Jaka przyszłość czeka Turów?

Szansa dogadania się z Czechami to dobra wiadomość, co nie zmienia faktu, że członkowie rządu PiS powinni stanąć przed sądem za zaniedbania, karygodną nieudolność i narażenie Polski na duże straty.
Wydaje się, że niemała część polskich Zielonych oraz ekologów wręcz cieszy się z kłopotów, jakie spadły na Polskę w związku z funkcjonowaniem kopalni węgla brunatnego Turów. Dlatego ochoczo prorokują oni, jakie straszliwe konsekwencje czekają nasz kraj w związku z czeską skargą na działalność Turowa. Chętnie przywołują też widmo gigantycznych kar finansowych, mających spaść na Polskę za każdy dzień pracy tej kopalni.
– Pożar w polskiej energetyce trwa w najlepsze. Mimo zapowiedzi polski rząd wciąż jest daleki od zażegnania konfliktu z naszymi sąsiadami. W efekcie grożą nam wielomilionowe kary za niezastosowanie się przez rząd do decyzji Trybunału. Sytuacja, w której się znaleźliśmy, to efekt absolutnie nieodpowiedzialnej polityki rządu i błędnych decyzji Polskiej Grupy Energetycznej. Region już stracił ok. 260 mln euro z unijnego funduszu na sprawiedliwą transformację. Teraz, z pieniędzy podatnika 100 dni niedostosowania się do postanowienia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej kosztować będzie kolejne 500 mln euro, nie wspominając już o oddanym w tym roku nowym bloku w elektrowni Turów, którego budowa kosztowała 900 mln euro i który już w momencie włączenia jest nierentowny. Bez planu szybkiego odejścia od węgla chaos w polskiej energetyce będzie się tylko pogłębiał, a społeczności górnicze stracą cenny czas na sprawiedliwą transformację – przewiduje Anna Meres, koordynatorka kampanii klimatycznych w Greenpeace Polska.
– Dalsze odwracanie głowy od poważnego ryzyka zamknięcia kompleksu energetycznego z dnia na dzień to dla regionu ogromne niebezpieczeństwo zapaści społeczno-gospodarczej, której rząd i PGE chcieli zapobiec, strasząc przez lata mieszkańców Bogatyni, że na pewno „nie podzielą losów Wałbrzycha”. Dzisiaj ten czarny i wypierany scenariusz się spełnia, a winę za to ponosi polityka polskiego rządu, który za cenę poparcia politycznego naraził region Bogatyni oraz polskiego podatnika na poważne straty finansowe oraz zaprzepaszczenie szansy wcześniejszej transformacji polskiej energetyki. Jako pierwsi za zaniechania polskiego rządu zapłacą pracownicy firm i spółek zależnych od kompleksu energetycznego w Bogatyni, następnie pracownicy fizyczni i wszyscy ci, którzy nie mogą liczyć na apanaże spółki skarbu państwa. To oni zapewne są najbardziej zainteresowani tym czy pieniądze, które wyda Polska na płacenie kar Czechom można by lepiej przeznaczyć na transformację regionu. To jednak wiązałoby się z opracowaniem wcześniejszego zamknięcia kompleksu Turowa, czyli np. w 2026 lub 2030 r. Konkretna data wydaje się być dzisiaj wybawieniem, chociaż jeszcze parę miesięcy temu wywołała ogromny sprzeciw związków zawodowych, po tym jak wyciekły informacje, że Turów zakończy działalność – dodaje Paweł Pomian z zarządu Eko-Unii.
Nasi ekolodzy niemalże z entuzjazmem powitali zapowiedź kar dla Polski: „5 mln euro dziennie do czasu zaprzestania wydobycia w odkrywce Turów na granicy polsko-czesko-niemieckiej! Takiej kary chce czeski rząd za polskie lekceważenie orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej! Wbrew temu, co twierdzą przedstawiciele rządu i sam premier Morawiecki, Czesi wcale nie odpuszczają” – ogłosili.
I oczywiście nadal domagają się jak najszybszego zamknięcia kopalni Turów. – Inwestycje w zlokalizowany na Dolnym Śląsku miks energii odnawialnych, zakończenie wydobycia do końca 2026 roku oraz przekształcenie kopalni Turów w elektrownię szczytowo-pompową o mocy 2,3 Gigawatów będą przy dzisiejszych cenach uprawnień do emisji CO2 o ponad 100 mld zł tańsze, niż koszty operacyjne elektrowni i odkrywki Turów w okresie do 2044 roku. Na drodze do ogłoszenia planu zamknięcia Turowa do 2026 roku stoi już tylko irracjonalny upór rządu i PGE – twierdzi Kuba Gogolewski z fundacji „Rozwój Tak – Odkrywki Nie”.
Można sobie wyobrazić, że wszystkie cytowane tu osoby są nieco zawiedzione, gdy okazało się, iż temperatura czesko-polskiego sporu wyraźnie opada. Jak wiadomo, strona czeska oświadczyła, że funkcjonowania kopalni Turów nie da się zatrzymać z dnia na dzień – i że celem ich działań wcale nie było natychmiastowe, gwałtowne zakończenie działalności tej odkrywki. Czesi stwierdzili również, że mogą załatwić sprawę polubownie i wycofać skargę z TSUE, jeśli Polska spełni postawione przez nich warunki – czyli skutecznie ochroni ich terytorium przed odpływem wód gruntowych.
Wszystko to oczywiście nie zdejmuje odpowiedzialności – przede wszystkim karnej – z członków rządu Prawa i Sprawiedliwości, za ich zaniedbania, niedopełnienie obowiązków i narażenie Polski na wysokie straty. Oczywiste jest też, że strona polska powinna jak najszybciej opracować rozsądne programy transformacji dla Bogatyni i regionu Zgorzeleckiego.

