Grzechy autokratów

Autokracja jest zapewne tak stara jak ludzkość, chociaż przywództwo wśród stadnych zwierząt też „od zawsze” było widoczne. Nie zgadzam się z tymi, którzy autokrację wiążą tylko z zarządzaniem państwem. Autokratą można być (albo próbować być) kierując małą firmą, korporacją, partią polityczną, państwem, ale także gminą, probostwem i całym kościołem – nie tylko katolickim.

Skłonność do autokracji jest niewątpliwie cechą charakteru, ale także przekonania, że w ogóle, albo w konkretnym czasie i miejscu koncentracja władzy we wszystkich dziedzinach, jest najlepszym rozwiązaniem, lub jest wręcz konieczna.

Autokrata działający w skali państwa może być uważany za „dobrego” autokratę, jeśli konsekwentnie, ale względnie łagodnie realizuje powierzone mu lub zdobyte zadania władzy i osiąga korzystne dla „poddanych” wyniki. Staje się „złym” autokratą i na ogół przekształca stopniowo w dyktatora, jeżeli świadomie lub instynktownie traktuje podstawę zarządzania, czyli „delegowanie uprawnień”, jako niepotrzebną fikcję. O wszystkim decyduje sam. Popełnia wtedy błędy, które już nie budzą uznania i grożą mu nie tylko utratą pozycji, ale raptownym upadkiem. Zaczyna też wymuszać posłuszeństwo coraz bardziej brutalnymi metodami.

Autokrata jednak nie musi przekształcić się w dyktatora. Autokratą – piszę to z bojaźnią – jest każdy papież, chociaż wypracowany przez dwa tysiące lat wewnętrzny system ograniczeń i kontroli zapewnia względną sprawność jego działania. Autokratą, aby posłużyć się pozytywnym przykładem, próbował być w czasie wojny premier Winston Churchill. Autokratami, a potem dyktatorami, była większość władców Rzymu i królów – także polskich – jeszcze do xv – Xvi wieku.

Grzech główny

Wchodzenie w rolę autokraty najczęściej zaczyna się od przeświadczenia, często podtrzymywanego przez najbliższe otoczenie, że jest się człowiekiem znacznie inteligentniejszym od innych – w tym także uznanych autorytetów. To oczywiście przesada, ale jest też prawdą, że autokraci mają wysokie IQ i muszą mieć to, co nazywamy charyzmą. Następstwem przesady w ocenie inteligencji jest przekonanie, że w każdej sprawie ma się rację, że właśnie ta racja jest najlepsza dla jego firmy czy kraju. Ci, którzy się z tym nie zgadzają, a nawet mają tylko wątpliwości, przestają być lubiani, a jeśli się sprzeciwiają – stają się wrogami. Jeśli tych wrogów zwalcza się wszystkimi, nie zawsze zgodnymi z prawem i dobrymi obyczajami metodami, to znaczy, że już się przekracza jedną z granic między autokracją a dyktaturą.

Własna ideologia

W makroskali, a więc w skali określonego państwa czy narodu przekraczanie tej granicy staje się bardziej niebezpieczne, jeżeli tenże autokrata ma wymyślone przez siebie idee i koncepcje funkcjonowania państwa, wzmacniania pozycji jego narodu, patriotyzmu i definiowania sprawiedliwości. Najczęściej szczerze w nie wierzy, tak jak Hitler wierzył w wyższość Aryjczyków, a zwłaszcza Germanów, nad innymi rasami i narodami. To uzasadniało niszczenie niepotrzebnych światu „podludzi” w rodzaju Żydów i mniej posłusznych Słowian, oraz naturalne prawo Germanów do zawłaszczania potrzebnej przestrzeni życiowej. Wierzył też, że przez odpowiednie krzyżowanie tą przodującą, germańską rasę można jeszcze ulepszyć, tak jak tworzy się i ulepsza nowe rasy psów. Niesmacznie zażartuję, że wiem coś o tym, bo mam w domu efekt takich, ponad stuletnich krzyżówek – Niemieckiego Teriera Myśliwskiego.

Aby osiągnąć wyznaczone przez te idee cele, dyktatura powstała z autokracji może stopniowo ograniczać swobody obywatelskie, obsadzać wszystkie ważniejsze stanowiska posłusznymi wykonawcami, podporządkowywać media w taki sposób, aby zawsze pochwalały działania władzy, ustalać, co jest i co nie jest sprawiedliwe i za co należy karać. Może także – w trosce o korzystne dla swoich następców ukształtowanie poglądów młodzieży – ukierunkowywać sztukę i kulturę, łącznie z z przekształcaniem związanych z nimi obiektów w takie, które będą tą młodzież „odpowiednio” wychowywały.

