Epidemie dla dyktatorów

“Epidemie to okazje dla dyktatorów” – napisałam w marcu w „Pozdrowieniach z czerwonej strefy”. Kaczyński na pewno nie omieszka jej wykorzystać.

Wyczuł też znakomity moment. Sytuacja polityczna i geopolityczna na całym świecie jest fatalna. Od jutra Francja i Niemcy wchodzą w kolejny lockdown, łagodniejszy niż ten marcowy, ale który na pewno odbije się na gospodarce i na nastrojach społecznych. Sytuacja epidemiologiczna w wielu krajach Europy jest bardzo zła. W niedzielę 1 listopada, w Mołdawii odbędą się wybory prezydenckie.
Również tam kobieta, była premier Maria Sandu z partii proeuropejskiej będzie się mierzyć z prokremlowskim prezydentem Igorem Dodonem. Niby nic, ale od tego co stanie się w Mołdawii zależy, czy Putin będzie miał mniej lub bardziej zajęte ręce, by załatwić sprawę Białorusi. Ewentualne wkroczenie Rosji na Białoruś, przy całkowitym osłabieniu Europy przez pandemię, postawi Polskę i Litwę na pierwszej linii.
Świat z zapartym tchem oczekuje na historyczne wybory prezydenckie w USA, które odbędą się we wtorek 3 listopada. Nic nie jest jeszcze przesądzone. Jeżeli wygra Donald Trump czeka nas przynajmniej przez kolejnych kilka lat umacnianie białego suprematyzmu w skali globalnegej. Całkowity zakaz aborcji może stać się „moralnym” standardem, prawa kobiet zostaną ograniczone, a społeczność LGBT będzie uznana za wroga publicznego, który zawsze jest niezbędnym elementem w systemach autorytarnych. Wybór Amy Coney Barrett, ulubienicy religijnych konserwatystów, matki siedmiorga dzieci i przeciwniczki aborcji, na członka Sądu Najwyższego w USA, która zastąpiła Ruth Bader Ginsburg – ikonę walki o równość płci, ras, i orientacji seksualnej, jest jasnym sygnałem dla całego świata, jak będzie wyglądała kolejna kadencja prezydencka.
Jeżeli Trump przegra niewielką różnicą głosów – nie wiadomo, czy nie spróbuje podważyć rezultatu wyborów na wszelkie możliwe sposoby. Wielu annalistów politycznych i dziennikarzy zaniepokoił jeden z jego licznych tweetów, skierowany do członków Pround Boys, aby byli w gotowości.
Kolejnym niepokojącym elementem są poczynania Erdogana, który po zamachu na francuskiego nauczyciela Samuela Paty’ego, od kilku dni dyskredytuje Macrona i podburza muzułmanów w wielu krajach świata, twierdząc, iż w Europie są oni traktowani jak Żydzi w okresie drugiej wojny światowej. O dzisiejszym ataku w Nicei, w kościele Notre Dame, w którym w sposób brutalny zamordowano trzy osoby, trudno jeszcze cokolwiek powiedzieć.
Można jednak zaobserwować eskalację terroryzmu islamskiego, która we Francji trwa od września. To niepokojące wzmożenie terroru islamskiego jest doskonałą motywacją do tego, aby hasła, które już dobrze znamy „Europa będzie biała albo bezludna” i „Demokracja to farsa”, wprowadzić w życie. Konflikt fundamentalizmów religijnych cofa nas w tył i projektuje znowu w średniowiecze. Radykalizm, fundamentalizm, kryzys demokracji, recesja gospodarcza i pandemia – to elementy „perfekcyjnej burzy”, którą widać już na horyzoncie.
Druga fala pandemii Covid-19, która (jak pokazały historia), bywa groźniejsza od pierwszej, najprawdopodobniej zmusi kolejne kraje do wprowadzenia mniej lub bardziej zaostrzonych lockdownów. To wzmoże protesty społeczne, które widzimy już na ulicach wielu krajów, jak na przykład we Włoszech: w Neapolu, Turynie i Rzymie, gdzie w pokojowe demonstracje ludzi obawiających się o utratę pracy i sytuację ekonomiczną, miały miejsce infiltracje camorry, faszystów, anarchistów, wandali i zwykłych szaleńców.
Już wkrótce na takich manifestacjach może być trudno oddzielić „dobrych” od „złych”. Pandemia niestety stanie się uzasadnieniem do odbierania wolności obywatelskich. To, co znamy z historii jako stan wojenny, stan wyjątkowy, godzinę policyjną, teraz przyjmie nazwę „stanu zagrożenia epidemiologicznego”.
Nie, to co dzieje się nie przypomina mi radosnej rewolucji obyczajowej z 1968 roku. Jeżeli już, to jej dziwaczne skrzyżowanie z ponurymi latami trzydziestymi XX wieku oraz z okresami krucjat i polowania na czarownice.
Nie chcę sobie nawet wyobrażać tego, co możemy jeszcze zobaczyć i przeżyć do końca 2020 roku. Zresztą nikt z nas nie ma kryształowej kuli, a przewidzenie przeszłości, nawet na podstawie bardzo konkretnych i rzeczowych analiz, po raz pierwszy jest niemożliwe.
Jedno jest pewne – po 2020 roku, świat będzie już inny niż przed nim. Jest on historyczną cezurą.

Zamach

Poza określeniem gwałtownego ruchu reki, zamach ma dwa podstawowe znaczenia. Uzupełniany słowem „stanu” – czyli „zamach stanu” oznacza nielegalne, niedemokratyczne przejęcie władzy w określonym kraju, zwykle przy pomocy armii, której dowódcy (lub część dowódców) wypowiada posłuszeństwo istniejącej władzy. W gruncie rzeczy każda rewolucja jest też zamachem stanu.

Co było zamachem stanu?

