Coming out biskupa

Biskup Jędraszewski zaatakował singli, którzy wiodą żywot grzeszny, a czasami wręcz próżniaczy, co jest zgubne dla chrześcijańskiej cywilizacji. Przy okazji zaatakował samego prezesa co może mu (biskupowi) wyjść bokiem, bo on (prezes) jest pamiętliwy.

Tym samym biskup bezpośrednio uderzył w 30 tysięcy singli – księży w naszym kraju i 20 tys. sióstr zakonnych. To największa grupa zawodowa w Polsce żyjąca w pojedynkę. Życie w bezżenności, to nie nakaz Boga, a tylko wymysł kościoła, by jego majątek nie przechodził na spłodzone przez księży potomstwo. Niestety w tej grupie zawodowej, jak w żadnej innej, co i rusz wychodzą na światło dzienne skandale pedofilskie. O gejach nawet nie warto wspominać, bo co mnie obchodzi intymne życie dorosłych mężczyzn.

Autor (były ksiądz pracujący w Watykanie) głośnej książki o życiu intymnym w stolicy apostolskiej szacował liczbę osób nieheteronormatywnych w jądrze kościoła na 50 procent. Nie wiem ile w tym prawdy, ale coś jest na rzeczy na pewno. Trudno mi zrozumieć dlaczego młodzi mężczyźni, idący do seminariów, decydują się na życie w samotności. Życie pokazuje, jak bardzo różnie z tym bywa potem. Może wypowiedź biskupa to taki rozpaczliwy coming out hierarchy, który zdaje się wołać. Pozwólcie nam wchodzić w legalne związki z kobietami, albo i inne, bo takie życie, jakie prowadzimy, jest nic nie warte. Jak tak jest, to jestem z nim (biskupem).

Święty Jan Paweł Wielki książka papieża Franciszka

„Święty Jan Paweł Wielki” – pod tym tytułem 11 lutego 2020 ukazał się wywiad książkowy pomiędzy papieżem Franciszkiem a młodym duchownym Luigim Maria Epicoco, poświęcony życiu i duchowości Karola Wojtyły, z okazji 100 rocznicy urodzin polskiego papieża (18 maja 1920 r.).