Przekształcanie

Autokrata na ogół realizuje swoje koncepcje i upodobania, ale musie się jednak liczyć z opiniami nawet osłabionych struktur demokratycznych państwa, a w mikroskali np. rad nadzorczych i zarządów firm. Moment, w którym w skali państwa z autokraty staje się dyktatorem jest często trudny do uchwycenia. Moim zdaniem następuje to wtedy, kiedy zaczyna otwarcie kwestionować opinie i decyzje innych, formalnie nadal istniejących organów władzy, a potem znajdować coraz mniej legalne metody ich pomijania.

Dyktator – ciągle moim zdaniem – niemal zawsze ma początkowy okres, w którym jest „tylko” autokratą. U tych, w najnowszej historii Europy, zdobywali władzę legalnie, jak Hitler czy Mussolini, ten okres jest dłuższy. U tych, którzy zdobywali ja siłą, w drodze wojskowego czy politycznego zamachu stanu – jak Franco, Lenin a potem Stalin albo Castro, trwa nieco krócej. Oni nie mieli bowiem pewności, że „stara” administracja państwowa i resztka demokratycznych struktur kontroli będzie w stosunku do nich lojalna. Muszą więc szybciej dokonywać zmian, pozwalających na jej opanowanie i zapewnienie posłuszeństwa.

Jest wiele interpretacji różnic między autokracją i dyktaturą. Moim zdaniem autokrata staje się dyktatorem, jeżeli doprowadza do sytuacji, w której nawet istniejące organy kontroli nie mogą lub boją się go kontrolować, albo doprowadza do ich zaniku. To może być proces powolny, w którym zaczyna się np. najpierw kwestionować kompetencje a potem celowość istnienia władzy sądowniczej, a władza ustawodawcza przyjmuje poglądy i decyzje autokraty, jako nienaruszalną podstawę prawnych regulacji.

Po II wojnie, rozpadzie ZSRR i śmierci generała Franco wydawało się, że w Europie i Ameryce Północnej systemy demokratyczne tak dalece się umocniły, że już im nie zagrażają powroty do autokracji i dyktatury. Zapominano przy tym, że dwie, przedwojenne europejskie dyktatury powstawały w sposób legalny, były najpierw autokracją i stały się dyktaturami w wyniku poparcia zdecydowanej większości społeczeństwa.
Przypomnijmy otwarcie, choć to społecznie naganne, że najbardziej krwawy dyktator Europy – Adolf Hitler – wygrał wybory w 1933 roku i otrzymał nominację na kanclerza Niemiec z rąk prezydenta Hindenburga. Zdobył władzę całkowicie legalnie. Przypomnijmy też, że zarządzał krajem bardzo sprawnie, doprowadził do szybkiej odbudowy i rozbudowy mocno zdewastowanego w czasie pierwszej wojny przemysłu, rozwoju produkcji uzbrojenia, organizacji odnowionej armii – mimo traktatowych ograniczeń. Przez rozwój inwestycji gospodarczych i budowę autostrad niemal zlikwidowano bezrobocie, dochód narodowy i poziom życia ludności znacząco wzrastał.

Podobnie Mussolini, który już wcześniej, lansując hasła o uporządkowaniu kraju po pierwszej wojnie światowej i ochronie przed socjalizmem i komunizmem, utworzył partię faszystowską i w 1922 roku zorganizował jej „marsz czarnych koszul” na Rzym. Głównie z obawy przed krwawymi rozruchami król Wiktor Emanuel wręczył mu wtedy nominację na premiera. Też więc zdobył władze legalnie, choć stosując metodę zorganizowanego, społecznego nacisku.

Możemy tego nie zauważać i może nam się to nie podobać, ale Hitler w latach 1933 – 1939 cieszył się nie tylko poparciem, ale wręcz uwielbieniem zdecydowanej większości ludności Niemiec, a także wszystkich kościołów protestanckich i kościoła katolickiego. Sądzę, że gdyby nie zaczął II wojny przez atak na Polskę, powodując włączenie się do niej Francji, Anglii i USA, nie zaatakował później ZSRR, nie dopuścił do holokaustu i stosowania terroru, to mimo stania się dyktatorem wewnątrz Niemiec, autentyczne poparcie ludności z upływem lat nico by słabło, ale nadal było by wysokie. I zamiast słusznego wymazywania go z pamięci, jego pomniki stałyby teraz w Niemczech, jako zbawcy narodu.