Cicha indoktrynacja naszej młodzieży powoduje, że jej wiedza o zamachach stanu w nowożytnej historii świata i Europy jest niezwykle uboga i często wypaczona. Rozmawiałem z sympatyczną „próbką” młodzieży przedmaturalnej, która przekonywała mnie, że w ostatnich 200 latach największymi zamachowcami byli Hitler, Mussolini i Franco, a w naszej, jakże zawsze praworządnej i katolickiej Polsce, nigdy żadnego zamachu stanu nie było. Protestowali i patrzyli na mnie z podejrzeniem o narastającą sklerozę, jak mówiłem, że Franco rzeczywiście przyjechał z Wysp Kanaryjskich i stanął na czele zamachu stanu w Hiszpanii, ale Hitler i Mussolini przejęli władze całkowicie legalnie, bo ich ugrupowania polityczne wygrały wybory. Inna sprawa, że chodziły plotki, iż schorowany prezydent Republiki Weimarskiej, niemiecki marszałek i bohater I wojny światowej, Paul von Hindenburg, po wręczeniu Hitlerowi nominacji na kanclerza powiedział swoim adiutantom, że „ten naród chyba zwariował”. Formalnie nie mógł odmówić nominacji, ale ostatnio (styczeń 2020r.) stwierdzono, że miał tak wielki autorytet, iż mógł się temu sprzeciwić. I po 87 latach Berlińska Izba Deputowanych odebrała mu honorowe obywatelstwo Berlina uznając, że przyczynił się do powstania faszystowskich Niemiec. Chyba trochę przesadzili.

O zamachu stanu Piłsudskiego w maju 1926 roku młodzież nie wie nić, albo bardzo niewiele. Ci, co wiedzą, tłumaczyli mi, że to był zamach wojskowy, ale bezkrwawy. Dziwnie ich uczono. W zamachu majowym zginęło 379 osób, w tym kilku oficerów, którzy popełnili samobójstwo, nie chcąc zarówno łamać przysięgi składanej rządowi, jak i walczyć ze swoim wodzem. Pozwolę sobie na niestosowne porównanie – w bitwie pod Arnhem z Samodzielnej Brygady Spadochronowej generała Sosabowskiego poległo 93 żołnierzy. I rocznicę tej bitwy uroczyście obchodzimy razem z wyzwalanymi wówczas Holendrami. Ale zamachu majowego raczej nie.
Zamachów stanu w ostatnim stuleciu świat przeżywał zadziwiająco dużo. W Hiszpanii, w niektórych południowych republikach poradzieckich, kilkakrotnie w Egipcie, Turcji, Chile, Argentynie, Iranie, Sudanie, na Kubie.

Zamachy na demokrację

Ale „zamach” nie musi być tylko zamachem stanu. Zamach może trwać dłużej i dotyczyć praw obywatelskich i – szerzej – demokracji. W Korei Północnej nie ma zamachów stanu. Ale od wielu lat trwa zamach na prawa obywatelskie mieszkańców, sprowadzone właściwie do trzech punktów – możesz żyć, pracować i słuchać władzy. Podobnie – po zamachu stanu – jest w Iranie i, w nieco odmiennym zakresie – na Białorusi. Można dyskutować, czy w pewnym stopniu nie dotyczy to także Chin, Rosji, Wietnamu i Tajlandii..

Zamach na prawa obywatelskie i demokrację łączy się najczęściej z autokracją, zwykle mającą ukrywaną tendencję do przekształcania się w dyktaturę, – choć nikt z władzy danego kraju do tego się nie przyznaje. To przekształcanie może być jeszcze bardziej długotrwałe, i z reguły ma kilka etapów.

Przez ostatnie pięć lat Polska była – moim skromnym i zapewne niesłusznym zdaniem – we wstępnym etapie takiej zmiany. Starannie ukrywano intencje zamachu, publicznie oburzano się na wyrażających poglądy o psuciu w Polsce demokracji i jej podstawowego atrybutu – praworządności. Ale ostatnio zrobiliśmy krok naprzód i przeszliśmy do następnego etapu. Dzierżące władze ugrupowania postanowiły bardziej otwarcie pokazać przygotowania do kontynuowania zamachu, przyznać się do nie tylko faktycznej, ale także formalnej koncentracji represyjnych instrumentów władzy w rękach jednego człowieka, wspomaganego tylko przez kilku posłusznych wykonawców, pokazać, że mogą kogoś – nawet bardzo znanego – uderzyć w każdej chwili, tworząc otoczkę godną kryminalnej noweli filmowej, naruszając prawo i obyczaje.

Próg dyktatury

Delikatny brzęk łańcuszków kajdanek na rekach mecenasa Giertycha miał zapewne wystraszyć resztki opornych i dać do zrozumienia opozycji a także „ulicy i zagranicy”, że żarty się kończą. Jeśli się nie podobamy, to możemy wyjść z Unii Europejskiej, ponownie zamknąć granice i stać się oazą suwerenności i wolności położonej przez Siłę Najwyższą między blokami nienawiści. I to, że będziemy wprowadzać niezbędną, wewnętrzną dyscyplinę, zwaną przez ciemny lud zamordyzmem, nikogo nie powinno obchodzić.

Żenujący dla przeciętnie inteligentnego obywatela cyrk prawniczy, jaki zastosowano w pośpiechu, przy zatrzymaniu Mecenasa po sześciu latach śledztwa w sprawie stanowiącej jej podstawę, budzi przeświadczenie, że przekroczono granicę dyktatury. Zakładanie kajdanek, aby przewieźć go z pracy nie do prokuratury, tylko do domu, niejasne przyczyny doprowadzenia do omdlenia, opinia lekarska sporządzona bez badania, przedstawianie zarzutów człowiekowi leżącemu w szpitalu i nie w pełni przytomnemu. Przypomina mi to, – co piszę ze strachem – działanie aparatu sprawiedliwości III Rzeszy w stosunku do uczestników zamachu von Stauffenberga na Hitlera. Ale nie wiem, czy to jest przykład godny naśladowania.

Ale nie na tym koniec. Ogłoszono postawienie zarzutów i zastosowanie „wolnościowych” środków zapobiegających ucieczce i „matactwu”. Jeden z tych środków zamienił mnie w żonę Lota, a zapewniam, że trudno mnie doprowadzić do takiego stanu. Ten środek, to zakaz wykonywania zawodu. Zawodu adwokata, który prowadzi wiele spraw będących w różnych fazach prawniczej układanki – od początków śledztwa do rozprawy w sądzie. Wiele spraw – to wielu klientów, obywateli naszego (jeszcze!) państwa, mających konstytucyjne prawo do obrony. To ich tą decyzją uderzono bardziej, niż adwokata. Nie wiem, czy prokuraturze wolno zastosować taki „środek zapobiegawczy” bez zgody sądu. Prawnicy chyba odpowiedzą na to pytanie.

