Księga Wyjścia

Ballada nogami pisana.

Od kilku dni mam nową pracę. Zajmuję się spisywaniem ogrzewania w podstołecznych gminach. Czyli krótko mówiąc zostałem ankieterem, wyposażony w torbę, stos odpowiednich blankietów chodzę od domu do domu wypytując mieszkańców kto czym ogrzewa. Kto ma zainstalowany gaz, kto panele, węgiel, kominek, albo zwykłą kozę i dogrzewa się zebranymi przy drodze fragmentami opon. Oczywiście właściciel nie przyzna się nigdy do takiego czynu, więc rolą ankietera jest również ocena, czy potencjalny użytkownik budynku odpowiada w miarę szczerze na liczne pytania.
Na początek trafiła mi się gmina ściśle przylegająca do Warszawy, granica jest tak płynna, że jeśli ktoś nie jest mieszkańcem, to może nie wiedzieć, że jedna strona to jeszcze stolica, a druga już nie. Tak więc trafiłem na same wypasione wille. Tutaj problem rysuje się odrobinę inaczej, trudno podejrzewać, że nowi milionerzy ogrzewają mieszkania starymi oponami, ale też nie należy spodziewać się uprzejmości, ani partnerskiej rozmowy z kimś, którego ego jest znacznie większe niż pięciuset metrowa „pałacowilla”.
Na całe szczęście z jakimś wyraźnym chamstwem się nie spotkałem, może dlatego, że wójt uprzedził mieszkańców wysyłając wcześniej informację, a może dlatego, że trafiłem na normalnych ludzi, którzy nie osiągnęli swojego poziomu zamożności ze sprzedaży „słomy”. Przepraszam wszystkich rolników za porównanie, ale zapewne wiecie kogo mam na myśli, niekoniecznie byłych mieszkańców wsi, ale tak zwanych nuworyszów, nowobogackich, chociaż Rosjanie mają lepsze określenie – nowowruski.
Moje obawy spotęgował też rodzaj, zawartych w ankiecie pytań. Niektóre dosyć drażliwe, o ile imię i nazwisko nie jest obowiązkowe, to ankieta nie jest również do końca anonimowa, ponieważ każda dotyczy konkretnego adresu. W obowiązkowych rubrykach muszę wpisać roczny koszt ogrzewania, ile osób mieszka, rodzaj własności i właśnie tego bałem się szczególnie. Bałem się, że wszędzie usłyszę: „a co to pana obchodzi”.
Uspokoiłem się już pierwszego dnia, gdy okazało się, że ludzie są jednak wyczuleni na powietrze którym oddychamy i mimo, że sami mają głównie ogrzewanie ekologiczne, to rozumieją, że musimy sprawdzić wszystkich. W trakcie pracy okazało się, że ta ich zbytnia uprzejmość ma też swoje wady, potwornie opóźnia pracę. Mieszkańcy są gotowi podać wszystkie dane, wyciągają rachunki, liczą i sumują roczne wydatki na energię, i choć mamy podać w przybliżeniu, to oni wolą to zrobić dokładnie. Często zapraszają do domów, częstują kawą i opowiadają kto może palić materiałami zakazanymi.
To wszystko jest bardzo miłe i interesujące, ale zabiera mnóstwo czasu, a mam określoną liczbę ankiet do zrobienia. Żeby się wyrobić, to mniej więcej muszę zapełnić sto dziennie.
Podzieliliśmy z kolegą obszar na kwadraty i staramy się systematycznie, kolejno przepytywać dom po domu. Czasami zdarzają się zmyłki. Dom, który ewidentnie ma ponad dwieście metrów, właściciel podaje ich sto, na pytanie, że chyba jednak dom ma więcej, odpowiada: „tak, ale mieszkam sam i ogrzewam jedynie część”.
Chodząc tak od domu do domu mam czas na myślenie. Ostatnio pisałem jak można w Polsce legalnie kupić broń palną. Nowiuteńką, prosto z włoskiej lub hiszpańskiej fabryki – akurat te kraje specjalizują się w tym rodzaju uzbrojenia – pod warunkiem, że wygląda jak model sprzed 1885 roku. Czyli broń kolekcjonerska, ale w pełni sprawna.