Przywiązanie do władzy

Kolejnym grzechem autokratów na etapie ich przekształcania w dyktatorów jest niechęć do oddawania zdobytej władzy. Niemal klinicznym przykładem jest ostatnio Białoruś. Jeszcze 10 lat temu A. Łukaszenka cieszył się poparciem znacznej większości Białorusinów. Inteligencja białoruska zdawała sobie wprawdzie sprawę z już wprowadzanych ograniczeń w wolności słowa i grożącego więzieniem głoszenia innych poglądów, ale przeważały zalety rządów Łukaszenki. Porządek i czystość w miastach, widoczne zmiany w wyglądzie białoruskich wsi, zaniedbanych także przed wojną, dobre drogi, dobrze działająca służba zdrowia, znakomite sanatoria, niezły rynek i stabilizacja cen. Za zaletę uważano, że trzon gospodarki stanowiły nadal rentowne państwowe gospodarstwa rolne i że nie sprywatyzowano wielkich przedsiębiorstw przemysłowych. Moi znajomi Białorusini (w tym profesorowie) podkreślali równi3ż, że Łukaszenko – mimo wielu nacisków – nie dopuścił do ponownej utraty suwerenności Białorusi, która przez wiele lat była częścią ZSRR, a przed wojną także Polski.

Jednak w społeczeństwie stopniowo narastało niezadowolenie z ograniczeń swobody poglądów, tłumienia wszelkich prób rozwijania opozycji i stosowania represji wobec tych, którzy próbowali ją tworzyć. Czarę goryczy przelało ewidentne sfałszowanie wyników wyborów prezydenckich. Ktoś przesadził. Gdyby „ustalono” ich wyniki na umiarkowane zwycięstwo dotychczasowego prezydenta uzyskaniem np. 55%, czy nawet tak, jak w Polsce, minimalną przewagą głosów, to prawdopodobnie masowych objawów niezadowolenia i żądań „odejścia” prezydenta by nie było. Ale są. Gdyby Łukaszenko złożył rezygnację po pierwszej czy drugiej fazie tych protestów, to zapewne już żyłby spokojnie, w przyzwoitej willi, jako emerytowany prezydent. Ale nie chciał odejść i zdecydował się zostać „prawdziwym” dyktatorem, opierającym swą władzę tylko na lojalności siłowych struktur państwa, czyli służbach bezpieczeństwa i wojsku.

Instrumenty władzy – ludzie i ich poglądy

Istotnym grzechem autokracji bywa zmienianie upodobań ludności i mentalności młodzieży na takie, które zdaniem autokraty są właściwe i korzystne dla kraju. Autokrata może to osiągać albo przez nieustanne podkreślanie zasług, albo odwrotnie – przez krytykowanie i odrzucanie określonych grup społecznych. Może wspierać się odpowiednim interpretowaniem religii przeważającej w danym kraju, opiniami naukowców i pseudonaukowców, w końcu pomocą członków swojej „gwardii”. Chętni do współpracy zawsze się znajdą.

W końcu ostatnim z ważnych, i zawsze występujących grzechów autokraty, jest klasyfikowanie ludzi obejmujących kluczowe stanowiska w państwie w mniejszym lub zerowym stopniu według ich kompetencji, a bardziej według oceny ich wierności. Wprowadzanie też niepisanych zasad, że powinno się ich chronić przed konsekwencjami błędów a nawet przestępstw, tolerować wśród nich wzajemny protekcjonizm zwłaszcza w lokowaniu członków rodzin na dobrze płatnych posadach, czyli to, co nazywamy nepotyzmem.

Można zapytać, po co napisałem ten tekst? Czy grozi nam autokracja?
Ona zawsze i wszędzie może się zdarzyć. Nawet w USA, stanowiącej wzór demokracji i wszechstronnej kontroli władzy. Jej początki, coś w rodzaju wieku niemowlęcego, widoczne są – nadal moim zdaniem – także w Polsce. Mogą w naturalny sposób zanikać, ale mogą się też niebezpiecznie rozwinąć. I dlatego warto je obserwować.

Nasze piękne, nowe elity

Oglądając przemiennie rządową i biedniejsze, ale ciągle jeszcze niezależne telewizje, z konieczności wysłuchuję licznych wypowiedzi polityków. Ciekawe, że zdumienie, rozbawienie i niechęć pojawiają się w mojej skołatanej głowie szczególne wtedy, kiedy słucham tyrad lub odpowiedzi przedstawicieli rządzącej aktualnie prawicowej koalicji.