Przyznaję, że zaczynam być przestraszony. Nie zamierzałem kończyć życia pod rządami dyktatury, a mam za mało instrumentów obrony przed prawicą. Z uwagi na wiek nie mogłem mieć dziadka wśród żołnierzy wyklętych. Trochę postrzelałem w czasie wojny, ale to dla młodej duchem obecnej władzy nie ma znaczenia. W PRL nie wsadzono mnie do więzienia i stać mnie było przynajmniej na obiady w jarskiej restauracji.

Bezsensownymi opowiadaniami wzbudzałem nieufność młodzieży akademickiej do każdej władzy. Czyli same negatywy. Teraz, przestraszony tymi cholernymi kajdankami, muszę się uczyć podlizywać. Zastanawiam się, czy bardziej politycznym felietonom nie nadawać formy pokornych listów, kończąc je podobnie, jak kiedyś bardziej strachliwi poddani podpisywali listy do naszych władców:
Do stóp Miłościwych Panów Prezesa, Premiera, Vice premierów, Prokuratorów, Ukochanych Wodzów i Zbawców Narodu
Wytartą wycieraczką się ścielę
Autor

Grzechy autokratów

Autokracja jest zapewne tak stara jak ludzkość, chociaż przywództwo wśród stadnych zwierząt też „od zawsze” było widoczne. Nie zgadzam się z tymi, którzy autokrację wiążą tylko z zarządzaniem państwem. Autokratą można być (albo próbować być) kierując małą firmą, korporacją, partią polityczną, państwem, ale także gminą, probostwem i całym kościołem – nie tylko katolickim.

Skłonność do autokracji jest niewątpliwie cechą charakteru, ale także przekonania, że w ogóle, albo w konkretnym czasie i miejscu koncentracja władzy we wszystkich dziedzinach, jest najlepszym rozwiązaniem, lub jest wręcz konieczna.

Autokrata działający w skali państwa może być uważany za „dobrego” autokratę, jeśli konsekwentnie, ale względnie łagodnie realizuje powierzone mu lub zdobyte zadania władzy i osiąga korzystne dla „poddanych” wyniki. Staje się „złym” autokratą i na ogół przekształca stopniowo w dyktatora, jeżeli świadomie lub instynktownie traktuje podstawę zarządzania, czyli „delegowanie uprawnień”, jako niepotrzebną fikcję. O wszystkim decyduje sam. Popełnia wtedy błędy, które już nie budzą uznania i grożą mu nie tylko utratą pozycji, ale raptownym upadkiem. Zaczyna też wymuszać posłuszeństwo coraz bardziej brutalnymi metodami.

Autokrata jednak nie musi przekształcić się w dyktatora. Autokratą – piszę to z bojaźnią – jest każdy papież, chociaż wypracowany przez dwa tysiące lat wewnętrzny system ograniczeń i kontroli zapewnia względną sprawność jego działania. Autokratą, aby posłużyć się pozytywnym przykładem, próbował być w czasie wojny premier Winston Churchill. Autokratami, a potem dyktatorami, była większość władców Rzymu i królów – także polskich – jeszcze do xv – Xvi wieku.

Grzech główny

Wchodzenie w rolę autokraty najczęściej zaczyna się od przeświadczenia, często podtrzymywanego przez najbliższe otoczenie, że jest się człowiekiem znacznie inteligentniejszym od innych – w tym także uznanych autorytetów. To oczywiście przesada, ale jest też prawdą, że autokraci mają wysokie IQ i muszą mieć to, co nazywamy charyzmą. Następstwem przesady w ocenie inteligencji jest przekonanie, że w każdej sprawie ma się rację, że właśnie ta racja jest najlepsza dla jego firmy czy kraju. Ci, którzy się z tym nie zgadzają, a nawet mają tylko wątpliwości, przestają być lubiani, a jeśli się sprzeciwiają – stają się wrogami. Jeśli tych wrogów zwalcza się wszystkimi, nie zawsze zgodnymi z prawem i dobrymi obyczajami metodami, to znaczy, że już się przekracza jedną z granic między autokracją a dyktaturą.

Własna ideologia

W makroskali, a więc w skali określonego państwa czy narodu przekraczanie tej granicy staje się bardziej niebezpieczne, jeżeli tenże autokrata ma wymyślone przez siebie idee i koncepcje funkcjonowania państwa, wzmacniania pozycji jego narodu, patriotyzmu i definiowania sprawiedliwości. Najczęściej szczerze w nie wierzy, tak jak Hitler wierzył w wyższość Aryjczyków, a zwłaszcza Germanów, nad innymi rasami i narodami. To uzasadniało niszczenie niepotrzebnych światu „podludzi” w rodzaju Żydów i mniej posłusznych Słowian, oraz naturalne prawo Germanów do zawłaszczania potrzebnej przestrzeni życiowej. Wierzył też, że przez odpowiednie krzyżowanie tą przodującą, germańską rasę można jeszcze ulepszyć, tak jak tworzy się i ulepsza nowe rasy psów. Niesmacznie zażartuję, że wiem coś o tym, bo mam w domu efekt takich, ponad stuletnich krzyżówek – Niemieckiego Teriera Myśliwskiego.

Aby osiągnąć wyznaczone przez te idee cele, dyktatura powstała z autokracji może stopniowo ograniczać swobody obywatelskie, obsadzać wszystkie ważniejsze stanowiska posłusznymi wykonawcami, podporządkowywać media w taki sposób, aby zawsze pochwalały działania władzy, ustalać, co jest i co nie jest sprawiedliwe i za co należy karać. Może także – w trosce o korzystne dla swoich następców ukształtowanie poglądów młodzieży – ukierunkowywać sztukę i kulturę, łącznie z z przekształcaniem związanych z nimi obiektów w takie, które będą tą młodzież „odpowiednio” wychowywały.