Książka jest już tłumaczona na polski, francuski, hiszpański, portugalski, angielski. Rozmowy argentyńskiego papieża z włoskim duchownym trwały kilka miesięcy i są szeroką refleksją Bergoglia nad osobowością, duchowością i nauką polskiego papieża, którego on sam kanonizował 27 kwietnia 2014 r.
Nie należy się chyba dziwić, że „Święty Jan Paweł Wielki” ukazuje Wojtyłę niczym postać ze świętego obrazka i chyba ma na celu zamknąć wszystkie dyskusje, które w ciągu ostatnich lat toczyły się wokół nieskazitelnej świętości Jana Pawła II i błędów jego pontyfikatu.
Celibat
Jak podkreślają włoscy komentatorzy, ciekawostką jest fakt, że książka ukazała się w rocznicę podpisania paktów laterańskich, na mocy których powstało Państwo Watykańskie, a przede wszystkim w rocznicę abdykacji Benedykta XVI, mającej miejsce 11 lutego 2013 r. Ciekawe jest również to, że papież Franciszek wspomina o swoim bezpośrednim poprzedniku w całym wywiadzie tylko pięć razy, choć robi to z wielką czułością. Być może wszystko to jest zwykłym zbiegiem okoliczności, trudno jednak aby za watykańskimi murami o tych rocznicach nie pamiętano.
Jak zwraca na to uwagę Francesco Lepore, w swoim artykule „Papież Bergoglio pisze książkę o Wojtyle, kontrowersyjną na temat teorii płci” w LINKIESTA, Bergoglio wspomniał o Ratzingerze w kontekście odpowiedzi na pytanie dotyczące celibatu księży, stwierdzając „Jestem przekonany, że celibat jest darem, łaską i… idąc śladami Pawła VI, a następnie Jana Pawła II i Benedykta XVI, mocno odczuwam obowiązek myślenia o celibacie jako decydującej łasce, która charakteryzuje Kościół łaciński. Powtarzam: to łaska, a nie ograniczenie”.
Może to cała odpowiedź Franciszka na książkę „Z głębi naszych serc”, napisaną przez emerytowanego papieża Benedykta XVI wspólnie z prefektem Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, kard. Robertem Sarahem, która wywołała światową polemikę wobec otwarcia się na instytucję viri probati (żonatych księży) podczas synodu amazońskiego, który odbył się w Watykanie i którego konkluzje papież opublikował 12 lutego br. w postsynodalnej adhortacji apostolskiej Querida Amazonía.
Kapłaństwo kobiet i gender
W książce „Święty Jan Paweł Wielki”, Franciszek, w pełnej zgodzie z nauką Jana Pawła II, wyraźnie i ostatecznie mówi „nie” w kwestii kapłaństwa kobiet. „Bardzo często, gdy zadaje mi się pytanie dotyczące kapłaństwa kobiet, mówię, że nie tylko zgadzam się z Janem Pawłem II, ale że temat nie jest już dyskutowany, ponieważ stanowisko Jana Pawła II było ostateczne.” – jaśniejszej odpowiedzi Bergoglia w tej kwestii nie można już oczekiwać.
Największe zaskoczenie i dyskusję wzbudziło stanowisko papieża w sprawie gender. Jak napisał Francesco Lepore w LINKIESTA, choć gender to jedna z tych historii spiskowych, której powstanie i upowszechnienie zawdzięcza się Dale O’Leary z Opus Dei w 1997 r., i której dyfuzję można porównać ze spiskowymi teoriami dotyczącymi jansenistów, jezuitów, masonów i Żydów, Bergoglio nie zdaje sobie sprawy, że nie ma teorii płci w przeciwieństwie do badań nad płcią, które są zupełnie inną rzeczą. Na pytanie ks. Epicoco: „W każdej epoce historycznej zło objawia się na różne sposoby. W tym historycznym momencie, jaki jest najbardziej konkretny sposób, w jaki zło ujawnia się i działa?”, papież odpowiada: „Jednym z nich jest teoria płci. Chcę jednak od razu wyjaśnić, że mówiąc to nie mam na myśli tych, którzy mają orientację homoseksualną. Katechizm Kościoła Katolickiego zachęca nas do towarzyszenia i opieki duszpasterskiej nad tymi braćmi i siostrami. Odnoszę się do niebezpiecznego źródła kulturowego. (…) Jest to atak na różnicę, na kreatywność Boga, na mężczyznę i kobietę.”
Chyba po tych słowach nie może być już wątpliwości.
Ameryka Łacińska
Papież Franciszek w książce „Święty Jan Paweł Wielki”, odniósł się również do kwestii Ameryki Łacińskiej, z której pochodzi i teologii wyzwolenia, którą stłumił papież Polak. Bergoglio usprawiedliwia Wojtyłę: „Ameryka Łacińska kochała Jana Pawła II. Wiele krajów miało trudności ze zrozumieniem, w jaki sposób teologia wyzwolenia, która korzystała z analizy marksistowskiej, ryzykowała pójście ścieżką ideologiczną, która w pewnym sensie może zdradzić prawdziwe przesłanie Ewangelii. Jan Paweł II pochodził z kraju, który cierpiał przez marksizm i miał wielką zdolność wyczucia tego ryzyka”. Franciszek tłumaczy, że niektóre decyzje swojego poprzednika nie były podyktowane zamknięciami w odniesieniu do niektórych inicjatyw, ale próbą zachowania autentyczności Ewangelii, gdyż niektóre inicjatywy oddolne, które zrodziły się z uzasadnionych pragnień i poczucia niesprawiedliwości społecznej, musiały być interpretowane bardziej w świetle Ewangelii, niż w świetle analizy marksistowskiej.
Choć Franciszek przyznaje, że z Janem Pawłem II spotkał się kilka razy w sytuacjach oficjalnych, mówi, że przejął wiele z jego nauki pastoralnej i historii.

