Rosja skarży do CAS

Rosyjska agencja antydopingowa (RUSADA) zgodnie z zapowiedzią złożyła odwołanie do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS). Zostanie ono jednak rozpatrzone dopiero w listopadzie tego roku.

Na Rosję nałożony został czteroletni zakaz startów w igrzyskach olimpijskich i innych imprezach międzynarodowych o światowym zasięgu. To efekt afery dopingowej rozpętanej pięć lat temu i wciąż podgrzewanej na nowo przez Światową Agencję Antydopingową (od stycznia tego roku na jej czele stoi były minister sportu w rządzie PiS Witold Bańka), której rekomendacje stały się podstawą do decyzji Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego zakazującej Rosji wystawiania reprezentacji w igrzyskach i mistrzostwach świata. Rosyjscy sportowcy mogą jednak startować w tych imprezach pod neutralna flagą.
Rosja nie może też ubiegać się o organizację międzynarodowych imprez, dlatego odwołała się od tego wyroku do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu. Osobny protest w tych dniach złożyła też RUSADA. CAS termin rozprawy wyznaczył w dniach 2-5 listopada 2020 roku. Odbędzie się za zamkniętymi drzwiami.

Ponownie igrzysk nie przełożą

Członek Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego John Coates, szef komisji koordynacyjnej igrzysk w Tokio, zdementował pogłoski, że impreza się nie odbędzie jeśli nie powstanie szczepionka przeciwko Covid-19. Z kolei Yoshiro Mori, prezes Komitetu Organizacyjnego igrzysk w Tokio, stanowczo wykluczył ponowne ich przełożenie.

Zapewnienia Johna Coatesa są trochę zaskakujące, bo wielu ekspertów przecież przekonuje, że igrzyska powinny się odbyć tylko wówczas, gdy na świecie będzie już powszechnie dostępna szczepionka. Taki pogląd wyraziła pod koniec kwietnia profesor Devi Sridhar, specjalistka od globalnych problemów zdrowotnych z uniwersytetu w Edynburgu. „Jeśli w tym roku nie uzyskamy naukowego przełomu w pracach nad szczepionką, wówczas igrzyska w połowie przyszłego roku wydają mi się bardzo nierealne do przeprowadzenia – stwierdziła. Podobnie uważa Yoshitake Yokokura, przewodniczący japońskiego związku medycznego (JMA). Stwierdził on, że bez szczepionki będzie „trudno zorganizować bezpieczne igrzyska”. Coates bagatelizuje takie poglądy i twierdzi, że są to tylko „luźne opinie”, a dla przeciwwagi podkreśla, iż MKOl przy podejmowaniu decyzji kieruje się przede wszystkim wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia. „Zalecenia, które otrzymujemy od WHO jasno mówią, że powinniśmy przygotowywać się do przeprowadzenia igrzysk w 2021 roku i robimy to niezależnie od prac nad szczepionką. Oczywiście, miło byłoby ją mieć, ale jeśli jej nie będzie, my kierować się będziemy zaleceniami WHO oraz japońskich władz” – zapewniał Coates w wypowiedzi udzielonej Associated Press.
W tej chwili eksperci medyczni i lekarze nie mają już pewności, że do lipca 2021 roku świat na tyle dobrze poradzi sobie z pandemią koronawirusa, że igrzyska olimpijskie w Tokio (23 lipca – 8 sierpnia) da się bezpiecznie przeprowadzić. Yoshitake Yokokura, minister zdrowia w japońskim rządzie, przyznał, że jeśli nie będzie szczepionki przeciwko Covid-19, to zorganizowanie igrzysk może okazać się możliwe, ale bardzo trudne i kosztowne. Medialne spekulacje na temat ponownego przełożenia imprezy stanowczo jednak przeciął Yoshiro Mori, prezes Japońskiego Komitetu Organizacyjnego. „Dalsze przekładanie zawodów nie jest możliwe. Jeśli nie zorganizujemy igrzysk w 2021 roku, to zostaną one odwołane – powiedział w wypowiedzi udzielonej angielskiemu dziennikowi „The Sun”. Byłoby to wydarzenie bez precedensu, bowiem do tej pory igrzyska olimpijskie w erze nowożytnej odwoływano trzykrotnie – w 1916, 1940 i 1944, ale w tych przypadkach powodem były wojny światowe.
Nie jest to jedyny poważny problem światowego ruchu olimpijskiego. Wciąż na rozwiązanie czeka kwestia przedłużającego się wykluczenia Rosji z olimpijskiej rodziny. Niedawno Departament Śledczy Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) ogłosił, że zakończył postępowanie w sprawie 298 rosyjskich sportowców, których podejrzewano o stosowanie dopingu. Zebrane dowody zostały przekazane międzynarodowym federacjom i to one mają zdecydować o ewentualnych karach.
Nagonka na rosyjskich sportowców trwa od 3 grudnia 2014 roku, kiedy to niemiecka telewizja ARD wyemitowała film dokumentalny „Jak Rosja produkuje swoich zwycięzców”. Pokazano w nim zorganizowany proceder dopingowy, w który zamieszani byli sportowcy, trenerzy, działacze, urzędnicy państwowi i służby specjalne Rosji.
W wyniku ciągnącej się już od ponad pięciu lat afery dopingowej rosyjskich sportowców wykluczono już z wielu imprez rangi mistrzostw świata, a także z letnich igrzysk olimpijskich w Tokio w 2020 oraz zimowych w Pekinie w 2022 roku. Przełożenie letniej olimpiady o rok stworzyło szansę na sprawiedliwe rozstrzygnięcie tej sprawy, zwłaszcza że wyraźnie już zmęczeni nieustającą nagonką WADA Rosjanie sami zaczęli robić u siebie porządki z dopingowiczami. Niestety, w Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA) nie wszyscy jej pracownicy okazali się rzetelni w przekazaniu do WADA danych z laboratorium w Moskwie. Ktoś tam nie dotrzymał terminu, ktoś pomieszał dokumenty, ale dla WADA winni tych manipulacji nie byli konkretni ludzie, znani im przecież z imienia i nazwiska, których można było spokojnie wskazać i ukarać, tylko całą swoją potęgę obrócili przeciwko sportowcom. Co ciekawe, WADA, chociaż oskarża i szkaluje, robi to bez podawania konkretnych faktów, nawet jakich dyscyplin sportowych dotyczy sprawa. W zamian tylko obiecuje, że dane te zostaną odtajnione po zakończeniu postępowań przez poszczególne federacje.
Obiektywnie rzecz oceniając można odnieść wrażenie, że permanentne karanie rosyjskich sportowców jest w tej chwili głównym sensem istnienia WADA. Niechcący przyznał to nowy szef agencji Witold Bańka. Otóż były polski minister sportu chwaląc pracę swoich podwładnych, powiedział: „To było wielkie przedsięwzięcie. Kryzys dopingowy w Rosji zdominował czas i zasoby WADA przez ostatnie pięć lat, ale to jeszcze nie jest koniec” – przyznał Bańka w wypowiedzi cytowanej na oficjalnej stronie internetowej WADA.
Takie podejście nie daje wielkich nadziei na szybki powrót Rosji do olimpijskiej rodziny.

