Nadciąga fala bezrobocia

Polacy boją się straty pracy bardziej niż koronawirusa. Wiedzą, że urzędy pracy nie pomogą im w jej znalezieniu.

Tak jak fale tsunami poprzedzone są wstrząsami na dnie morza, tak epidemia COVID19 oraz restrykcje nałożone przez rząd na działalność gospodarczą spowodują dramatyczne zmiany na rynku pracy. Obecnie obserwujemy względny spokój, ale tylko dlatego, że nie dysponujemy odpowiednimi narzędziami.
Statystyki bezrobocia (Głównego Urzędu Statystycznego, Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej) nie są w stanie pokazać ani prędkości z jaką porusza się fala, ani jej wysokości. Tymczasem tsunami już ruszyło i porusza się z olbrzymią prędkością.
Ograniczenia w zakresie prowadzenia działalności gospodarczej i poruszania się oraz obawy związane z rozwojem pandemii odwróciły pozytywny trend na rynku pracy obserwowany przez ostatnie lata. Obecnie wchodzimy w okres, w którym przedsiębiorstwa szukają oszczędności poprzez obniżanie poziomu wynagrodzeń i wymiaru czasu pracy zatrudnionych oraz, w ostateczności, poprzez zwolnienia pracowników, zarówno indywidualne, jak i grupowe. Wpływa to na wzrost bezrobocia – wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Choć obecnie znaczna ilość zatrudnionych nie pracuje lub pracuje w zmniejszonym wymiarze, a Urzędy Pracy zasypywane są wnioskami o rejestrację na liście bezrobotnych, to według opublikowanych przez MRPiPS danych z 6 maja 2020 wynika, że stopa bezrobocia rejestrowanego zachowuje się dość stabilnie: 5,7 proc. w końcu kwietnia br. (w marcu 5,4 proc. wg. GUS).
Po raz pierwszy od dłuższego czasu stopa bezrobocia przewyższa jego poziom w analogicznym miesiącu roku ubiegłego (w kwietniu 2019 r. 5,4 proc.). Jednak dane te nie odzwierciedlają w pełni sytuacji na rynku pracy.
Załamanie w zatrudnieniu nie jest widoczne w statystykach bezrobocia. Część osób, które straciły pracę, pojawi się w statystykach urzędów pracy dopiero, gdy minie im okres wypowiedzenia zawarty w ramach umów o pracę (jeden lub trzy miesiące). Do pełnego obrazu stanu rynku pracy brakuje więc informacji o tym, ile osób znajduje się obecnie w okresie wypowiedzenia. Podjęte decyzje o zwolnieniach zaczną być w większym stopniu widoczne w rejestrach bezrobotnych dopiero w czerwcu i kolejnych miesiącach, co będzie przypominać długą falę niszczycielskiego tsunami.
Istnieje też grupa osób, które z różnych względów nie zdecydują się na rejestrację w urzędach pracy i będą próbować samodzielnie znaleźć pracę. Tym bardziej, że kwota zasiłku dla bezrobotnych jest niewielka (przy stażu pracy od 5 do 20 lat – 861,40 zł netto przez pierwsze trzy miesiące, a przez kolejne – 676,40 zł). W większości są to osoby wykonujące pracę na podstawie umów cywilno-prawnych lub samozatrudnione, a więc przyzwyczajone do polegania na sobie.
Warto dodać, że same urzędy pracy nie mają opinii instytucji pomagającej w znalezieniu pracy. Ponadto proces rejestracji bezrobotnych jest w tej chwili opóźniony – wnioski można składać online oraz drogą pocztową, co dla części osób jest problemem. Dodatkowo, wewnętrzne procedury powodują, że rejestracja nie odbywa się w momencie złożenia wniosku, a gdy we wniosku brakuje jakiejś informacji, jej uzupełnienie (drogą elektroniczną) trwa i przeciąga proces rejestracji.
Powszechnie uważa się, że skutki COVID-19 na rynku pracy nie są natychmiastowe, co nie jest prawdą. Po prostu nie widzimy ich w statystykach – zauważa TEP. W związku z tym rząd, nie mając danych, nie jest w stanie przygotować właściwej odpowiedzi na pogarszającą się sytuację na rynku pracy.
