IO Tokio 2020/21: Rosja zakpiła z WADA

Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie zezwolił rosyjskiej ekipie, która w Tokio występuje pod szyldem Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego, na używanie strojów nawiązujących barwami do rosyjskiej flagi.

W rosyjskiej ekipie olimpijskiej w Tokio ostatecznie znalazło się aż 335 sportowców. Było to możliwe dzięki temu, że Trybunał Arbitrażowy uwzględnił przedstawione przez Rosyjski Komitet Olimpijski argumenty i skrócił o połowę, z czterech do dwóch lat, karę nałożoną na Rosję za ukrywanie przypadków niedozwolonego dopingu na jakim zostali przyłapani sportowcy tego kraju. Skrócenie dyskwalifikacji pozwoliło na wysłanie do Tokio licznej delegacji, ale jeszcze nie pod rosyjską flagą i bez prawa odgrywania rosyjskiego hymnu.
Rosyjscy sportowcy startują więc z konieczności jako reprezentanci Rosyjskiego Komitetu Olimpijskiego, a podczas wszelkich ceremonii z ich udziałem zamiast narodowego hymnu grany jest fragment koncertu fortepianowego b-moll nr 1 Piotra Czajkowskiego. Ale Trybunał Arbitrażowy nie miał nic przeciwko, żeby rosyjska ekipa olimpijska w Tokio nosiła stroje w kolorach nawiązujących do rosyjskiej flagi oraz z napisem „Russia”.
Decyzja CAS mocno rozczarowała władze Światowej Agencji Antydopingowej, na czele której od 1 stycznia 2020 roku stoi były minister sportu w rządzie PiS Witold Bańka. „To oczywiste, że jesteśmy zdenerwowani zarówno decyzją CAS, jak i sposobem w jaki Rosja wykorzystała zgodę na wykorzystanie narodowych barw. My chcieliśmy, żeby ich ubiory były wykonane w neutralnych kolorach. Ale nie możemy, niestety, nic z tym zrobić. To nie my podejmujemy decyzje” – stwierdził Witold Bańka, a jego wypowiedź odbiła się szerokim echem w rosyjskich mediach. Swojemu szefowi zawtórował dyrektor WADA Olivier Niggli w wywiadzie udzielonym amerykańskiemu dziennikowi „USA Today”. „Jeśli spojrzymy na to, o co prosiliśmy, a co zostało wykonane przeciwko rosyjskim sportowcom, to zobaczymy dwie zupełnie inne rzeczy. Szczególnie w przypadku ubiorów rosyjskiej ekipy” – przyznał Niggali.

Kontrowersje: CAS łagodzi karę FIFA

Międzynarodowy Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) w Lozannie zmienił wyrok dożywotniej dyskwalifikacji nałożonej przez FIFA na byłego trenera reprezentacji Nigerii, Samsona Siasię za ustawianie wyników meczów.

Międzynarodowa Federacja Piłkarska (FIFA) w sierpniu 2019 dożywotnio zdyskwalifikowała Siasię, pod wodza którego olimpijska reprezentacja Nigerii zdobyła dwa medale olimpijskie – srebrny w 2008 roku w Pekinie i brązowy w 2016 roku w Rio de Janeiro. Szkoleniowiec odwołał się od tego wyroku do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w Lozannie (CAS), który po rozpatrzeniu sprawy orzekł, że kara dożywotniej dyskwalifikacji nie jest adekwatna do popełnionego czynu, zwłaszcza że w przypadku jednego wykroczenia Siasi można mówić o korupcji biernej. CAS anulował też nałożoną przez FIFA na nigeryjskiego szkoleniowca grzywnę w wysokości 54 tys. dolarów, uzasadniając swoją decyzję tym, iż działalność w futbolu było jedynym źródłem jego dochodów, a skoro został tej możliwości pozbawiony, to nie można go dodatkowo karać finansowo.
Według nieoficjalnych informacji Siasia był powiązany z pochodzącym z Singapuru menedżerem piłkarskim Wilsonem Perumalem, który w lutym 2011 roku został aresztowany w Finlandii i skazany na dwa lata więzienia za ustawianie wyników spotkań. Po roku został zwolniony i deportowany na Węgry, gdzie wcześniej przebywał.
Perumalowi udowodniono także udział w ustawianiu wyników meczów m.in. w Pucharze Narodów Afryki i rozgrywkach pucharowych w państwach Azji Południowo-Wschodniej. Nieoficjalnie wiadomo, że Siasia i Perumal byli podejrzewani o ustawianie wyników spotkań, w których grały m.in. reprezentacje Nigerii, RPA, Bułgarii, Kolumbii, Gwatemali, Danii, Brazylii i Tanzanii.
Siasia jest także podejrzany o to, że brał udział w ustawieniu wyniku meczu RPA – Senegal w eliminacjach mistrzostw świata 2018. Sędzia tego spotkania, pochodzący z Ghany Joseph Lamptey, został już w 2017 roku dożywotnio zdyskwalifikowany przez FIFA, a mecz został powtórzony.