Przekształcanie

Autokrata na ogół realizuje swoje koncepcje i upodobania, ale musie się jednak liczyć z opiniami nawet osłabionych struktur demokratycznych państwa, a w mikroskali np. rad nadzorczych i zarządów firm. Moment, w którym w skali państwa z autokraty staje się dyktatorem jest często trudny do uchwycenia. Moim zdaniem następuje to wtedy, kiedy zaczyna otwarcie kwestionować opinie i decyzje innych, formalnie nadal istniejących organów władzy, a potem znajdować coraz mniej legalne metody ich pomijania.

Dyktator – ciągle moim zdaniem – niemal zawsze ma początkowy okres, w którym jest „tylko” autokratą. U tych, w najnowszej historii Europy, zdobywali władzę legalnie, jak Hitler czy Mussolini, ten okres jest dłuższy. U tych, którzy zdobywali ja siłą, w drodze wojskowego czy politycznego zamachu stanu – jak Franco, Lenin a potem Stalin albo Castro, trwa nieco krócej. Oni nie mieli bowiem pewności, że „stara” administracja państwowa i resztka demokratycznych struktur kontroli będzie w stosunku do nich lojalna. Muszą więc szybciej dokonywać zmian, pozwalających na jej opanowanie i zapewnienie posłuszeństwa.

Jest wiele interpretacji różnic między autokracją i dyktaturą. Moim zdaniem autokrata staje się dyktatorem, jeżeli doprowadza do sytuacji, w której nawet istniejące organy kontroli nie mogą lub boją się go kontrolować, albo doprowadza do ich zaniku. To może być proces powolny, w którym zaczyna się np. najpierw kwestionować kompetencje a potem celowość istnienia władzy sądowniczej, a władza ustawodawcza przyjmuje poglądy i decyzje autokraty, jako nienaruszalną podstawę prawnych regulacji.

Po II wojnie, rozpadzie ZSRR i śmierci generała Franco wydawało się, że w Europie i Ameryce Północnej systemy demokratyczne tak dalece się umocniły, że już im nie zagrażają powroty do autokracji i dyktatury. Zapominano przy tym, że dwie, przedwojenne europejskie dyktatury powstawały w sposób legalny, były najpierw autokracją i stały się dyktaturami w wyniku poparcia zdecydowanej większości społeczeństwa.
Przypomnijmy otwarcie, choć to społecznie naganne, że najbardziej krwawy dyktator Europy – Adolf Hitler – wygrał wybory w 1933 roku i otrzymał nominację na kanclerza Niemiec z rąk prezydenta Hindenburga. Zdobył władzę całkowicie legalnie. Przypomnijmy też, że zarządzał krajem bardzo sprawnie, doprowadził do szybkiej odbudowy i rozbudowy mocno zdewastowanego w czasie pierwszej wojny przemysłu, rozwoju produkcji uzbrojenia, organizacji odnowionej armii – mimo traktatowych ograniczeń. Przez rozwój inwestycji gospodarczych i budowę autostrad niemal zlikwidowano bezrobocie, dochód narodowy i poziom życia ludności znacząco wzrastał.

Podobnie Mussolini, który już wcześniej, lansując hasła o uporządkowaniu kraju po pierwszej wojnie światowej i ochronie przed socjalizmem i komunizmem, utworzył partię faszystowską i w 1922 roku zorganizował jej „marsz czarnych koszul” na Rzym. Głównie z obawy przed krwawymi rozruchami król Wiktor Emanuel wręczył mu wtedy nominację na premiera. Też więc zdobył władze legalnie, choć stosując metodę zorganizowanego, społecznego nacisku.

Możemy tego nie zauważać i może nam się to nie podobać, ale Hitler w latach 1933 – 1939 cieszył się nie tylko poparciem, ale wręcz uwielbieniem zdecydowanej większości ludności Niemiec, a także wszystkich kościołów protestanckich i kościoła katolickiego. Sądzę, że gdyby nie zaczął II wojny przez atak na Polskę, powodując włączenie się do niej Francji, Anglii i USA, nie zaatakował później ZSRR, nie dopuścił do holokaustu i stosowania terroru, to mimo stania się dyktatorem wewnątrz Niemiec, autentyczne poparcie ludności z upływem lat nico by słabło, ale nadal było by wysokie. I zamiast słusznego wymazywania go z pamięci, jego pomniki stałyby teraz w Niemczech, jako zbawcy narodu.

Przywiązanie do władzy

Kolejnym grzechem autokratów na etapie ich przekształcania w dyktatorów jest niechęć do oddawania zdobytej władzy. Niemal klinicznym przykładem jest ostatnio Białoruś. Jeszcze 10 lat temu A. Łukaszenka cieszył się poparciem znacznej większości Białorusinów. Inteligencja białoruska zdawała sobie wprawdzie sprawę z już wprowadzanych ograniczeń w wolności słowa i grożącego więzieniem głoszenia innych poglądów, ale przeważały zalety rządów Łukaszenki. Porządek i czystość w miastach, widoczne zmiany w wyglądzie białoruskich wsi, zaniedbanych także przed wojną, dobre drogi, dobrze działająca służba zdrowia, znakomite sanatoria, niezły rynek i stabilizacja cen. Za zaletę uważano, że trzon gospodarki stanowiły nadal rentowne państwowe gospodarstwa rolne i że nie sprywatyzowano wielkich przedsiębiorstw przemysłowych. Moi znajomi Białorusini (w tym profesorowie) podkreślali równi3ż, że Łukaszenko – mimo wielu nacisków – nie dopuścił do ponownej utraty suwerenności Białorusi, która przez wiele lat była częścią ZSRR, a przed wojną także Polski.

Jednak w społeczeństwie stopniowo narastało niezadowolenie z ograniczeń swobody poglądów, tłumienia wszelkich prób rozwijania opozycji i stosowania represji wobec tych, którzy próbowali ją tworzyć. Czarę goryczy przelało ewidentne sfałszowanie wyników wyborów prezydenckich. Ktoś przesadził. Gdyby „ustalono” ich wyniki na umiarkowane zwycięstwo dotychczasowego prezydenta uzyskaniem np. 55%, czy nawet tak, jak w Polsce, minimalną przewagą głosów, to prawdopodobnie masowych objawów niezadowolenia i żądań „odejścia” prezydenta by nie było. Ale są. Gdyby Łukaszenko złożył rezygnację po pierwszej czy drugiej fazie tych protestów, to zapewne już żyłby spokojnie, w przyzwoitej willi, jako emerytowany prezydent. Ale nie chciał odejść i zdecydował się zostać „prawdziwym” dyktatorem, opierającym swą władzę tylko na lojalności siłowych struktur państwa, czyli służbach bezpieczeństwa i wojsku.