Znieście im celibat

Tym razem sondaż, który już nie dotyczy wyborów parlamentarnych. Chodzi o kościół, a konkretnie o instytucję celibatu, która jest jednym z fundamentów katolickiej kultury.

Opracowanie statystyczne powstało na zamówienie redakcji dziennika SuperExpress. Wyniki badania, które przedstawiła pracownia Pollster są zachęcające. 66 proc. ankietowanych opowiada się za zniesieniem celibatu. Przeciwnego zdania jest jedynie 21 proc.
„Czy katoliccy księża powinni mieć możliwość zakładania rodzin? Dyskusja na ten temat powraca regularnie. Nawet w samym Kościele nie ma co do tego zgody – sprawę omawiano choćby podczas ostatniego synodu biskupiego w Amazonii” – czytamy w SuperExpressie.
Gazeta ta przytacza również badania prof. Józefa Baniaka, socjologa religii z Uniwersytetu Adama Mickiewicza sprzed kilku lat. Wykazały one, że spośród kilkuset przepytanych przez profesora księży 15 proc. miało dziecko, a aż 60 proc. miało doświadczenie związku z kobietą.
Warto w tym kontekście przypomnieć, iż w jednym z wrześniowych numerów dodatku Plus Minus do dziennika Rzeczposposlita pewien polski katolicki talib wspomniał o zjawisku „nowej reformacji”, która rodzi się w łonie kościołą powszechnego. Jako jeden z jej przejawów wskazuję się m.in. między innymi pomysł wyświęcania na księży żonatych mężczyzn w regionie Amazonii. Autorem tego tekstu jest nie kto inny, jak znany katolicki fundamentalista Tomasz Terlikowski.
„I nawet jeśli na początku zmiana dotyczyć będzie Amazonii, to raczej prędzej niż później zostanie ona przyswojona w całym Kościele katolickim, szczególnie że wielu niemieckich czy szwajcarskich biskupów tylko czeka na sygnał od synodu, by wyświęcić pierwszych żonatych na kapłanów. Nowa reformacja trwa i czas przyjąć to do wiadomości” – pisał Tomasz Terlikowski.

Dobrzy ludzie w złej korporacji

Szczerze? Gdyby nazwisko reżysera „Kleru” nie było znane i chodliwe, to dałabym głowę, że ten film nakręcił autentyczny praktykujący katolik, który „ma marzenie”: o kościele ubogim, miłosiernym, w służbie ludziom. Wytworzona wokół produkcji atmosfera „ataku na księży” od początku do końca jest nadpisana. Na wszelki wypadek lojalnie uprzedzam, że na potrzeby niniejszego tekstu zamierzam zdradzać fragmenty fabuły.

 

Film Smarzowskiego ogląda się dobrze, wartko, bez wrażenia dłużyzn. Ma wszystkie komponenty, które kinowy hit obliczony na przyciągnięcie tłumów mieć powinien: jest Temat przez duże „t”, jest wątek miłości, jest kryminalna intryga z szantażem w tle, jest picie na umór i „kurwy” sypiące się z ust szacownych duszpasterzy, jest wreszcie efekt filmu zakazanego, który wyprzedza jego własna legenda.

Ale w przeciwieństwie do „Róży”, „Wołynia”, czy choćby nawet „Drogówki” zostaje z niego w głowie niewiele. Jeżeli chcieliście zobaczyć film o dojmującej samotności sługi bożego czującego fałsz we wszystkim, czemu poświęcił swoje życie; o tym, jak w dzisiejszych czasach duchowni radzą sobie z kryzysem wiary i galopującą świeckością (wypierają wątpliwości? Cynicznie rozgrywają swoją pozycję? Gdzie szukają odpowiedzi, kiedy bóstwo, do którego wznoszą modły, milczy?); o tym, jak dochodzi do tego, że nagle pociąg seksualny w czterdziestoletnim mężczyźnie zaczyna wzbudzać uczeń VI B – to chciejcie sobie dalej. Smarzowski na te pytania nie udzieli wam satysfakcjonującej odpowiedzi.