Kara dla Manchesteru City

Za złamanie zasad finansowego fair play, UEFA ukarała Manchester City dwuletnim wykluczeniem z Ligi Mistrzów (sezony 2020/2021 i 2021/2022) oraz grzywną w wysokości 30 milionów euro. Angielski klub zapowiedział odwołanie do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS) w Lozannie.

To nie pierwsza kara nałożona przez europejska federację piłkarską na Manchester City za złamanie zasad finansowego fair play. Aktualni mistrzowie Anglii już raz zostali za to ukarani w 2014 roku grzywną w wysokości 49 milionów funtów, jednak po tym, jak „The Citizens” dostosowali się do wytycznych uzgodnionych w ramach kary, UEFA zmniejszyła wysokość grzywny do kwoty 18 milionów funtów.
Mechanizm oszustwa
W jaki sposób Manchester City naruszył finansowe fair play? Sprawa wyszła na jaw w listopadzie 2018 roku gdy do niemieckich, a potem także angielskich mediów wyciekły dokumenty związane z dymisją zwolnionego w 2013 roku trenera Roberto Manciniego. Po wypłacie włoskiemu szkoleniowcowi odprawy w wysokości blisko 10 mln funtów, w kasie „The Citizens” powstał deficyt w tej kwocie, który to deficyt dyrektor finansowy klubu Jorge Chumillas rozwiązał wysyłając maila do sponsorów z Abu Dhabi, a prośbą o załatanie tej dziury.
Niemiecki „Der Spiegel” jako pierwszy sprawdził ten trop i ujawnił, że firmy Etigad, Aabar oraz izba turystyczna Abu Dhabi zapłaciły Manchesterowi City znacznie więcej pieniędzy niż powinny na podstawie wcześniej zawartych kontraktów sponsorskich. To był konkretny dowód potwierdzający krążące wokół tego klubu podejrzenia, że manipulował kontraktami sponsorskimi, aby dopasować je do wymogów finansowego fair play UEFA.
„Jesteśmy rozczarowani, ale nie zaskoczeni tą decyzją. Przecieki z UEFA nie dawały nam wielkiej nadziei na inne rozstrzygnięcie tej sprawy” – podały w oficjalnym komunikacie służby prasowe Manchesteru City. Klub zapowiedział złożenie odwołania do Trybunału Arbitrażowego do spraw Sportu w Lozannie. Jeśli jednak CAS podtrzyma decyzję UEFA, a „The Citizens” wywalczą w tym sezonie awans do Ligi Mistrzów (dają go miejsca 1-4 w Premier League), wtedy ich miejsce przejmie piąty zespół, a na zajęcie piątej lokaty szanse mają obecnie Tottenham Hotspur, Sheffield United i lokalny rywal City, Manchester United.
Ale nie tylko angielskie kluby cieszą się z kłopotów ekipy „The Citizens”, także jej rywale w innych krajach zacierają ręce. Szef hiszpańskiej Primera Division Javier Tebas powiedział bez ogródek: „Egzekwowanie zasad Finansowego Fair Play i karanie dopingu finansowego ma zasadnicze znaczenie dla przyszłości futbolu. Od lat wzywamy do surowych działań przeciwko Manchesterowi City i Paris Saint-Germain. Lepiej późno niż wcale”. Co nie zmienia faktu, że największe i najbogatsze kluby europejskie po cichu ostrzą sobie apetyty na pozyskanie po korzystnych cenach najlepszych graczy „The Citizens”. O tym, że będzie taka możliwość, za pośrednictwem Twittera w minioną sobotę poinformował John Mehrzad, uważany za najlepszego specjalistę od prawa sportowego w Wielkiej Brytanii.
Konsekwencje dyskwalifikacji