Ostatnio mieliśmy trochę lepszej pogody. Siadałem na przyzbie, wyciągnąłem ze strychu czarno – biały telewizorek campingowy jeszcze radzieckiej produkcji i grzejąc stare kości, słuchałem nabożnie wszystkich, którzy się pokazywali w 12 calowym okienku.

Recenzja

Przykro mi. Staram się być maksymalnie obiektywny, ale jednak członkowie lub wielbiciele PIS i jej przystawek wypadają najgorzej. Usiłowałem zrozumieć, dlaczego? Z mojej nieudolnej analizy widza i słuchacza wyszło, że jest aż pięć przyczyn tej przodującej pozycji.

Po pierwsze – wyjaśniając jakiś problem lub odpowiadając na zadane przez dziennikarza lub innego uczestnika pytanie, zawsze mówią nie tylko to samo, a nawet niemal tak samo. Jest to szczególnie widoczne wtedy, kiedy guru partii już się na dany temat wypowiedział na Nowogrodzkich odprawach, albo na konferencjach prasowych.

Po drugie – nie mogą się oderwać od przeszłości. Niemal każda wypowiedź jest wzbogacana opowieściami lub informacjami, jak to drzewiej, kiedy rządzili inni, było gorzej. My żyjemy skromnie, niemal jak Franciszkanie, a oni się bogacili na – używając określenia naszego elokwentnego prezydenta – „dojnej ojczyźnie”.

Po trzecie – w bardziej wojowniczych wypowiedziach przebija – niestety – przekonanie, że najlepszym ustrojem nie jest demokracja, tylko autokracja, do której należy dążyć szczególnie wtedy, gdy pojawia się genialny przywódca. Nie chcą słuchać, że w sąsiednich krajach byli tacy przywódcy i wszyscy źle na tym wyszli.

Po czwarte – chcą z Unii Europejskiej, w którą ta okropna lewica nas kiedyś wepchnęła, brać jak najwięcej. Ale dawać jak najmniej i nie słuchać tych niedopuszczalnych pouczeń o demokracji i praworządności. Te pouczenia naruszają przecież naszą suwerenność, o którą tak ciężko walczyliśmy.

I po piąte – wygraliśmy ostatnie wybory prezydenckie. Wprawdzie połowa wyborców wspierała innego kandydata, – ale przewaga liczbowa równa „liczbie mieszkańców Radomia” daje nam prawo zmiany tonu. Już od następnego dnia zaczęliśmy w radiu i telewizorze mówić bardziej pewnym głosem i teraz już otwarcie podkreślać oczywistą oczywistość, że tylko my mamy rację.

Ochotnicy

Zastanawiam się, dlaczego ludzie zostają pretorianami tej partii i tym samym członkami nowej elity? Jest przecież w tym gronie znaczna część ludzi inteligentnych, którzy mają dobre wykształcenie i zawód, który im pozwalał na uzyskiwanie wysokich, albo przynajmniej średnich dochodów. Są wśród nich lekarze, prawnicy, socjolodzy, ekonomiści, historycy. Co ich skusiło?

W rozmowach z przyjaciółmi odwiedzającymi mnie na przyzbie najczęściej wymienia się wrodzoną u wielu ludzi tęsknotę za władzą i pozycją celebryty. Mogę przecież gadać głupoty, ale mam ważne stanowisko, więc telewizje i tak będą mnie zapraszały. Będę coraz bardziej znany, będą mnie prosić o autografy i dziewczyny będą się do mnie zalotnie uśmiechały, – bo władza działa jak narkotyk.

Drugim wymienianym motywem są – jak zwykle – pieniądze. Jak już zapuszczę korzenie w tym środowisku, to nie zrobią mi krzywdy. Szef szefów jest twardy, ale sprawiedliwy. Mogę się nie sprawdzić na jakimś stanowisku, to przeniosą mnie na inne. Jeśli i tam mi nie wyjdzie, to, pozwolą porządzić w jakiejś podrzędnej spółce skarbu państwa, ale za przyzwoite pieniądze. A na deser wyślą mnie do parlamentu europejskiego, gdzie zarobki są wysokie, a mówienie głupot czasem uchodzi za zaletę.
Spór na mojej przyzbie wybuchł wtedy, kiedy padło pytanie – czy oni wierzą w słuszność tego, co robią i co mówią? Czy wierzą w ideę stworzenia idealnego, prawicowego i religijnego, bogatego państwa, z ustrojem, który można nazwać demokratycznym autokratyzmem?. Przeważał pogląd, że tylko czasem wierzą, a w większości przypadków w ogóle nie rozumieją, o co chodzi, albo nie wierzą, ale są zdyscyplinowanymi wykonawcami poleceń. Drżą wewnętrznie na myśl, że ich wypowiedź może spowodować skrzywienie lub warknięcie oberszefa, a nawet kogoś z jego najbliższego otoczenia. Bo wtedy mogą się pożegnać z dalszymi awansami, a może nawet z tą pozycją, jaką już osiągnęli.