Teraz gdy już wiecie jak legalnie, bez żadnych zbędnych pierdół i pozwoleń, za pomocą samej gotówki lub karty nabyć pistolet lub karabin znacznie mocniejszy od tych standardowo używanych przez wojsko czy policję, napiszę dlaczego nie warto tej broni posiadać. Emocje. Znaczna część społeczeństwa ma do dyspozycji całą ich paletę. Od radości, przez smutek, złość, gniew czy nawet wściekłości.
Emocje nie są ani złe ani dobre, po prostu są. Nawet złości nie należy kwalifikować po tej złej stronie i nie starać jej eliminować. Po prostu jest i tylko od nas zależy co dalej z nią zrobimy.
Jeszcze przed terapią udało mi się osiągnąć stan bezemocjonalny. Nie odczuwałem żadnych emocji. Wynik długoletniego uprawiania nałogów. Nic nie było w stanie rozbawić mnie tak szczerze, do rozpuku, jeśli się uśmiechałem to grzecznościowo, ale też nic nie było w stanie mnie zdenerwować. Tego uczucia nie znałem – z jednym wyjątkiem. Gdy wsiadałem do samochodu, ta nieznana dotychczas złość, pojawiała się gdy tylko ktoś wcisnął się przede mnie w kolejkę, wściekłość, gdy zajechał drogę, a gdy raz jakiś człowiek cofając swoje auto dosłownie dotknął mojego, goniłem go przez kilka osiedli, aż dopadłem zajechałem drogę i wymusiłem odszkodowanie za szkody, których nie wyrządził, bo nie było nawet rysy. Odszkodowanie musiał oczywiście wypłacić od razu, co sugerowała zarówno moja postawa jak i jego siłowe wyciągnięcie z auta. Wyrwałem w ten sposób kilkaset złotych, bo tyle miał w portfelu, i ta źle ukierunkowana złość nagle opadła. Pomyślałem – co ja narobiłem. Chodząc teraz z ankietami i wracając myślami do lat dziewięćdziesiątych – to mniej więcej w ich okolicach się wydarzyło – przyszło mi do głowy co by było, gdybym miał wówczas broń?
Opisałem oczywiście przypadek skrajny – niespotykanie spokojnego człowieka i pacyfisty. Człowieka, któremu obce były wszelakie emocje, ponieważ wieloletnie uzależnienie mieszane – czyli od alkoholu, leków i narkotyków – skutecznie wygłuszyły te odczucia. Ale ideologicznie czułem się pacyfistą.
Teraz, po wielu terapiach wróciły zapomniane emocje. Od początku nauczyłem się śmiechu do rozpuku, zauważam złość, a czasami dopada smutek. Mimo to nadal jestem niespotykanie spokojnym człowiekiem i o ile poprzednie wybuchy agresji za kierownicą można było zrzucić na karb uzależnia, to czy teraz nie pojawiają się czasami słowa, których później żałuję, których już nie da się odpowiedzieć?
Podobnie jest z bronią palną. Gdy ktoś zajedzie drogę, to w przypływie wściekłości, że zabrał nam cenne 10 sekund większość z nas jest gotowa rzucić kamieniem, wyzywać od najgorszych, krzyczeć przez szybę, czy wygrażać pięścią. Potem, gdy opadnie adrenalina i wracamy pamięcią, niektórym zapala się lampka wstydu, niektórzy to wypierają.
A gdyby każdy z nich miał pod ręką nabitą broń? Słowa ranią i bywają nieodwracalne, ale oddanie strzału przez szybę jest czymś nieporównywalnie gorszym. Możemy w ułamku sekundy zniszczyć życie wielu osobom. I to na zawsze. Tego już nikt nie naprawi. Mimo, że przecież jesteśmy oazami spokoju – jesteśmy o tym przekonani. I właśnie do takich wniosków doszedłem chodząc z tymi ankietami, dlatego postanowiłem pozbyć się kupionej legalnie, choć zabronionej w Polsce broni palnej. Wystawię na jakąś aukcję, a jeśli nikt się nie zgłosi to polecą z mostu do Wisły. Czasami chyba lepiej zebrać po mordzie od kilku agresywnych napastników, niż zniszczyć życie sobie i rodzinie ofiary. Myślę, że tak właśnie każdy pomyśli, gdy okaże się już za późno a on będzie zerkał przez lipo (okno) celi. I już nic nie da zrzucenie winy na chwilowy szał. Stało się. A wszystko przez głupie dziesięć sekund, które ktoś nieumyślnie, bądź umyślnie nam odebrał. Warto? Kolejne wnioski za tydzień w następnym odcinku Księgi Wyjścia.