Otóż jego zdaniem piłkarze Manchesteru City w przypadku potrzymania wyroku przez CAS będą mieli podstawę do rozwiązania kontraktów z klubem. „Zawodnicy będą mogli argumentować, że zachowanie Manchesteru City naruszające regulamin UEFA naruszało też dorozumiany okres zaufania i pewności wynikający z ich kontraktów. Podejrzewam, że brytyjskie prawo pracy pozytywnie rozpatrzy argumenty piłkarzy, że działanie klubu pozbawiło ich możliwości gry w Lidze Mistrzów i zdobycia premii finansowych. Sprawa może trafić do FIFA, a ta również uważa stabilność umowną za świętą. Może uznać, że działanie klubu pozbawiło piłkarzy tej stabilności. Oni, podpisując kontrakty z Manchesterem City, byli pewni występów w Lidze Mistrzów, bo sportowa jakość klubu dawała na to gwarancję. Teraz tej możliwości zostali pozbawieni nie ze swojej winy, tylko klubu. Mogą domagać się wypłacenia gwarantowanych premii za grę w Lidze Mistrzów lub renegocjowania umów, albo zgody na odejście. Manchester City nie będzie miał w tej sytuacji wielkiego pola manewru i prawdopodobnie będzie musiał się zgodzić” – przekonuje John Mehrzad.
W kadrze zespoły „The Citizens” kilku piłkarzy może skorzystać z okazji i zmienić klubowe barwy. Raheem Sterling od dawna marzy o grze w Realu Madryt. Anglik ma 25 lat, więc gdy jego drużyna wróci do Ligi Mistrzów, będzie miał 28 i najlepsze lata spędzi poza Ligą Mistrzów. Belg Kevin De Bruyne już od pewnego czasu daje do zrozumienia, że jest już trochę zmęczony ligą angielską i chciałby zmienić otoczenie. Argentyńczyk Sergio Aguero, jeden z najlepszych napastników w ostatnich sezonach, ma 31 lat i wciąż niespełnione marzenie o triumfie w Lidze Mistrzów.
Nerwowa atmosfera w Man City
Klauzulę umożliwiającą rozwiązanie kontraktu w przypadku wykluczenia klubu z europejskich rozgrywek ma przedłużona w zeszłym roku umowa trenera Pepa Guardioli, a jego śladem poszła większość kluczowych graczy.
W tej skomplikowanej sytuacji w przełamaniu kryzysu nie pomagają pogłoski o tym, że szejkowie z ZEA zastanawiają się poważnie nad… rezygnacją z dalszego finansowania Manchesteru City i przymierzają się do odsprzedaży klubu.
Te wieści jeszcze bardziej zagęściły i tak już nerwową atmosferę w szatni Manchesteru City. Fatalnych nastrojów piłkarzy nie poprawił też dyrektor wykonawczy klubu Ferran Soriano, który na nadzwyczajnym zebraniu wszystkich zawodników poinformował, że jeżeli sankcje UEFA zostaną przez CAS utrzymane, muszą liczyć się ze zmniejszeniem wynagrodzeń. Taka nieciekawa perspektywa z pewnością skłoni większość czołowych graczy „The Citizens” do odejścia już w letnim oknie transferowym.
Właścicielem Manchesteru City od 1 września 2008 roku jest grupa kapitałowa Abu Dhabi United Group Investment and Development Limited, któej większościowym udziałowcem jest szejk Mansour bin Zayed. Prezesem zarządu klubu jest natomiast Khaldoon Al Mubarak, właściciel firmy City Football Group, która posiada 80 procent udziałów w dwóch innych klubach piłkarskich – australijskim Melbourne City oraz amerykańskim New York City. Ponadto spółka posiada mniejszościowe udziały w japońskim klubie Yokohama Marinos.