Turów budzi emocje

Dzięki funkcjonowaniu tej kopalni gmina Bogatynia należy do najbogatszych w Polsce, ale Niemcy i Czesi narzekają.
Polski minister klimatu zdecydował o przedłużeniu koncesji na wydobycie węgla w kopalni odkrywkowej Turów o kolejne 6 lat. To dobra decyzja z punktu widzenia polskiego bilansu energetycznego, bo węgiel brunatny jest najtańszym rodzimym paliwem kopalnym.
Przedłużenie funkcjonowania przygranicznej kopalni Turów wywołało jednak niezadowolenie mieszkańców niemieckiej Żytawy (ZIttau). Tamtejsze władze w porozumieniu z obywatelami miasta, a także posłowie do parlamentu Saksonii i radni powiatu Görlitz złożyli oficjalną skargę do Komisji Europejskiej w sprawie Turowa.
Przedmiotem skargi jest spadek poziomu wód miasta Zittau w wyniku odpompowywania przez odkrywkę wód gruntowych, a także obawy o dalszą degradację tego regionu.
Niemcy należą do światowej czołówki państw, wykorzystujących węgiel brunatny w energetyce – aż 21 proc. energii w Niemczech pochodzi właśnie ze spalania węgla brunatnego. W Polsce zapewne nieco mniej, choć szacunki są tu różne: ośrodki związane z górnictwem wskazują, że 16 proc. polskiej energii powstaje z węgla kamiennego, natomiast polskie środowiska ekologiczne szacują, że nawet 24 proc.
Niezależnie od tego, czy niemiecka, czy polska energetyka jest bardziej uzależniona od węgla brunatnego, można zrozumieć niezadowolenie mieszkańców Zittau – odczuwają oni skutki funkcjonowania kopalni odkrywkowej, natomiast nie korzystają z efektów jej pracy, czyli w miarę taniego prądu, no i odszkodowań wypłacanych przez kopalnię. Gmina Bogatynia, na terenie której siedzibę ma kopalnia Turów, należy do najzamożniejszych gmin w Polsce, więc duża część mieszkańców nie ma nic przeciwko temu, by odkrywka działała jak najdłużej.
Nie chodzi tylko o Niemców. W podobnej sytuacji są również Czesi. We wrześniu ubiegłego Czechy złożyły przeciw Polsce skargę do Komisji Europejskiej, dotyczącą skutków działalności kopalni węgla brunatnego Turów. Czas pokaże, jaki rezultatami zakończą się kroki prawne podjęte przez strony czeską i niemiecką. – Polska Grupa Energetyczna zaprzecza destrukcyjnemu działaniu odkrywki na wody podziemne zarówno po niemieckiej, jak i po czeskiej stronie, bagatelizując zarzuty stawiane przez rząd czeski – uważa Kuba Gogolewski z fundacji „Rozwój Tak – odkrywki Nie”.
Mimo przedłużenia koncesji na wydobycie węgla w Turowie, wiadomo, że czas jej funkcjonowania zbliża się ku końcowi. – Świadomość, że to ostatnie lata kompleksu Turów jest jednak impulsem do działania, do pracy zbiorowej nad strategią transformacji energetycznej i społecznej – mówi Radosław Gawlik z stowarzyszenia Eko-Unia.
Bardzo pomocne w tej pracy mogą być fundusze unijne. W ramach Funduszu Sprawiedliwej Transformacji przyznana została kwota aż 556 milionów euro dla Dolnego Śląska. Na razie nie wiadomo, ile pieniędzy z Unii Europejskiej przypadnie dla Turowa.