Kara dyskwalifikacji za mało skrócona

Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) o pół roku skrócił karę dyskwalifikacji nałożoną przez WADA na amerykańskiego sprintera Christiana Colemana za unikanie przez niego obowiązkowych kontroli antydopingowych.

W październiku ubiegłego roku Coleman, mistrz świata z 2019 roku w biegu na 100 m, został zawieszony na dwa lata. Gwiazdor sprintu nie został przyłapany na dopingu. Został ukarany za to, że kontrolerzy WADA trzykrotnie, w styczniu, kwietniu i grudniu 2019 roku, nie zastali go w miejscu, w którym powinien być zgodnie z wcześniej podanymi przez siebie informacjami. Uznano to za próbę unikania kontroli antydopingowej i nałożono na lekkomyślnego lekkoatletę dyskwalifikację mającą obowiązywać do 14 maja 2022 roku. Coleman odwołał się jednak od tej decyzji do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu, licząc na to, że przed nim udowodni swoją niewinność. Osiągnął jednak połowiczny sukces, bo po rozparzeniu sprawy sędziowie CAS orzekli jedynie skrócenie dyskwalifikacji z 24 do 18 miesięcy. A to oznacza, że Coleman nie będzie mógł wystąpić w najważniejszej imprezie roku – igrzyskach olimpijskich w Tokio, a był uważany za jednego z kandydatów do złotego medalu. Do rywalizacji na bieżni będzie mógł wrócić 14 listopada.
CAS uznał, że Coleman dopuścił się naruszenia przepisów antydopingowych, ale jego stopień zaniedbania był niższy od tego, który znalazł się w zaskarżonej decyzji. Sprinter twierdził, że podczas jednej z kontroli, w grudniu 2019 roku, wyszedł z domu tylko na chwilę, po prezenty świąteczne, a zdążył wrócić w wyznaczonym przedziale czasowym (jedna godzina), natomiast kontrolerzy zeznali, że przez tę godzinę bezskutecznie czekali na niego przed jego domem.
Amerykański sprinter zapowiedział, że teraz skupi się na jak najlepszym przygotowaniu do dwóch wielkich imprez w 2022 roku – halowych mistrzostw świata w Belgradzie oraz mistrzostw świata na otwartym stadionie w Eugene. Będzie w tych zawodach bronić złotych medali na 60 m (z HMŚ w Birmingham 2018) oraz 100 m (z MŚ w Doha 2019).

CAS skrócił karę nałożoną na Rosję

Sąd Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) zwiódł oczekiwania Rosjan i nie uznał ich racji w sporze ze Światową Agencją Antydopingową (WADA). Ale też nie podzielił radykalizmu funkcjonariuszy WADA i złagodził nieco sankcje nałożone przez nią na Rosję, skracając je z czterech do dwóch lat. Obie strony wyszły jednak z sądowej sali niezadowolone.