Rosjanie idą na wojnę z WADA

Rosyjska Agencja Antydopingowa (RUSADA) poinformowała w miniony piątek, że wysłała oficjalne pismo do Światowej Agencji Antydopingowej (WADA), w którym zakwestionowała decyzję o wykluczeniu Rosji z imprez sportowych światowej rangi, m. in. z letnich igrzysk 2020 roku w Tokio oraz zimowych w 2022 roku w Pekinie. Także Rosyjski Komitet Olimpijski ogłosił oficjalnie, że nie zgadza się z decyzją WADA. Głos w tej kontrowersyjnej sprawie zabrał również prezydent Rosji Władimir Putin.

Dyrektor generalny RUSADA Jurij Ganus w oficjalnym komunikacie przesłanym do mediów napisał: „Do Światowej Agencji Antydopingowej wysłany został zestaw dokumentów, w tym powiadomienie o braku zgody na sankcje, podpisanych przez radę nadzorczej i założycieli RUSADA, rosyjskie komitety olimpijski i paraolimpijski”. Zgodnie z procedurą WADA, której szefem od 1 stycznia 2020 będzie Polak Witold Bańka, musi teraz skierować sprawę do rozstrzygnięcia przez Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie (CAS), albowiem strona rosyjska dopełniła procedur dostarczając przed końcem roku odwołanie od decyzji z 9 grudnia 2019 wykluczającej Rosję z letnich igrzysk w Tokio w 2020 roku oraz zimowych w Pekinie w 2022 w związku z aferą dopingową w tym kraju.

Kara zasłużona, ale zbyt surowa

Sankcje wobec Rosji Komitet Wykonawczy Światowej Agencji Antydopingowej uzasadniła koniecznością ukarania tego kraju za fałszowanie próbek i manipulacji w bazie danych sportowców przez RUSADA. Nie uwzględniono jednak faktu, że to Rosjanie jako pierwsi wszczęli śledztwo w tej sprawie i osoby, którym udowodniono udział w tym procederze, zostały stosownie za to ukarane. Ponieważ jednak była to recydywa, nawet w rosyjskim środowisku sportowym panowało dość powszechne przekonanie, że ze strony WADA należy spodziewać się nieprzychylnej reakcji.

W światowych mediach, głównie amerykańskich i brytyjskich, jeszcze przed ostateczną decyzją zaczęły pojawiać się przecieki z liczącego 89 stron raportu WADA, wedle którego także przedstawiciele rosyjskich władz uczestniczyli w fałszowaniu wyników testów dopingowych. „Raport pokazuje, iż władze Rosji zamiast przygotować dokumenty dla WADA, zajmowały się zmienianiem, usuwaniem i manipulowaniem danymi, żeby tylko zatuszować obecność dopingu w rosyjskim sporcie” – napisano w komunikacie amerykańskiej agencji AP, na który powoływały się inne media. W komentarzach podkreślano, że Rosjanie mieli rzekomo manipulować przy dokumentach także po tym, jak zgodzili się przekazać je w ich oryginalnej formie do WADA.

Gwoli przypomnienia

Afera z dopingiem w rosyjskim sporcie wybuchła po zimowych igrzyskach 2014 roku w Soczi, a rozpoczęła się po wyemitowaniu przez niemiecką stację telewizyjną ARD dokumentu, wedle którego w Rosji stworzono system dopingowy, w który zamieszani byli sportowcy, trenerzy, urzędnicy państwowi, funkcjonariusze służb specjalnych i Rosyjska Agencja Antydopingowa (RUSADA). Zbiegło się to w czasie z politycznymi zawirowaniami wokół konfliktu rosyjsko-ukraińskiego o Krym i Donbas i nałożonymi z tego powodu na Rosję sankcjami przez USA i Unię Europejską.

