Najgorszy kryzys od dekad i gigantyczna fala społecznych protestów

Największa gospodarka Azji Południowo – Wschodniej znalazła się w najgorszym kryzysie od lat. Głównie na skutek pandemii, gospodarka Indonezji znalazła się w recesji jakiej nie widziała od czasu azjatyckiego kryzysu finansowego w 1998 roku. Władze Indonezji przewidują, że 3,5 miliona osób może stracić pracę.

Główną branżą indonezyjskiej gospodarki jest rolnictwo, ale duża część kraju jest uzależniona od dochodów z turystyki i każdego roku miliony turystów odwiedzają indonezyjskie wyspy. Od kiedy w związku z pandemią rząd zamknął granice dla osób z zewnątrz, turystów nie ma i nie zostawiają tu potrzebnych gospodarce dolarów. W kryzysie znalazł się też handel, bo władze zmuszone były wprowadzać lockdowny, szczególnie w dużych miastach. Zamknięto też część fabryk i kopalń, wysyłając pracowników do domu bez środków do życia. Duży wskaźnik zachorowań spowodował przeciążenie służby zdrowia a rząd zmuszony został do przeznaczenia dodatkowych środków na pomoc szpitalom.

Kryzys gospodarczy i ofensywa władz

W wielu krajach Zachodu reakcją na kryzys były rządowe programy mające ograniczyć skutki kryzysu. Były to zasiłki, zapomogi czy zwolnienia podatkowe. W Indonezji jest inaczej. Na początku października rząd wprowadził pakiet rozwiązań prawnych o nazwie „Prawo na rzecz Tworzenia Miejsc Pracy – UU Cipta Kerja)” nazywany w Indonezji „Omnibus Law” ze względu na wielość wątków i zagadnień, które obejmuje. Jest to zbiór poprawek do istniejących przepisów prawnych spisany na ponad 1000 stron i wprowadzony w życie bez konsultacji społecznych ani debat. W historii Indonezji znane były takie projekty prawne, celowo tworzone na setkach stron i poruszające różne zagadnienia, w celu ukrycia w nich kontrowersyjnych poprawek czy projektów ustaw. Tak też jest w tym przypadku.

Formalnie „Omnibus Law” z 2020 roku tworzone jest w celu ułatwienia tworzenia miejsc pracy, zwiększenia inwestycji zagranicznych i wewnętrznych poprzez ograniczanie przepisów regulacyjnych dla biznesu i ułatwień w procesie nabywania ziemi. Brzmi to niewinnie, ale to co się kryje w szczegółach jest bardzo kontrowersyjne. Ustawa uderza bowiem w prawa pracownicze, prawa ludności tubylczej do własnej ziemi, wpłynie na pogorszenie wylesienia indonezyjskich dżungli poprzez redukcję ustaw na rzecz ochrony środowiska i doprowadzi do zwiększania obszarów nędzy.

Nowe prawo znosi minimalną płacę ustaloną dla poszczególnych sektorów gospodarki i znosi kary dla pracodawców za spóźnienie z wypłatami dla pracowników. Prawo zezwala teraz na ustalanie struktury i skal płacowych w dużych firmach na podstawie „możliwości i wydajności” przedsiębiorstwa, co daje pole do wyzysku i nadużyć, gdyż decydować ma o tym pracodawca. Dodatkowo, wprowadza się zasady wynagrodzeń typowe dla kontraktów śmieciowych – zamiast płacy miesięcznej, wprowadza się wynagrodzenie godzinowe.

Ułatwiono proces zwalniania pracowników z pracy i zlikwidowano trybunał do którego pracownik mógł się bezpłatnie odwołać w takiej sytuacji. Zredukowana zostaje wysokość odpraw pieniężnych dla zwalnianych pracowników, zniesione są dodatki za wysługę lat, zniesione zostają korzystne regulacje dotyczące nadgodzin, znosi się dwudniowy weekend na rzecz jednego dnia wolnego w tygodniu. Zniesiony zostaje też płatny urlop macierzyński. Przypomnieć tu trzeba, że mowa o kraju, w którym płace są tak niskie, że już wcześniej trudno było za nie przeżyć. Obniżono wysokość opodatkowania dla korporacji ale klienci serwisów internetowych takich jak Netflix, Spotify czy Steam będą obciążeni nowym, dodatkowym podatkiem w wysokości 10%.

Duże kontrowersje budzi deregulacja przepisów dotyczących ochrony środowiska. Warto tu przypomnieć, że Indonezja straciła już większość swoich unikalnych lasów deszczowych wraz z fauną na skutek wypalania i wycinki pod tworzone na Sumatrze czy Borneo plantacje palm olejowych zaopatrujących światowe koncerny kosmetyczne i spożywcze albo na rzecz przedsiębiorstw wydobywczych, na przykład amerykańskich kopalń na Papui. Do tej pory istniały jednak pewne ograniczenia dotyczące skali dewastacji środowiska naturalnego. Nowe prawo znosi część z tych ograniczeń, więc międzynarodowym korporacjom łatwiej będzie uzyskać licencje na wycinkę a nawet legalne wypalanie lasów na obszarach dzikiej przyrody. Do tej pory przy przyznawaniu licencji na działalność gospodarczą o wysokim ryzyku, wymagana była opinia ekspertów specjalizujących się w dziedzinie ryzyka i zagrożeń przemysłowych. Od teraz taka opinia ekspertów nie jest wymagana i eksperci nie będą już zapraszani do procesu tworzenia analiz zagrożenia dla środowiska przy przyznawaniu licencji na budowę kopalń, fabryk czy plantacji. Oznacza to na przykład, że już nic nie stoi na przeszkodzie, żeby chińska firma zainteresowana produkcją cementu otrzymała licencję na działalność na jednej z wysepek na północ od Sulawesi, gdzie występuje jedna z najbogatszych i unikalnych raf koralowych świata. Do tej pory eksperci od zagrożeń środowiska wydawali negatywne opinie w takiej sprawie i trudno było o takie pozwolenia.

Presja ze strony państwa

Rząd przeznaczył znaczne środki na promocję ustawy. W sieci pojawiły się nie tylko rządowe spoty reklamujące nowe prawo ale nawet popularni influencerzy wypuścili w mediach społecznościowych swoje nagrania oznaczone hashtagiem (w tłumaczeniu) „Indonezja potrzebuje miejsc pracy”. Niektórzy z nich otwarcie przyznali potem, że byli opłaceni przez rząd za stworzenie tych nagrań.

Gdy opór społeczny przeciw Omnibus Law zaczął narastać, władze wystosowały specjalny komunikat do studentów, zniechęcający ich do udziału w protestach, pod groźbą sankcji na uczelniach. Policja przystąpiła do „patroli cybernetycznych” czyli przeszukiwania internetu w poszukiwaniu treści niekorzystnych dla narracji rządu. Organizatorzy protestów odwiedzani byli przez policjantów w celu przeprowadzania nieformalnych rozmów, podczas których oficerowie przekonywali o bezzasadności prowadzenia działalności politycznej. Studentów ostrzegano, że mogą się znaleźć na czarnych listach a pracownicy byli aresztowani za udział w nielegalnych strajkach. Do uznania strajków za nielegalne wykorzystywane są przepisy antycovidowe.

Politycy obozu rządzącego sugerują też, że za protestami stoją „ciemne siły” manipulujące uczestnikami tych protestów. Tego typu insynuacje były charakterystyczne dla czasów reżimu Suharto, gdy wszelką opozycję przedstawiano jako marionetki zewnętrznych aktorów. Niespotykana od lat jest też brutalność policji. Doniesienia mówią o policjantach bijących demonstrantów, rozpylających gaz, atakujących medyków czy dziennikarzy. Aresztowano ponad sześć tysięcy osób.

Opór

Nie zdało się to na wiele. Choć po stronie ustawy stanęły potężne organizacje pracodawców-miliarderów, w tym zagraniczne organizacje wielkiego biznesu, takie jak na przykład British Chamber of Commerce in Indonesia czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, to po drugiej stronie barykady stanęła reszta społeczeństwa. Największe federacje związkowe zrzeszające 32 związki zawodowe wezwały do trzydniowego strajku generalnego. Do strajku przystąpiły setki tysięcy pracowników, głównie w zagłębiach przemysłowych. W wielu miejscach doszło do demonstracji i burzliwych starć z policją, która próbowała zakazać zgromadzeń pod pretekstem obostrzeń pandemicznych. Do demonstracji dołączyli studenci i uczniowie z transparentami typu „Omnibus Law rujnuje życie naszych wnuków” albo „kolonizacja się zakończyła ale kolonizacja pracowników się rozpoczęła”.