Wedle wyroku Trybunału Arbitrażowego do 16 grudnia 2022 roku Rosja nie będzie mogła wystawiać swojej oficjalnej reprezentacji pod flagą narodową. Zakaz dotyczy m.in. igrzysk olimpijskich i paraolimpijskich w Tokio, które mają się odbyć w 2021 roku, a także zimowych igrzysk olimpijskich w Pekinie w 2022 roku, mistrzostw świata w 2022 roku w piłce nożnej, które zostaną rozegrane w Katarze. Reprezentanci Rosji nie będą mogli więc występować we wspomnianych imprezach pod szyldem swojego kraju, tylko będą mogli w nich startować pod neutralną flagą. W zimowych igrzyskach w Pjongczangu w 2018 roku na takich warunkach uczestniczyło 168 rosyjskich sportowców.
Dla przypomnienia – WADA, a za jej rekomendacją także Międzynarodowy Komitet Olimpijski, w grudniu ubiegłego roku za „manipulowanie danymi w rosyjskim laboratorium antydopingowym” nałożyły na Rosję czteroletni zakaz występów reprezentacji Rosji w największych imprezach sportowych na cztery lata, który CAS właśnie skrócił o połowę. Obie strony mogą od tego wyroku odwołać się jeszcze do Szwajcarskiego Trybunału Federalnego, ale ta instytucja raczej zwykle nie kwestionuje decyzji Trybunału Arbitrażowego.
Zakaz zakłada, że w zawodach możliwy jest jedynie ich występ pod neutralną flagą, podobnie jak miało to miejsce podczas zimowych igrzysk w Pjongczangu w 2018 roku. Sportowcy rosyjscy pod flagą swojego kraju i w jego barwach nie będą mogli startować nie tylko w igrzyskach olimpijskich, ale także w mistrzostwach świata, których organizatorami są kraje-sygnatariusze światowego kodeksu antydopingowego. A to oznacza, że na przykład w piłkarskim mundialu w Katarze w 2022 roku, jeśli Rosjanie się do turnieju zakwalifikują, zagrają bez flag i hymnu narodowego, a na koszulkach będą mieli napis „neutralny sportowiec”. Rosja w czasie obowiązywania kary nie może również sama organizować imprez rangi mistrzowskiej. Wyjątkiem w tym zakazie mają być przyszłoroczne piłkarskie mistrzostwa Europy, które mają być rozgrywane w 12 krajach, a w Rosji przewidziano cztery spotkania, w tym jedno ćwierćfinałowe.
Ale to nie jedyny problem. Sankcje jakimi WADA ukarała Rosję, a CAS je podtrzymał, jedynie skracając czas ich obowiązywania o połowę (od 17 grudnia 2020 do 16 grudnia 2022 roku), obejmują także zakaz organizowania w Rosji ważnych międzynarodowych zawodów do grudnia 2022 roku. A w tym okresie na terytorium Federacji Rosyjskiej zaplanowano pięć wielkich imprez: mistrzostwa świata we wspinaczce (2021), mistrzostwa świata siatkarzy (2022), mistrzostwa świata w strzelectwie (2022), mistrzostwa świata w zapasach (2022) i mistrzostwa świata w pływaniu na krótkim dystansie (2022). Decyzja CAS stanowi, że światowe federacje sportowe są zobowiązane przenieść przyznane wcześniej Rosji zawody do innych krajów, ale uwzględniono jednak wyjątki – mają one dotyczyć turniejów, których z jakichś szczególnych powodów nie można już przełożyć.
I z tego właśnie wyjątku zamierza skorzystać światowa federacja siatkarska (FIVB), żeby zostawić Rosji rolę gospodarza mistrzostw świata w siatkówce mężczyzn. Przeniesienie turnieju na kilkanaście miesięcy przed ustaloną już datą jego rozpoczęcia (26 sierpnia n2022) jest już niemożliwe, bo wszelkie kontrakty związane z imprezą zostały podpisane dużo wcześniej, zanim zapadła decyzja WADA o nałożeniu sankcji na Rosję. Strona rosyjska nie ukrywa, że w razie podjęcia przez FIVB decyzji o zmianie lokalizacji światowego czempionatu, wystawi jej rachunek z poniesionych dotąd kosztów organizacyjnych, a jak wieść niesie, nie jest on bynajmniej mały.
„Rosja będzie na wszelkie sposoby bronić swoich interesów w sporcie międzynarodowym” – zapewnił dzień po werdykcie CAS rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow. Sankcje WADA są prestiżowo dotkliwe również dla przedstawicieli rosyjskich władz, bo nawet prezydent Władimir Putin nie będzie mógł oficjalnie gościć na igrzyskach olimpijskich i innych międzynarodowych imprezach sportowych. „Władze Rosji oczywiście odnoszą się negatywnie do decyzji CAS, ale mając na uwadze dobro rosyjskich sportowców, Moskwa nadal będzie prowadziła dialog z międzynarodowymi organizacjami sportowymi, także w kwestiach zwalczania dopingu w sporcie. „Jesteśmy skłonni kontynuować dialog, ale będziemy twardo bronić nasz sport przed nieuprawnionymi czy niepotwierdzonymi zarzutami” – zapewnił rzecznik Kremla.

WADA musi zapłacić za błędy

Światowa Agencja Antydopingowa, która właśnie próbuje storpedować w Trybunale Arbitrażowym w Lozannie (CAS) odwołanie Rosji od decyzji o dyskwalifikacji jej sportowców, właśnie zaliczyła mocny cios wizerunkowy. WADA musi przeprosić i zapłacić odszkodowanie francuskiemu piłkarzowi Mamadou Sakho za niesłuszne zawieszenie w 2016 roku.

