Nasze piękne, nowe elity

Oglądając przemiennie rządową i biedniejsze, ale ciągle jeszcze niezależne telewizje, z konieczności wysłuchuję licznych wypowiedzi polityków. Ciekawe, że zdumienie, rozbawienie i niechęć pojawiają się w mojej skołatanej głowie szczególne wtedy, kiedy słucham tyrad lub odpowiedzi przedstawicieli rządzącej aktualnie prawicowej koalicji.

Ostatnio mieliśmy trochę lepszej pogody. Siadałem na przyzbie, wyciągnąłem ze strychu czarno – biały telewizorek campingowy jeszcze radzieckiej produkcji i grzejąc stare kości, słuchałem nabożnie wszystkich, którzy się pokazywali w 12 calowym okienku.

Recenzja

Przykro mi. Staram się być maksymalnie obiektywny, ale jednak członkowie lub wielbiciele PIS i jej przystawek wypadają najgorzej. Usiłowałem zrozumieć, dlaczego? Z mojej nieudolnej analizy widza i słuchacza wyszło, że jest aż pięć przyczyn tej przodującej pozycji.

Po pierwsze – wyjaśniając jakiś problem lub odpowiadając na zadane przez dziennikarza lub innego uczestnika pytanie, zawsze mówią nie tylko to samo, a nawet niemal tak samo. Jest to szczególnie widoczne wtedy, kiedy guru partii już się na dany temat wypowiedział na Nowogrodzkich odprawach, albo na konferencjach prasowych.

Po drugie – nie mogą się oderwać od przeszłości. Niemal każda wypowiedź jest wzbogacana opowieściami lub informacjami, jak to drzewiej, kiedy rządzili inni, było gorzej. My żyjemy skromnie, niemal jak Franciszkanie, a oni się bogacili na – używając określenia naszego elokwentnego prezydenta – „dojnej ojczyźnie”.

Po trzecie – w bardziej wojowniczych wypowiedziach przebija – niestety – przekonanie, że najlepszym ustrojem nie jest demokracja, tylko autokracja, do której należy dążyć szczególnie wtedy, gdy pojawia się genialny przywódca. Nie chcą słuchać, że w sąsiednich krajach byli tacy przywódcy i wszyscy źle na tym wyszli.

Po czwarte – chcą z Unii Europejskiej, w którą ta okropna lewica nas kiedyś wepchnęła, brać jak najwięcej. Ale dawać jak najmniej i nie słuchać tych niedopuszczalnych pouczeń o demokracji i praworządności. Te pouczenia naruszają przecież naszą suwerenność, o którą tak ciężko walczyliśmy.

I po piąte – wygraliśmy ostatnie wybory prezydenckie. Wprawdzie połowa wyborców wspierała innego kandydata, – ale przewaga liczbowa równa „liczbie mieszkańców Radomia” daje nam prawo zmiany tonu. Już od następnego dnia zaczęliśmy w radiu i telewizorze mówić bardziej pewnym głosem i teraz już otwarcie podkreślać oczywistą oczywistość, że tylko my mamy rację.

Ochotnicy

Zastanawiam się, dlaczego ludzie zostają pretorianami tej partii i tym samym członkami nowej elity? Jest przecież w tym gronie znaczna część ludzi inteligentnych, którzy mają dobre wykształcenie i zawód, który im pozwalał na uzyskiwanie wysokich, albo przynajmniej średnich dochodów. Są wśród nich lekarze, prawnicy, socjolodzy, ekonomiści, historycy. Co ich skusiło?

W rozmowach z przyjaciółmi odwiedzającymi mnie na przyzbie najczęściej wymienia się wrodzoną u wielu ludzi tęsknotę za władzą i pozycją celebryty. Mogę przecież gadać głupoty, ale mam ważne stanowisko, więc telewizje i tak będą mnie zapraszały. Będę coraz bardziej znany, będą mnie prosić o autografy i dziewczyny będą się do mnie zalotnie uśmiechały, – bo władza działa jak narkotyk.