 

Ziew

Owszem, zobaczycie kościół zepsuty, uwikłany w sieć śmierdzących szwindlami powiązań z politykami, mafią i biznesem. Na górze ociekający złotem i ośmiorniczkami na śniadanie, na dole wydzierający z wiernych ostatni grosz „na nowy dach” i „na nowe rynny”. To nic nowego, te drzwi dawno już wyważono. Takie oblicze kościoła znamy z „Faktów i Mitów”, znamy z Urbanowego „Nie”, z doniesień o kolejnych pedofilskich aferach, pławieniu się w luksusie czy mieszaniu się w świeckie ustawodawstwo.

Pewnym zaskoczeniem, co widać niemal we wszystkich recenzjach, jest fakt, że okrzyknięty klerożercą i przeklęty już na wejściu Smarzowski, tak naprawdę robi wszystko, by przekonać nas, że jego bohaterowie powinni jednak zostać zbawieni. Że są skrzywdzonymi, skrzywionymi ludźmi, którzy wpadli w koleiny zła, wysokie na metr. Zła, które się instytucjonalnie reprodukuje w kościele z pokolenia na pokolenie. Problem w tym, że samo odkrycie, iż każde hermetyczne środowisko ma swoje twarde reguły, swoją cenę płaconą za przynależność i złamane kręgosłupy na koncie – nie jest żadnym odkryciem.

Last but not least, nikt nie zadał sobie trudu, aby rozłożyć sam mechanizm działania „złej korporacji” na czynniki pierwsze i pokazać, jak zmieniała się świadomość bohaterów, jak wsiąkali głębiej w odczłowieczenie, co ich po kolei łamało, jak w męczarniach umierały skrupuły i co z nich w efekcie zostało. Dostajemy bowiem obrazek pt. „stan obecny” (alkoholizm, utracjuszostwo, molestowanie dziecka) i za wyjaśnienie ma wystarczyć retrospektywny przebłysk sprzed lat 20 z zakonnicą znęcającą się w bidulu. To trochę za mało, trochę zbyt prosto.

 

Normalnie z babą

Dydaktyzm niektórych scen, by nie powiedzieć scenek, przyprawia o ból zębów. Rozgrzeszenie od dobrego Pana Boga i reżysera spośród trzech wiodących bohaterów dostanie na koniec oczywiście poczciwy pijanica (Robert Więckiewicz), który związał się z „normalną babą”. Te „grzechy” są oswojone, Polacy są w stanie je księdzu wybaczyć. I dobrze, nic co przaśnie ludzkie nie jest nam obce. Tylko czemu to wszystko takie psychologicznie niewiarygodne, jakby kręcił to Walt Disney?

Proboszcz wiejskiego kościółka od lat drze z kochanką koty, od lat rozbija się autem po pijaku, od lat nie rusza go, że zgarnia ostatni grosz od wielodzietnych ubogich rodzin. Aż nagle – pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi na policję sam się aresztować, bo uświadamia sobie, że chyba potrącił ojca szóstce smutnych dzieci. Pstryk! – doznaje olśnienia i pędzi szukać ciężarnej kochanki w klinice aborcyjnej u południowych sąsiadów, żeby tylko przypadkiem nie usunęła. Jasne. Nagłe cuda, przemiany na gwizdek i olśnienia na 3, 2, 1 pewnie czasem się w życiu zdarzają, a „miłość wszystko zwycięża”, jednak widz, który wyrósł już z oglądania dobranocek może poczuć się nieco zawiedziony.

