Ci odlatują, ci zostają

Coraz trudniejsze warunki życia w Polsce sprawiają, że mimo dobrej sytuacji na rynku pracy, wciąż więcej ludzi wyjeżdża z kraju niż do niego wraca.

Pod rządami Prawa i Sprawiedliwości, tylko w latach 2015 – 2017 liczba osób które wyjechały z naszego kraju zwiększyła się o prawie 290 tys. Można oczekiwać, że rosnące uciążliwości życia w Polsce nie zmieniły tej tendencji i w ubiegłym roku.
Rząd PiS doprowadził do zapaści w dostępie do opieki medycznej, spadku liczby narodzin, skrócenia długości naszego życia, coraz większej umieralności Polaków, rosnącego zanieczyszczenia powietrza, pogorszenia warunków edukacji i wychowywania dzieci, wzrostu inflacji zjadającej płace. Tak wymieniać można długo – a przecież oprócz tych najbardziej konkretnych przyczyn utrudniających i skracających życie Polaków, są i te trudniej mierzalne, ale także dotkliwe.
Rosnący nadzór i inwigilowanie obywateli, ich coraz coraz słabsza pozycja wobec wszechmocy władzy, nepotyzm, mowa nienawiści, promowanie zachowań ksenofobicznych, szczucie na myślących i zachowujących się inaczej niż większość – w takim kraju coraz trudniej normalnie żyć i pracować.

Powrócą tu?

Jak na wyjazdy zarobkowe rodaków wpłynęło niskie bezrobocie w Polsce? Czy jednak zamierzają wracać, czy raczej zostaną za granicą? Jakie są i jak się zmieniają ich więzi z krajem? Na te i inne pytania odpowiada najnowszy raport Narodowego Banku Polskiego.
Jak stwierdza NBP, dobra sytuacja na polskim rynku pracy ograniczyła tendencję do powiększania się liczby obywateli polskich przebywających za granicą. Jednak ujemne saldo migracji osób z polskim obywatelstwem wciąż było obserwowane w 2017 roku i prawdopodobnie także w 2018 r. (choć ubiegłorocznych danych jeszcze nie ma). Czyli, nadal więcej z nas wyjeżdża niż wraca.
Natomiast bezrobocie jest wprawdzie oficjalnie niskie, ale NBP poczynił zaskakującą i udokumentowaną obserwację, iż nowi migranci w Niemczech i Wielkiej Brytanii znacznie częściej, niż ich koledzy z dłuższym stażem migracyjnym, wskazywali na brak pracy w Polsce jako główny powód wyjazdu.
„Biorąc jednak pod uwagę aktualną sytuację na polskim rynku pracy i rekordowo niski poziom bezrobocia, można przypuszczać, że chodzi raczej o brak pracy zgodnej z kwalifikacjami i niespełniającej oczekiwań osób, które zdecydowały się na wyjazd niż brak możliwości podjęcia jakiejkolwiek pracy” – tłumaczy Narodowy Bank Polski, także rządzony przecież przez ekipę z nadania PiS i nie będący przesadnie krytyczny wobec niej. Oczywiście, jakąkolwiek pracę nie tak trudno w Polsce znaleźć – ale nie przez wszystkich i wciąż nierzadko za głodowe uposażenie.
Wyniki badań NBP wskazują też, że niskie bezrobocie w Polsce ograniczyło wyjazdy „nowych” emigrantów do głównych krajów, które były dotychczas tradycyjnym miejscem migracji zarobkowej, takich jak Wielka Brytania, Irlandia czy Niemcy. Pojawiły się zaś stosunkowo nowe, coraz popularniejsze kierunki, na przykład Norwegia.
Badanie ankietowe emigrantów z Polski zostało zrealizowane w okresie listopad-grudzień 2018 roku. We wszystkich badanych krajach nieco większy jest udział kobiet niż mężczyzn. Udział pań wśród nowych emigrantów był rekordowo wysoki w przypadku Holandii, gdzie wyniósł aż 61,3 proc.
Najważniejszą motywacją wyjazdów i pozostawania na emigracji pozostają wynagrodzenia, których mediany za granicą są około dwukrotnie wyższe niż w Polsce. Natomiast dominanty (czyli najczęstsze wynagrodzenia) są nawet i 3,6 raza wyższe niż w Polsce.
Dobra sytuacja gospodarcza w naszym kraju wpłynęła na ograniczenie odsetka Polaków planujących pozostanie na emigracji na stałe, natomiast zwiększyła liczebność tych, którzy planują kiedyś powrót do Polski (nie wcześniej niż za minimum 3 lata). Tym niemniej, tylko około 15 proc. imigrantów jest zdecydowanych wracać do Polski w przyszłości (jednak bliżej nieokreślonej), niezależnie od różnicy w poziomie wynagrodzeń.
Wraz z długością przebywania na emigracji zmniejsza się naturalnie skłonność do przekazywania środków pieniężnych do Polski (bo są coraz potrzebniejsze tam, gdzie się żyje i pracuje). Jest to jednak zróżnicowane zależnie od kraju.