Konfederacja Indonezyjskich Związków Zawodowych (KSPI) złożyła w Sądzie Konstytucyjnym wniosek o zbadanie zgodności z konstytucją przegłosowanych przepisów. We wniosku napisano między innymi: „Żądamy, żeby Sąd Konstytucyjny przeprowadzający kontrolę sądową Prawa na rzecz Tworzenia Miejsc Pracy zwrócił uwagę na aspiracje wyrażane przez miliony indonezyjskich pracowników”.

Przepisy Omnibus Law krytykuje też Nahdlatul Ulama (NU), największa indonezyjska organizacja islamska, będąca jednocześnie największą organizacją pozarządową w Indonezji i też największą niezależną organizacją islamską na świecie. Przywódca tej organizacji, Said Aqil Siroj stwierdził wprost, że na nowym prawie skorzystają wyłącznie kapitaliści, inwestorzy i konglomeraty a zwykli ludzie zostaną „zdeptani”.

W sprawie sytuacji w Indonezji głos zabrała Międzynarodowa Konfederacja Związków Zawodowych (ITUC). Konfederacja ostrzega, że ustawa spowoduje cięcia płacowe, zniesie zasiłki chorobowe i inne gwarancje i podminuje bezpieczeństwo pracy. „To szokujące, że w czasie gdy Indonezja, jak inne kraje, stoi w obliczu dewastacji ze strony pandemii Covid-19, rząd próbuje w większym stopniu zdestabilizować życia ludzkie i zrujnować ich dochody, po to by zagraniczne firmy mogły wyciskać bogactwo z kraju” – napisała w oświadczeniu sekretarz generalna ITUC, Sharan Burrow.

Nawet wielkie firmy inwestycyjne mają swoje obiekcje wobec ustawy. Przedstawiciele 35 największych firm inwestycyjnych operujących na rynku indonezyjskim wystosowali do rządu list, w którym przestrzegają przed skutkami deregulacji w dziedzinie ochrony środowiska. Zdaniem tej branży, ustawa może mieć poważne reperkusje, które „odbiją się na atrakcyjności indonezyjskich rynków”. Zamiast likwidacji regulacji ekologicznych, firmy zachęcają rząd do zwiększenia ochrony nad lasami i bagnami i wprowadzenia planu „zielonej odbudowy”.

Indonezja idzie w prawo

Ustawa została przegłosowana szybko, w czasie gdy parlament, media i rząd skupieni byli na pogarszającej się sytuacji wokół pandemii. Sposób w jaki uchwalono Omnibus Law przywodzi na myśl antydemokratyczne praktyki z okresu dyktatury generała Suharto. Po tym jak w 1998 roku obalono tamten reżim i wprowadzono demokrację, zapanował pluralizm polityczny, przeprowadzono reformy, związki zawodowe podniosły głowę. W kontrze do nowego rozdania pozostały elity indonezyjskiej armii, które w demokratycznej Indonezji nie miały już do powiedzenia tyle co wcześniej. Stara generalicja związana ze starym reżimem, sympatyzuje z partiami prawicy i współpracuje z miejscowymi oligarchami, oczekując na swój moment.

Obecny prezydent Indonezji, Joko Widodo, powszechnie znany jako Jokowi, doszedł do władzy w 2014 roku na fali ludowego wsparcia, utożsamiany z demokratyczną i postępową zmianą, uwielbiany przez indonezyjską, lewicową młodzież. W oczach wielu ludzi jawił się jako „człowiek z ludu”, bez elitowo-establiszmentowych powiązań i co najważniejsze bez powiązań ze starym reżimem. Dzisiaj Jokowi zadaje swoim wyborcom i miłośnikom cios jako autor ustawy Omnibus. W opozycji do nowego prawa występują właśnie ci, którzy stanowili trzon jego wyborczej bazy. Ale Jokowi już wcześniej dla utrzymania stabilności swoich rządów zmuszony został do kompromisów i ustępstw względem potężnego lobby związanego z armią.

W ostatnich wyborach w 2019 roku konkurentem Widodo był prawicowy polityk związany z armią, prywatnie zięć dyktatora Suharto, Prabowo Subianto, przez zwolenników często nazywano po prostu Prabowo. Warto tu wspomnieć o tej osobie, bo w indonezyjskiej polityce odgrywa on rolę większą nawet, niż sam prezydent Joko Widodo.

Szkolony przez amerykańską armię, Prabowo Subianto był w czasach dyktatury dowódcą niesławnej grupy sił specjalnych o nazwie Kopassus. Żołnierze tych jednostek, oprócz pełnienia roli sił specjalnych, wykonywali wiele hańbiących operacji na żądanie reżimu. Pacyfikowali wsie podejrzewane o sprzyjanie lewicy lub ruchom autonomicznym, wymordowali blisko pół miliona działaczy społecznych podejrzewanych o przynależność do partii komunistycznej, odpowiedzialni byli za falę zbrodni i terroru w okupowanym Timorze Wschodnim, terroryzowali ludność na Zachodniej Papui, zabijali dziennikarzy, porywali, mordowali i gwałcili przeciwników reżimu, przeprowadzali czystki etniczne w zbuntowanych prowincjach Indonezji.

Pod koniec lat 90-tych, gdy w Indonezji zaczął dojrzewać kryzys polityczny, który ostatecznie zmiótł reżim Suharto, żołnierzami Kopassus dowodził właśnie Prabowo Subianto. Również w tym czasie jednostki te prowadziły brutalne działania przeciwko opozycji. W latach 1997-1998, niemal w przeddzień zakończenia dyktatury, funkcjonariusze Kopassus porwali kilkadziesiąt osób związanych z ruchem na rzecz demokracji. Porwani byli brutalnie przesłuchiwani, torturowani a część z nich zniknęła bez wieści i do tej pory nie wiadomo co się z nimi stało. Gdy w kwietniu 1998 roku w kilku dużych miastach Indonezji doszło do masowych protestów studenckich i walk z policją, reżim postanowił odwrócić uwagę protestujących i sprowokować walki etniczne. Uwagę zbuntowanej ulicy skierowano przeciwko chińskiej mniejszości, tradycyjnie najbogatszej, posiadającej hotele, supermarkety, restauracje, salony samochodowe i banki. Tłumy rabusiów zaatakowały należące do chińskich Indonezyjczyków lokale. Rabowano je, podpalano a właścicicieli zabijano. Napadano na kobiety i zbiorowo je gwałcono. Ofiarą tych orgii przemocy padło kilka tysięcy osób, zgwałconych zostało kilkaset kobiet. Organizacje praw człowieka są zdania, że za podsycaniem tych nastrojów stali funkcjonariusze Kopassus. Oni też inicjowali brutalne, zbiorowe gwałty na miejscowych Chinkach, fotografowali te zajścia i rozpowszehniali fotografie celem dalszego podsycania napięcia między Indonezyjczykami. Celem było odwrócenie uwagi od rządu i przerzucenie winy za kryzys na miejscową mniejszość chińską. Strategia ta znana jest oczywiście od dawna. W Europie, w historii przyjmowała na przykład formę pogromów antysemickich a w Azji Południowo – Wschodniej, gdy rządy chciały odwrócić uwagę od swojej nieudolności w rządzeniu, lub od kryzysu ekonomicznego, inicjowano pogromy antychińskie. W tym właśnie czasie na czele Kopassus stał Prabowo Subianto, dzisiaj popularny polityk prawicy i czołowy oponent Joko Widodo w ostatnich wyborach.

W czasie kampanii wyborczej 2019, zainspirowany politycznym awanturnictwem Donalda Trumpa, Subianto obiecywał, że chce “ponownie uczynić Indonezję wielką” (hasło wyborcze było w języku angielskim i brzmiało dosłownie: “Make Indonesia Great Again”) . Należy się obawiać, że miał na myśli powrót do sytuacji sprzed 1998 roku. Gdy w ostatnich wyborach ponownie przegrał z Jokowi, ogłosił, że wybory zostały sfałszowane. Jego agresywni zwolennicy wyszli na ulice i zorganizowali szereg burzliwych protestów, które doprowadziły do zamieszek, eskalacji aktów przemocy i śmierci kilku osób. Zagoniony do kąta Jokowi, zamiast przeciwstawić się awanturnictwu prawicowego rywala, zgodził się dokooptować go do swojego rządu, w charakterze.. Ministra Obrony.

Jednak nawet będąc członkiem gabinetu Jokowiego, Prabowo Subianto prowadzi swoją własną grę polityczną, rozbudowując wpływy. W ostatnim czasie otrzymał na przykład zaproszenie do Waszyngtonu od Donalda Trumpa. Takiego zaproszenia nie dostał prezydent Joko Widodo. Samo zaproszenie Prabowo do Waszyngtonu jest kontrowersyjne. Do tej pory Prabowo był na liście osób z zakazem wjazdu do USA w związku ze swoim udziałem w łamaniu praw człowieka i zarzutami o udział w działalności przestępczej. Administracja Trumpa pogwałciła tu własne, amerykańskie zasady. Jest ku temu jednak ważny powód. Otóż Indonezja planuje właśnie zakup nowych samolotów bojowych i Stany Zjednoczone są żywo zainteresowane dostarczeniem ich. Do przetargu chce przystąpić Rosja, więc wybiórcze, amerykańskie standardy dotyczące praw człowieka musiały odejść tu na dalszy plan.