Instrumenty władzy – ludzie i ich poglądy

Istotnym grzechem autokracji bywa zmienianie upodobań ludności i mentalności młodzieży na takie, które zdaniem autokraty są właściwe i korzystne dla kraju. Autokrata może to osiągać albo przez nieustanne podkreślanie zasług, albo odwrotnie – przez krytykowanie i odrzucanie określonych grup społecznych. Może wspierać się odpowiednim interpretowaniem religii przeważającej w danym kraju, opiniami naukowców i pseudonaukowców, w końcu pomocą członków swojej „gwardii”. Chętni do współpracy zawsze się znajdą.

W końcu ostatnim z ważnych, i zawsze występujących grzechów autokraty, jest klasyfikowanie ludzi obejmujących kluczowe stanowiska w państwie w mniejszym lub zerowym stopniu według ich kompetencji, a bardziej według oceny ich wierności. Wprowadzanie też niepisanych zasad, że powinno się ich chronić przed konsekwencjami błędów a nawet przestępstw, tolerować wśród nich wzajemny protekcjonizm zwłaszcza w lokowaniu członków rodzin na dobrze płatnych posadach, czyli to, co nazywamy nepotyzmem.

Można zapytać, po co napisałem ten tekst? Czy grozi nam autokracja?
Ona zawsze i wszędzie może się zdarzyć. Nawet w USA, stanowiącej wzór demokracji i wszechstronnej kontroli władzy. Jej początki, coś w rodzaju wieku niemowlęcego, widoczne są – nadal moim zdaniem – także w Polsce. Mogą w naturalny sposób zanikać, ale mogą się też niebezpiecznie rozwinąć. I dlatego warto je obserwować.

Zamach majowy

„Druk kart do głosowania został podjęty”, ogłosił w telewizjach minister aktywów państwowych Jacek Sasin. Obwieszczając tym samym, że uknuty zamach stanu czas zacząć.

Jaśniepan prezes Kaczyński jawnie prze do zorganizowania majowych wyborów prezydenckich. Ma duże szanse spełnić swe zamierzenia, bo ma za sobą gromadę Sasinów, którzy wykonają każde zlecone zadanie pana prezesa. Bez względu czy będzie one zgodne z obowiązującym jeszcze prawem, czy już nie.

Prze do wyborów nie zważając na groźbę wzrostu ofiar mnożącej się na wyborczej pożywce pandemii.

Cóż, trwa walka o najlepszą Polskę. Przecież Historia, tak zapewne wierzy pan prezes, szybko przyzna mu rację. Skoro dziś czci się dowódców, którzy wywołali Powstanie Warszawskie i przy okazji stworzyli największy cmentarz w tej części Europy, to te dodatkowe ofiary zarazy, też zostaną złożone na kolejnym ołtarzu Ojczyzny.

Elity PiS szykują wybory prezydenckie tak, aby wygrał je Andrzej Duda. W każdym terminie i w każdym wariancie głosowania. Bez względu na ich konstytucyjność, prawość, frekwencję głosujących. Bez względu na późniejszą pozycję szalbiersko wybranego prezydenta RP.

Bez względu też na reakcję liderów Unii Europejskiej. Zresztą, im bardziej będzie ona krytyczna dla elit PiS, tym będzie lepiej dla narodowo-katolickiej propagandy i samopoczucia żelaznego elektoratu pana prezesa. Znów usłyszą, że wraża Europa nie chce propolskiego prezydenta.

Szykują się do wyborów z nadzieją na wsparcie, albo przynajmniej neutralną postawę, administracji prezydenta Donalda Trumpa. Jej głos będzie miał dla elit PiS znaczenie.

Dla dobrych, choć wasalnych relacji z administracją USA porzucą marzenia o kontrolowaniu lub opodatkowaniu dużych amerykańskich firm. Przełkną też każda krytykę płynącą z anten nietykalnej, bo „amerykańskiej” TVN.

Jeśli jednak wyborów nie uda się przeprowadzić w maju, z powodu zarazy albo kiepskiej logistyki armii pana prezesa, to opozycja dostanie lanie za jej parlamentarne obstrukcje.

Wtedy jaśniepan prezes nakaże, pan prezydent Duda ogłosi, a Sejm przegłosuje stan wyjątkowy.

Pluszowy dla zwolenników PiS i protegowanych pani ambasador USA. Kolczasty stan klęski dla obecnej opozycji, zwłaszcza tych „zdradzieckich mord”.

Wtedy pan prezydent Duda będzie mógł dalej „prezydencić”, a rządzące elity PiS skorzystać ze swych nowych „wyjątkowych” uprawnień.
Wprowadzić „wyjątkowo” cenzurę dla wybranych, czyli opozycyjnych mediów. „Wyjątkowo” i dodatkowo odizolować najbardziej aktywnych opozycjonistów. Dezorganizować „wyjątkowymi” metodami działalność opozycyjnych partii politycznych i sprzyjających opozycji instytucji.

Wtedy zarządzający Polską rząd będzie mógł pójść „koreańską” drogą. Preferowaną przez pana premiera Morawieckiego w polityce gospodarczej. Skopiować, lepiej lub gorzej, południowokoreański model rozwoju narodowego przemysłu.

Kryzys gospodarczy wywołany pandemią pozwoli rządzącym uzasadnić „wyjątkowe” zawieszenie obowiązywania kodeksu pracy, systemu emerytalnego, wprowadzenie pracy za przysłowiową „miskę kaszy”.

A rząd i jego bliscy „zawsze się wyżywią”.

Cóż zatem ma robić opozycja? Zwłaszcza ta lewicowa?

Teraz musi przeciwstawiać się majowym wyborom prezydenckim. Ale jednocześnie musi być gotową do uczestnictwa w nich. Najgłupiej byłoby już teraz ogłaszać bojkot majowych wyborów, demobilizować tym opozycyjny elektorat, schodzić bez walki z boiska.

