na których kibice mogą głosować w plebiscycie na „Drużynę Roku UEFA”. Doboru kandydatów dokonano na podstawie ich osiągnięć w tegorocznych meczach reprezentacji narodowych oraz ich drużyn klubowych rozgrywanych pod egidą UEFA – Ligi Mistrzów, Ligi Europy i Superpucharu Europy. Wśród wytypowanych graczy znalazł się tylko jeden polski piłkarz – Robert Lewandowski, którego umieszczono rzecz jasna wśród napastników. Oprócz niego nie mamy innego gracza, który mógłby liczyć choćby tylko na nominację.

Najwięcej przedstawicieli w gronie nominowanych ma Real Madryt (9), który w tym sezonie wygrał po raz trzeci z rzędu Ligę Mistrzów. Siedmiu zgłoszonych do „Drużyny Roku UEFA” zawodników ma nie wiadomo dlaczego FC Barcelona, po sześciu finalista Ligi Mistrzów FC Liverpool oraz triumfator Ligi Europy Atletico Madryt. Jeśli chodzi o narodowość w wytypowanej „50” kandydatów dominują zwycięzcy mundialu w Rosji Francuzi, których zgłoszono aż 10.

Lewandowski, którego w tym roku zlekceważono we wszystkich prestiżowych indywidualnych plebiscytach, także w tym ma niewielkie szanse na znalezienie się w wyróżnionej jedenastce graczy. Kapitan reprezentacji Polski i najskuteczniejszy strzelec Bayernu Monachium już wcześniej trafiał do grona kandydatów do „Drużyny Roku UEFA”, ale nigdy nie został wybrany do podstawowej jedenastki. Najczęściej w kategorii napastników głosujący stawiali na Cristiano Ronaldo (12 razy) i Lionela Messiego (9).

Obaj ci genialni napastnicy znaleźli się w gronie kandydatów również i w tym roku, ale chociaż Lewandowski nie ustępuje im w strzeleckich dokonaniach, to zapewne nie on będzie najpoważniejszym konkurentem dla Portugalczyka i Argentyńczyka do obsadzenia linii ataku w „Drużynie Roku”, tylko Francuzi Kylian Mbeppe i Antoine Griezmann, Brazylijczyk Neymar, Anglik Harry Kane i może jeszcze Egipcjanin Mohamed Salah.

 

Nominowani do drużyny roku:

Bramkarze: Alisson Becker, Hugo Lloris, Keylor Navas, Jan Oblak, Marc-Andre ter Stegen.

Obrońcy: Jordi Alba, Giorgio Cheillini, Gimenez, Diego Godin, Lucas Hernandez, Joshua Kimmich, Kalidou Koulibaly, Kostas Manolas, Marcelo, Gerard Pique, Sergio Ramos, John Stones, Samuel Umtiti, Virgil van Dijk, Raphael Varane.

Pomocnicy: Casemiro, Kevin de Bryune, Eden Hazard, Isco, N’Golo Kante, Toni Kroos, James Milner, Luka Modrić, Saul Niguez, Dmitri Payer, Miralem Pjanić, Paul Pogba, Ivan Rakitić, David Silva, Florian Thauvin.

Napastnicy: Gareth Bale, Edison Cavani, Paulo Dybala, Edin Dzeko, Roberto Firmino, Antoine Griezmann, Harry Kane, Robert Lewandowski, Sadio Mane, Kylian Mbappe, Lionel Messi, Neymar, Cristiano Ronaldo, Mohamed Salah, Luis Suarez.

 

Najdroższy bramkarz na świecie

Tylko kilkanaście dni Brazylijczyk Alisson Becker był najdrożyszym bramkarzem w historii futbolu. FC Liverpool wykupił go z AS Roma za 75 mln euro. Od minionej środy rekordzistą jest 23-letni Hiszpan Kepa Arrizabalaga.

 

Trener Chelsea Londyn Maurizio Sarri miał poważny problem do rozwiązania, bo belgijski bramkarz Thibaut Courtois zażądał transferu do Realu Madryt. Najlepszy golkiper mundialu w Rosji miał dwa mocne argumenty. Prywatny – bo w Madrycie na co dzień mieszka jego rodzina i dzieci oraz sportowy, bo po tym sezonie wygasał jego umowa z Chelsea, więc za rok i tak by odszedł ze Stamford Bridge, tyle że za darmo. Szefowie londyńskiego klubu próbowali jeszcze namówić Belga do przedłużenia kontraktu w zamian za gigantyczna podwyżkę uposażenia, ale gdy stanowczo odmówił, wyrazili zgodę na jego transfer do Realu za 38 mln funtów.