Tam uciekają najmądrzejsi

Emigranci z Polski do Wielkiej Brytanii pochodzą na ogół ze średnich i największych miast i są najlepiej wykształceni w porównaniu z innymi państwami objętymi ankietą. Jedna trzecia z nich posiada wykształcenie wyższe. Wielka Brytania najbardziej więc korzysta na drenażu mózgów z Polski.
Jedynie 10 proc. ankietowanych w Wielkiej Brytanii zadeklarowało skrócenie planowanego pobytu na emigracji z powodu konsekwencji brexitu. Zdecydowana większość emigrantów (85 proc. ) spełniałaby bowiem warunki pozostania w Wielkiej Brytanii po brexicie, po relatywnie prostej procedurze administracyjnej.
NBP stwierdza: „Obserwowana ostatnio zwiększona emigracja do Norwegii to głównie osoby w wieku najwyższej aktywności zawodowej, ze średnim wykształceniem, które stosunkowo często przekazują pieniądze do Polski i dość rzadko wykorzystują świadczenia społeczne”.
Do tego zdania warto wnieść poprawkę, bo emigracja do Norwegii nie jest zwiększona „ostatnio”, lecz co najmniej od dziesięciu lat. Według szacunków GUS, liczba Polaków przebywających w Norwegii na przestrzeni lat 2010 –2017 wzrosła o 70 proc.
Norwegia dołączyła do listy najbardziej popularnych kierunków wyjazdów zarobkowych, zastępując Irlandię, której znaczenie od kilku lat systematycznie spadało. Liczba emigrantów z Polski do Irlandii znacznie zmniejszyła się po kryzysie w 2008 r., stabilizując się na poziomie nieco ponad 110 tys. osób
Większość z około 85 tys. polskich emigrantów z Polski w Norwegii to ludzie, którzy wyjechali z Polski po 2015 roku. To głównie osoby młode, ze średnim wykształceniem. Przeważnie pracują one w przemyśle lub służbie zdrowia i przy opiece nad osobami starszymi. Także i do Holandii najczęściej wyjeżdżają ludzie młodzi ze średnim wykształceniem.
Natomiast migracja zarobkowa w Niemczech jest najstarsza i najsłabiej wykształcona. Osoby z wykształceniem zawodowym najczęściej wybierają właśnie Niemcy jako kierunek migracji. Częściej są to osoby z małych miast i wsi (co wykazuje podobieństwo z migracją do Stanów Zjednoczonych).
Zauważyć należy, że zwiększenie się ogółu liczby emigrantów z Polski w 2017 roku nastąpiło w całości przez emigrację do krajów europejskich. Europa jest pod wieloma względami znacznie dogodniejsza do życia niż kraje zamorskie. A poza tym, rząd PiS nie potrafi spowodować, by nasz największy sojusznik zniósł wreszcie wizy, co także hamuje wyjazdy do USA (gdzie nawiasem mówiąc, coraz łatwiej znaleźć śmierć od kuli, zamiast dobrobytu).