Opozycja powinna już teraz przygotowywać się do PiSowskiego stanu „wyjątkowego”. Nosić zawsze szczoteczkę do zębów wraz z niezbędnikiem internowanego.

Powinna już teraz stworzyć system informowania i komunikowania się odpowiedni do „wyjątkowych” sytuacji. System opieki prawnej i materialnej na czas stanu wyjątkowego.

Powinna rozwijać i wzmacniać istniejące lewicowe media. Komunikację z międzynarodowymi organizacjami skupiającymi partie lewicowe, demokratyczne, proeuropejskie. Przygotowywać się na „długi marsz”. Na „wybory brzeskie”, nawet na „Berezę”.

Bo jeśli znów sprawdzi się spostrzeżenie Marksa, że historia powtarza się zwykle jako farsa wcześniejszego dramatu, to w systemie jaśniepańskiej psycho dyktatury lekko jej nie będzie.

PS. Zapraszamy do komentowania naszych artykułów na https://www.facebook.com/trybuna.net/

Syn prezydenta Brazylii zapowiada dyktaturę

Jeden z trzech bardzo aktywnych politycznie synów prezydenta Jaira Bolsonaro – deputowany do parlamentu Eduardo – zapowiedział ewentualność ponownego wprowadzenia dyktatury wojskowej, „jeśli protesty w Chile przeniosą się do Brazylii”. Został zmuszony do wycofania się z tych słów, lecz jego groźba jest traktowana poważnie.

35-letni Eduardo Bolsonaro w wywiadzie dla jednego z popularnych w Brazylii kanałów na Youtube postraszył, że gdyby brazylijska lewica miała się zradykalizować i doprowadzić do tak masowych anty-neoliberalnych protestów, jakie mają teraz miejsce w Chile, rząd może powrócić do „tradycji” junty wojskowej, która w 1964 r. przejęła władzę w kraju, by wkrótce wprowadzić w życie tzw. akt instytucjonalny nr 5 (AI5), na podstawie którego wojskowi zamknęli parlament i zawiesili wolności konstytucyjne. Krwawa junta, której prezydent Bolsonaro jest wielkim wielbicielem, została obalona przez Brazylijczyków dopiero po ponad 20 latach, w 1985 r.
Zdaniem Eduardo, fala ostatnich buntów społecznych w Ameryce Łacińskiej (jak w Ekwadorze i Chile) jest wynikiem działania „wrogów Stanów Zjednoczonych i Brazylii”. Konkretnie wskazał dwa kraje socjalistyczne Kubę i Wenezuelę, które według niego knują przeciw „porządkom państwowym” również w Brazylii. Porównał to do działań lewicy w latach 60. ub. wieku, które miały doprowadzić do powstania „patriotycznej” junty wojskowej. „Jeśli lewica tak się zradykalizuje jak wtedy, trzeba będzie odpowiedzieć. Taką odpowiedzią może być nowy AI5” – mówił młody Bolsonaro.
Te słowa wywołały protesty nawet wśród sojuszników rządu jego ojca. Czasy dyktatury wojskowej były powodem głębokiej społecznej traumy, pamiętanej do dzisiaj. Marszałek Izby Deputowanych Rodrigo Maia nazwał deklaracje Eduardo „odpychającymi” i zwrócił uwagę, że „ciągłe chwalenie dyktatury jest karalne”. Podobnie szef Senatu Davi Alcolumbre uznał, że te groźby są „skandalicznym afrontem wobec konstytucji”. Lewicowa Partia Pracowników b. prezydenta Luli mówi o „kryminalnych deklaracjach” syna prezydenta.
Eduardo Bolsonaro, wyraźnie opieprzony przez ojca, tłumaczył potem, że został źle zrozumiany, gdyż tylko „wspomniał o AI5” i nie mówił, że zostanie wprowadzony w życie. Jego występ wzmógł jednak czujność na lewicy, która wcale nie wyklucza scenariusza powstania junty w Brazylii.

Niesłychanie ciepły człowiek

Prezydent Białorusi Aleksandr Łukaszenka to „taki ciepły człowiek jest”, oświadczył w grudniu 2016 roku marszałek Senatu RP Stanisław Karczewski. Zaraz po powrocie z trzydniowej wizyty w Mińsku.
I w rozmowie z Konradem Piaseckim z „Radia Zet” pan marszałek przekonywał, że generalnie sprawy na Białorusi idą w dobrym kierunku. Bo nie ma tam już więźniów politycznych, bo po ociepleniu klimatu politycznego wszyscy zostali wypuszczeni.
Słowa marszałka Senatu RP, konstytucyjnie trzeciej osoby w IV Rzeczpospolitej, wzbudziły osłupienie. Wśród liberalnej opozycji oraz aktywu PiS.

Zły prezydent

Do tej poru o prezydencie Łukaszenko polska prawica mówiła wyłącznie źle, albo wcale. Białoruski prezydent prezentowany był w polskich mediach jako były „kierownik sowchozu”, co w polskim społeczeństwie, społeczeństwie byłych chłopów o szlacheckich ambicjach, jest wyjątkową obelgą. Poza tym w ciągu ostatnich 20 lat polskie media prezentowały go jako dyktatora, ekonomicznego zacofańca, wroga Związku Polaków na Białorusi, oddanego sojusznika prezydenta Rosji Putina.
I gdyby zrobić ranking najbardziej plugawionych przez polskie media zagranicznych polityków to prezydent Łukaszenka znalazł by się na podium. Po prezydencie Rosji Putinie i koreańskiej rodzinie Kimów.
Warto przypomnieć, że każda inna, wyrażona publicznie opinia, o prezydencie Łukaszenko albo o sytuacji na Białorusi była w polskich mediach negowana, a jej autor stygmatyzowany jako „agent Mińska”.
Z drugiej strony Białoruś od samego początku, czyli od 2009 roku, była członkiem Partnerstwa Wschodniego. Czyli programu wschodniej polityki Unii Europejskiej w ramach Europejskiej Polityki Sąsiedztwa. Projekt programu partnerstwa to efekt działań dyplomacji polskiej i szwedzkiej.
Partnerstwo dotyczy sześciu byłych republik ZSRR. Czyli Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy. Początkowo Partnerstwo miało być pomostem dla tych państw w drodze członkowstwa w Unii Europejskiej. A nawet i w NATO. Jednak w ciągu dziesięciu lat ów pomost skurczył się do kładki. „WUniowstąpienie” tych państw zostało odłożone. Całościową akcesję zmieniono na programy sektorowych integracji. Wśród państw Partnerstwa zawsze pojawiali się okresowi „prymusi”, jak Mołdawia, Ukraina, którym Bruksela obiecywała szybszą integrację.