Obecna sytuacja pokazuje, że niezbędna jest zmiana w klasyfikowaniu bezrobocia. Dostępne są co prawda wskaźniki obliczane na podstawie wyników BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności), jednak badanie to jest realizowane kwartalnie. Aby móc reagować właściwie na pogarszającą się sytuację na rynku pracy niezbędne jest opracowanie wskaźnika, który pokazywałby sytuacje w ujęciu niemal z dnia na dzień, bądź z opóźnieniem tygodniowym, w tym uwzględniając osoby, które już straciły pracę, ale jeszcze nie są bezrobotne.
Z jednej strony socjalne zdobyczne w zakresie prawa pracy są uznawane za element Europejskiego Modelu Społecznego i zapobiegają sytuacji widocznej w USA, gdzie osoby zwalniane, błyskawicznie ustawiają się w kolejkach po świadczenia wynoszące około 600 USD na tydzień. Efekt to 33,5 miliona zarejestrowanych bezrobotnych (stopa bezrobocia prawie 15 proc., najwyższa w historii USA).
Z drugiej strony wydaje się, że gdy utrzymanie miejsc pracy staje się dla rządu ważniejsze niż negatywne konsekwencje utrzymywania „na siłę” zatrudnienia w przedsiębiorstwach, zachodzi obawa czy będzie to rozwiązanie efektywne. Rząd nie ma narzędzi, aby ocenić skutki swoich decyzji, dlatego może odwołać się tylko do przesłanek moralnych.
W czasach kryzysu elastyczny rynek pracy, jak w USA, prowadzi do mniejszego obciążenia przedsiębiorstw, większych wahań w zatrudnieniu, ale i szybkiego wzrostu zatrudnienia, gdy kryzys się kończy. W Polsce przeważa myślenie, że należy “ratować miejsca pracy” za wszelką cenę, ale za realizację tej myśli odpowiada przedsiębiorca, czasem wspierany przez rząd, czego przykładem jest m.in. najnowsza, dyskutowana i wywołująca kontrowersje propozycja zawieszenia stosunku pracy na trzy miesiące.
Tymczasem tylko co czwarty przedsiębiorca ma płynność finansową, która pomoże mu przetrwać więcej niż trzy najbliższe miesiące (raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego). Utrata płynności spowoduje porzucenie planów rozwoju, a nawet ograniczenie skali działania (downsizing). Utrzymywanie nieproduktywnych miejsc pracy jedynie pogarsza sytuację. Niezbędna jest większa elastyczność na rynku pracy w relacjach pracownik – pracodawca.
W marcu przedsiębiorcy zwlekali jeszcze ze zwolnieniami, licząc na uchwaloną 31 marca tarczę antykryzysową. Dlatego bezrobocie w statystykach jest jeszcze umiarkowane. Natomiast rozwiązania zaproponowane w kolejnych wersjach tarcz antykryzysowych (w tym brak programów dla bezrobotnych) spowodują najwyżej odsunięcie w czasie fali zwolnień, poprzez udzielanie pomocy finansowej pracodawcom, którzy utrzymają stan zatrudnienia w okresie wypłat wsparcia. To powoduje, że dopiero po tym okresie pracodawcy będą dokonywali szacunków, na ile warunki prowadzenia działalności gospodarczej pozwolą na utrzymanie dotychczasowego stanu zatrudnienia. Rząd twierdzi, że dzięki tarczy udało się już ochronić 250 tys. miejsc pracy, jednakże nie jest pewne, czy nie było to jedynie odsunięcie tsunami w czasie.
W najbliższych miesiącach stopa bezrobocia może wzrosnąć do poziomu ok. 8 proc., a do końca roku wyniesie ponad 10 proc., co oznacza, że bez pracy zostanie ponad 2 mln Polaków. Paradoksalnie do wzrostu rejestrowanego bezrobocia może przyczynić się zapowiadany wzrost kwoty zasiłku dla bezrobotnych – zmobilizuje do rejestracji część osób pozostających bez pracy, a część zniechęci do szukania pracy.