Z powodu zawieszenia Sakho, który wówczas występował w zespole Liverpoolu (obecnie jest graczem Crystal Palace), nie mógł zagrać w rozgrywanym we Francji turnieju Euro 2016, bo WADA nałożyła na niego karę w kwietniu tego roku po tym, jak wykryto w jego organizmie higenaminę, środek ułatwiający spalanie tkanki tłuszczowej. W lipcu okazało się jednak, że higenaminy nie ma na liście substancji zabronionych. Piłkarz odwołał się od wyroku dyskwalifikacji, ale WADA dopiero w tym tygodniu po kilku latach prawnego sporu przyznała mu rację. W oświadczeniu czytamy: „WADA wyraża niniejszym ubolewanie z powodu szkód, jakie wyrządziła panu Sakho swoim zniesławiającymi oskarżeniami i zgadza się zapłacić panu Sakho znaczną sumę odszkodowania”. Ciekawe ile WADA musiałaby zapłacić rosyjskim sportowcom, gdyby przegrała spór w CAS. Ale na werdykt Trybunału trzeba czekać.

Iran kontra FIFA w CAS

W światowym futbolu wybuchł konflikt, który może jeśli nie obalić, to przynajmniej ośmieszyć wszechwładzę FIFA. Dotyczy sporu o wynagrodzenie dla byłego selekcjonera reprezentacji Iranu Marka Wilmotsa.

Belgijski trener w maju 2019 roku podpisał w piłkarską federacją Iranu (FFI) kontrakt na poprowadzenie reprezentacji tego kraju do mistrzostw świata 2022 w Katarze. Zespół pod jego wodzą zaczął nieźle, bo od zwycięstw 2:0 z Hongkongiem i aż 14:0 z Kambodżą, ale potem zaliczył dwie prestiżowe porażki – 0:1 z Bahrajnem oraz 1:2 z Irakiem. W efekcie zespół Iranu zajmuje w grupie eliminacyjnej do mistrzostw świata 2022 dopiero trzecią lokatę i jego awans do katarskiego mundialu stanął pod wielkim znakiem zapytania. Rozczarowani tym szefowie irańskiej federacji podziękowali belgijskiemu szkoleniowcowi za pracę i przestali mu wypłacać pieniądze. Wilmots nie zamierzał jednak rezygnować z wynagrodzenia i postąpił jak każdy z członków „wielkiej piłkarskiej rodziny” w takich niemiłych sytuacjach – zwrócił się o pomoc do FIFA.
Młyny sprawiedliwości w Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej mielą powoli, ale nieubłaganie i w końcu belgijski trener doczekał się korzystnego dla siebie werdyktu. W miniony poniedziałek Komitet ds. Statusu Zawodników (PSC) FIFA orzekł, że federacja irańska powinna wypłacić Wilmotsowi zaległe wynagrodzenie wraz z odszkodowaniem za zerwanie umowy w łącznej kwocie 6,2 miliona euro. Na dokonanie przelewu dano FFI 30 dni. Wyrok wywołał w Iranie powszechne oburzenie, podsycane jeszcze przez tamtejsze media, które niemal jednym głosem wyśmiały decyzję FIFA przypominając, że Belg pracował z ich reprezentacją ledwie pięć miesięcy. „I za to on chce sześć milionów euro?” – pisano z oburzeniem w komentarzach.
Władze irańskiej federacji nie zamierzają ulegać dyktatowi FIFA. Mohammad-Mehdi Nabi, sekretarz generalny FFI zapowiedział, że wynajęci prawnicy już szykują wniosek o unieważnienia werdyktu FIFA do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w Lozannie (CAS).

CAS ośmieszył UEFA

Międzynarodowy Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) zmniejszył znacząco sankcje nałożone przez UEFA na Manchester City za złamanie zasad Finansowego Fair Play. Cofnął decyzję o wykluczeniu zespołu „The Citizens” na dwa sezony z Ligi Mistrzów i karę finansową z 30 do 10 mln euro.