Gdyby nie ta globalna polityczna rozgrywka między mocarstwami, pewnie nie doszłoby do zepchnięcia Rosji, jakby nie patrzeć jednej z największych potęg w światowym sporcie, najpierw na margines olimpijskiej społeczności, a teraz wręcz do jej wyrzucenia. Warto przypomnieć, że głównym informatorem w tej sprawie jest zbiegły do USA były dyrektor moskiewskiego laboratorium antydopingowego Grigorij Rodczenkow, który ponoć zeznał, iż „w Rosji przez lata dochodziło do tuszowania pozytywnych wyników testów antydopingowych, a proceder miał być ukrywany i finansowany przez państwo”.

Doping to powszechne zjawisko

Co ciekawe, w wywiadzie udzielonym w 2018 roku amerykańskiej telewizji CBS ten sam Rodczenkow publicznie przyznał, że wedle posiadanej przez niego wiedzy obecnie sportowcy z co najmniej 20 krajów stosują doping, który jest ukrywany.
Te rewelacje w światowych mediach przeszły jednak bez echa, natomiast każda informacja stawiająca w niekorzystnym świetle Rosjan była natychmiast rozdmuchiwana. Dlatego podjętą 9 grudnia przez Komitet Wykonawczy WADA decyzję zakazująca rosyjskim sportowcom przez najbliższe cztery lata startu w igrzyskach olimpijskich i innych zawodach sportowych o światowym zasięgu pod narodową flagą, przyjęto w świecie jako oczywistą kontynuację sankcji nałożonych na Rosję podczas letnich igrzysk olimpijskich 2016 roku w Rio de Janeiro i zimowych 2018 roku w Pjongczangu. Najnowsze sankcje WADA mają obowiązywać do 2023 roku i w tym czasie Rosja nie będzie mogła też organizować u siebie imprez rangi mistrzostw świata.

Amerykanie też koksują na potęgę

Bezkompromisowe stanowisko WADA wywołała jednak także falę oburzenia. Największą rzecz jasna w Rosji, ale nie tylko tam. Nic dziwnego, przecież doping jest zmorą całego światowego sportu i żaden kraj nie jest w tej kwestii stuprocentowo czysty. A już na pewno nie domagające się sankcji Stany Zjednoczone. Świadczą o tym kłopotliwe dla sportowego środowiska w tym kraju fakty. Choćby zniszczenie w nader zagadkowych okolicznościach zdeponowanych w magazynach WADA próbek pobranych od amerykańskich sportowców w latach 2008-2016 czy szokująca informacja o tym, że reprezentanci tego kraju są światowymi liderami pod względem liczby pozytywnych wyników testów dopingowych zrobionych od początku 2017 roku – przyłapano aż 73 zawodowych sportowców z USA.

Co ciekawe, na drugim miejscu tego wstydliwego zestawienia znalazła się Rosja, jednak zarejestrowanych przypadków stosowania zakazanych substancji przez rosyjskich sportowców było trzykrotnie mniej, bo 24. Na trzecim miejscu uplasowały się Indie z 16 pozytywnymi wynikami, na czwartym miejscu ax aequo znalazły się Brazylia i Dominikana (po 15 przypadków).

IAAF również nie jest bez skazy

Najbardziej nieprzejednana w karaniu Rosjan międzynarodowa federacja lekkoatletyczna (IAAF) ma na koncie mnóstwo przypadków instytucjonalnego tuszowania dopingu, także przy udziale wysokiej rangi działaczy, jak choćby byłego prezydenta IAAF Senegalczyka Lamine’a Diacka. W ostatniej dekadzie wielkie dopingowe wpadki zaliczyli Włosi (zdyskwalifikowano 26 lekkoatletów, w tym zawodników z krajowej czołówki). Zdumiewające w tej historii jest to, że Włoska Agencja Antydopingowa doprowadziła do gigantycznego bałaganu i w pewnym okresie ogóle nie uaktualniała danych w systemie komputerowym dotyczących aktualizacji paszportów biologicznych i miejsc pobytu sportowców. W efekcie działanie całego systemu było fikcją, ale mimo to WADA nie wyciągnęła żadnych konsekwencji.

Jeszcze gorzej wygląda sprawa nadzoru antydopingowego nad lekkoatletami w Kenii, gdzie przecież za korupcję zawieszony został prezes miejscowej federacji lekkoatletycznej, oskarżany m. in. o tuszowanie przypadków dopingu. Zawieszono także siódemkę kolejnych biegaczy z tego kraju, co sprawiło, że w ciągu ostatnich lat liczba zdyskwalifikowanych kenijskich lekkoatletów doszła do 40 osób. A trzeba pamiętać, że kontrole antydopingowe w tym kraju były i są jeszcze większą fikcją niż we Włoszech. Niewiele lepiej, a w zasadzie tak samo sytuacja wygląda w Etiopii i w zdecydowanej większości pozostałych afrykańskim krajów.