Mają co robić

Polscy emigranci są na ogół bardzo aktywni zawodowo. Ich pozycja na zagranicznych rynkach pracy stabilizuje się. Coraz częściej mają regularną pracę zamiast zajęć sezonowych. Zmniejsza się udział emigrantów narzekających na pracę poniżej kwalifikacji, wciąż bardzo duże są różnice pomiędzy ich wynagrodzeniami, a płacami w Polsce. Pracują normalnie, coraz rzadziej muszą korzystać za granicą ze świadczeń społecznych.
NBP stwierdza: „Sytuacja polskich emigrantów na zagranicznych rynkach pracy jest lepsza i w większym stopniu wykorzystują oni swoje kwalifikacje. Dane te świadczą o coraz większym dopasowaniu emigrantów do lokalnych rynków pracy na emigracji, co zwiększa prawdopodobieństwo pozostania przez te osoby na emigracji w przyszłości”.
Wszystko to, w połączeniu z rzeczywistością rządów PiS, sprawia, że rzeczywiście, brakuje powodów, które skłaniałyby ich do powrotu nad Wisłę.

Złe PGR-y

Onet opublikował wczoraj „infografikę” z „największymi grzechami PGR-ów”, te grzechy to „ogromne straty”, „pochłanianie połowy wydatków na rolnictwo”, czy „koncentracja na produkcji zwierzęcej”.

Ta sama infografika chwilę potem płynnie przechodzi do ubolewania nad ogromnym bezrobociem, które na terenach popegeerowskich sięgało później momentami 40%, a obecnie ma charakter długotrwały, czy wręcz pokoleniowy i dziedziczny…
W takich kalkulacjach jak zwykle istnieje tylko jedna perspektywa. Na ludzi i ich los patrzy się z perspektywy inwestującego w „kapitał ludzki” abstrakcyjnego właściciela.
Koszty pomocy socjalnej, koszty bezrobocia, koszty biedy, koszty społeczne degradacji i regresu… To zupełnie bez znaczenia, bo nie dotyczy już rynku tylko ludzi, którzy nie znajdują się w jego planach. Miliony ludzi, które utrzymywały się dzięki PGR-om nie stanowią żadnej wartości.
To dla właścicieli sam koszt i czysty irracjonalizm, coś co nie mieści się w głowie homo balcerowiczusów i ich ideologicznych spadkobierców.
Jeśli ludzie nie przynoszą wymiernych zysków – tym gorzej dla nich.
Państwo, organizacje społeczne, zakłady pracy, przedsiębiorstwa rolne, a nawet szkoły i uniwersytety…
To wszystko jest zupełnie zbędne, jeśli na końcu nie ma akcjonariuszy i kapitalistów, którzy czerpią z tego zysk.
Kapitał bez mrugnięcia okiem może skazać na zagładę.
I to całe miliony.
Nie jesteś przydatny najbogatszym? Tym gorzej dla Ciebie.
W ramach gestu współczucia być może potem pochylą się nad tobą i ze smutkiem zrobią jakąś kolorową „infografikę”, gdzie przy okazji obsmarują też każdą możliwą alternatywę. Nie żeby wykluczeni przez tę neoliberalną katastrofę mieli tu cokolwiek do powiedzenia, albo chociaż mieli jak się bronić.

Czesi dają nam przykład

Bezrobocie nad Wełtawą wynosi zaledwie 1,9 proc. i jest jednym z najniższych na świecie, a ludzie dobrze zarabiają. Jak oni to robią?