Księga wyjścia (34)

Ballada pif, paf, dum-dum

Jesień to niewątpliwie czas samobójców, przytłaczająca pogoda jest świetnym inkubatorem choroby o nazwie depresja, lub afektywna dwubiegunowa. Kończy się faza manili czy zespołu hipomaniakalnego, a zaczyna smutek, melancholia zaczyna depresja, a skutkiem bywają samobóje.
Na taki właśnie moment czekałem, by napisać poniższy tekst. Oczywiście ku przestrodze, albo by legislatorzy przestali już robić sobie selfie w fotelach sejmowych, a przygotowali projekty ustaw na pierwsze posiedzenia. O ile zrozumieją przekaz. Chwilę będzie lirycznie, by przejść do właściwego problemu. Ta liryka, nie dotyczy Was drodzy parlamentarzyści, ponieważ Sejm i powaga w ostatnich latach to oksymoron.
Mówią, że za wyjątkowym mężczyzną, zawsze stoi wyjątkowa kobieta. Myśle, że za wyjątkową kobietą, zawsze stoi wyjątkowy mężczyzna, za innym wyjątkowym meżczyzną, stoi inny mężczyzna, a za kobietą – kobieta. Pewnie autorowi tego powiedzenia chodziło o cierpliwość i akceptację partnera, gdy jego wybranek/wybranka czynią swą wyjątkowość. Czynienie wyjątkowości jest zajęciem bardzo absorbującym i w zasadzie najlepiej byłoby nie obarczać tym osoby trzeciej, czyli partnera. „Wyjątkowanie” w samotności jest trudniejsze, bo trzeba jeszcze zająć się wszystkim tym, co określają pierwsze dwa szczeble piramidy potrzeb. Ale jakoś można to próbować ogarnąć, kosztem wyjątkowości, lub machnąć ręką i ograniczyć do minimum, jak słynny z niechlujstwa Zygmunt Kałuzyński, człowiek bez wątpienia wyjątkowy.
Chyba chodzi o zrozumienie, dawkę energetycznej czułości i wiary w siebie. Wszyscy wyjątkowi singlowo, zbyt wcześnie kończyli swój żywot, zazwyczaj mając 27 lat – jakiś taki wzór. Można powiedzieć, że Cobain czy Morrison mieli partnerki, lecz wydaje mi się, że nie o tę relację chodzi. Nie o wspólne ćpanie czy chlanie. Więc wyjątkowość odpowiedniego partnera zdecydowanie przedłuża życie o wielokrotność tych nieszczęsnych dwudziestu siedmiu lat.
Wyjątkowanie w samotności skutkuje napadami depresji, której finał bywa rożny.
Sam nie wiem, czemu o tym piszę, temat miał być zupełnie inny i zaraz do niego wrócę, po prostu chyba śniła mi się Afrodyta, i pomyślałem o biednym i ubogim jej kochanku Adonisie, który nie miał szans z potężnym Aresem. Mężem Afrodyty i przy okazji bogiem wojny.
Biedny Adonis mógł sobie jedynie palnąć w łeb, gdyby wtedy wymyślono już legalną broń palną.
Jeśli jesteśmy przy Bogu Wojny, to może kilka słów o broni. Napisałem na FB w jaki sposób piszę swoje teksty, wrzuciłem nawet zdjęcie, mierzę w monitor z legalnego Makarova, a komputer przestraszony w kilkanaście minut zapełnia pustą kartkę. To dobry sposób na: brak weny, zawieszanie komputera i kiepski tekst. Tylko Makarov działa na komputery japońskie, na chińskie trzeba większy kaliber. Dobry jest, Combat HDR 50 czyli 12.7 mm, a na i-pady najlepsze są stare czarnoprochowce.
Huk, dym i ogień działają tak, że ze strachu tekst nie dość, że sam się potrafi napisać to jeszcze korektę uczyni. Wszystko to legalne, bez zezwoleń. Niektóre pneumetyki wystarczy jedynie zarejestrować, a na czarnoprochowce nie trzeba nic, oprócz kasy. W miarę przyzwoity, kosztuje w granicach od tysiąca złotych wzwyż.
To oczywiście żart – z komputerem – bo akurat co do broni, to całkiem poważnie. Nie jest ponury jesienny żart z kraju, w którym obowiązuje zakaz kupna i posiadania broni palnej, a tak naprawdę znając przepisy można ją całkiem legalnie i anonimowo kupić.