Tak więc zespół Manchesteru City, który w obecnym sezonie angielskiej ekstraklasy wywalczył wicemistrzostwo kraju, tracąc tytuł na rzecz Liverpoolu, w odróżnieniu od ekipy „The Reds” pozostaje wciąż w grze o triumf w obecnej edycji Lidze Mistrzów i może być pewny, że zagra też w następnej. Trener „The Citizens” Pep Guardiola jeszcze przed werdyktem Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu w publicznych wypowiedziach nie krył przekonania, że odwołanie złożone przez jego klubu przyniesie skutek.
Gwoli przypomnienia – UEFA nałożyła karę na Manchester City w lutym tego roku. Dotyczyła ona naruszenia zasad tzw. Financial Fair Play. Na jej podstawie „The Citizens” zostali wykluczeni z udziału w dwóch edycjach Ligi Mistrzów – 2020/2021 i 2021/2022. Europejska federacja w uzasadnieniu decyzji podała, że Izba Orzekająca Klubowego Organu Kontroli Finansowej UEFA (CFCB) ustaliła i udowodniła, iż Manchester City „zawyżał przychody ze sponsoringu na swoich kontach oraz w informacjach przekazanych UEFA w latach 2012-2016”.
Angielski klub w odpowiedzi napisał: „Manchester City jest zawiedziony, ale nie zaskoczony wyrokiem Izby Orzekającej UEFA. Mówiąc najprościej, jest to sprawa zainicjowana przez UEFA, ścigana przez UEFA i sądzona przez UEFA. Po tym, jak ten krzywdzący proces już się skończył, klub jak najszybciej podejmie bezstronny osąd i dlatego rozpocznie postępowanie przed Trybunałem Arbitrażowym ds. Sportu przy najbliższej okazji”. I tak sprawa trafiła na wokandę CAS, a swój finał znalazła w poniedziałkowe przedpołudnie. Zgodnie z wyrokiem Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu angielski klub w najbliższych sezonach będzie mógł uczestniczyć w rozgrywkach Ligi Mistrzów.
UEFA po ogłoszeniu wyroku CAS wydała tylko krótki komunikat: „UEFA zauważa, że ​panel CAS stwierdził, iż nie było wystarczających dowodów, aby podtrzymać wszystkie wnioski CFCB w tej konkretnej sprawie oraz że wiele domniemanych naruszeń uległo przedawnieniu z powodu pięcioletniego okresu przewidzianego w przepisach UEFA. W ciągu ostatnich kilku lat Financial Fair Play odegrało znaczącą rolę w ochronie klubów i pomaga im w utrzymaniu stabilności finansowej. UEFA nie zmienia swojego stanowiska w tej sprawie, ale nie będzie komentować werdyktu CAS”. Ostatecznie jedyna karą jaką poniesie Manchester City, będzie grzywna w wysokości 10 mln euro. To śmiesznie niska kara dla klubu, który tylko na transfery w ostatnich latach wydał ponad miliard euro.
Decyzja Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu zbulwersowała i podzieliła piłkarskie środowisko. „Szok i niedowierzanie”, „FFP możemy wyrzucić na złom”, „Kompletna farsa” – to tylko niektóre z wpisów zamieszczanych w mediach społecznościowych. Gary Neville, były obrońca Manchesteru United, a obecnie ekspert „Sky Sports” nie jest zdziwiony taką decyzję. Kilka miesięcy wcześniej przewidywał, że Manchester City wyjdzie z tej batalii zwycięsko i nie zostanie zdyskwalifikowany z udziału w kolejnych dwóch edycjach Ligi Mistrzów. „Myślę, że City pokona UEFA, która w gruncie rzeczy jest beznadziejną organizacją. Klub ostatecznie wygra tę sprawą w sądzie – mówił Neville przed kamerami angielskiej stacji „Sky Sports”. Z kolei Gary Lineker, inny znakomity przed laty angielski piłkarz, a obecnie gospodarz program „Match of the Day” emitowanego na antenie stacji „Sky Sports”, przyznał, że decyzja podjęta w przez CAS w sprawie odwołania Manchesteru City jest wielką wygraną dla tego klubu. „Mam teraz poważne wątpliwości, czy zasady Finansowego Fair Play przetrwają kryzys zaufania jaki spowoduje werdykt CAS. Moim zdaniem UEFA raczej nie uniknie konsekwencji” – stwierdził Lineker.
W maju 2014 roku UEFA już ukarała Manchester City za naruszenie zasad Finansowego Fair Play; nakładając na klub grzywnę 60 mln euro. Teraz mamy więc do czynienia z recydywą, więc wyrok CAS jest tym bardziej kontrowersyjny. Wygląda jednak na to, że posiadające większościowy pakiet akcji „The Citizens” arabskie konsorcjum finansowe Abu Dhabi United Group znalazło sposób skuteczne przeciwstawienie się UEFA.

Rosja skarży do CAS

Rosyjska agencja antydopingowa (RUSADA) zgodnie z zapowiedzią złożyła odwołanie do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS). Zostanie ono jednak rozpatrzone dopiero w listopadzie tego roku.

Na Rosję nałożony został czteroletni zakaz startów w igrzyskach olimpijskich i innych imprezach międzynarodowych o światowym zasięgu. To efekt afery dopingowej rozpętanej pięć lat temu i wciąż podgrzewanej na nowo przez Światową Agencję Antydopingową (od stycznia tego roku na jej czele stoi były minister sportu w rządzie PiS Witold Bańka), której rekomendacje stały się podstawą do decyzji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego zakazującej Rosji wystawiania reprezentacji w igrzyskach i mistrzostwach świata. Rosyjscy sportowcy mogą jednak startować w tych imprezach pod neutralna flagą.
Rosja nie może też ubiegać się o organizację międzynarodowych imprez, dlatego odwołała się od tego wyroku do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu. Osobny protest w tych dniach złożyła też RUSADA. CAS termin rozprawy wyznaczył w dniach 2-5 listopada 2020 roku. Odbędzie się za zamkniętymi drzwiami.