O wyjątkowości rynku pracy naszego południowego sąsiada, oprócz rekordowo niskiego bezrobocia, decydują również: olbrzymia liczba wolnych miejsc pracy, bardzo wysoki współczynnik zatrudnienia osób bez wyższego wykształcenia, atrakcyjny rozkład płac oraz stabilne trendy imigracyjne.
101 tys. – tylko tylu było bezrobotnych w Czechach według danych Eurostatu (unijnego urzędu statystycznego) za listopad 2018. To zaledwie 1,9 proc. aktywnych zawodowo. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego, na koniec 2018 r. żaden kraj demokratyczny funkcjonujący na zasadach gospodarki rynkowej nie ma tak niskiego poziomu bezrobocia. W Unii Europejskiej drugi najniższy odsetek osób szukających pracy jest w Niemczech i wynosi on 3,3 proc.
Jeszcze większe zdumienie budzą dane dotyczące liczby wolnych etatów. Wg Eurostatu w trzecim kwartale 2018 r. było ich 282 tys. Wakatów jest zatem blisko trzy razy więcej niż osób szukających zatrudnienia. Żaden unijny kraj nie może pochwalić się większą liczbą wolnych miejsc pracy niż chcących znaleźć płatne zajęcie. Dla porównania – w Polsce wakatów jest 157 tys. przy 661 tys. bezrobotnych.
Czesi, którzy od lat stawiają na przemysł, bliskie relacje z Niemcami i przyciąganie kapitału zagranicznego inwestującego np. w motoryzację, mogą pochwalić się także niezwykle wysokimi współczynnikami zatrudnienia ludzi bez wyższego wykształcenia. To ważny element zapewniający spójność społeczną i w miarę płaski rozkład wynagrodzeń w gospodarce.
Pracę ma ponad 80 proc populacji w wieku 15-64 lata z wykształceniem poniżej wyższego. Wynik ten oscyluje w okolicach europejskich liderów (Szwajcaria, Dania, Niemcy). W Polsce jest to 68,6 proc. By osiągnąć wynik znad Wełtawy, zatrudnienie w Polsce musiałoby znaleźć ponad 1,5 miliona osób.
Dane Czeskiego Urzędu Statystycznego (CSO) za trzeci kwartał pokazują, że wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 31500 koron (5250 zł). W tym samym okresie według informacji GUS średnia pensja w Polsce była o ponad 600 zł niższa – 4580 zł.
Różnica w średniej płacy nie wydaje się ogromna, a biorąc pod uwagę poziom cen, siła nabywcza krajowych pensji w obu krajach jest podobna. To jednak tylko pół prawdy, gdyż rozkład zarobków w Czechach jest korzystniejszy niż w Polsce – zauważa Cinkciarz.pl. Według danych CSO mediana wynagrodzeń (połowa otrzymuje powyżej tego poziomu, a połowa poniżej) wynosi u naszego południowego sąsiada ok. 86 proc. średniej (dla trzeciego kwartału byłoby to ok. 4515 zł), podczas gdy w Polsce jedynie 80 proc (3664 zł).
Wysoki poziom zatrudnienia jest korzystny nie tylko dla gospodarstw domowych, ale także dla przedsiębiorstw czy budżetu państwa. Dług w relacji do PKB Czech jest jednym z niższych w Unii i wynosi tylko 33,9 proc.
Łatwość i chęć znalezienia pracy przez Czechów sprzyja również najniższemu w Unii wskaźnikowi ryzyka zagrożenia relatywnym ubóstwem. Tylko 8,1 proc. populacji jest zagrożonej relatywnym ubóstwem, podczas gdy w Polsce jest to prawie dwukrotnie więcej (15,9 proc.).
Duży odsetek pracujących powoduje również, że nie brakuje środków na badania i rozwój. Czeskie przedsiębiorstwa, uczelnie oraz sektor publiczny wydawały na ten cel w 2017 r. 1,8 proc. PKB, podczas gdy w Polsce wskaźnik ten ledwie przekroczył 1 proc.
W ostatnich latach do Polski napłynęło setki tys. imigrantów z Ukrainy. Rekordowo wysoka liczba wakatów oraz niezwykle niskie bezrobocie powoduje napływ pracowników również do Czech. W latach 2015-2017 zatrudnienie obcokrajowców zwiększyło się o ponad 150 tys., do 560 tys. – według danych CSO. Biorąc pod uwagę liczbę obywateli kraju (ok. 10,6 mln), był to bardzo duży przyrost.
Do Czech przenoszą się pracownicy przede wszystkim z państw unijnych: Bułgaria, Węgry, Polska, Rumunia i Słowacja. W sumie wzrost zatrudnienia obywateli UE zwiększył się w Czechach o 90 tys. osób w dwa lata. Z Ukrainy napływ też był widoczny, ale wyniósł jedynie ok. 40 tys. Rozkład imigracji do Czech wydaje się więc korzystniejszy niż w Polsce. Opiera się on na przyjezdnych z wielu państw, a u nas są to praktycznie tylko pracownicy z Ukrainy.