Drugim wymienianym motywem są – jak zwykle – pieniądze. Jak już zapuszczę korzenie w tym środowisku, to nie zrobią mi krzywdy. Szef szefów jest twardy, ale sprawiedliwy. Mogę się nie sprawdzić na jakimś stanowisku, to przeniosą mnie na inne. Jeśli i tam mi nie wyjdzie, to, pozwolą porządzić w jakiejś podrzędnej spółce skarbu państwa, ale za przyzwoite pieniądze. A na deser wyślą mnie do parlamentu europejskiego, gdzie zarobki są wysokie, a mówienie głupot czasem uchodzi za zaletę.
Spór na mojej przyzbie wybuchł wtedy, kiedy padło pytanie – czy oni wierzą w słuszność tego, co robią i co mówią? Czy wierzą w ideę stworzenia idealnego, prawicowego i religijnego, bogatego państwa, z ustrojem, który można nazwać demokratycznym autokratyzmem?. Przeważał pogląd, że tylko czasem wierzą, a w większości przypadków w ogóle nie rozumieją, o co chodzi, albo nie wierzą, ale są zdyscyplinowanymi wykonawcami poleceń. Drżą wewnętrznie na myśl, że ich wypowiedź może spowodować skrzywienie lub warknięcie oberszefa, a nawet kogoś z jego najbliższego otoczenia. Bo wtedy mogą się pożegnać z dalszymi awansami, a może nawet z tą pozycją, jaką już osiągnęli.

Zgadzam się z tą opinią. Moja wrodzona łagodność powoduje, że z uśmiechem reaguję na wiele bezsensownych, i umiarkowanie szkodliwych wypowiedzi. Znoszę nawet opowiadania o nieustannych sukcesach i – do niedawna – przodującej pozycji w walce z koronawirusem. Wprawdzie z narastającą niechęcią, ale usprawiedliwiam nawet bajki o zamachu smoleńskim, opowiadane przez ludzi dotkniętych znaną i nieuleczalną chorobą, „spiskowej teorii dziejów”.

Nie mogę jednak strawić sytuacji, w której teoretycznie inteligentni rodacy mogą bez zmrużenia powiek mówić np., że LGBT to idea albo ideologia. Można to wmawiać mieszkańcom San Escobar, gdzie panuje analfabetyzm. Ale jeśli ktoś potrafi przetłumaczyć ten skrót i orientuje się, o czym mówimy, to wie, że mówimy o ludziach, którzy maja odmienne od powszechnych (niektórzy mówią – normatywnych) upodobania seksualne, albo psychicznie czują się inną płcią, niż są fizycznie. Gdzie tu ideologia? W tym, że oni przestali się ukrywać ze swoja odmiennością i nawołują do jej uznawania i poważnego traktowania? Czasem przesadzają, wybierając zbyt kontrowersyjne formy tej „autopropagandy”, ale nikogo nie namawiają, aby został gejem czy lesbijką, jeśli nie czuje takiej potrzeby. Nie mogę uwierzyć, że w bzdurę o „ideologii” wierzą osoby z najwyższej półki naszej władzy. Chyba gaworzą o tym tylko dlatego, że tak uważa ktoś „na górze”, albo dlatego, że wydaje im się to korzystne dla ich partii.

Podobne zawirowanie umysłowe dotyczy pozornie odległych dwóch zagadnień – programów szkolnych i konwencji stambulskiej. Programy szkolne, według niektórych przedstawicieli obecnej elity władzy, nie powinny zawierać żadnych odniesień do seksualności, a tym bardziej do pozamałżeńskiego pożądania. To trudno pogodzić z zalecaną, klasyczną literaturą. Z seksualnym molestowaniem Bohuna, a tym bardziej Azji – „syna Tuhaj Beya”, nowocześnie wytatuowanego motywem z rybkami, z tylko pozornie niewinnymi staraniami Wokulskiego. Nie mówiąc nawet o rozpuście „Chłopów, „ a tym bardziej o zaspakajaniu zwykłej, rosyjskiej chuci Ani Kareniny. Ale czego się nie robi dla podniesienia czystości obyczajów.