Ustawa Omnibus jest korzystna dla zaplecza indonezyjskiej prawicy. Wśród tego zaplecza są miejscowe i zagraniczne, w tym amerykańskie korporacje wydobywcze i sieci plantacji. Są też gigantyczni inwestorzy z Chin, którzy już teraz na masową skalę unowocześniają infrastrukturę kraju, ale czynią to przecież dla zysku. Rząd odczuwa presję z każdej strony i nie może się cofnąć na krok, tym bardziej, że do kolejnych wyborów jest jeszcze kilka lat, więc presja kalendarza wyborczego na razie nie jest silna.

Globalny problem

Choć Indonezja wydaje się być krajem odległym od Europy, to odgrywa ona ogromne znaczenie nie tylko w tym sensie, że jest największą gospodarką Azji Południowo – Wschodniej i trzecią największą demokracją świata, której rola polityczna i ekonomiczna rośnie. Ważna jest też dlatego, że dewastacja przyrody, w tym niszczenie lasów deszczowych ma bezpośredni wpływ na globalny klimat, w tym pośrednio na temperatury i powietrze, którymi się cieszymy w Europie. Być może zmiana na stanowisku prezydenta w USA zaowocuje większą troską o skuteczne działanie międzynarodowych porozumień i tym sposobem wpłynie na kierunek zmian klimatycznych w Indonezji. Jeśli nie, to cały ciężar walki z dewastacją indonezyjskiej przyrody i po części światowego klimatu, leży w rękach miejscowych aktywistów.

Ponadto prawicowy zwrot w polityce tak ważnego kraju jest zagrożeniem dla światowej demokracji i bezpieczeństwa. Już dzisiaj na świecie mamy szereg autorytarnych i populistycznych rządów w dużych, ważnych krajach – od Brazylii, poprzez Filipiny, coraz bardziej autorytarne Indie i wreszcie Stany Zjednoczone, gdzie wprawdzie udało się pokonać w wyborach Donalda Trumpa, ale połowa Amerykanów jest gorąco oddana jego agresywnemu i populistycznemu nacjonalizmowi i nie należy się spodziewać, że te nastroje się zmienią. Prawicowy zwrot w polityce tak ważnego kraju jak Indonezja doda wiatru w żagle różnym mniejszym ruchom populistycznym na świecie, także tym w Europie Środkowej. Dlatego demokratyczną walkę indonezyjskiej ulicy należy postrzegać jako część światowej walki o demokrację, pokój i postęp.

Jak długa fala tsunami

Kryzys jest dobrze widoczny na polskim rynku pracy, mimo wciąż niskiego bezrobocia.

Dane o rejestrowanym bezrobociu jeszcze nie odzwierciedlają wydarzeń ostatnich miesięcy: mnóstwo osób straciło źródło utrzymania, liczba ofert pracy na rynku zmalała i są one mniej atrakcyjne niż przed kryzysem.
Ograniczając swoją działalność w czasach kryzysu firmy rezygnują z zatrudniania nowych pracowników, redukują koszty (co odbija się na liczbie zatrudnionych pracowników i oferowanym wynagrodzeniu) oraz rezygnują z inwestycji – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Kryzys wywołany epidemią COVID-19 oraz falą regulacji destabilizujących działalność podmiotów gospodarczych jest wciąż głównym tematem debat, także dotyczących polityki społecznej. Kondycja rynku pracy, na którym zatrudnionych jest 16,5 milionów Polaków (dane Głównego Urzędu Statystycznego), często niesłusznie oceniana jest wyłącznie zero-jedynkowo – tylko na podstawie spadku bądź wzrostu rejestrowanego bezrobocia. Tymczasem poza rejestrowanym bezrobociem, kryzys jest dostrzegalny również w innych aspektach funkcjonowania rynku pracy.
Płytkie postrzeganie rynku pracy powoduje, że podstawowym celem programów rządowych (tzw. tarcz antykryzysowych) staje się „utrzymanie miejsc pracy”. Premier pod koniec kwietnia mówił o 2 milionach „uratowanych miejsc pracy”, w połowie maja (19.05) o 2,5 mln, a pod koniec maja liczba ta wzrosła do 4 milionów. Minister Marlena Maląg (14.05) oświadczała zaś, że rząd z sukcesem „ochronił” 5 mln miejsc pracy.
Informacje te wynikają z błędnej interpretacji faktu, że do ZUS i urzędów pracy wpłynęło ponad 5,8 mln wniosków o pomoc (dane z 10.06), a także z informacji z Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej z początku czerwca, wskazujących na stabilną liczbę aktywnych działalności gospodarczych (2,48 mln) – nawet większą niż na początku roku 2020.
Choć wiadomo, ile podmiotów dostało czasowe dofinansowanie, pożyczki, zabezpieczenia kredytów, to wyliczenie liczby „uratowanych miejsc pracy” jest po prostu niemożliwe. Miejsca pracy są bowiem likwidowane z różnych powodów, np. z powodu automatyzacji. Pojawiają się natomiast, gdy jest na nie zapotrzebowanie – zauważa TEP. Rząd zaś utożsamia liczbę firm, które otrzymały wsparcie płynnościowe i liczbę zatrudnionych w nich pracowników z „uratowanymi miejscami pracy”.
I co gorsza, nie widzi, że lekarstwo na kryzys na rynku pracy tylko pogłębi lub przedłuży chorobę, bo ma charakter krótkoterminowy. Podstawowe założenia działań rządu w ramach „tarcz antykryzysowych” i „tarczy finansowej” są błędne i ryzykowne – odroczą jedynie zwolnienia w czasie i sprawią, że bezrobocie rejestrowane będzie rosnąć do końca roku, także dlatego, że kryzys dotyka nie tylko Polski, ale całego świata.
Problemem są również oficjalne dane dotyczące bezrobocia. Może ono wynosić nawet ponad 10 proc. Jak wskazuje bowiem badanie „Diagnoza+” przygotowane przez Uniwersytet Warszawski, ośrodek badawczy GRAPE i Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych, jedynie nieliczni (18 proc.) zarejestrowali się w urzędach pracy. Powody stojące za takim zachowaniem są różne: utrudnienia związane z rejestracją online w urzędach pracy, zamknięte budynki urzędów pracy, ryzyko zakażenia koronawirusem, np. w środku komunikacji miejskiej. Poza tym część zwolnionych jest w trakcie okresu wypowiedzenia i wciąż potencjalnie zwleka z rejestracją.
Ponadto, niewielki zasiłek dla bezrobotnych, który nie jest automatycznie gwarantowany po rejestracji w urzędzie pracy (należy spełnić kryteria ustawowe, a zasiłek otrzymuje zaledwie 17 proc. bezrobotnych, dane Międzynarodowej Organizacji Pracy) sprawia, że część osób nie wierzy w sens podejmowania kontaktu z urzędami pracy, w tym także szukanie zatrudnienia tą drogą.
Kryzys na rynku pracy będzie przypominał długą falę tsunami i dopiero się zaczyna. W trakcie kryzysu 2008-2009, na początku roku 2009 bezrobocie rejestrowane łagodnie rosło, natomiast w drugiej połowie roku przyśpieszyło, a jego wzrost trwał do marca 2010 roku. Światowej dekoniunktury nie da się uniknąć, więc ten scenariusz jest prawdopodobny.
Jeżeli poszerzymy nasze spojrzenie na rynek pracy, to rozmiary kryzysu są widoczne w spadku popytu na pracę. Komercyjne badania (Grant Thornton) pokazują, że w kwietniu ogłoszeń o pracę było o jedną czwartą mniej niż przed rokiem, w maju – o połowę mniej. Widać wyraźnie, że pracodawcy ograniczają swoje plany zatrudnieniowe -ocenia TEP. Optymizm wyrażany przez rząd, że liczba nowych ofert pracy wzrosła w maju 2020 r. w porównaniu z kwietniem 2020 r. aż o 37,7 proc. jest nieuzasadniony. Wzrost ten wynika bowiem z sezonowości pracy i zmniejszonej liczby obcokrajowców, w szczególności zza wschodniej granicy. Ponadto, pojawiające się nowe ogłoszenia z ofertami pracy są mniej atrakcyjne, bo np. pozbawione benefitów, m.in sportowych czy abonamentów medycznych. Oferty pracy tracą na atrakcyjności, ponieważ pracodawcy szukają oszczędności i muszą ciąć koszty.
Warto też zauważyć, że szeroko rozumiany rynek pracy to również wynagrodzenia – kwiecień 2020 r. był pierwszym od siedmiu lat miesiącem, w którym Polacy zarabiali mniej (dane za GUS, 2020), a wynagrodzenia w firmach zmalały o 1,4 proc. Również z „Diagnozy+” wynika, że gospodarstwa domowe zanotowały spadek dochodów z pracy.
I jeszcze jedno ważne zjawisko: w ostatnich miesiącach następuje intensywna cyfryzacja pracy – pracownicy uczą się korzystać z oprogramowania do pracy zespołowej, wykorzystywać zalety pracy 2.0, uzyskiwać zdalny dostęp do zasobów firmowych poprzez narzędzia do pracy grupowej, a także uczestniczyć w wirtualnych spotkaniach.