Świat od spodu (2)

„Angielski sen” się skończył. Rozpoczął się „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy drugi odcinek tego cyklu.

 

 

Najmniej efektywną formą szukania pracy jest chodzenie od drzwi do drzwi. Trzeba mieć dużo szczęścia, by wejść akurat w te, gdzie poszukują pracownika.

 

Owszem, będą mówić, że się zastanowią, powiedzą, żeby pójść tu czy tam, poproszą o numer telefonu, ale zazwyczaj niewiele z tego wychodzi. Poza nowymi znajomościami.
Jest jednak powód dla którego nie można z tej formy rezygnować. Zmusza ona do wyjścia z domu, nie pozwala popaść w marazm i apatię. A to największe zagrożenie dla bezrobotnego. Trzeba włożyć trochę wysiłku, by pomimo niechęci wstać z łóżka i wyjść. Oczywiście, na początku nie jest łatwo, by pokonać kilka wewnętrznych barier. Znalazłem jednak i na to sposób.

 

***

Zanim wyruszyłem, zjadałem porządne śniadanie i zaraz po wyjściu z domu odwiedzałem najbliższą perfumerię. Niedaleko jest Boot’s. Pryskałem się najdroższymi markami – to zawsze dodaje pewności siebie – i dopiero szedłem w miasto.
Znacznie łatwiej szuka się pracy z pozycji pewnego siebie człowieka sukcesu niż upokorzonego, zalęknionego, zagubionego i głodnego imigranta. Pełny żołądek, zapach kosztownych perfum i uśmiech dają tego namiastkę.
Wydawało mi się, że nie ma nic gorszego niż szukanie zajęcia ze smutkiem, lękiem i spuszczoną głową. Jak już wspomniałem, ta forma jest może najmniej efektywna, ale wypełnia dni i przełamuje ich monotonię. Poza tym, wykreowana rola człowieka sukcesu powoli i mnie zaczynała się udzielać. Nawet jeśli to ułuda, to siły których dodaje są jak najbardziej realne.
Wychodziłem każdego poranka i odwiedzałem coraz odleglejsze sklepy i knajpy, szukałem w witrynach ogłoszeń i zagadywałem robotników na budowach. Nie miałem czasu roztrząsać swojej kiepskiej sytuacji. Nie było czasu na marazm i chandrę. I już choćby dlatego nie mogłem zrezygnować z tej formy poszukiwań. Wracałem do domu wieczorem i następnego dnia szedłem znowu. Zmieniałem tylko kierunek. Od poniedziałku do środy obszedłem już chyba wszystkie knajpki w Borehamwood. Postanowiłem wyruszyć więc do innego miasta. Najlepiej do Radlett, jest na tyle blisko, że nie muszę jechać ani pociągiem, ani autobusem. Spokojnie dotrę tam pieszo. Najrozsądniej byłoby pojechać do Luton, jest tam kilka fabryk i mógłbym popytać mieszkających tam Polaków. Na razie nie stać mnie jednak na bilet. Wybiorę się, jeśli przyjdzie zaległa wypłata. W piątek. A dzisiaj – środa – powinien przyjść payslip. Pisząc ten felieton zerkam co chwile do skrzynki mailowej. Dotychczas nie ma. Jeśli do godziny 22.00 nie będzie to znaczy, że wypłaty raczej nie dostanę. W tej chwili jest 19.15 – czekam.