Ponownie igrzysk nie przełożą

Członek Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego John Coates, szef komisji koordynacyjnej igrzysk w Tokio, zdementował pogłoski, że impreza się nie odbędzie jeśli nie powstanie szczepionka przeciwko Covid-19. Z kolei Yoshiro Mori, prezes Komitetu Organizacyjnego igrzysk w Tokio, stanowczo wykluczył ponowne ich przełożenie.

Zapewnienia Johna Coatesa są trochę zaskakujące, bo wielu ekspertów przecież przekonuje, że igrzyska powinny się odbyć tylko wówczas, gdy na świecie będzie już powszechnie dostępna szczepionka. Taki pogląd wyraziła pod koniec kwietnia profesor Devi Sridhar, specjalistka od globalnych problemów zdrowotnych z uniwersytetu w Edynburgu. „Jeśli w tym roku nie uzyskamy naukowego przełomu w pracach nad szczepionką, wówczas igrzyska w połowie przyszłego roku wydają mi się bardzo nierealne do przeprowadzenia – stwierdziła. Podobnie uważa Yoshitake Yokokura, przewodniczący japońskiego związku medycznego (JMA). Stwierdził on, że bez szczepionki będzie „trudno zorganizować bezpieczne igrzyska”. Coates bagatelizuje takie poglądy i twierdzi, że są to tylko „luźne opinie”, a dla przeciwwagi podkreśla, iż MKOl przy podejmowaniu decyzji kieruje się przede wszystkim wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia. „Zalecenia, które otrzymujemy od WHO jasno mówią, że powinniśmy przygotowywać się do przeprowadzenia igrzysk w 2021 roku i robimy to niezależnie od prac nad szczepionką. Oczywiście, miło byłoby ją mieć, ale jeśli jej nie będzie, my kierować się będziemy zaleceniami WHO oraz japońskich władz” – zapewniał Coates w wypowiedzi udzielonej Associated Press.
W tej chwili eksperci medyczni i lekarze nie mają już pewności, że do lipca 2021 roku świat na tyle dobrze poradzi sobie z pandemią koronawirusa, że igrzyska olimpijskie w Tokio (23 lipca – 8 sierpnia) da się bezpiecznie przeprowadzić. Yoshitake Yokokura, minister zdrowia w japońskim rządzie, przyznał, że jeśli nie będzie szczepionki przeciwko Covid-19, to zorganizowanie igrzysk może okazać się możliwe, ale bardzo trudne i kosztowne. Medialne spekulacje na temat ponownego przełożenia imprezy stanowczo jednak przeciął Yoshiro Mori, prezes Japońskiego Komitetu Organizacyjnego. „Dalsze przekładanie zawodów nie jest możliwe. Jeśli nie zorganizujemy igrzysk w 2021 roku, to zostaną one odwołane – powiedział w wypowiedzi udzielonej angielskiemu dziennikowi „The Sun”. Byłoby to wydarzenie bez precedensu, bowiem do tej pory igrzyska olimpijskie w erze nowożytnej odwoływano trzykrotnie – w 1916, 1940 i 1944, ale w tych przypadkach powodem były wojny światowe.
Nie jest to jedyny poważny problem światowego ruchu olimpijskiego. Wciąż na rozwiązanie czeka kwestia przedłużającego się wykluczenia Rosji z olimpijskiej rodziny. Niedawno Departament Śledczy Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) ogłosił, że zakończył postępowanie w sprawie 298 rosyjskich sportowców, których podejrzewano o stosowanie dopingu. Zebrane dowody zostały przekazane międzynarodowym federacjom i to one mają zdecydować o ewentualnych karach.
Nagonka na rosyjskich sportowców trwa od 3 grudnia 2014 roku, kiedy to niemiecka telewizja ARD wyemitowała film dokumentalny „Jak Rosja produkuje swoich zwycięzców”. Pokazano w nim zorganizowany proceder dopingowy, w który zamieszani byli sportowcy, trenerzy, działacze, urzędnicy państwowi i służby specjalne Rosji.
W wyniku ciągnącej się już od ponad pięciu lat afery dopingowej rosyjskich sportowców wykluczono już z wielu imprez rangi mistrzostw świata, a także z letnich igrzysk olimpijskich w Tokio w 2020 oraz zimowych w Pekinie w 2022 roku. Przełożenie letniej olimpiady o rok stworzyło szansę na sprawiedliwe rozstrzygnięcie tej sprawy, zwłaszcza że wyraźnie już zmęczeni nieustającą nagonką WADA Rosjanie sami zaczęli robić u siebie porządki z dopingowiczami. Niestety, w Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA) nie wszyscy jej pracownicy okazali się rzetelni w przekazaniu do WADA danych z laboratorium w Moskwie. Ktoś tam nie dotrzymał terminu, ktoś pomieszał dokumenty, ale dla WADA winni tych manipulacji nie byli konkretni ludzie, znani im przecież z imienia i nazwiska, których można było spokojnie wskazać i ukarać, tylko całą swoją potęgę obrócili przeciwko sportowcom. Co ciekawe, WADA, chociaż oskarża i szkaluje, robi to bez podawania konkretnych faktów, nawet jakich dyscyplin sportowych dotyczy sprawa. W zamian tylko obiecuje, że dane te zostaną odtajnione po zakończeniu postępowań przez poszczególne federacje.
Obiektywnie rzecz oceniając można odnieść wrażenie, że permanentne karanie rosyjskich sportowców jest w tej chwili głównym sensem istnienia WADA. Niechcący przyznał to nowy szef agencji Witold Bańka. Otóż były polski minister sportu chwaląc pracę swoich podwładnych, powiedział: „To było wielkie przedsięwzięcie. Kryzys dopingowy w Rosji zdominował czas i zasoby WADA przez ostatnie pięć lat, ale to jeszcze nie jest koniec” – przyznał Bańka w wypowiedzi cytowanej na oficjalnej stronie internetowej WADA.
Takie podejście nie daje wielkich nadziei na szybki powrót Rosji do olimpijskiej rodziny.