Nadciąga fala bezrobocia

Polacy boją się straty pracy bardziej niż koronawirusa. Wiedzą, że urzędy pracy nie pomogą im w jej znalezieniu.

Tak jak fale tsunami poprzedzone są wstrząsami na dnie morza, tak epidemia COVID19 oraz restrykcje nałożone przez rząd na działalność gospodarczą spowodują dramatyczne zmiany na rynku pracy. Obecnie obserwujemy względny spokój, ale tylko dlatego, że nie dysponujemy odpowiednimi narzędziami.
Statystyki bezrobocia (Głównego Urzędu Statystycznego, Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej) nie są w stanie pokazać ani prędkości z jaką porusza się fala, ani jej wysokości. Tymczasem tsunami już ruszyło i porusza się z olbrzymią prędkością.
Ograniczenia w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej i poruszania się oraz obawy związane z rozwojem pandemii odwróciły pozytywny trend na rynku pracy obserwowany przez ostatnie lata. Obecnie wchodzimy w okres, w którym przedsiębiorstwa szukają oszczędności poprzez obniżanie poziomu wynagrodzeń i wymiaru czasu pracy zatrudnionych oraz, w ostateczności, poprzez zwolnienia pracowników, zarówno indywidualne, jak i grupowe. Wpływa to na wzrost bezrobocia – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Choć obecnie znaczna ilość zatrudnionych nie pracuje lub pracuje w zmniejszonym wymiarze, a Urzędy Pracy zasypywane są wnioskami o rejestrację na liście bezrobotnych, to według opublikowanych przez MRPiPS danych z 6 maja 2020 wynika, że stopa bezrobocia rejestrowanego zachowuje się dość stabilnie: 5,7 proc. w końcu kwietnia br. (w marcu 5,4 proc. wg. GUS).
Po raz pierwszy od dłuższego czasu stopa bezrobocia przewyższa jego poziom w analogicznym miesiącu roku ubiegłego (w kwietniu 2019 r. 5,4 proc.). Jednak dane te nie odzwierciedlają w pełni sytuacji na rynku pracy.
Załamanie w zatrudnieniu nie jest widoczne w statystykach bezrobocia. Część osób, które straciły pracę, pojawi się w statystykach urzędów pracy dopiero, gdy minie im okres wypowiedzenia zawarty w ramach umów o pracę (jeden lub trzy miesiące). Do pełnego obrazu stanu rynku pracy brakuje więc informacji o tym, ile osób znajduje się obecnie w okresie wypowiedzenia. Podjęte decyzje o zwolnieniach zaczną być w większym stopniu widoczne w rejestrach bezrobotnych dopiero w czerwcu i kolejnych miesiącach, co będzie przypominać długą falę niszczycielskiego tsunami.
Istnieje też grupa osób, które z różnych względów nie zdecydują się na rejestrację w urzędach pracy i będą próbować samodzielnie znaleźć pracę. Tym bardziej, że kwota zasiłku dla bezrobotnych jest niewielka (przy stażu pracy od 5 do 20 lat – 861,40 zł netto przez pierwsze trzy miesiące, a przez kolejne – 676,40 zł). W większości są to osoby wykonujące pracę na podstawie umów cywilno-prawnych lub samozatrudnione, a więc przyzwyczajone do polegania na sobie.
Warto dodać, że same urzędy pracy nie mają opinii instytucji pomagającej w znalezieniu pracy. Ponadto proces rejestracji bezrobotnych jest w tej chwili opóźniony – wnioski można składać online oraz drogą pocztową, co dla części osób jest problemem. Dodatkowo, wewnętrzne procedury powodują, że rejestracja nie odbywa się w momencie złożenia wniosku, a gdy we wniosku brakuje jakiejś informacji, jej uzupełnienie (drogą elektroniczną) trwa i przeciąga proces rejestracji.
Powszechnie uważa się, że skutki COVID-19 na rynku pracy nie są natychmiastowe, co nie jest prawdą. Po prostu nie widzimy ich w statystykach – zauważa TEP. W związku z tym rząd, nie mając danych, nie jest w stanie przygotować właściwej odpowiedzi na pogarszającą się sytuację na rynku pracy.
Obecna sytuacja pokazuje, że niezbędna jest zmiana w klasyfikowaniu bezrobocia. Dostępne są co prawda wskaźniki obliczane na podstawie wyników BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności), jednak badanie to jest realizowane kwartalnie. Aby móc reagować właściwie na pogarszającą się sytuację na rynku pracy niezbędne jest opracowanie wskaźnika, który pokazywałby sytuacje w ujęciu niemal z dnia na dzień, bądź z opóźnieniem tygodniowym, w tym uwzględniając osoby, które już straciły pracę, ale jeszcze nie są bezrobotne.
Z jednej strony socjalne zdobyczne w zakresie prawa pracy są uznawane za element Europejskiego Modelu Społecznego i zapobiegają sytuacji widocznej w USA, gdzie osoby zwalniane, błyskawicznie ustawiają się w kolejkach po świadczenia wynoszące około 600 USD na tydzień. Efekt to 33,5 miliona zarejestrowanych bezrobotnych (stopa bezrobocia prawie 15 proc., najwyższa w historii USA).
Z drugiej strony wydaje się, że gdy utrzymanie miejsc pracy staje się dla rządu ważniejsze niż negatywne konsekwencje utrzymywania „na siłę” zatrudnienia w przedsiębiorstwach, zachodzi obawa czy będzie to rozwiązanie efektywne. Rząd nie ma narzędzi, aby ocenić skutki swoich decyzji, dlatego może odwołać się tylko do przesłanek moralnych.
W czasach kryzysu elastyczny rynek pracy, jak w USA, prowadzi do mniejszego obciążenia przedsiębiorstw, większych wahań w zatrudnieniu, ale i szybkiego wzrostu zatrudnienia, gdy kryzys się kończy. W Polsce przeważa myślenie, że należy “ratować miejsca pracy” za wszelką cenę, ale za realizację tej myśli odpowiada przedsiębiorca, czasem wspierany przez rząd, czego przykładem jest m.in. najnowsza, dyskutowana i wywołująca kontrowersje propozycja zawieszenia stosunku pracy na trzy miesiące.
Tymczasem tylko co czwarty przedsiębiorca ma płynność finansową, która pomoże mu przetrwać więcej niż trzy najbliższe miesiące (raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego). Utrata płynności spowoduje porzucenie planów rozwoju, a nawet ograniczenie skali działania (downsizing). Utrzymywanie nieproduktywnych miejsc pracy jedynie pogarsza sytuację. Niezbędna jest większa elastyczność na rynku pracy w relacjach pracownik – pracodawca.
W marcu przedsiębiorcy zwlekali jeszcze ze zwolnieniami, licząc na uchwaloną 31 marca tarczę antykryzysową. Dlatego bezrobocie w statystykach jest jeszcze umiarkowane. Natomiast rozwiązania zaproponowane w kolejnych wersjach tarcz antykryzysowych (w tym brak programów dla bezrobotnych) spowodują najwyżej odsunięcie w czasie fali zwolnień, poprzez udzielanie pomocy finansowej pracodawcom, którzy utrzymają stan zatrudnienia w okresie wypłat wsparcia. To powoduje, że dopiero po tym okresie pracodawcy będą dokonywali szacunków, na ile warunki prowadzenia działalności gospodarczej pozwolą na utrzymanie dotychczasowego stanu zatrudnienia. Rząd twierdzi, że dzięki tarczy udało się już ochronić 250 tys. miejsc pracy, jednakże nie jest pewne, czy nie było to jedynie odsunięcie tsunami w czasie.
W najbliższych miesiącach stopa bezrobocia może wzrosnąć do poziomu ok. 8 proc., a do końca roku wyniesie ponad 10 proc., co oznacza, że bez pracy zostanie ponad 2 mln Polaków. Paradoksalnie do wzrostu rejestrowanego bezrobocia może przyczynić się zapowiadany wzrost kwoty zasiłku dla bezrobotnych – zmobilizuje do rejestracji część osób pozostających bez pracy, a część zniechęci do szukania pracy.