Nie powinno zatem nikogo dziwić, że w Rosji nie ma zgody na sankcje WADA. „Rosyjski Narodowy Komitet Olimpijski jest pełnoprawnym i z urzędu członkiem ruchu olimpijskiego, dlatego mamy wszelkie powody, by wierzyć, iż utworzymy reprezentację na igrzyska w Tokio. Zrobimy wszystko, aby zapewnić udział naszego zespołu pod rosyjską flagą” – powiedział przewodniczący tego gremium Stanisław Pozdniakow i potwierdził, że RNKOl jako członek-założyciel Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA) zatwierdził decyzję jej rady nadzorczej z 19 grudnia tego roku o nieprzyjęciu sankcji nałożonych przez WADA.

Prezydent wzywa do walki

Sygnał do walki wszystkim instytucjom sportowym w Rosji dał jednak prezydent Władimir Putin. „Każda kara powinna być indywidualna. Karanie wszystkich sportowców jest niesprawiedliwe. Każda kara powinna być indywidualna. Nie może być tak, że czyści sportowcy będą cierpieć za działania innych. Ta decyzja jest sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem i prawem międzynarodowym. Podobną decyzję podjęto przecież przed poprzednimi igrzyskami, teraz karze się nas za to samo. Żaden istniejący system prawny na to nie pozwala. Istnieją wszelkie powody, by sądzić, że podstawą takiej decyzji nie jest troska o czystość światowego sportu, ale względy polityczne nie mające nic wspólnego z interesami sportu i ruchu olimpijskiego. Zwłaszcza, że nie ma żadnych skarg na Rosyjski Narodowy Komitet Olimpijski. A jeśli nie ma żadnych skarg przeciwko niemu, kraj powinien pojawić się pod flagą narodową” – powiedział rosyjski prezydent podczas tradycyjnej już dorocznej konferencji prasowej.

Tak więc Rosja będzie teraz dochodzić swoich racji przed Trybunałem Arbitrażowym ds. Sportu (CAS) w Lozannie. Do czasu wydania werdyktu przez CAS sankcje WADA nie obowiązują.

Chcą startować pod własną flagą

Działacze WADA i światowego ruchu olimpijskiego zdają się nie rozumieć rosyjskich pretensji. Twierdzą, że przecież zawieszenie reprezentacji Rosji nie zamyka sportowcom z tego kraju drogi do występu na igrzyskach olimpijskich czy w mistrzostwach świata, bo dla nie uwikłanych w dopingowy proceder stworzono możliwość startu pod neutralną flagą. Taka sytuacja miała już miejsce na zimowych igrzyskach w 2018 roku w Pjongczangu. I bardzo się w Rosji nie spodobała, zwłaszcza gdy fetowano sukces hokeistów „Sbornej”, którzy wywalczyli tam złote medale. W Pjongczangu wystąpili jako „olimpijscy sportowcy z Rosji”, a gdy stali na podium odegrano im hymn olimpijski. Na powtórkę takiej upokarzającej sceny nikt w Rosji nie ma ochoty, dlatego WADA i MKOl muszą liczyć się tym razem z mocniejszym oporem. Włącznie z bojkotem igrzysk przez Rosjan, co w konsekwencji może doprowadzić do potężnego rozłamu w olimpijskiej rodzinie.

 

Nie będą walczyć pod neutralną flagą

Rosyjscy bokserzy oświadczyli, że nie wystartują w olimpijskim turnieju w Tokio pod neutralną flagą. Po pierwszym szoku jaki wywołała w Rosji decyzja Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) o wykluczeniu jej sportowców na cztery lata z igrzysk olimpijskich, słowa oburzenia zaczynają zastępować czyny.

Jako pierwsi stanowczo sprzeciwili się decyzji WADA przedstawiciele rosyjskiej federacji bokserskiej o czym poinformował sekretarz generalny tej organizacji Umar Kremlew. „Nasi bokserzy podjęli taką decyzję. Chcą, aby ich prawa jako sportowców olimpijskich były bronione w sądzie. Podzielamy ich zdanie jako władze federacji. Dla nas wszystkich najważniejsze jest to, aby nasi bokserzy mogli rywalizować pod rosyjską flagą i żeby w przypadku medalowych triumfów mogli usłyszeć nasz hymn. Bez tego uczestnictwo w igrzyskach nie ma żadnego sensu i byłoby dobrze, żeby to sobie uświadomili zwolennicy tego rodzaju sankcji” – stwierdził stanowczo Kremlew.