Kara dla Manchesteru City

Za złamanie zasad finansowego fair play, UEFA ukarała Manchester City dwuletnim wykluczeniem z Ligi Mistrzów (sezony 2020/2021 i 2021/2022) oraz grzywną w wysokości 30 milionów euro. Angielski klub zapowiedział odwołanie do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS) w Lozannie.

To nie pierwsza kara nałożona przez europejska federację piłkarską na Manchester City za złamanie zasad finansowego fair play. Aktualni mistrzowie Anglii już raz zostali za to ukarani w 2014 roku grzywną w wysokości 49 milionów funtów, jednak po tym, jak „The Citizens” dostosowali się do wytycznych uzgodnionych w ramach kary, UEFA zmniejszyła wysokość grzywny do kwoty 18 milionów funtów.
Mechanizm oszustwa
W jaki sposób Manchester City naruszył finansowe fair play? Sprawa wyszła na jaw w listopadzie 2018 roku gdy do niemieckich, a potem także angielskich mediów wyciekły dokumenty związane z dymisją zwolnionego w 2013 roku trenera Roberto Manciniego. Po wypłacie włoskiemu szkoleniowcowi odprawy w wysokości blisko 10 mln funtów, w kasie „The Citizens” powstał deficyt w tej kwocie, który to deficyt dyrektor finansowy klubu Jorge Chumillas rozwiązał wysyłając maila do sponsorów z Abu Dhabi, a prośbą o załatanie tej dziury.
Niemiecki „Der Spiegel” jako pierwszy sprawdził ten trop i ujawnił, że firmy Etigad, Aabar oraz izba turystyczna Abu Dhabi zapłaciły Manchesterowi City znacznie więcej pieniędzy niż powinny na podstawie wcześniej zawartych kontraktów sponsorskich. To był konkretny dowód potwierdzający krążące wokół tego klubu podejrzenia, że manipulował kontraktami sponsorskimi, aby dopasować je do wymogów finansowego fair play UEFA.
„Jesteśmy rozczarowani, ale nie zaskoczeni tą decyzją. Przecieki z UEFA nie dawały nam wielkiej nadziei na inne rozstrzygnięcie tej sprawy” – podały w oficjalnym komunikacie służby prasowe Manchesteru City. Klub zapowiedział złożenie odwołania do Trybunału Arbitrażowego do spraw Sportu w Lozannie. Jeśli jednak CAS podtrzyma decyzję UEFA, a „The Citizens” wywalczą w tym sezonie awans do Ligi Mistrzów (dają go miejsca 1-4 w Premier League), wtedy ich miejsce przejmie piąty zespół, a na zajęcie piątej lokaty szanse mają obecnie Tottenham Hotspur, Sheffield United i lokalny rywal City, Manchester United.
Ale nie tylko angielskie kluby cieszą się z kłopotów ekipy „The Citizens”, także jej rywale w innych krajach zacierają ręce. Szef hiszpańskiej Primera Division Javier Tebas powiedział bez ogródek: „Egzekwowanie zasad Finansowego Fair Play i karanie dopingu finansowego ma zasadnicze znaczenie dla przyszłości futbolu. Od lat wzywamy do surowych działań przeciwko Manchesterowi City i Paris Saint-Germain. Lepiej późno niż wcale”. Co nie zmienia faktu, że największe i najbogatsze kluby europejskie po cichu ostrzą sobie apetyty na pozyskanie po korzystnych cenach najlepszych graczy „The Citizens”. O tym, że będzie taka możliwość, za pośrednictwem Twittera w minioną sobotę poinformował John Mehrzad, uważany za najlepszego specjalistę od prawa sportowego w Wielkiej Brytanii.
Konsekwencje dyskwalifikacji