***

Szukanie pracy przez Internet jest bardziej efektywne, ale przykuwa do łóżka, rozleniwia i z każdym dniem coraz trudniej się pozbierać. Żeby szukać ogłoszeń w sieci, trzeba też znać odpowiednie adresy i w miarę sprawnie posługiwać się językiem. Nie bardzo nawet wiedziałem gdzie szukać stron z lokalnym rynkiem pracy, a i język mam opanowany w takim stopniu, że większość dnia marnuję na rozszyfrowywanie jakiegoś spamu i fake ogłoszeń, zamiast z góry je poodrzucać. Poruszam się po omacku, zarówno w necie, jak i w realu.

 

***

Dzisiaj ponownie poszedłem do food banku. Tym razem nie musiałem się już przełamywać. Szedłem śmiało jak do siebie. Nie pamiętałem jedynie, czy kazali przyjść we środę, czy w czwartek? Jedzenia mam jeszcze pod dostatkiem, zjadłem niewielką część tego co dali w poniedziałek – dlatego niespecjalnie przejmowałem się tym, że mogą kazać mi przyjść następnego dnia. Na miejscu powiedziałem pracującym wolontariuszkom, że miałem się zgłosić, ale nie pamiętam kiedy. Zaprowadziły do zatłoczonej sali. Około czterdziestu osób siedziało przy rozstawionych tam stolikach. Na blatach były dzbanki z sokami. Kazały zająć miejsce i powiedziały, że nic nie pomyliłem, że dzisiaj jest środa, a we środy organizują lunch dla wszystkich potrzebujących z okolicy. Super, pomyślałem. Było wczesne popołudnie, ale czułem już lekki głód.
Usiadłem przy najluźniejszym stoliku. Obok siedziała Hinduska, a naprzeciwko Angielka. Wypytały czy pierwszy raz tutaj, skąd jestem i takie tam. Gdy powiedziałem, że szukam pracy wytłumaczyły jak przeglądać lokalne portale internetowe i gdzie szukać odpowiednich grup z FB. Pokazały jak poruszać się w gąszczu ogłoszeń i jak z zalewu faków wyłowić te najbardziej atrakcyjne.
Kucharze zaczęli nalewać krem brokułowy, a pod sceną zainstalował się trzyosobowy zespół. Nie mogłem w to uwierzyć. To było niewiarygodne. Zorganizowali koncert do kotleta dla najuboższych. Na sali i tak było gwarno, miałem wrażenie, że każdy rozmawia z każdym. Znali się doskonale. Będąc tam po raz pierwszy zauważyłem już te relacje. Nic dziwnego, jeśli co środę spotykają się na takich lunchach. Trio grało najbardziej znane szlagiery; Living Doll – Cliffa Richarda, Dianę itp. Kawałki, które wszyscy znali, a niektórzy podchwycili i, pochyleni nad zupą śpiewali pod nosem. Niektórzy śmielej inni dyskretnie. Wszyscy wesoło się kiwali. Wolontariusze nakładali drugie dania. Wybór był ogromny. Kotlety, makaron z sosem, sałatki, warzywa i kilka potraw, których nie znam. Każdy dostawał tyle, ile tylko chciał. Na deser podali sałatkę owocową, ciasto i coś co nazywali „India sweet” (hinduska słodycz?). Nie mam pojęcia, czy to owoc, warzywo, zwierzę czy wypiek. Kształtem przypominało ziemniaka, a kolorem bezę. Było tak słodkie, że wykręcało twarz i dlatego nie potrafię powiedzieć czy było smaczne. Siedziałem, gadałem i jadłem, a po niecałych dwóch godzinach zebrałem się do wyjścia. Znowu ciężko było mi dojść do domu. Tym razem z przejedzenia.
Byłem zachwycony tym pomysłem i organizacją placówki. Food banki to nie tylko aprowizacja, ale miejsce integracji, wyjścia z domu, przebywania w grupie między ludźmi.