W poniedziałek, w związku z aferą dopingową w rosyjskim sporcie, WADA wykluczyła ten kraj z igrzysk w Tokio w 2020 i zimowych w Pekinie w 2022 roku. Oznacza to, że rosyjscy sportowcy nie będą mogli startować w wielkich imprezach w swoich barwach, ale możliwy jest ich występ pod neutralną flagą, podobnie jak w ubiegłym roku na zimowej olimpiadzie w Pjongczangu, i podobnie jak w 2016 roku w Rio de Janeiro. Sankcje mają obowiązywać do 2023 roku i obejmują również inne największe imprezy międzynarodowe, w tym mistrzostwa świata. W ciągu czterech najbliższych lat Rosja nie będzie mogła również organizować najważniejszych imprez.

Sankcje WADA skomentował też prezydent Rosji Władimir Putin. Zapytany o nie na konferencji prasowej po szczycie w Paryżu, powiedział: „Każda kara, jak ma to miejsce od czasów rzymskiego prawa, musi być indywidualna i wynikać z tego, co popełniła jedna lub druga osoba. Kary nie mogą mieć charakteru zbiorowego, stosować się do osób, które nie mają nic wspólnego z niektórymi naruszeniami i wszyscy to rozumieją. Wydaje mi się, że istnieją wszelkie powody, by sądzić, że podstawą takich decyzji nie jest troska o czystość światowego sportu, ale względy polityczne, nic wspólnego z interesami sportu i ruchu olimpijskiego. Zwłaszcza, że nie ma żadnych skarg na Rosyjski Narodowy Komitet Olimpijski. A jeśli nie ma żadnych skarg przeciwko niemu, kraj powinien pojawić się pod flagą narodową”. Prezydent Rosji zapowiedział też, że Rosja złoży odwołanie od decyzji WADA do Trybunału Arbitrażowego ds. Sportu (CAS). Mogą to w ciągu najbliższych trzech tygodni uczynić Rosyjska Agencja Antydopingowa (RUSADA), Rosyjski Komitet Olimpijski albo dowolna zainteresowana federacja sportowa. Złożenie apelacji skutkowałoby zawieszeniem sankcji aż do czasu potwierdzenia decyzji przez CAS.

 

Prezydent AIBA sam się zawiesił

Prezydent Międzynarodowej Federacji Bokserskiej (AIBA) Uzbek Gafur Rachimow w miniony piątek ogłosił, że zawiesza pełnienie tej funkcji. Jego ustąpienia domaga się MKOl.

Międzynarodowy Komitet Olimpijski w zakazał Rachimowi startu w wyborach na szefa Międzynarodowego Stowarzyszenia Boksu Amatorskiego (AIBA), które odbyły się w listopadzie ubiegłego roku. Pochodzący z Uzbekistanu Rachimow zignorował jednak zakaz MKOl i stanął w szranki wyborcze, wygrywając w nich z reprezentantem Kazachstanu Serika Konakbajewa, któremu Międzynarodowy Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) dopiero kilka dni przed wyborami przyznał rację w sporze z AIBA i nakazał umieszczenie na liście wyborczej. W głosowaniu delegaci wybrali jednak na prezydenta oskarżanego o działalność przestępczą 67-letniego Rachimowa, co wywołało wręcz wrogą reakcję MKOl.

Władze światowego sportu niedługo później wszczęły dochodzenia w sprawie sytuacji w AIBA, a w listopadzie 2018 roku ogłosił, że przestały planować przeprowadzenie turnieju bokserskiego podczas igrzysk w Tokio w 2020 roku. W opublikowanym wówczas oświadczeniu MKOl stwierdził, że przekazany mu raport AIBA, dotyczący m.in. wyborów prezydenta organizacji, sytuacji finansowej i zarządzania, nie jest wiarygodny i nie pozwala na ponowne podjęcie współpracy.

Rachimow jest oskarżany o działalność przestępczą. Sam kategorycznie temu zaprzecza, ale zarzuty są na tyle poważne, że po jego ponownym wyborze MKOl postanowił całkowicie zamrozić swoje relacje z bokserską federacją. „To są fałszywe oskarżenia, sfabrykowane przez poprzedni reżim w Uzbekistanie” – zapewniał elektorów z AIBA Rachimow.

 

PSG ograł UEFA w CAS

Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) w Lozannie przyznał rację Paris Saint-Germain w jego sporze z UEFA dotyczącego naruszenia zasad tzw. finansowego fair play.