Zgadzam się z tą opinią. Moja wrodzona łagodność powoduje, że z uśmiechem reaguję na wiele bezsensownych, i umiarkowanie szkodliwych wypowiedzi. Znoszę nawet opowiadania o nieustannych sukcesach i – do niedawna – przodującej pozycji w walce z koronawirusem. Wprawdzie z narastającą niechęcią, ale usprawiedliwiam nawet bajki o zamachu smoleńskim, opowiadane przez ludzi dotkniętych znaną i nieuleczalną chorobą, „spiskowej teorii dziejów”.

Nie mogę jednak strawić sytuacji, w której teoretycznie inteligentni rodacy mogą bez zmrużenia powiek mówić np., że LGBT to idea albo ideologia. Można to wmawiać mieszkańcom San Escobar, gdzie panuje analfabetyzm. Ale jeśli ktoś potrafi przetłumaczyć ten skrót i orientuje się, o czym mówimy, to wie, że mówimy o ludziach, którzy maja odmienne od powszechnych (niektórzy mówią – normatywnych) upodobania seksualne, albo psychicznie czują się inną płcią, niż są fizycznie. Gdzie tu ideologia? W tym, że oni przestali się ukrywać ze swoja odmiennością i nawołują do jej uznawania i poważnego traktowania? Czasem przesadzają, wybierając zbyt kontrowersyjne formy tej „autopropagandy”, ale nikogo nie namawiają, aby został gejem czy lesbijką, jeśli nie czuje takiej potrzeby. Nie mogę uwierzyć, że w bzdurę o „ideologii” wierzą osoby z najwyższej półki naszej władzy. Chyba gaworzą o tym tylko dlatego, że tak uważa ktoś „na górze”, albo dlatego, że wydaje im się to korzystne dla ich partii.

Podobne zawirowanie umysłowe dotyczy pozornie odległych dwóch zagadnień – programów szkolnych i konwencji stambulskiej. Programy szkolne, według niektórych przedstawicieli obecnej elity władzy, nie powinny zawierać żadnych odniesień do seksualności, a tym bardziej do pozamałżeńskiego pożądania. To trudno pogodzić z zalecaną, klasyczną literaturą. Z seksualnym molestowaniem Bohuna, a tym bardziej Azji – „syna Tuhaj Beya”, nowocześnie wytatuowanego motywem z rybkami, z tylko pozornie niewinnymi staraniami Wokulskiego. Nie mówiąc nawet o rozpuście „Chłopów, „ a tym bardziej o zaspakajaniu zwykłej, rosyjskiej chuci Ani Kareniny. Ale czego się nie robi dla podniesienia czystości obyczajów.

Konwencja Stambulska też nikomu nie przeszkadzała i nikomu nie zaszkodziła przez ponad 5 lat, – ale teraz niektórzy widzą w niej jakieś zagrożenia dla rodziny. Polska rodzina jest przecież idealna, zawsze w niedzielę chodzi do kościoła, nikt nikogo nie bije, nie gwałci, nie niszczy finansowo. A jeśli nawet coś złego się zdarzy, to przecież jest na miejscu ksiądz proboszcz, który sprawiedliwie rozsądzi, pogodzi albo ukarze. Mamy też doskonałe własne prawo chroniące kobiety, więc, po co nam jakaś konwencja, nieopatrznie przyjęta przez poprzednią władzę. To także jest zamach na naszą suwerenność i wielowiekowe zwyczaje.

Pożądane kwalifikacje nowej elity

Słuchając tych wypowiedzi prawicowej elity zastanawiam się, jakimi kryteriami kieruje się kierownictwo koalicji opartej na kręgosłupie PISu, typując kandydatów na „frontowe” stanowiska posłów, wiceministrów czy nawet radnych w dużych aglomeracjach. Oczywiście nie wiem, ale mogę przypuszczać, widząc rezultaty.

Sądzę więc, że bierze się pod uwagę, aby kandydat na liniowego wojownika miał jakieś wyższe wykształcenie. Jeszcze lepiej jak ma doktorat, a bardzo dobrze, jeśli stale lub dorywczo gdzieś wykłada i można go grzecznościowo tytułować profesorem, – mimo, że nie ma to nic wspólnego z habilitacją i profesurą tzw. belwederską, uzyskiwaną w wyniku określonego dorobku naukowego.