Gospodarka 48 godzin

Gorzej z pracą

W dobie pandemii koronawirusa tysiące ludzi straciło lub w najbliższym czasie straci pracę. W kwietniu liczba bezrobotnych w Polsce wzrosła o niemal 60 tysięcy osób, co jednak miało niewielki wpływ na statystyczny, ogólny wzrost bezrobocia. Jak wynika z raportu „Monitor Rynku Pracy” zrealizowanego przez Instytut Badawczy Randstad, w tej chwili ponad jedna czwarta pracowników w naszym kraju poważnie obawia się zwolnienia. W bardzo wielu przypadkach terminy wypowiedzeń już biegną, więc może dojść do szybkiego pogorszenia sytuacji na polskim rynku pracy. Niewykluczone, że wzrośnie liczba rodaków, pragnących wyjechać do pracy „na saksy”. W Niemczech urzędowa stawka minimalna wynosi 9,35 euro brutto za godzinę (około 42,50 zł). Kraj ten, jako członek Unii Europejskiej musi gwarantować równy dostęp do zatrudnienia obywatelom wszystkich innych państw należących do wspólnoty.
Nad Renem i Łabą, mimo kryzysu, występuje wysoki popyt na pracowników sezonowych zwłaszcza w rolnictwie – do prac sezonowych potrzeba tam ponad dwustu tysięcy ludzi. Kolejne tysiące poszukiwane są w sektorze handlu detalicznego oraz w handlu internetowym. Ponadto, jak informuje Niemiecki Związek Pielęgniarek (DPV), jeszcze przed koronakryzysem, brakowało w sumie prawie 200 tys. pracowników w szpitalach, opiece ambulatoryjnej i domach spokojnej starości. Zapotrzebowanie na kolejne prawie 100 tys. pracowników wyraża również tzw. branża opiekuńcza (dotyczy to pracy polegającej na bezpośredniej opiece nad seniorami w ich domach). Wciąż niełatwo jednak wyjechać z Polski do Niemiec. Teoretycznie, zgodnie z przepisami każdy obywatel naszego kraju może przekroczyć granicę polsko-niemiecką, posiadając przy sobie dokument tożsamości (dowód osobisty lub paszport), o ile posiada istotny powód. Takim istotnym powodem może być wyjazd do pracy. Jednak od 10 kwietnia osoby wjeżdżające do Niemiec objęte są obowiązkową, 14-dniową kwarantanną, w czasie której muszą pozostać w domu, a wjazd do tego kraju muszą zgłosić miejscowym władzom.
Od wyżej wymienionych przepisów obowiązuje tylko parę wyjątków, które dotyczą osób pracujących w branży transportowej, medycznej czy opiekuńczej (trzeba wykazać, że pracuje się w tych dziedzinach i że opieka nad starym człowiekiem jest niezbędnym elementem systemu opieki zdrowotnej oraz koniecznym wsparciem dla osoby wymagającej szczególnej troski ), a także pracowników przyjeżdżających do pracy w Niemczech codziennie lub co 5 dni. W dodatku w Niemczech wciąż funkcjonują ograniczenia w poruszaniu się w przestrzeni publicznej. Wyjścia na zewnątrz możliwe są tylko pojedynczo lub w parach, należy też zachowywać minimum 1,5 metrowy dystans od innych osób. We wszystkich niemieckich landach obowiązuje nakaz zakrywania ust i nosa w sklepach i środkach transportu publicznego. Łatwiejsze jest dziś przyjechanie z Niemiec do Polski niż odwrotnie. Od 4 maja zniesiono obowiązek 14-dniowej kwarantanny dla osób, które przekraczają wewnętrzną granicę unijną z państwem sąsiadującym i robią to w ramach wykonywania czynności zawodowych, służbowych lub zarobkowych. Niemcy jakoś nie palą się jednak do szukania pracy nad Wisłą.

Przyszłość polskiej gospodarki

Świat ekonomii od wielu lat stoi przed trudnym wyzwaniem wyjaśnienia przyczyn cykli koniunkturalnych. Z obserwacji i analiz wiemy, że liberalne gospodarki rynkowe nie rozwijają się równomiernie. Niekiedy obserwuje się okresowe przyspieszenia i spowolnienia gospodarki, zmieniającej się stopy bezrobocia oraz wahania poziomu produkcji.

Dzisiaj cały świat żyje tematem COVID-19, który dla gospodarek wszystkich państw okazał się ,,Czarnym łabędziem’’ odpowiedzialnym za kryzys, jakiego świat nie widział od blisko stu lat.

Sam wirus był jedynie pośrednią przyczyną kryzysu, realnym czynnikiem było pęknięcie bańki spekulacyjnej i spadek popytu agregatowego.
Polski Instytut Ekonomiczny na początku kryzysu, jeszcze w marcu spekulował trzy możliwe do spełnienia wizje polskiej gospodarki: optymistyczna, negatywna i neutralna. Wariant optymistyczny, który przewidywał koniec recesji w maju, jak widzimy, nie spełnił się. Nie możemy całkowicie winić analityków z PIE, obecny rząd wykazuje brak wyciągania logicznych wniosków z podstaw makroekonomii. Tarcze antykryzysowe, które w teorii miały pomóc zarówno pracownikom, jak i pracodawcom, pomogły jedynie biznesowi, a wzrost zwolnień stale rośnie (ostatnia wartość: 5,7 proc. ). Dla ustabilizowania gospodarki w czasie kryzysu najważniejsze jest pobudzanie efektywności gospodarczej przez zwiększanie popytu wewnętrznego. Dla takiej polityki ekonomicznej ważne jest, by zmniejszać bezrobocie, obniżać stopy procentowe i zwiększyć wydatki państwa. Dzisiaj doskonale wiemy, że Bank Centralny poszedł po rozum do głowy i obniżył stopy procentowe do poziomu 0,5 proc., ale dalej pozostaje kwestia wydatków państwa. Sprawa jest oczywista – poszerzanie polityki fiskalnej. Celem poszerzania polityki fiskalnej powinno być wypuszczanie nowych pieniędzy w rynek, które pozwoliłyby na sfinansowanie zakupów rządowych.

To nie tak, że nas nie stać

Do niedawna rządy żyły przeświadczeniem, że pieniądze są ograniczonym zasobem i państwo ma ich tyle, ile ma. Kryzys obnażył takie obłudne myślenie, a państwa rozwiniętych gospodarek do walki z kryzysem poszerzają ofertę polityki fiskalnej (przykład Hiszpanii, która zapowiedziała projekt Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego) i zwiększenia wydatków publicznych. Obecnie samo sterowanie pieniądzem fiducjarnym, czyli takim, który z natury rzeczy jest oparty o ,,zaufanie’’ potwierdza fakt, że rząd i państwo, mając kontrolę nad sprawami gospodarczymi, nie powinno mieć żadnych problemów z wydatkami budżetowymi na, chociażby publiczną służbę zdrowia. Rząd nie ma empirycznej podstawy do twierdzenia, że ,,nas nie stać’’.

Kolejny scenariusz ekspertów z PIE, który został opracowany przy wykorzystaniu przewidywań spadku popytu wewnętrznego i zewnętrznego, zakłada przywrócenie gospodarki do stabilnego poziomu w lipcu 2020 i spadek od 4 do ok. 7 punktów procentowych PKB. Przy zachowaniu obecnego modelu polityki ekonomicznej, możemy spodziewać się spadku płac o ok. 1 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Niestety smutny wniosek, jaki można wyciągnąć z analiz obecnej sytuacji ekonomicznej, jest fakt, że każda możliwa opcja zakłada dalszą recesję w najbliższym czasie.

Groźne bezrobocie

Odnosząc się do rosnącej stopy bezrobocia, należy podkreślić, dlaczego bezrobocie jest dla obecnej sytuacji gospodarczej niebezpieczne. Angielska ekonomistka Joan Robinson mawiała, że od ciężkiej pracy za marne grosze, gorsze jest tylko bezrobocie. Niestety prawdopodobieństwo utraty pracy, którą często pracodawcy usprawiedliwiają cięciem kosztów i samą możliwością znalezienia pracy, są dla dzisiejszego kapitalizmu oczywiste i powszechne. Ludzie, tracąc pracę, tracą możliwości dochodu – co w skali makro ma znaczący wpływ na spadek popytu agregatowego.

Zjawisko bezrobocia jest dla ekonomii jasnym przekazem braku optymalności jej działania, ale także braku wykorzystywania w pełni swoich zasób produkcyjnych. Zwolennicy teorii MMT, ale także Keynesowska ekonomia proponuje politykę pełnego zatrudnienia. Oznacza to, że rząd stawia sobie za cel zlikwidowanie bezrobocia i do tego celu ma dążyć. W jaki sposób rząd mógłby to zrobić? W bardzo prosty:
uchwalić program gwarantowanego zatrudnienia i na mocy tej umowy zagwarantować bezpieczeństwo posiadania swojego miejsca w życiu gospodarczym każdemu obywatelowi. W taki sposób można poprawić sytuację w sektorze budowniczym, infrastrukturze, ale nawet w opiekuńczo-wychowawczym zgodnie z zasadą ,,żadna praca nie hańbi’’. Taki program zatrudnienia powinien obejmować pakiet świadczeń socjalnych i praw pracowniczych, likwidując problem,,umów śmieciowych’’. Jeżeli chodzi o płacę dla osoby na takiej umowie, musi ona wiązać się z płacą minimalną w takimstopniu, by cykliczność sytuacji gospodarczej określała poziom efektywnej płacy minimalnej.