We wrześniu 2017 roku Rada Finansowej Kontroli Klubów (CFCB), organ UEFA zajmujący się kontrolą przestrzegania przepisów finansowego fair play, wszczęła postępowanie przeciwko Paris Saint-Germain, a pretekstem do tego stały się informacje o ogromnych wydatkach paryskiego klubu w letnim okienku transferowym. To wtedy na Parc des Princes ściągnięto z FC Barcelona Brazylijczyka Neymara za 222 miliony euro oraz z AS Monaco Francuza Kyliana Mbappe za 180 milionów euro. Astronomiczna kwota ponad 400 mln euro przekraczała możliwości finansowe klubu, ale nie jego katarskich właścicieli. Ale UEFA właśnie po to stworzyła finansowe fair play (FFP), czyli zbiór przepisów mających zwalczać nieograniczone „pompowanie” pieniędzy do klubów przez bogatych sponsorów i właścicieli. W myśl tych przepisów wydatki mają być uzależnione od przychodów, a straty nie mogą przekroczyć określonych kwot. FFP ma wyrównywać szanse i nie dopuścić do pogłębiania się różnic między klubami.

Postępowanie w tej sprawie zakończyło się w czerwcu 2018 roku z werdyktem uwalniającym PSG od oskarżenia złamania przepisów FFP w latach 2015, 2016 i 2017. Radość w paryskim klubie nie trwała długo, bo przewodniczący CFCB doprowadził do ponownego otwarcia we wrześniu postępowania wyjaśniającego. Właścicielem Paris Saint-Germain Paryski klub jest firma Qatar Sports Investments, która zaskarżyła decyzję RFKK UEFA do CAS i we wtorek odebrała korzystny dla siebie werdykt. To kończy sprawę ostatecznie.

 

Gracze Sportingu Lizbona przed Trybunałem w Lozannie

W maju tego roku grupa kibiców Sportingu Lizbona za namową prezesa klubu poturbowało piłkarzy podczas treningu. Część zawodników z tego powodu odeszła za darmo, ale teraz Sporting chce za nich 197 mln euro.

 

W maju grupa około 50 chuliganów zaatakowała piłkarzy Sportingu w ośrodku treningowym. Do tego bulwersującego zdarzenia doszło następnego dnia po ligowym meczu, w którym zespół Sportingu stracił szanse na zakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów. Atak kiboli był niejako zwieńczeniem medialnej nagonki, jaka na piłkarzy prowadził w mediach społecznościowych ówczesny prezes klubu Bruno de Carvalho. W kwietniu ogłosił na przykład, że za brak zaangażowania zawiesił 19 zawodników pierwszej drużyny po porażce z Atletico Madryt w Lidze Europy, ale potem większość z rzekomo zawieszonych graczy wystąpiła w następnym meczu.

Brutalny atak kiboli okazał się dla sporej grupy piłkarzy Sportingu traumatycznym przeżyciem, a po ujawnieniu, że stał za tym prezes klubu, dziewięciu skonfliktowanych z nim wcześniej zawodników postanowiła skorzystać z okazji i zażądało rozwiązania kontraktu z winy klubu. FIFA stanęła w tej sprawie po ich stronie.
Po incydencie z udziałem kiboli prezes De Carvalho został zmuszony do rezygnacji ze stanowiska, a jego tymczasowy zastępca, Jose de Sousa Cintra, obowiązki będzie pełnić tylko do wrześniowych wyborów nowych władz Sportingu. Posadę trenera stracił też zatrudniony przez De Carvalho Sinisha Mihajlović, którego zastąpił Jose Peseiro, dla którego był to powrót do tego lizbońskiego klubu.

Klub boryka się jednak z poważnymi kłopotami finansowymi i nic dziwnego, że jego nowym szefom żal się zrobiło utraconych korzyści z odejścia grupy piłkarzy, a zwłaszcza trzech w tej grupie najdroższych. I wystąpili do FIFA z żądaniem rekompensaty w wysokości 197 milionów euro. Za bramkarza Rui Patricio, który trafił do Wolverhampton Wanderers, oczekują 57 milionów euro, za Gelsona Martinsa, którego ściągnęło do siebie Atletico Madryt żądają 100 mln euro, zaś za Daniela Podence grającego obecnie w Olympiakosie Pireus chcą 40 mln euro.
FIFA odrzuciła wniosek Sportingu, więc sprawa trafiła do Trybunału Arbitrażowego do spraw Sportu w Lozannie (CAS). Werdykt sędziów trybunału może być precedensowy.