Otóż jego zdaniem piłkarze Manchesteru City w przypadku potrzymania wyroku przez CAS będą mieli podstawę do rozwiązania kontraktów z klubem. „Zawodnicy będą mogli argumentować, że zachowanie Manchesteru City naruszające regulamin UEFA naruszało też dorozumiany okres zaufania i pewności wynikający z ich kontraktów. Podejrzewam, że brytyjskie prawo pracy pozytywnie rozpatrzy argumenty piłkarzy, że działanie klubu pozbawiło ich możliwości gry w Lidze Mistrzów i zdobycia premii finansowych. Sprawa może trafić do FIFA, a ta również uważa stabilność umowną za świętą. Może uznać, że działanie klubu pozbawiło piłkarzy tej stabilności. Oni, podpisując kontrakty z Manchesterem City, byli pewni występów w Lidze Mistrzów, bo sportowa jakość klubu dawała na to gwarancję. Teraz tej możliwości zostali pozbawieni nie ze swojej winy, tylko klubu. Mogą domagać się wypłacenia gwarantowanych premii za grę w Lidze Mistrzów lub renegocjowania umów, albo zgody na odejście. Manchester City nie będzie miał w tej sytuacji wielkiego pola manewru i prawdopodobnie będzie musiał się zgodzić” – przekonuje John Mehrzad.
W kadrze zespoły „The Citizens” kilku piłkarzy może skorzystać z okazji i zmienić klubowe barwy. Raheem Sterling od dawna marzy o grze w Realu Madryt. Anglik ma 25 lat, więc gdy jego drużyna wróci do Ligi Mistrzów, będzie miał 28 i najlepsze lata spędzi poza Ligą Mistrzów. Belg Kevin De Bruyne już od pewnego czasu daje do zrozumienia, że jest już trochę zmęczony ligą angielską i chciałby zmienić otoczenie. Argentyńczyk Sergio Aguero, jeden z najlepszych napastników w ostatnich sezonach, ma 31 lat i wciąż niespełnione marzenie o triumfie w Lidze Mistrzów.
Nerwowa atmosfera w Man City
Klauzulę umożliwiającą rozwiązanie kontraktu w przypadku wykluczenia klubu z europejskich rozgrywek ma przedłużona w zeszłym roku umowa trenera Pepa Guardioli, a jego śladem poszła większość kluczowych graczy.
W tej skomplikowanej sytuacji w przełamaniu kryzysu nie pomagają pogłoski o tym, że szejkowie z ZEA zastanawiają się poważnie nad… rezygnacją z dalszego finansowania Manchesteru City i przymierzają się do odsprzedaży klubu.
Te wieści jeszcze bardziej zagęściły i tak już nerwową atmosferę w szatni Manchesteru City. Fatalnych nastrojów piłkarzy nie poprawił też dyrektor wykonawczy klubu Ferran Soriano, który na nadzwyczajnym zebraniu wszystkich zawodników poinformował, że jeżeli sankcje UEFA zostaną przez CAS utrzymane, muszą liczyć się ze zmniejszeniem wynagrodzeń. Taka nieciekawa perspektywa z pewnością skłoni większość czołowych graczy „The Citizens” do odejścia już w letnim oknie transferowym.
Właścicielem Manchesteru City od 1 września 2008 roku jest grupa kapitałowa Abu Dhabi United Group Investment and Development Limited, któej większościowym udziałowcem jest szejk Mansour bin Zayed. Prezesem zarządu klubu jest natomiast Khaldoon Al Mubarak, właściciel firmy City Football Group, która posiada 80 procent udziałów w dwóch innych klubach piłkarskich – australijskim Melbourne City oraz amerykańskim New York City. Ponadto spółka posiada mniejszościowe udziały w japońskim klubie Yokohama Marinos.