Zdolny, ale krnąbrny

Białoruś, czyli prezydent Łukaszenka, nigdy takim „prymusem” Partnerstwa nie był. Nie pretendował do takiej roli. I gdyby trzymać się szkolnych porównań to przypominał niesfornego ucznia, który co jakiś czas obrazi brukselskich nauczycieli, zostanie za to wyrzucony z klasy. Potem wymamrota wymuszone przeprosiny i wróci na swoje miejsce. Czyli do ostatniej ławki w klasie.
W rzeczywistości polityczne relacje Mińsk- Bruksela polegały na okresowych ociepleniach i dłuższych ochłodzeniach. Ochłodzenia następowały zwykle po białoruskich wyborach, kiedy policja prezydenta Łukaszenki traktowała białoruską opozycję w sposób „nieortodoksyjnie demokratyczny”. Czyli pałowała ich i zamykała.
Ale po takiej politycznej zimie administracja prezydenta Łukaszenki organizowała ocieplenie. Więźniów zwalniano, delegacje państw Unii Europejskiej zapraszano. Przyjmowano je niezwykle ciepło, iście po królewsku. A ponieważ obraz władz Białorusi i państwa białoruskiego w europejskich mediach też jest paskudny, to zaskoczenie gości z UE było jeszcze większe. Bo na Białorusi naprawdę pięknie i smacznie jest. Ludzie przemili, bardzo gościnni. Ciepli można rzec.

Księstwo mińskie

Każdy, kto zdążył odwiedzić Białoruś, zwłaszcza w „ciepłym okresie”, zauważył, że prezydent Łukaszenka buduje tam swoje państwo. Specyficzną tożsamość kulturalną, historyczną i gospodarczą.
Jego Białoruś nie nawiązuje do tradycji białoruskiej republiki powstałej po rozpadzie Rosji w 1918 roku. Do białoruskiej ”Pogoni”, tej z podniesionym końskim ogonem. Do postulatu wypierania języka rosyjskiego przez białoruski.
Władze Białorusi i związane z nią elity tworzą udzielne „Księstwo mińskie”. Odwołujące się do tradycji staro białoruskich, Wielkiego Księstwa Litewskiego, imperium Rosyjskiego i ZSRR.
Najłatwiej dostrzec to oglądając wystawy w odrestaurowanych przez obecne władze magnackich siedzibach w Nieświeżu i w Mirze. Zwłaszcza prezentujących białoruskie tradycje wojskowe. Miejscowi i przyjezdni mogą dowiedzieć się z nich, że wojska białoruskie zwyciężały Krzyżaków pod Grunwaldem, Tatarów nad Sinymi Wodami, Moskwę pod Orszą, Szwedów pod Połtawą, Francję pod Moskwą i III Rzeszę Niemiecką w zdobytym Berlinie. Czapki z głów!
Nietrudno też tam zauważyć, że najsłabszym walorem obecnej Białorusi jest jej gospodarka. Technologicznie wczorajsza, mocno uzależniona od wymiany handlowej z Rosją. Na preferencyjnych, nie komercyjnych warunkach.
Administracja prezydenta Łukaszenki próbowała uniezależnić się od rosyjskiego Wielkiego Brata zapraszając chińskie firmy. Te zadomowiły się na Białorusi bez politycznych warunków wstępnych. Nie wymagały demokratyzacji systemu jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Ale kooperacja z chińskimi firmami podobna jest do gry w kasynie. Da się czasem wyjść stamtąd z zyskiem, ale kasyno nigdy nie bankrutuje.
Nieliczni, białoruscy opozycjoniści wielokrotnie z przykrością przyznawali, że jedynie konieczność spłaty zaciągniętych przez administracje prezydenta Łukaszenki kredytów z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i instytucji związanych z Unią Europejską może skłonić białoruskiego prezydenta do kolejnego politycznego ocieplenia.
I oto znów mamy front ciepły z Mińska. Właśnie rozpoczęły się tam Europejskie Igrzyska Olimpijskie. Białoruś, plasująca się do niedawna na peryferiach politycznej Europy, organizuje teraz wszystkim Europejczykom wielką imprezę sportową za dziesiątki milionów euro.
Przy okazji radykalnie liberalizuje przepisy wizowe i otwiera się na turystów. Wystarczyło kupić najtańszy bilet na byle zawody i wjechać tam bez wizy. Nawet bez obowiązku oglądania zawodów.
Bo taki wzrost turystyki pobudzi białoruską gospodarkę cierpiąca na deficyt walut wymienialnych.
Napływ gości z Zachodu nie zagrozi też stabilności władzy prezydenta Łukaszenki. Bruksela przestała już „demokratyzować” białoruski reżim. Ma teraz swoje ważniejsze problemy. Ma też swoich „dyktatorów”: Orbana i Kaczyńskiego.
Państwa starej Unii Europejskiej wolą już przewidywalnego, czasami niepokornego wobec Moskwy, teraz „ocieplonego” dyktatora Łukaszenkę, niż nowego, czyli nieprzewidywalnego. Zwłaszcza, że tak pobudzona białoruska gospodarka może wreszcie zacząć spłacać stare długi.
Pierwszego września prezydent Łukaszenka przybędzie do Warszawy aby razem z rodziną Unii Europejskiej i Partnerstwa Wschodniego uczcić rocznicę wybuchu II wojny światowej. Wtedy będzie prymusem ze Wschodu. Bo ukraiński prezydent jest dla elit PiS zbyt blisko związany z prezydentem Macronem, a prezydenta Putina w ogóle nie zaproszono.
Zapewne prezydent Łukaszenka znów wykorzysta ten efekt cieplarniany. Kasę od Brukseli weźmie i wiele obieca. I nawet jeśli obietnic nie dotrzyma, to unijni politycy ogłoszą swój sukces, a ich podatnicy za wszystko zapłacą.
Ciepło, nawet chwilowe, musi kosztować.
Maskotką igrzysk w Mińsku jest Lesik, czyli Lisek. Oficjalnie to lisek z powiastki Antoine de Saint- Exupery, który tłumaczył Małemu Księciu zasady przyjaźni.
Patrząc na szelmowski uśmiech Lesika można też dostrzec niemłodego już księcia.