Można kupić karabin lub pistolet kalibru armaty, a spustoszenie jakie wywołuje jego wystrzał, jest porównywalne do słynnych pocisków dum-dum.
Sam też zaopatrzyłem się w kilka sztuk całkiem legalnej broni krótkiej. Początkowo był to eksperyment, który przerodził się w pasję. I już mam ochotę kupić długi karabin.
Niby nie wolno w Polsce posiadać broni bez zezwolenia. Jasne, ale tylko tej, wymyślonej po 1885. Konstrukcje z wcześniejszych lat są zupełnie legalne. Przepisy określają jasno: „Pozwolenia na broń nie wymaga się w przypadku: posiadania broni palnej rozdzielnego ładowania, wytworzonej przed rokiem 1885 oraz replik tej broni”.
Żeby było weselej „repliki” są robione współcześnie, czyli cholernie precyzyjnie, a kaliber ołowianej kuli może mieć nawet 0.68 cala, czyli prawie dwa centymetry, lufy gwintowane, ze skokiem tegoż do wyboru. Wtajemniczeni wiedzą o co chodzi, a niewtajemniczonym wystarczy cokolwiek.
Śmiem twierdzić, że policyjne dziewięciomilimetrowe Glocki i P-83 czy P-64 i co tam jeszcze mają, wymiękają przy takich armatach. Prędkość początkowa z legalnego czarnoprochowca jest większa niż ze zwykłego P-64. Poza tym używane współcześnie pociski zespolone, czyli zwykły nabój z czubkiem, przebija na wylot ciało napastnika. Kula wystrzelona z „kolekcjonerskiej repliki” gdy trafi w nogę, to może urwać całą, lub część kończyny. Ołów w zderzeniu z celem bardzo łatwo się odkształca, co czyni tę broń o wiele bardziej niebezpieczną, niż współczesne kompaktowe samopowtarzalne, nowości.
Krótka replika, to rewolwer, czyli pistolet z bębenkiem, pięcio-, sześcio-, lub siedmiostrzałowy, z większymi się nie spotkałem.
Ponowne załadowanie trwa kilka minut i pewnie dlatego broń ta jest legalna. Trzeba nasypać proch, wsadzić przekładkę, kulę, sprasować, przesmarować – do czego jest specjalne urządzenie. Więc wymaga to trochę zachodu. W tym czasie ofiara ma szansę uciec, jeśli ślepy kowboj napastnik wcześniej nie trafił. Ustawodawca zapomniał jednak o pewnym szczególe – bębenki są wymienne. Można przygotować sobie ich nawet dziesięć i wymienić po wystrzeleniu. Wymiana trwa tyle samo, co zmiana magazynka w Makarovie.
Żeby kupić LEGALNIE taki pistolet lub karabin, wystarczy zamówić przez Internet, pójść do sklepu, a czasami nawet miewają na bazarach. Siła wystrzału zależy też od grubości i ilości zastosowanego prochu. Inny stosuje się w mniejszych kalibrach, inny w większych. Tu jest pewien problem, bo prochu już w sklepie nie sprzedadzą.
Poza zestawem startowym, gdzie jest wszystko – to dopiero numer. Legalnie można go kupić w Czechach – 100 zł za kilogram, lub w Szwajcarii – około 250 zł za kilo. Można poprosić kolegę, jeśli takiego posiadamy, a ma odpowiednie zezwolenie, by nam kupił, a jeśli nie – to najprościej sciągnąć z Czech. Nawet pocztą.
Jest jednak metoda, by kupić w sklepie bez zezwolenia. Wychodzi drogo i potem pracochłonnie, ale jeśli ktoś nie może doczekać się czeskiej przesyłki – może spróbować. Legalnie można kupić przedłużone ślepaki do broni hukowej. W każdym jest bezdymny ładunek prochu. Wystarczy kombinerkami ścisnąć i wysypać zawartość. Wychodzi znacznie drożej, ale legalnie. Łuskę należy jednak zabezpieczyć, jest w niej spłonka z piorunianem rtęci, przyda się na fajerwerki. I w ten sposób mamy proch z polskim kapitałem.