Wojownik musi umieć mówić i mieć na tyle dobrą pamięć, aby mówić to, co już na dany temat powiedziała wierchuszka. Może to ubarwiać wymyślonymi lub znalezionymi przez siebie przykładami, ale „myśl przewodnia” powinna być identyczna.

Awansowany działacz musi też bronić innych członków koalicji przed niesłusznymi a nawet słusznymi zarzutami. W założeniu wszyscy w Zjednoczonej Prawicy są „kryształowi”, tak uczciwi i bezinteresowni, jak Najwyższy Prezes.

Nie jest pożądane, aby kandydat charakteryzował się podejmowaniem decyzji nieuzgodnionych z „górą”, albo zbyt dużo opowiadał mediom o swoich pomysłach. Zaletą podstawową jest przecież posłuszeństwo i brak wątpliwości, co do słuszności decyzji „góry”, a więc musi to oznaczać ograniczenie inicjatywności.

Wszystkie te pożądane cechy aktywu rządzącej koalicji nie są niczym nowym. Były pewne różnice, ale znamy je dobrze z historii zagranicznych rządów totalitarnych, z naszej, przedwojennej sanacji i z PRLu. Uwolniliśmy się od nich na krótko – od rządów Mazowieckiego do Tuska. A teraz z przytupem do nich wracamy.

Ostatnio rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna cecha nowej partyjnej elity, która poprzednio występowała znacznie słabiej, lub wręcz niezauważalnie. To zmiana zachowań po powodzeniu w kolejnych wyborach. Wspomniana już, nadmierna pewność siebie, podbudowywana opryskliwością i otwartym lekceważeniem wszystkich, którzy nie są „nasi”. Pewien aktywista tłumaczył ostatnio w telewizorze, na falach „nieprzyjaznej”, zagranicznej stacji TVN, że nie były błędem wesołe opowiadania premiera o zwycięstwie nad koronawirusem. „Przecież i tak wszyscy musimy umrzeć”. Fi donc monsieur – w dobrym towarzystwie nie straszy się niespodziewaną śmiercią, zwłaszcza wtedy, kiedy tłumaczy się intencje premiera. Ale może to podświadoma intencja, wywołana zwycięskim bojem o prezydenturę?

Jak dobrze być autokratą!

Pierwsze objawy niezadowolenia „partii i rządu” z trójpodziału władzy można było zauważyć już kilka lat temu.

Zamach na trybunał konstytucyjny i personalne opanowanie tego ogniwa przez władzę wykonawczą, odbierany był przez wielu inteligentnych obywateli jako żart, lub ćwiczenie psychicznej wytrzymałości suwerena. Zresztą znakomita większość obywateli nigdy nie miała do czynienia z tym trybunałem i nawet nie bardzo orientowała się w jego zadaniach i kompetencjach.

Inteligentna część suwerena obserwowała z rozbawieniem, ale już podszytym pewnym niepokojem, kolejne manewry władzy wykonawczej i ustawodawczej, zmieniające zasady tworzenia Krajowej Rady Sądownictwa. Sposób powoływania jej członków, na wniosek utajnionych zespołów sędziowskich, był wprawdzie doskonałym materiałem satyrycznym, ale już wyraźnie zmierzał do wprowadzenia szeroko zakrojonych zmian kadrowych w sądach – poczynając od Sądu Najwyższego, a kończąc na rejonowych sądach powszechnych. Wszyscy rozsądni ludzie zaczęli rozumieć, że w tej kampanii nie chodzi o poprawę funkcjonowania sądów, tylko o możliwie liczne ich obsadzenie nowymi sędziami, spolegliwymi wobec władzy wykonawczej. Eo ipso – stopniowe eliminowanie władzy sądowniczej z ważnych dla państwa procesów realnych i pozostawienie jej głównie jako ozdoby, świadczącej o istnieniu demokracji.

Bałagan

Przekonanie to umocniło się przy następnym kroku „usprawniającym wymiar sprawiedliwości”, czyli przygotowywaniu ustawy dyscyplinującej sędziów i grożącej im rozlicznymi karami. Mimo powszechnej krytyki w kraju i zagranicą, mimo jej odrzucenia przez senat – sejm tą ustawę ponownie uchwalił. Kiedy to piszę jest też szansa, że prezydent, bez większych oporów, ją podpisze.