Należy postawić sobie jasną deklarację, w okresie pandemii wszyscy ruszyli po pomoc do państwa. Prywatna służba zdrowia w starciu z publiczną przegrała i zawiesiła swoją działalność. Ludzie w czasie koniunktury często narzekali na publiczną służbę zdrowia, liberałowie wnosili postulaty o prywatyzacji służby zdrowia. Dzisiaj wiemy, że popyt na usługi państwowe znacząco przewyższył popyt na prywatną służbę zdrowia, wniosek jest prosty – jak trwoga, to do państwa. Często wysuwana krytyka wobec PRL-u o zadłużaniu kraju okazała się nietrafiona, gdyż w porównaniu do liberalnych rządów, którym zależy na stabilnym budżecie, a nie myśli o potrzebach ludzi, PRL coś robił. Budował mieszkania, w których wiele ludzi do dzisiaj mieszka i zapewniał byt wszystkim obywatelom. PRL i ówczesna władza w przeciwieństwie do dzisiejszych liberałów nie biadoliła, tylko robiła.

Gospodarka 48 godzin

Niemożliwa rada

W Polsce powinna powstać rada fiskalna – instytucja nadzorująca przestrzeganie reguł fiskalnych w naszym kraju Jej funkcjonowanie mogłoby uzupełniać reguły fiskalne – uważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich. Zadaniem takiej rady powinno być przede wszystkim monitorowanie przestrzegania reguł fiskalnych, prowadzenie i inicjowanie debaty o stanie finansów publicznych, propagowanie wiedzy na te tematy, tak aby zniwelować przewagę informacyjną administracji rządowej nad społeczeństwem. Taka instytucja, jeśli powstanie, musi od samego początku cieszyć się pełnym zaufaniem i niekwestionowaną wiarygodnością, a więc jej stworzenie wymaga apolityczności, a zarazem konsensusu politycznego – co jednak w Polsce jest niestety całkowicie niemożliwe do osiągnięcia.

Zmarnowane lata

Rząd PiS zmarnował mijające pięć lat dobrej koniunktury, w efekcie czego polskie finanse publiczne oraz system opieki zdrowotnej nie są przygotowane na epidemię koronawirusa. „Zrównoważony budżet” to sztuczka księgowa, służąca rządowej propagandzie – w rzeczywistości, planowany pierwotnie deficyt sektora finansów publicznych, po odliczeniu dochodów jednorazowych, miał w 2020 roku wynieść 2,2 proc. PKB (ponad 50 mld zł), czyli niewiele mniej niż 2,6 proc. PKB odnotowane w 2015 roku. W tym samym czasie 13 państw UE planowało osiągnąć nadwyżki. Jednocześnie nie przeprowadzono żadnej gruntownej reformy zwiększającej efektywność służby zdrowia, skupiając się przede wszystkim na wzroście transferów socjalnych. Tak działania rządu PiS ocenia dr. dr. Aleksander Łaszek z Forum Obywatelskiego Rozwoju. Jego zdaniem wstrzymane powinny zostać wszystkie działania PiS pogłębiające chaos w systemie wymiaru sprawiedliwości i osłabiające poziom praworządności. Ponadto, w sytuacji rosnącej niepewności związanej z możliwymi konsekwencjami epidemii koronawirusa, jeszcze bardziej pilne niż dotychczas staje się ograniczenie niepewności generowanej przez błyskawiczne zmiany legislacyjne, wprowadzane przez obecny rząd. Słusznym kierunkiem jest więc apel polskich przedsiębiorców o zawarcie paktu społecznego pod hasłem „2020 rokiem regulacyjnego spokoju”.  Jednocześnie, koronawirus nie może stanowić pretekstu do dalszego obchodzenia istniejących reguł fiskalnych, co grozi pogłębieniem strukturalnych problemów polskich finansów publicznych.

Niskie bezrobocie

Stopa bezrobocia w Polsce w kwietniu wzrosła o 0,3 punktu procentowego w porównaniu z poprzednim miesiącem – z 5,4 proc. w marcu do 5,7 proc. Jest to również wzrost w stosunku do kwietnia ubiegłego roku, kiedy to było 5,6 proc. bezrobotnych. Mimo wzrostu, obecny kwietniowy wynik jest wręcz zadziwiająco niski i może pokazywać, że nasz kraj nie odczuł fali zwolnień, takiej jaka ma miejsce na przykład w USA. Tam jednak jest nieco inny system, bo pracuje się raczej w cyklach tygodniowych, a nie miesięcznych. Eksperci wskazują, że najgorsze przed nami, a skutki wypowiedzeń (z reguły z trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia) ujawnią się w pełni dopiero latem i wczesną jesienią.

Gospodarka 48 godzin

Liderzy: Czechy i Holandia
W marcu, gdy pandemia koronawirusa dopiero zaczynała wywierać swe złowrogie piętno na wszystkich dziedzinach ludzkiego życia, w Europie panowało jeszcze niskie bezrobocie. Jak podaje Eurostat (urząd statytyczny Unii Europejskiej), dwa państwa były liderami jeśli chodzi o niską stopę bezrobocia: Czechy, gdzie bezrobocie w marcu bieżącego roku wynosiło 2 proc. (w marcu 2019 było tam nawet minimalnie większe: 2,1 proc.), oraz Holandia – 2,9 proc. (również spadek w porównaniu z marcem ubiegłego roku, kiedy zanotowano 3,3 proc.). Na drugim biegunie, tradycyjnie jak zawsze znajdowały się słabiej zorganizowane państwa Europy Południowej: Hiszpania oraz Grecja. W Hiszpanii bezrobocie w marcu bieżącego roku wyniosło 14,5 proc. – i w odróżnieniu od Czech i Holandii zwiększyło się w stosunku do marca 2019 r., kiedy to było tam 14,2 proc. bezrobotnych. Najprawdopodobniej jeszcze wyższe bezrobocie panowało w Grecji, bo w marcu 2019 r. wynosiło aż 18,5 proc. Jakie było w marcu tego roku, na razie nie wiadomo, bo Grecy jeszcze nie uporali się z przekazaniem do Eurostatu danych za marzec. Ostatnie wiarygodne dane z Grecji pochodzą ze stycznia bieżącego roku i mówią, że stopa bezrobocia wynosiła 16,4 proc. – co wskazuje, że Grecja zachowuje niechlubną pozycję lidera pod względem ilości osób bez pracy. W całej Unii Europejskiej stopa bezrobocia spadła w marcu tego roku do 6,6 proc. , podczas gdy w tym samym miesiącu ubiegłego roku wynosiła 6,9 proc. Niestety, dane z kwietnia 2020 r. będą już radykalnie zmienione w porównaniu z korzystnym, marcowym wynikiem.

Więcej pociągów
Przewoźnik PKP Intercity przywrócił kilkanaście połączeń dalekobieżnych, zawieszonych do tej pory z powodu epidemii koronawirusa, między innymi do Warszawy, Trójmiasta, Olsztyna, Łodzi, Szczecina czy Kołobrzegu. Firma sprzedaje bilety (wyłącznie razem z miejscówkami) tylko na połowę miejsc w pociągach (także bezprzedziałowych), w celu zachowania odpowiednich odstępów pomiędzy podróżnymi. Dotychczas kursowało niespełna 40 proc. średniej dziennej liczby pociągów, z tym, że część z nich, na skróconych trasach. Teraz przywrócono m.in. popołudniowy pociąg Kormoran (Warszawa – Olsztyn), poranny Korczak (Łódź Fabryczna – Warszawa), przedpołudniowy Prząśniczka (Warszawa – Łódź Fabryczna), popołudniowy Słonimski (Warszawa – Łódź Fabryczna), a także Słowiniec (rano z Warszawy do Gdyni, wieczorem z powrotem), Żuławy (Olsztyn – Szczecin i z powrotem) oraz Mamry (Białystok – Wrocław i z powrotem). Od 6 maja w pociągach dalekobieżnych znowu będą przewożone przesyłki konduktorskie.

Księga Wyjścia (50)

Ballada pięćdziesiątka.