Drugą furtką są pneumatyki na samą rejestrację. Siła jest tak ogromna, że ze 100 metrów przebija deskę calówkę. To samo zrobi zwykła wiatrówka – taka bez potrzeby jakiejkolwiek rejestracji – na nabój CO2 z 10 metrów, z pięciu przebije czaszkę. Fakt, małym kalibrem, ale co za różnica czy zabije nas pocisk armatni, czy 4,5 lub 5,5 mm.
Pneumatyki dorównują siłą broni palnej, ale w ciągu pięciu dni od zakupu, należy ją zarejestrować. W niektórych krajach używa się broni pneumatycznej na polowaniach, nie robi huku i nie ma odrzutu. W Polsce jest to zabronione. Można z nich strzelać jedynie na strzelnicy. Jedynym przepisem chroniącym, tych którzy nie wiedzą ilu gości z legalnymi Coltami (te repliki to zwykle słynne rewolwery Colta), jest to, że nie wolno ich używać poza koncesjonowaną strzelnicą. To samo dotyczy broni pneumatycznej powyżej 17 jouli. Spadł Wam kamień z serca? W końcu państwo postanowiło w jakiś sposób chronić swych obywateli.
A ponieważ nasz narodowy stosunek do przepisów jest, jaki jest, to możemy być spokojni, że idąc ulicą bandzior nie wyjmie gnata i nie zacznie strzelać, ponieważ zabraniają tego przepisy. Co innego na strzelnicy, tam musimy się pilnować, myślę jednak, że raczej nikt nie mija jej w drodze do pracy czy sklepu i chyba nie chodzi na spacery tam gdzie świszczą kule.
Aha, broń ta jest nie do wykrycia przez analizy balistyczne. Przez deformację pocisku nie można określić lufy, która go wyrzuciła.
Jestem pacyfistą i przeciwnikiem powszechnego dostępu do broni. To co piszę, jest zwróceniem uwagi na problem. Ale pomimo tego, że jestem pacyfistą, to nie ma lepszej zabawy, niż strzelanie z czarnoprochowca do lotek na koncesjonowanej strzelnicy. Zwłaszcza, gdy udaje się trafić na oczach stada myśliwych, którzy nie potrafią zrobić tego dubeltówką ze śrutem, czyli z dużym rozrzutem. A tu przychodzi gość, wyciąga rewolwer z czasów Billy’ego the Kida i rozwala wszystkie wyrzucone lotki. A robi to z ręki, bronią krótką i ołowianymi kulami, a nie śrutem, którego rozrzut z tej odległości to około metra. Potem dosyć długi proces ładowania, co też jest rytuałem, i znowu ten huk, który zagłusza dubeltówki. Myśliwi idą na kawę.
Jest jednak sposób, by i wilk i owca, tylko barany muszą się zgodzić. Sejfy i depozyty na strzelnicy. Bez noszenia ze sobą Colta, czy dużego pneumatyka. W Niemczech dopuszczalna moc broni pneumatycznej wynosi 7.5 joula, w Polsce 17 jouli, co przy kalibrze 0.50, czyli 12.7 mm – mam taki i przetestowałem – przebija dwie płyty gipsowe z odległości 10 metrów, z dyni czy arbuza nie zostawia wiele, oprócz soku. Wcześniej pisałem, że i zwykłą wiatrówką na CO2 i kalibrem 4.5 mm bez problemu można uśmiercić człowieka, tylko z mniejszej odległości.
Czarnoprochowce są bardziej niebezpieczne, strzelają okrągłymi, ołowianymi pociskami, które działają jak pociski dum-dum. Czy naprawdę w Polsce nie ma powszechnego dostępu do broni?
Czy mamy prawo dziurawe jak tarcza po kilkunastu sekundach strzelania? To jest pomysł dla organizacji, które blokują polowania. Tu wystarczą same pistolety hukowe, na przedłużony ślepy nabój. Przechodząc tuż przed polowaniem i strzelając co chwilę, wypłoszymy całą zwierzynę, a gdy rycerze świętego Huberta zaczną trąbić w róg, zorientują się, że na łowisku zostały tylko dżdżownice dla wędkarzy.
Na dzisiaj wystarczy, muszę pozbierać rozstrzelanego laptopa.