Jeśli trenujący z pierwszym zespołem Chelsea 18-letni polski bramkarz Marcin Bułka zwietrzył w tym transferze jakąś szansę dla siebie, musiał być nielicho rozczarowany wieścią, że londyński klub uruchomił tzw. klauzulę odstępnego za hiszpańskiego golkipera Athletic Bilbao Kepę Arrizabalagę. Za tego 23-letniego piłkarza baskijski klub zawinszował sobie aż 80 mln euro (71,6 mln funtów) i taką też kwotę Chelsea przelała na jego konto. I tak oto mało znany jak na razie Kepa Arrizabalaga został najdroższym bramkarzem w historii futbolu, bijąc rekord należący do Alissona Beckera, którego Liverpool sprowadził tego lata z Romy za 67 mln funtów (ok. 75 mln euro).

W poprzednim sezonie nowy nabytek Chelsea Londyn wystąpił w barwach Athletic Bilbao w 31 meczach, w których wpuścił 44 gole i tylko w siedmiu zachował czyste konto. W reprezentacji Hiszpanii zagrał tylko raz, w meczu towarzyskim. Jak na gracz za 80 „baniek” są to osiągnięcia raczej więcej niż przeciętne.

 

Zapłacą furę pieniędzy za brazylijskiego bramkarza

Jeszcze dwa lata temu Brazylijczyk Alisson Becker był tylko zmiennikiem Wojciecha Szczęsnego w AS Roma. Po jego odejściu zaliczył udany sezon w rzymskim zespole zwieńczony niezłym występem w mistrzostwach świata.

 

Dzisiaj Alisson Becker jest najdroższym bramkarzem w historii futbolu, bo FC Liverpool zapłacił za jego transfer z AS Roma aż 75 milionów euro. Ta szokująca kwota to skutek desperacji jaka zapanowała w angielskim klubie po kuriozalnych wpadkach niemieckiego bramkarza Lorisa Kariusa w finałowym meczu Ligi Mistrzów z Realem Madryt, przez które „Czerwone Diabły” straciły szansę na zwycięstwo. Trener ekipy „The Reds” Juergen Klopp próbował ratować markę rodaka, ale Karius rozsypał się psychicznie tak dalece, że popełniał rażące błędy nawet w meczach sparingowych.

Dlatego Klopp chcąc nie chcąc musiał poszukać innego bramkarza i jego wybór padł właśnie na brazylijskiego golkipera. Negocjacje nie były łatwe, bo działacze rzymskiego klubu, którzy wcześniej pozbyli się z klubu Polaka Łukasza Skorupskiego, nawet nie brali pod uwagę odejścia Alissona Beckera. Chcąc zablokować transfer windowali więc cenę ponad wszelkie granice przyzwoitości. Jeszcze w środę wydawało się, że cel osiągną, bo Liverpool oferował w sumie 70 milionów euro, a oni zażądali 75. W czwartek angielski klub zgodził się na tę kwotę i mleko się wylało. Brazylijczyk został najdroższym bramkarzem w historii futbolu i teraz będzie musiał zmierzyć się z bezlitosnymi dla takich krezusów angielskimi mediami. Może być pewny, że najmniejszy nawet błąd zostanie zauważony i wypomniany.

Pozyskanie Alissona Beckera to zarazem koniec marzeń Lorisa Kariusa na odbudowanie zrujnowanej marki, a już na pewno nie w FC Liverpool. Niemiec może być pewny, że dysponujący końskim zdrowiem Brazylijczyk nie wpuści go do bramki. Coś na ten temat może powiedzieć Łukasz Skorupski, który cały poprzedni sezon spędził w AS Roma jako zmiennik Beckera i nie doczekał się ani jego kontuzji, ani gwałtownego załamania formy.

A nie jest powiedziane, że Karius spędzi nowy sezon na ławce rezerwowych Liverpoolu. Klopp jest doświadczonym trenerem i wie, że Alisson Becker w nowym otoczeniu może przejść na początku jakiś kryzys formy. Dlatego będzie szukał dla niego pewniejszego zmiennika. Kto wie, może da szansę 18-letniemu Polakowi Marcinowi Bułce?