Konwencja Stambulska też nikomu nie przeszkadzała i nikomu nie zaszkodziła przez ponad 5 lat, – ale teraz niektórzy widzą w niej jakieś zagrożenia dla rodziny. Polska rodzina jest przecież idealna, zawsze w niedzielę chodzi do kościoła, nikt nikogo nie bije, nie gwałci, nie niszczy finansowo. A jeśli nawet coś złego się zdarzy, to przecież jest na miejscu ksiądz proboszcz, który sprawiedliwie rozsądzi, pogodzi albo ukarze. Mamy też doskonałe własne prawo chroniące kobiety, więc, po co nam jakaś konwencja, nieopatrznie przyjęta przez poprzednią władzę. To także jest zamach na naszą suwerenność i wielowiekowe zwyczaje.

Pożądane kwalifikacje nowej elity

Słuchając tych wypowiedzi prawicowej elity zastanawiam się, jakimi kryteriami kieruje się kierownictwo koalicji opartej na kręgosłupie PISu, typując kandydatów na „frontowe” stanowiska posłów, wiceministrów czy nawet radnych w dużych aglomeracjach. Oczywiście nie wiem, ale mogę przypuszczać, widząc rezultaty.

Sądzę więc, że bierze się pod uwagę, aby kandydat na liniowego wojownika miał jakieś wyższe wykształcenie. Jeszcze lepiej jak ma doktorat, a bardzo dobrze, jeśli stale lub dorywczo gdzieś wykłada i można go grzecznościowo tytułować profesorem, – mimo, że nie ma to nic wspólnego z habilitacją i profesurą tzw. belwederską, uzyskiwaną w wyniku określonego dorobku naukowego.

Wojownik musi umieć mówić i mieć na tyle dobrą pamięć, aby mówić to, co już na dany temat powiedziała wierchuszka. Może to ubarwiać wymyślonymi lub znalezionymi przez siebie przykładami, ale „myśl przewodnia” powinna być identyczna.

Awansowany działacz musi też bronić innych członków koalicji przed niesłusznymi a nawet słusznymi zarzutami. W założeniu wszyscy w Zjednoczonej Prawicy są „kryształowi”, tak uczciwi i bezinteresowni, jak Najwyższy Prezes.

Nie jest pożądane, aby kandydat charakteryzował się podejmowaniem decyzji nieuzgodnionych z „górą”, albo zbyt dużo opowiadał mediom o swoich pomysłach. Zaletą podstawową jest przecież posłuszeństwo i brak wątpliwości, co do słuszności decyzji „góry”, a więc musi to oznaczać ograniczenie inicjatywności.

Wszystkie te pożądane cechy aktywu rządzącej koalicji nie są niczym nowym. Były pewne różnice, ale znamy je dobrze z historii zagranicznych rządów totalitarnych, z naszej, przedwojennej sanacji i z PRLu. Uwolniliśmy się od nich na krótko – od rządów Mazowieckiego do Tuska. A teraz z przytupem do nich wracamy.

Ostatnio rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna cecha nowej partyjnej elity, która poprzednio występowała znacznie słabiej, lub wręcz niezauważalnie. To zmiana zachowań po powodzeniu w kolejnych wyborach. Wspomniana już, nadmierna pewność siebie, podbudowywana opryskliwością i otwartym lekceważeniem wszystkich, którzy nie są „nasi”. Pewien aktywista tłumaczył ostatnio w telewizorze, na falach „nieprzyjaznej”, zagranicznej stacji TVN, że nie były błędem wesołe opowiadania premiera o zwycięstwie nad koronawirusem. „Przecież i tak wszyscy musimy umrzeć”. Fi donc monsieur – w dobrym towarzystwie nie straszy się niespodziewaną śmiercią, zwłaszcza wtedy, kiedy tłumaczy się intencje premiera. Ale może to podświadoma intencja, wywołana zwycięskim bojem o prezydenturę?