Dyskretny urok policji kolejowej

Funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei chcą większych możliwości działania. Wyposażenie mają takie jak policja, ale uprawnienia – dużo mniejsze.

 

We wtorek w Warszawie kolejarska Solidarność zorganizowała pikietę przed ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji. Związkowcy domagali się zakończenia prac nad projektem ustawy o Straży Kolejowej, mającej zastąpić obecną Straż Ochrony Kolei.
Projekt, korzystny dla członków SOK, powstał 12 lat temu ale dotychczas nie został sfinalizowany, bo koncepcja powołania Straży Kolejowej w miejsce SOK budzi kontrowersje.

 

Powrót do przeszłości

Straż Kolejowa miałaby się stać specjalną policją działającą na polskich kolejach. Jest to powrót do modelu funkcjonującego w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, kiedy to w czasach Bolesława Bieruta utworzono Kolejową Milicję Obywatelską, istniejącą od 1955 do 1960 r.
Projekt powołania „policji kolejowej” w miejsce Straży Ochrony Kolei zrodził się w 2006 r. podczas poprzednich rządów Prawa i Sprawiedliwości. Nie zdążono jednak wprowadzić go w życie przed zwycięstwem wyborczym Platformy Obywatelskiej w 2007 r.
Projekt nie uzyskał aprobaty rządów PO, więc w kolejnych latach nie było szans na utworzenie Straży Kolejowej. Prawo i Sprawiedliwość coraz szerzej wraca jednak do modelu rządzenia obowiązującego w Polsce „za komuny” – a zatem dziś są realne szanse na odtworzenie „policji kolejowej” wedle wzorców z lat pięćdziesiątych.

 

Broń jest, możliwości brakuje

Obecnie Straż Ochrony Kolei funkcjonuje w strukturach PKP, a konkretnie podlega władzom spółki PKP Polskie Linie Kolejowe.
Zgodnie z prawem, SOK-iści mogą stosować rozliczne środki przymusu bezpośredniego: siłę fizyczną, pałki (zarówno gumowe oraz typu Tonfa, z twardego plastiku i stalowym wkładem), kajdanki, psy, paralizatory, broń palną (krótką i długą), ręczne miotacze gazu.
Przy wyposażeniu typowym dla policji, SOK-iści nie mają jednak równie szerokich uprawnień – co budzi ich niezadowolenie.
Funkcjonariusze SOK oczekują zwiększenia swych możliwości działania, wskazując, że obecne przepisy nakładają na SOK obowiązek ochrony zdrowia i życia ludzi – a tego nie da się osiągnąć wyłącznie metodami perswazji.
Dlatego Solidarność działająca w Straży Ochronie Kolei, domaga się przejścia z PKP do ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, co wiązałoby się również z uzyskaniem uprawnień policyjnych przez SOK. I właśnie przyśpieszeniu tej zmiany miała służyć wtorkowa pikieta przed siedzibą resortu spraw wewnętrznych.