To już pięćdziesiąty odcinek „Księgi wyjścia”. Poprzednie serie felietonów, zamieniały nadtytuł w zależności od sytuacji i miejsca w którym akurat byłem. Zaczęło się od „Angielskiego snu” przez „Świat od spodu”, „Raport z piekła”, „Zza lady, gdzieś w Polsce”, by dojść do obecnej „Księgi wyjścia”. Były to zapiski codziennych, aktualnych obserwacji ubrane w formę felietonu.
Tygodniowy zbiór subiektywnych zauważeń okraszonych własnymi wrażeniami, emocjami z dodaną opinią czy komentarzem. Felieton to taka trochę literacka forma dziennikarstwa, a jeśli literacka, to absolutnie nie należy traktować jej jako informację, niusa, czy reportażu – chociaż niekiedy te formy się splatają. Choćby dlatego, że są inspirowane faktami.
Wracając jednak do tego nadtytułu – „Księga wyjścia” jest on na tyle uniwersalny i tak ogólny, że może firmować każdy tekst. W końcu każdy z nas ciągle gdzieś, lub z czegoś wychodzi, a każda decyzja jest jakimś wyjściem – dosłownym lub metaforycznym. Wychodzimy z nałogów, z długów, kryzysu, z domu, z knajpy, z siebie, z apatii, z absurdu, niekiedy z niemocy i depresji, a ostatnio z pandemii. Pandemii, która wielu wpędziła w absurd. Niektórych do tego stopnia, że już się zapętlili w wypisywanych bzdurach. Bzdurach, z których bardzo trudno będzie im teraz wyjść z twarzą, a jeśli nie da się wybrnąć, to brną coraz bardziej, gotowi nawet iść i zabijać w imię wymyślonych teorii.
Smutne to, ale obserwując fejsbuka, jest już to zjawisko bardzo powszechne. Ale i to jeszcze nie jest najgorsze, bo jedyne co im grozi to większa lub mniejsza śmieszność, a w skrajnych przypadkach tupanie nogami. Najgorsze jest to, co dzieje się w sklepach, gdzie ludzie którzy powinni być traktowani jak bohaterowie są wyrzucani. Mam na myśli tę pielęgniarkę. To ona ryzykuje życiem i zdrowiem. To ona zajmuje się chorymi. Mimo, że sama boi się o własne zdrowie i życie.
Zastanawialiście się co będzie, gdy obecny stan już minie. Czy zaczniemy odbudowywać postbalcerowiczowski kapitalizm, czy może zbudujemy sobie kraj od nowa? Już wiadomo co działa, a co nie. Że krezus na umowie śmieciowej z dnia na dzień zostaje „dziadem”. Fakt, ma jeszcze dom, ale teraz trudno sprzedać. Polityka neoliberalna się nie sprawdziła, a obecna sytuacja jest tego namacalnym dowodem. Państwo wspiera banki, które i tak przetrzymują nasze pieniądze. Świadczy to jedynie o tym, że politycy zupełnie sobie nie radzą, i w sytuacji kryzysu po prostu się nie wiedzą co robić.
Celebryci też już do niczego nie są potrzebni, a telewizja śniadaniowa nie zapewnia posiłku. Cześć ludzi będzie w panice próbowała odzyskać dawną pozycję w upadających firmach i korporacjach. Niektórym pewnie nawet się uda, co nie znaczy, że powróci niedawny hajlajf.
Uda się niektórym, większość zostanie na lodzie z kredytami i rozbuchanym apetytem na konsumpcję. To dobry czas, by spojrzeć na świat i zastanowić się – co tak naprawdę jest ważne. Czy wczorajsza klasa średnia, zorientuje się, że ten neoliberalny kolos był na glinianych nogach i stał na bardzo podmokłym gruncie?
Ci, którzy nie odzyskają dawnych pozycji, z pewnością boleśnie tego doświadczą. Zupełnie jak trzydzieści lat temu, kilku cwańszych się wzbogaci, niektórych natomiast los wpedzi w nędzę.
Zwłaszcza tych, przyzwyczajonych już, że sukces sam puka do drzwi. Tacy ludzie mogą przeżyć gorzkie rozczarowanie. A w konsekwencji spaść na samo dno. Po pandemii wirusa, czeka nas fala depresji i samobójstw. Zatoczyliśmy koło i wracamy do początku lat dziewięćdziesiątych.
Oczywiście jest to czarny scenariusz, ale gdyby w lutym ktoś powiedział, że będzie pandemia i zakaz wychodzenia z domu, nikt by w to nie uwierzył. Zapewne wciąż mało kto wierzy, że akurat jego spotka upadek i z dnia na dzień znajdzie się na ławce.
Gdyby jednak tak miało się stać, to być może kilka ponizszych rad pomoże przetrwać Wam początek. A na pocieszenie mogę jedynie dodać, że niektórym udaje się z tego wyjść. Ale życie wygląda później zupełnie inaczej. Ponieważ jest to odcinek jubileuszowy, to ku przestrodze przypomnę kilka fragmentów dawnych tekstów, które w przypadku tego czarnego scenariusza mogą stać się jak najbardziej aktualne. Być może akurat teraz komuś się przydadzą:
(…) gdy zorientujesz się, że margines jest tuż za rogiem, wykluczenie czai za drzwiami, dno jest bliżej, niż się wydaje, a nędza tylko czeka, by złożyć niezapowiedzianą wizytę, masz znikomą szansę by temu zapobiec. Możesz się jedynie przygotować. Tak aby skutki upadku były jak najmniej dokuczliwe. Na zmianę losu nie warto liczyć. Systemowe rozwiązania, które cudownie odmienią życie, też nie działają. To nie jest odległy i nierealny kosmos — to rzeczywistość. Ja też kiedyś butnie twierdziłem: mnie to nie dotyczy. Życie jednak boleśnie zweryfikowało ten pogląd. Będąc już na samym dnie usłyszałem od jednego z kompanów: „Bezdomność i więzienie może dopaść każdego, niezależnie od stanu posiadania, wykształcenia, pozycji zawodowej lub społecznej. Trzeba być zaślepionym idiotą, by się tego zarzekać”. Ja byłem takim idiotą. Zorientowałem się, gdy było już za późno. Żyjemy na dnie, w społecznym rynsztoku, w humanitarnej kloace dobrobytu, gdzie straciwszy już wszystko, co tylko człowiek może stracić, desperacko usiłujemy utrzymać się przy życiu. Przynajmniej w sensie czysto biologicznym. Bo w medycznym to już jest fizyczna agonia ciała i psychiczna wegetacja duszy. Nafaszerowana beznadziejnym bólem. Bólem istnienia, który w desperacji usiłujemy uśmierzyć podłym alkoholem i równie podłymi narkotykami. Początkowo nawet się udaje. Utrzymujemy się przy życiu tylko po to, aby pewnego dnia ze sobą skończyć. (…) Przerwane kariery, życiowe katastrofy, koszący lot, pikowanie i upadek na dnie. A wszystko to w wyniku jednej lub kilku nieprzemyślanych decyzji, pechowego zbiegu okoliczności. Serii błahych niepowodzeń, nadmiernej wiary w innych oraz naiwnej ufności. Sięgając pamięcią do archiwum wspomnień, nie jestem w stanie odnaleźć tego pierwszego, tragicznego kroku, który zapoczątkował mój proces upadku.
(…) To, co już się raz zawaliło, drugi raz nie runie. Gruzy to najmocniejsza, najstabilniejsza i najbardziej trwała konstrukcja. Gruzy już nie runą (…)
(…) Jeśli myślisz drogi czytelniku, że ten problem Ciebie nie dotyczy, że to tylko patologia, margines, a tak naprawdę to na własne życzenie. Rychło zmienisz zdanie gdy pewnego poranka obudzisz się na ławce, ocierając szron z brwi. Zapytany wtedy, co wolisz: rybę czy wędkę? Bez wahania odpowiesz – kałacha.
Ale póki co – zanim się wyhuśtasz – to w cieple i klimatycznym komforcie przeczytaj poniższy tekst. Być może ocali Ci on życie. Jeżeli więc kiedykolwiek upadniesz na samo dno, niezależnie czy z własnej winy, czy też w wyniku splotu okoliczności, nie przejmuj się tym. Rozejrzyj się dokładnie, może się spotkamy. Zanim to jednak nastąpi, dam Ci kilka rad, które pozwolą odłożyć na później samobójstwo. Jeśli już życie kopnęło Cię w dupę to zrób wszystko, żeby przy następnym kopniaku połamało sobie nogę. Jeśli los Cię wydymał i nie miałeś z tego przyjemności to przynajmniej sprzedaj mu trypra. Najbardziej kluczowym jest pozbycie się marzeń, planów oraz wszelkich ambicji. Te kolorowe złudzenia koniecznie należy zostawić na górze. W przeciwnym wypadku strzelisz samobója już w połowie lotu. Gdy stracisz pracę, wyłączą prąd czy odejdzie rodzina. To jeszcze nic strasznego. Nie oszukuj się, że gdy tylko dotkniesz dna to się odbijesz. Najprawdopodobniej – jak my wszyscy – ugrzęźniesz w bagnie na dobre. Nie oszukuj się życiowymi maksymami, że co Cię nie zabije to Cię wzmocni. Jeśli tu lądujesz to znaczy, że już jesteś przetrącony. Zostałeś inwalidą. Nie zabiło i nie wzmocniło.
Nie wymachuj pięścią w kierunku nieba odgrażając się, że każdy kij ma dwa końce i kiedyś im pokażesz. Owszem ma dwa końce, ale ślad na dupie pozostaje taki sam, niezależnie od tego którym oberwiesz. Ergo – życie zaczyna się tu i kończy teraz, żadnego co ja teraz zrobię i jak będzie dalej. Będzie jak będzie. Nie zastanawiaj się i nie martw o jutro, bo nie wiadomo co jeszcze dziś zdarzyć się może.
Zaległych problemów i tak nie rozwiążesz więc zwyczajnie je olej. Nie trać energii na poszukiwanie wyjścia z sytuacji, bo go nie znajdziesz. Możesz jedynie trafić na nie przypadkiem.
(…) Jeśli już spotkaliśmy się w tym rynsztoku, przez chwilę możesz poszczycić się tym kim byłeś wcześniej. Da Ci to chwilowe złudzenie, że jesteś trochę lepszym zerem od nas wszystkich. Ale nie trwaj zbyt długo w tym przekonaniu, a tym bardziej nie forsuj go na siłę. Pamiętaj, że każdy z nas, miał jakąś przeszłość i niejednokrotnie mógłbyś się zdziwić z kim dzielisz ławkę. A zero jest zawsze zerem, nawet jeśli to wypadkowa sukcesów i porażek. Jeśli w porę tego nie zrozumiesz, to pozostałe zera odpowiednio Ci to wyjaśnią. Nie lituj się nad sobą i nie domagaj litości od innych. Litość to pogarda. Pamiętaj nie każdy zasługuje na to by móc Ci pomóc!!!
Zanim jednak tu wylądujesz, koniecznie musisz zaopatrzyć się w lufkę do nabijania znalezionych petów, pudełeczko do ich zbierania, ciepłe ubranie, wygodne buty oraz pojemną torbę – na znaleziska. I tyle tylko zabierz ze sobą z dobrobytu. Szczoteczką do zębów głowy sobie nie zawracaj. Pasty i tak nigdy nie zdobędziesz, a zęby wypadną szybciej niż myślisz, lub ktoś uczynny wcześniej Ci je wybije. Tak przygotowany przetrwasz w miarę bez szwanku pierwsze dni. Tylko uśmiechem tak naprawdę wkurwisz wszystkich tych, których cieszy Twój upadek. A potem…? Potem to już będzie tylko wesoło.
No tak, ale po tej radości przyjdzie mozolne wychodzenie z dna, nałogów – które zawsze pojawiają się na tej drodze – i budowanie życia od podstaw. Bo zarówno z nędzy jak i z dna – po pierwszym szoku – też trzeba będzie przynajmniej spróbować wyjść. A wierzcie mi, nie jest to łatwe. Ale na pocieszenie dodam, że niektórym się udaje. Ci szczęśliwcy widzą już świat zupełnie inaczej, wiedzą jak odróżnić prawdziwe szczęście od nic niewartych błyskotek. Życzę Wam byście nie musieli tego przechodzić, a jeśli już, to żeby udało się Wam wygrzebać.