 

Raz w tyłek – zawsze w tyłek

Zbawienie zapuka też do księdza (Arkadiusz Jakubik), który sam wymierzył sobie karę (najcięższą), wcześniej dokonawszy wyznania win przed wiernymi zgromadzonymi na nabożeństwie. To ten, który molestował chłopca, bo sam był molestowanym przez księdza – przyjaciela domu, chłopcem. Znany motyw: sprawca, który został skrzywdzony w dzieciństwie. No, w porządku, ALE…
Przy tej historii rodzi się całe mnóstwo pytań: czy grzech reprodukuje się w zakrystiach wyłącznie poprzez ten prosty schemat? Czy sprawstwo pedofilii staje się udziałem wyłącznie byłych ofiar (już „Lolita” Nabokova dowodzi, że nie)? Kto lgnie do księży? Do kogo lgną księża? Na Boga, panie Wojtku, czemu ograniczył się pan do najprostszej możliwej kombinacji? Demony śpiące w nas mają miliony uwarunkowań, co doskonale pokazano w „Wołyniu”, tutaj jednak dostajemy wyjaśnienie na poziomie „raz w tyłek – zawsze w tyłek”.

Cytując Monikę Płatek: „Pedofilia to przypadłość, której przyczyn nie znamy, a która prawdopodobnie rozwija się w okresie prenatalnym i polega na pociągu seksualnym w okresie przed tzw. pokwitaniem”. Prof. Płatek ubolewa nad tym, że osoby dotknięte pedofilią preferencyjną nie mają w Polsce możliwości, by uzyskać stosowną pomoc i uniknąć krzywdzenia dzieci. Jednocześnie wysnuwa bardzo kategoryczny wniosek, że większość duchownych molestujących dzieci nie jest pedofilami w rozumieniu medycznym, lecz grupą wykorzystującą swoje przywileje do zaspokajania potrzeb w najłatwiej dostępny sposób. To tę analizę powinien wziąć na bary reżyser: pochylić się nad pytaniem, czy do seminariów i zakonów trafiają ludzie, którzy już mają erotyczne bądź miłosne marzenia na temat dzieci, czy dopiero ich „dostępność” te pragnienia budzi, jak ten proces budzenia się pragnień przebiega i czy jest odwracalny.

W historii księdza Kukuły jaskrawo widać też odklejenie Smarzowskiego w kwestii „ludowej” religijności, którą reżyser potraktował bardzo życzeniowo, albo zapamiętał z wczesnych lat 90. Dziś dzieci na religii nie muszą pytać samego zainteresowanego, co to znaczy „pedofil”, bo sprawdziły to już dawno w smartfonach (owszem, elektronika dotarła też na wieś). Mało prawdopodobne, że wzięłyby księdza-sprawcę w krzyżowy ogień pytań, bo mają na niego po prostu wywalone. Podobnie dorośli, którzy chodzą do spowiedzi dwa razy w roku przed świętami zaraz po umyciu okien. To nie „Chłopi” Reymonta, gdzie ludność łka przy konfesjonale, albo drży po skarceniu z ambony. Dziś ludzie mają wiele alternatyw dla zaspokajania metafizycznych potrzeb, jest nią choćby internet.

To oczywiście pociąga za sobą różne skutki między innymi na poziomie wartości. Dlatego niezłomny kompas moralny rozwścieczonych mieszkańców wsi, którzy biegną z widłami za „zboczeńcem” przez zarośla to oczywiście obrazek urzekający, choć kompletnie odrealniony. Dziś prawa wspólnoty się zmieniły, rozluźniły. Sąsiedzi „nie słyszeli płaczu”, „nie widzieli siniaków”, „nie chcą mieszać się w awantury”, a już na pewno nie stają na rzęsach, żeby wyrywać cudze dzieci z patologii. Bynajmniej nie są też zaskoczeni faktem, że ksiądz to żadna istota nadprzyrodzona. Tak dobry obserwator jak Smarzowski musi być przecież tej inercji świadomy. Serio, nawet religijność spod znaku Radia Maryja nie jest tak naiwna, ona zaspokaja przede wszystkim potrzebę bycia żołnierzem jakiejś sprawy: walki z aborcjonistami, Żydami, feministkami.