 

Dla bezpieczeństwa publicznego

Obecnie SOK może prowadzić głównie działania prewencyjne, więc w każdym przypadku popełnienia przestępstwa na obszarze kolejowym (np. kradzież elementów sieci trakcyjnej) musi współpracować z policją. Konieczność tej współpracy jest krytykowana przez związkowców.
„Dla policji, która prowadzi czynności we wszystkich sprawach kryminalnych, wykrywanie sprawców przestępstw na obszarze kolejowym nie stanowi priorytetu” – podkreśla NSZZ Solidarność.
Związek wskazuje, że obecnie SOK nie posiada nawet tak podstawowych uprawnień jak np. kontrola bagażu, czy możliwość przeszukania osoby – i zawsze, kiedy funkcjonariusze SOK chcą to uczynić, muszą wzywać policję, co znacznie wydłuża czas interwencji. Szczęśliwie, SOK-iści mają możność zatrzymania osoby do czasu przybycia policji.
NSZZ Solidarność zwraca uwagę, że nadanie szerszych uprawnień dla funkcjonariuszy SOK pozwoli odciążyć policję od działań podejmowanych na terenach kolejowych i dworcach. Oświadcza też, że Straż Ochrony Kolei jest dziś formacją dobrze wyposażoną, która ma nowoczesną broń i inne środki przymusu bezpośredniego oraz dobrze wyszkolone psy służbowe. „Jednostki SOK na całym obszarze w ostatnim czasie były modernizowane” – stwierdza związek.
SOK-iści są więc przygotowani do nowych zadań. A ich pełnienie jest potrzebne, bo według NSZZ Solidarność, możliwość skutecznego, samodzielnego prowadzenia przez SOK czynności operacyjno-rozpoznawczych, dochodzeniowo-śledczych i administracyjno-porządkowych, przyniesie korzyści dla bezpieczeństwa publicznego.

 

Uczciwi nie mają się czego bać

Związek Solidarność zapewnia także, że rozszerzone uprawnienia przyznane funkcjonariuszom SOK w projekcie ustawy, dotyczące rozpoznawania i wykrywania przestępstw, „wykorzystywane będą wyłącznie w zakresie niezbędnym do realizacji ustawowych zadań”.
Gdyby zaś, mimo tego zapewnienia, wciąż istniały obawy, że uprawnienia te pozwalają na zbyt dużą inwigilację ze strony SOK, to mogą być modyfikowane w celu wyeliminowania takich wątpliwości – oświadcza Solidarność.
Dziś dużym problemem jest zbyt mała liczebność Straży Ochrony Kolei, która wymaga zdecydowanego wzmocnienia kadrowego. Dlatego też przewoźnicy i inne spółki kolejowe muszą ponosić ogromne koszty na zatrudnianie prywatnych firm ochrony, nie posiadających przecież takich uprawnień, jakie mogą uzyskać dotychczasowi funkcjonariusze SOK –  jeśli przyjęta nareszcie zostanie ustawa o Straży Kolejowej.
Pieniądze, przeznaczane dziś przez PKP na prywatnych ochroniarzy, będą wtedy mogły być wykorzystane na rozwój kadrowy i finansowanie nowych działań „policji kolejowej” – oraz na dodatkowe świadczenia dla jej członków, takie jak rekompensata pieniężna za czas służby przekraczający normę.
Liderzy Prawa i Sprawiedliwości, którzy budują model rządzenia opierający się na wzmożonym zagrożeniu przymusem i nadzorze nad obywatelami, zapewne w tej kadencji doprowadzą wreszcie do przyjęcia ustawy tworzącej Straż Kolejową. A i sami obywatele na pewno z zadowoleniem powitają nową formację o charakterze policyjnym, mającą ich wszak chronić. Wszyscy będą więc zadowoleni.