***

Coraz trudniej skupić się na pisaniu, zerkam co chwilę do skrzynki, ale maila z payslipem wciąż nie ma. Jest godzina 20.20. W piątek muszę opłacić pokój. Bieżący czynsz i jeden zaległy. Razem 260 funtów. Nie wiem, czy bardziej denerwuje się tym, że wyląduję na ławce, czy tym że nie dotrzymam obietnicy. Gospodarze, to naprawdę bardzo sympatyczni ludzie, nie chciałbym ich zawieść. A jeśli naprawdę nie przyjdzie? Wydaje się to coraz bardziej prawdopodobne, zazwyczaj był kilka minut po siódmej. Nie wiem nawet gdzie szukać pomocy. Do jakiej pójść instytucji czy organizacji, co zrobić? Czy wyprowadzić się jutro dyskretnie – czyli zwyczajnie zwiać i zamieszkać na jednym z londyńskich dworców, czy też porozmawiać z nimi prosząc o kolejny tydzień zwłoki? Kolejny… a co później?

 

***

Wiem, że poszukują pracowników w domu opieki. Potrzebny jest ktoś do pralni i sprzątania. Zajęcie dla mnie idealne. Wymagają jednak referencji z poprzedniego miejsca pracy i potwierdzenia adresu. Agencja nie wystawi mi jednak opinii, a gospodarze – mimo że by chcieli – to nie mogą potwierdzić adresu. Referencje chcą zresztą w każdym większym zakładzie, dlatego zacząłem już mówić, że dopiero przyleciałem do UK. Jeśli dostanę w końcu jakąś pracę, a kłamstwo się wyda nie wiem jakie mogą być konsekwencje.

 

***

21.00 – przyszedł payslip. Nie zgadza się jednak kwota. Przysłali 244 funty, nawet mieszkania nie zdołam w pełni uregulować. Brakuje zaległości o którą upominałem się od trzech tygodni i wypłaty za overtime’a, którego wziąłem w poprzedni wtorek. Wciąż jestem w „czarnej dupie”.

 

c.d.n.

Głos lewicy

Bezrobocie na Mazowszu

Piotr Szumlewicz podaje na stronie OPZZ:
Główny Urząd Statystyczny przedstawił dane dotyczące stopy bezrobocia rejestrowanego w maju 2018 r. Dane dotyczą między innymi województwa mazowieckiego.
W urzędach pracy na Mazowszu w maju bieżącego roku zarejestrowanych było 144,2tys. bezrobotnych, a stopa bezrobocia wynosiła 5,2 proc.. W skali kraju poziom bezrobocia wynosił w maju 6,1 proc.. W stosunku do maja ubiegłego roku stopa bezrobocia w całym kraju zmniejszyła się o 1,2 pkt proc., czyli tyle samo, co w województwie mazowieckim.