W 3 tygodnie 22 mln Amerykanów straciło pracę

Pogłębia się kryzys gospodarczy w Stanach Zjednoczonych. Tylko w tamtym tygodniu po zasiłek dla bezrobotnych zgłosiło się 5 mln obywateli. Jeszcze nigdy w historii tego kraju, miejsca pracy nie znikały w takim tempie.

Dane opublikowane przez Departament Pracy pokazują, ze wzrost liczby bezrobotnych utrzymuje się na niezmiennym poziomie.
W tygodniu zakończonym 11 kwietnia po zasiłek dla bezrobotnych wystąpiło 5,245 mln Amerykanów. To o 1,37 mln mniej niż tydzień wcześniej, gdy zarejestrowano ponad 6,6 mln nowo rejestrowanych bezrobotnych. Dwa tygodnie temu odnotowano absolutny rekord w postaci niemal 6,867 mln.
Jeszcze tydzień wcześniej pracę straciło 3,3 mln (po rewizji w górę) ludzi, co było wówczas rekordem w 50-letniej historii tych statystyk. Rekord ten nie utrzymał się jednak długo. Łącznie przez ostatnie cztery tygodnie po zasiłek dla bezrobotnych zgłosiło się 22 mln Amerykanów. Zwykle wyniki kształtują się w przedziale 200-300 tys. i tylko w okresach recesji przekraczały 400 tys. tygodniowo. Są to więc rezultaty kilkukrotnie wyższe od poprzednich rekordów: w marcu 2009 roku oraz w sierpniu 1982 roku po zasiłek zgłaszało się po niespełna 700 tys. Amerykanów tygodniowo.
Wtedy były to okresy szczytowego nasilenia zjawisk recesyjnych, którym jednak już wcześniej towarzyszył głęboki spadek aktywności gospodarczej.
Teraz sytuacja jest zupełnie inna. Ten skok bezrobocia spowodowany jest wprowadzeniem szeregu restrykcji administracyjnych nakazujących zamknięcie sporej części amerykańskiego drobnego biznesu.
W ramach tzw. pakietu stymulacyjnego (The Coronavirus Aid, Relief, and Economic Security Act) specjalny zasiłek dla bezrobotnych należy się każdemu, kto stracił pracę (lub nie może jej wykonywać) z powodu administracyjnego zamknięcia gospodarki. Na mocy CARES rząd federalny dopłaca do stanowego zasiłku dodatkowe 600 USD tygodniowo.
Oznacza to, że w większości stanów wysokość tego zasiłku przekracza 1200 USD tygodniowo i jest on wyższy od mediany tygodniowego wynagrodzenia pracownika (wynoszącej 957 USD) w Stanach Zjednoczonych. Zatem dla wielu Amerykanów rejestracja uzyskanie statusu bezrobotnego faktycznie oznacza wzrost dochodów. Maksymalny czas pobierania tego zasiłku do 39 tygodni.

Kwarantanna znaczy bezrobocie i solidarność

Wolontariusze w Bagdadzie dystrybuują ryż, cukier, soczewicę, sklepikarze wieszają kartki „za darmo dla potrzebujących”. W kraju bogatym w ropę jedna piąta populacji żyje poniżej progu ubóstwa, a bezrobocie pogłębiło się znacznie od czasu wprowadzenie kwarantanny i godziny policyjnej. Ludziom została solidarność i nieskrywana radość z wycofywania się wojsk imperium amerykańskiego.

Oficjalnie w Iraku z powodu koronawirusa zmarło 56 osób, a ok. 800 jest zarażonych. Główne trudności przynosi kwarantanna, która trwa już od trzech tygodni, i spadek światowych cen ropy, jedyne źródło dewiz. Cała masa robotników pozostaje bez pracy – dziś jedynie funkcjonariusze publiczni i pracownicy kilku sektorowych wyjątków dostają pensje. Ludzie wyprzedają sprzęty domowe, nawet telefony, by pomóc rodzinom pozbawionym wszelkich dochodów.
Do maja nawet połowa ludności popadnie w biedę żywnościową – przewidują rządowi specjaliści. Państwo ciągle dystrybuuje kartki na żywność, lecz te przydziały są bardzo daleko od zaspokojenia minimalnych potrzeb. Do tego premier Adnan Zurfi dopuszcza pozbawienie wypłat funkcjonariuszy państwa, „jeśli zajdzie taka potrzeba”, gdyż rząd chce poświęcić dostępne fundusze na import żywności – zbóż i mięsa. Inwazja amerykańska i długa wojna pozostawiły infrastrukturę w opłakanym stanie. W szpitalach brak łóżek, lekarzy i lekarstw.
Póki co, solidarność czyni cuda. Ludzie organizują zbiórki i rozdawanie żywności zastępując słabe państwo. „Dziś musimy pomagać ubogim, by Bóg oszczędził nam choroby” – głoszą w meczetach. Wczoraj mieszkańcy stolicy i innych miast cieszyli się z wycofania się Amerykanów i ich wasali z kolejnej bazy wojskowej – Habbanija na zachodzie kraju. USA chciałyby zostawić sobie jednak wielką bazę w prowincji Al-Anbar (gdzie stacjonują m.in. Polacy) i jeszcze jedną-dwie bazy na północy kraju, co wywołało wspólną deklarację niemal wszystkich irackich grup zbrojnych, że siłą zmuszą okupantów do opuszczenia kraju. Ludzie uważają USA za przekleństwo Iraku, przyczynę nieszczęść kraju.