Niemal jednocześnie Sąd Najwyższy w pełnym składzie trzech izb „merytorycznych” zdecydował się odpowiedzieć na pytanie, czy sędziowie powołani na wniosek nowej KRS są sędziami i czy ferowane przez nich wyroki nie mają wady prawnej. Odpowiedział, że dotychczasowe wyroki mają wprawdzie taką wadę, ale są ważne, jeśli nikt ich nie zakwestionuje. Jednak ci sędziowie powinni wstrzymać się od dalszego orzekania. Wstrzymać się też powinna nowa Izba Dyscyplinarna SN, która utworzona została niezgodnie z prawem i tym samym nie jest sądem.

Rząd i Izba Dyscyplinarna SN natychmiast zakwestionowały tą uchwałę i oświadczyły, że nie będą się do niej stosować – a więc nie będą wykonywał postanowień sądu. Zwrócono się o pomoc do opanowanego Trybunału Konstytucyjnego, aby zbadał podstawy prawne uchwały SN. Trybunał przystąpił do tego zadania oświadczając, że zanim to zrobi, to realizację uchwały SN powinno się„zawiesić”.

Doszliśmy do ściany

Staliśmy się dziwnym krajem europejskim, w którym urzędnicy państwowi oficjalnie odmawiają wykonywania wyroków i uchwał sądów, albo inaczej je interpretują i stwarzają klasyczną sytuację bezprawia. Jedynym, teoretycznie nadal demokratycznym, w którym nawet uchwały Sądu Najwyższego są formalnie kwestionowane. Przedstawiciele rządu bardzo się denerwują przy historycznych porównaniach powstałej sytuacji. Trudno jednak nie zauważyć, że można w niej znaleźć pewne podobieństwa do czasów „dzikiego zachodu” w USA, a nawet do początków wielkich rewolucji – francuskiej i październikowej w Rosji.

Objawy chorobliwej nienawiści do sądów i sędziów są obecnie podstawową oznaką lojalności wobec władzy wykonawczej. Coraz częściej zauważyć można inne jej następstwa, może o nieco mniejszym ciężarze gatunkowym, ale razem składające się na powstawanie stanu zagrożenia. Podkopywanie autorytetu nieposłusznego senatu i zmniejszanie jego budżetu, ataki personalne na niektórych sędziów SN, kwestionowanie narodowej solidarności części posłów do europejskiego parlamentu, brak reakcji na poważne przestępstwa popełniane przez ludzi władzy. Niektóre z tych objawów były widoczne już dość dawno ale, niesłusznie, traktowałem je jako indywidualne potknięcia, nietworzące systemu lekceważenia wszystkiego, poza własnym środowiskiem.

Swoim zwyczajem usiadłem więc na przyzbie mojej chałupki i zadałem sobie pytanie – dlaczego obecnie rządząca partia, jej szef i jej rząd doprowadzili do tej sytuacji? Dlaczego stosuje się żenujące metody wykorzystywania już tylko fasadowych organów państwa – w tym przypadku Trybunału Konstytucyjnego – do walki politycznej z opozycją? Przecież nawet starsze dzieci wiedzą, że ten organ już dawno stracił niezależność, że podejmuje decyzje wyłącznie inicjowane lub akceptowane przez rządzącą partię. Dokładnie tak, jak w późnych latach PRL. A może nawet jeszcze mniej samodzielnie, bo w PRL dopuszczano przynajmniej krytyczne dyskusje „w zaufanym gronie”. Nie wykluczam, że i teraz następuje jakaś wymiana poglądów np. w czasie wykwintnych obiadów u Pani Prezes Trybunału. Tylko, że teraz mieliśmy mieć państwo w pełni demokratyczne, a nie tylko stwarzające pozory demokracji.

Zacząłem zatem nieudolnie analizować, jakie mogą być intencje „władzy”, która postanowiła zniszczyć polski wymiar sprawiedliwości. Może niedoskonały, ale jednak w czasach „ciepłej wody w kranie” działający zgodnie z prawem i przyjętymi w Europie zasadami.

Powody

Standardowa odpowiedź władzy wskazuje, jako podstawową przyczynę, niezadowolenie suwerena z działania sądownictwa i złożone obietnice, że zostanie ono „zreformowane”, czyli skutecznie naprawione. Aby wykonać to zadanie, trzeba wymienić większość kadry, zastępując ją taką, która pojmuje wagę tego zadania i nie ma przeświadczenia, że jest nadzwyczajną kastą. Ta nowa kadra powinna się składać z ludzi bezwzględnie uczciwych, niekradnących ani kiełbasy ani 50-cio złotowych banknotów i – co najważniejsze – ferujących wyroki zgodnie z dyskretnymi wskazówkami „władzy partyjnej i rządowej”.