Kuriozum

Piotr Kusznieruk na Facebooku: Dlaczego ksiądz święci szpitalny akcelerator? Ani to normalne, ani błahostka. Wydarzenie to miało miejsce w Lublinie. Ale jest to jedne z tysiąca takich jakie ma miejsce w Polsce przez ostatnie 28 lat. Święci się drogi, sale, klapy do studzienek kanalizacyjnych radiowozy oczyszczalnie ścieków i rożne inne rzeczy, kupowane przez rząd, lub samorząd. Robi się to publicznie, w otoczeniu rządzących, pracowników, dziennikarz i obywateli. Wydarzenie to z Lublina jest akurat podobne do wszystkich i inne od wszytkich. Podobne bo jest to kolejne święcenie a różne bo urządzenie służy między innymi do badań prenatalnych, których kościół nie popiera. Wiec po co to święcenie? Dlaczego kościół to robi – skoro nie popiera. Można oczywiście uważać, że to normalne, albo puszczać oko i udawać, że nic się nie dzieje. Moim zdaniem jednak trzeba sobie wreszcie powiedzieć, że ani to normalne, ani taka znowu błahostka i poważnie zastanowić się, dlaczego władze publiczne to robią. W czasie pracy i za publiczne pieniądze w świeckiej instytucji? Pytanie to jest oczywiste w kontekście pragmatyki administracji publicznej i dyscypliny finansów publicznych. Pierwsza możliwość jest taka, że dyrekcja szpitala i władze województwa, którym ten szpital podlega, naprawdę wierzą, że poświęcenie akceleratora będzie miało wpływ na jego działanie, że dzięki temu nie będzie się psuł albo będzie dłużej działał i skuteczniej pomagał pacjentom. Niezrozumiała jest postawa kościoła który święci coś co nie jest z ich „bajki”(na miejscu świecącego raczej bym to popsuł działając z misją katolicką). Druga możliwość jest zupełnie innej natury – dyrekcji szpitala i władzom województwa do głowy nawet nie przychodzi, że jakiekolwiek wydarzenie w podległej im instytucji może się obejść bez religijnego rytuału. Niewątpliwie świadczy to o stanie umysłu osób podejmujących takie decyzje. I pokazujących to publicznie. Czy te osoby święcą każdy mebel jaki kupią do domu? Czy chodzi tylko o pokazówkę i pieniądze dla kościoła?.

Bezrobocie? Nie jest źle

Główny Urząd Statystyczny przedstawił dane dotyczące stopy bezrobocia rejestrowanego w kwietniu 2018 r.

 

Wynika z nich, że pod koniec kwietnia stopa bezrobocia wyniosła 6,3 proc. i w porównaniu do kwietnia 2017 r. spadła o 1,3 pkt. proc., a w porównaniu do marca 2018 r. spadła o 0,3 pkt proc.
W urzędach pracy na koniec kwietnia zarejestrowanych było 1042,5 tys. bezrobotnych, czyli o 210,2 tys. mniej niż rok wcześniej i o 49,6 tys. mniej osób niż miesiąc wcześniej.
W kwietniu bez prawa do zasiłku było 85,2 proc. bezrobotnych, czyli o 1,3 pkt proc. mniej niż rok wcześniej.
Główny Urząd Statystyczny przedstawił też dane dotyczące liczby bezrobotnych oraz stopy bezrobocia według województw, podregionów i powiatów.
Najwyższą stopę bezrobocia odnotowano w województwach: warmińsko-mazurskim – 11,1 proc., kujawsko-pomorskim – 9,4 proc., podkarpackim – 9,3 proc.. Najniższą stopą bezrobocia charakteryzowały się województwa: wielkopolskie – 3,6proc., śląskie – 4,9 proc., małopolskie – 5,1 proc..
GUS podał też dane dotyczące stopy bezrobocia w poszczególnych podregionach i powiatach. Wynika z nich, że najwyższe bezrobocie jest w powiecie szydłowieckim (woj. mazowieckie) – 24,7 proc., braniewskim (woj. warmińsko-mazurskie) – 21,0 proc., łobeskim (woj. zachodniopomorskie) – 20,6 proc., bartoszyckim (woj. warmińsko-mazurskie) – 19,2 proc., a najniższe w Poznaniu (woj. wielkopolskie) – 1,4 proc., w powiecie wolsztyńskim (woj. wielkopolskie) – 1,6 proc., poznańskim (woj. wielkopolskie) – 1,7 proc. oraz w powiecie kępińskim (woj. wielkopolskie) – 1,8 proc..