Gospodarka 48 godzin

Deficyt już czeka
Nie będzie pierwszego w historii III RP budżetu bez deficytu. Zamrożenie naszej gospodarki spowodowało, iż konieczna staje się nowelizacja ustawy budżetowej, aby uwzględnić skutki nieuniknionego kryzysu. Minister finansów Tadeusz Kościński oświadczył, że deficytu nie unikniemy, a nowelizacja budżetu czeka nas prawdopodobnie w drugiej połowie lipca. Na razie nie wiadomo, jaka wielkość deficytu zostanie zapisana w projekcie nowelizacji ustawy budżetowej. Niewykluczone, że będzie to nawet niemal 100 miliardów złotych.
Małe Zaolzie
Przypomina się dawny, dobry rok 1938 oraz świetne (acz krótkie) mocarstwowe tradycje II Rzeczypospolitej, tak bliskie obecnemu obozowi rządzącemu. Właśnie wtedy, w październiku 38, niektórzy przedstawiciele ówczesnych polskich władz uznali rządzony przez siebie kraj za mocarstwo. Ukazała się też książka, pod prostym, bezpretensjonalnym tytułem: “Polska jest mocarstwem”. Owym mocarstwem staliśmy się, gdy korzystając z wystąpienia Niemiec przeciwko Czechosłowacji “zdobyliśmy” Zaolzie, na zasadzie zgarniania okruchów z pańskiego stołu. Wtedy to nasz wielki wódz Rydz-Smigły wydał genialny w swej lapidarności rozkaz: Maszerować!. Niedługo potem marszałek Rydz-Smigły w popłochu odmaszerował za granicę uciekając przed Niemcami, a II Rzeczpospolita przestała być mocarstwem (oraz przestała być w ogóle).
I oto teraz, w groźnym czasie pandemii, po raz trzeci w ostatnich wiekach (licząc wraz z sojuszniczym najazdem w 1968 r.), żołnierze polscy dzielnie wkroczyli na czeskie ziemie. Polskie wojsko “sforsowało” most na potoku Troja oraz zajęło z góry upatrzone pozycje, okupując część czeskiej wsi Pelhrimovy. Po zakończeniu tej ofensywy, nasze linie obronne wyposażone w broń maszynową, otoczyły zabytkową kapliczkę, z pewnością ważny punkt strategiczny. Polscy żołnierze, mimo przewagi liczebnej wroga, bohatersko odpierali wszelkie ataki Czechów, pragnących odwiedzić swoją kapliczkę. Ostatecznie, nieprzyjaciela odepchnięto na dystans 10 metrów od polskich linii obronnych wokół kapliczki. Strat w ludziach i sprzęcie nie było.
Nie wiadomo, kto tym razem wydał polskiemu wojsku rozkaz: Maszerować!. Zgodnie z trwałą praktyką rządu PiS, nikt z tej ekipy nigdy nie przyznaje się do błędu. Również i w tym przypadku nie ma winnego po polskiej stronie. Polski rząd w postaci Ministerstwa Obrony Narodowej oraz Ministerstwa Spraw Zagranicznych oczywiście nie czuje się winny. W wyniku interwencji dyplomatycznej z czeskiej strony, polskie ministerstwa wydały oświadczenie, które stwierdza krótko: „Uważamy, że było to niewielkie nieporozumienie”. W ten sposób rząd PiS daje do zrozumienia, że jeżeli można tu mówić o winie, to leży ona po obu stronach. Ot, po prostu jakoś nie dogadaliśmy się z Czechami, chcieliśmy im pomóc (podobnie jak w 1968 r.), może nawet prosili nas o tę pomoc, ale przez ten ich dziwny język doszło do małego przekłamania. Nie bądźmy zresztą drobiazgowi, parę kilometrów przesunięcia wojsk w jedną czy drugą stronę, naciśnięcie takiego czy innego guzika, skierowanie sterów samolotu w górę czy w dół – to przecież żadne różnice, a Czesi niepotrzebnie robią zaraz halo, zakłócając dobrosąsiedzkie relacje.