 

W siedzibie zła i zepsucia

Ksiądz Lisowski (Jacek Braciak) to inne zło: demoniczne, psychopatyczne, prące po trupach do celu. Jego celem jest posada w Watykanie, to człowiek zafiksowany na punkcie władzy, kontroli, pociągania za sznurki. W środku skrajnie niepewny siebie, nauczony jednak osiągać swoje cele podstępem i cierpliwością. I w sumie ta postać wyszła Smarzowskiemu całkiem nieźle, choć również znajdziemy tu całą masę schematów banalnych do bólu: w toku fabuły też wyda się, że nad małym Lisowskim znęcał się filmowy odpowiednik osławionej „siostry Bernardetty”. Zgodnie z tą logiką bohater musi więc przekazywać krzywdę dalej. O ileż ciekawiej – i po prostu bardziej życiowo – wyszłoby, gdyby zrezygnować z tej prostej zależności i pokazać choćby społecznie nieprzystosowanego odludka, który owszem, jest w stanie załatwić umierającym na raka dzieciom konsole z lipnego przetargu, ale w skrytości ducha nienawidzi bliskości, gardzi innymi ludźmi i sam się z tym swoim nieprzystosowaniem męczy?

Lisowski na koniec nie dostaje od reżysera aprobaty. Czujemy, że nie odkupił swoich win jak jego dwaj koledzy. Ale dostaje doczesną nagrodę: jego diaboliczny plan się udaje, wysiłek nie idzie na marne. Wyraźnie czujemy jednak, że bohater dochrapał się do swojej wymarzonej Stolicy Apostolskiej wyłącznie dlatego, że jego przełożeni (m.in. Janusz Gajos) okazali się – przy tym samym poziomie zepsucia – mniej sprytni. Dali się ograć. Tu rzeczywiście wyczuwalna jest gra światłocieniami: przysługi, które faktycznie wyrządza ludzkości Lisowski, dzieją się „przypadkiem” albo są pochodną jego bezkompromisowego dążenia do celu. Ciężko chory syn dziennikarki nigdy nie trafiłby na operację, gdyby bohater nie chciał wykorzystać jej pozycji zawodowej do ośmieszenia niewygodnego przedsiębiorcy. Fioletowy biskup też nigdy nie dostałby po nosie, gdyby nie trafił na bardziej wytrawnego od siebie gracza.

 

Natura ludzka

Teza Smarzowskiego, że kościół roi się od ludzi dobrych, ale pokiereszowanych, jest pewnie w dużej mierze słuszna (jest też dość uniwersalna), sęk w tym, że byłaby ona odkrywcza w okolicach 1989 roku (ten wątek przewinął się przez sekundę: na wspomnieniowych migawkach z udziałem wielkiego autorytetu zbuntowanych „Solidaruchów”). Hipokryzja duchowieństwa nikogo dziś nie zaskakuje, dlatego od tego filmu oczekiwałabym pogłębionej analizy motywacji życiowych wyborów bohaterów, wiwisekcji odczłowieczania przez system, czy choćby zastanowienia się nad uwarunkowaniami: zauważmy, że młodzi mężczyźni idą dziś do seminariów z powodów innych niż w np. XIX wieku (bieda) czy po wojnie (poczucie misji, fantasmagoryczna wizja ekumenicznego kościoła, który łączy, a który dziś przeżywa kryzys). Bardziej wymagający widz nie dostanie odpowiedzi, na których mu zależy. Nie dowie się też wiele więcej o naturze ludzkiej, czy korzeniach zła, niż miał nadzieję się dowiedzieć.

Budująca jest jednak nadzieja, którą dał Smarzowski, twardo opowiadając się za chrześcijańskim porządkiem świata przeciwko Nietzscheańskiemu chaosowi. Nie jest to jednak – mówię to z żalem – film, który przeora społeczną świadomość. Zostawia głównie poczucie olbrzymiego niedosytu.