Jak do tego doprowadzić? Trzeba utrzymać już odpowiednio ukształtowaną personalnie Krajową Radę Sądownictwa i powoływać nowych sędziów zgodnie z jej wskazówkami. Pan prezydent powinien podpisywać nominacje bez wątpliwości, z pełnym zaufaniem do kompetencji tej rady. To wszystko „chwilę” musi potrwać, ale do końca drugiej kadencji powinno się osiągnąć stan zadawalający suwerena.

W jednym z felietonów w Trybunie napisałem już, że te tłumaczenia antysędziowskiej ofensywy są tylko dymną zasłoną, że – moim zdaniem – wszystko zmierza do celu wyższego rzędu. I że tym celem jest scentralizowane zarządzanie państwem, utrzymujące tylko fikcyjny trójpodział władzy pozwalający na tłumaczenie krajowym i zagranicznym niedowiarkom, że przecież wszystko jest OK. Mamy wzorcową demokrację. Wygrywamy wybory, więc mamy „swój” rząd, przewagę w parlamencie i odnowioną kadrowo władzę sądowniczą. Tak się jakoś składa, że ta odnowiona kadra ma teraz identyczne poglądy jak władza ustawodawcza i wykonawcza. Czuje się z nią emocjonalnie związana.

Doszedłem do wniosku, że to moje rozumowanie wydaje się poprawne, ale jednocześnie rodzi następne pytanie – dlaczego? Po co w środku Europy próbować wprowadzać system zarządzania państwem, który z daleka pachnie faszyzmem? Zapewne bardziej łagodnym, mniej zaborczym, ale nadal dzielącym ludzi na lepszych i gorszych. I – co wydaje się najbardziej szkodliwe – uznającym za słuszne tylko własne poglądy i działania.

Niebezpieczna pełnia szczęścia

To może wydawać się śmieszne, ale nie wykluczam, że najprostsza odpowiedź może wskazywać na prawdziwą przyczynę wyboru takiego kierunku działania. Robią to – bo idole rządzącej partii lubią taki sposób zarządzania i uważają, że jest on najbardziej skuteczny. Czują się dobrze w roli autokratów, których życzenia budzą entuzjazm zwolenników i niemal natychmiast, nawet w nocy, zmieniają się w obowiązujące prawo. Nie przeszkadza im, że w ten sposób niszczą demokrację i coraz wyraźniej nawiązują do skompromitowanych, w XX wieku autokratycznych systemów, które przekształcały się w systemy totalitarne. Uważają, że wewnętrzne rozwiązania kontrolne i łagodna osobowość autokratów i ich otoczenia nigdy nie dopuszczą do wykorzystywania niedozwolonych i społecznie szkodliwych metod.

Rozumiem fascynację autokratycznym systemem zarządzania, ale sądzę, że panujący obecnie w Polsce jego zagorzali zwolennicy wpadli w znaną z historii i niebezpieczną „euforię zwycięzców”, tracą umiar i przestają być ostrożni. Podstawowa pułapka na sprzyjający elektorat w postaci 500+ przestaje działać, powszednieje i starzeje się, jak każda pułapka. Coraz bardziej wyraźny wzrost cen, niezręczności popełniane w polityce zagranicznej i w walce z sądami, już zmniejszyły statystyczne wskaźniki poparcia i nadal wykazują tendencję spadkowe. Wygrana w wyborach prezydenckich z całkowicie pewnej stała się tylko prawdopodobna. Przegrana oznaczałaby dalsze (po przegranej w senacie) radykalne osłabienie autokratycznej władzy i stwarzała niemal pewność utraty władzy po następnych wyborach parlamentarnych.

Z kilku rozmów z aktywnymi zwolennikami PISu odniosłem wrażenie, że nie zdają sobie sprawy z następstw utraty władzy. Z zachłanności nieostrożne dokonali tak wielu zmian personalnych w administracji centralnej i terenowej, w „służbie zagranicznej” i spółkach skarbu państwa, a nawet w sferze zarządzania „jednostkami kultury”, że utrata nawet tylko części dobrze płatnych posad będzie wstrząsem dla „bazy kadrowej”. Wstrząs ten może oznaczać znaczne zmniejszenie żelaznego elektoratu i wieloletnie, ponowne przejście do opozycji. I to raczej słabej.

To bolesna perspektywa dla rządzącej partii. Ale dla Polski była by to korzystna zmiana.