O „Sztuce pod dyktaturą”

„Kronos” (nr 4/2018)

Na początek tej lektury rekomenduję oczywiście edytorial redaktora naczelnego Piotra Nowaka, który przybliża problematykę tego numeru, poświęconego sytuacji sztuki pod trzema dyktaturami: faszystowskiej w Italii, hitlerowskiej oraz stalinowskiej. Nie ma jednak w edytorialu wzmianki o rodzynku ostatniego zeszłorocznego filozoficznego kwartalnika „Kronos” (nr 4/2018), poświęconego „Sztuce pod dyktaturą”. Jest nim, nieco paradoksalnie, tekst nie o profilu uniwersyteckim, lecz publicystyczny, dziennikarski, o stylistycznych rysach obszernego felietonu – „Sztuka pod dyktaturą” Jerzego Waldorffa.
To obszerna, entuzjastyczna relacja dziennikarza i publicysty (1910-1999) z pobytu w 1939 roku w Italii Mussoliniego, której kluczową konkluzją była entuzjastyczna ocena pozycji kultury i twórców w kraju faszystowskim. Nawiasem mówiąc, było pewnym paradoksem, że sławny kiedyś krytyk i felietonista muzyczny, swoisty prekursor celebrytyzmu w PRL, czyli w ustroju i czasach, które naturalną glebą dla celebrytyzmu nie były, pisał po latach akurat w lewico-liberalnym tygodniku „Polityka. Paradoksem, bo przecież w II RP Waldorf sympatyzował z nacjonalistyczną prawicą („Prosto z mostu” redagowane przez Stanisława Piaseckiego), a tekst „Sztuka pod dyktaturą” był (przy wszystkich relatywizmach, nieoczywistościach i odcieniach ocennych tego tekstu) jednak apologią przynajmniej jednego wymiaru praktyki rządzących faszystów, w tym personalną apologią Duce. Fakt, że w PRL nikt nigdy nie uderzył w Waldorfa publikacją tego tekstu (choć zdarzały się aluzyjne napomknienia o nim) mówi coś także o ówczesnych standardach. Coś, moim, zdaniem, jednak pochlebnego. Dziś, w epoce radykalnego lustracjonizmu, nie byłoby to możliwe. Sam tekst napisany jest, jako się rzekło, z brawurową, błyskotliwą swadą felietonową, obfitą w akcenty anegdotyczne, u Waldorffa skądinąd, bynajmniej nie zaskakującą.
Tekst poprzedzony jest błyskotliwym wstępem („Waldorff czy Walldorf?”) redaktora naczelnego „Kronosa” Piotra Nowaka i ten jego duet z zagrobowym głosem Waldorfa jest bezspornie złotym gwoździem tego numeru. Choć jego treść skoncentrowana jest na faszyzmie włoskim i niemieckim, to numer otwierają dwa teksty Gustawa Szepieta, rosyjskiego/radzieckiego humanisty, m.in. tłumacza literatury angielskiej (przyswoił językowi rosyjskiemu „Klub Pickwicka” Dickensa) i szekspirologa. To komentarze do „Makbeta” i „Otella”, głębinowe – można by rzec – egzegezy tych dwóch tragedii, a także tekst Tatiany Szczedriny „Gustaw Szpiet i krąg szekspirowski” ukazujący, pars pro toto, sytuację humanistyki w stalinowskim ZSRR.
Blok esejów: Friedricha Gundolfa („Szekspir i duch niemiecki”), Waltera Benjamina („Uwagi o Gundolfie: Goethe”), Wilhelma Hortmanna („Shakespeare w Trzeciej Rzeszy (1933-1945)” – smaczkiem tego tekstu jest wątek dotyczący „nordyzacji” postaci Hamleta, zabiegów zmierzających do nadania mu rysów nordyckiego „zdecydowania i energii” w miejsce zgniłej figury słabości, zwątpienia i relatywizmu), Gotfrieda Benna („Powitanie Marinettiego”), a także Borisa Groysa, który zajął się zarówno sytuacją sztuki w ZSRR („Kształcenie mas: sztuka realizmu socjalistycznego”) i w Niemczech nazistowskich („Ciało herosa. Teoria sztuki Adolfa Hitlera”). Z doświadczeń stalinizmu i nazizmu wyabstrahowane są eseistyczne rozważania Jacka Bartyzela o „Ładzie organicznym, porządku kolejności i monarchii prawowitej w dramatach Williama Shakespeare’a”. One odnoszą się do kwestii silnej władzy – by tak rzec – w stanie czystym.
Numer wieńczy pakiet recenzji, m.in. „Hioba” Josepha Rotha, „Teologii Szekspira” Małgorzaty Grzegorzewskiej ( dla mnie interesującej szczególnie w kontekście jednej z wypowiedzi mojego, nieżyjącego już, rozmówcy, szekspirologa, Andrzeja Żurowskiego, który akcentował nieobecność religii i Kościoła w dramaturgii Szekspira). A po lekturze nie zapomnijmy powrócić, dla zebrania myśli, do edytorialu Piotra Nowaka.

Prawo Newtona a sprawa polska

„Dzisiaj w zasadzie można uchwalić, że prawo Newtona w Polsce przestaje działać – mówi nam prof. Klaus Bachmann, historyk, politolog, publicysta, profesor nauk społecznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Sędziowie Sądu Najwyższego wysłali zapytanie do Trybunału Sprawiedliwości UE i do czasu odpowiedzi wstrzymali niektóre przepisy ustawy, czym zablokowali czystki. Rządząca większość już określiła to mianem rokoszu i bezprawnego działania. Co to oznacza?

PROF. KLAUS BACHMANN: To jest kolejna eskalacja sporu prawnego. Na szczęście niemal cała eskalacja konfliktu w Polsce odbywa się na płaszczyźnie prawnej, a nie na ulicy. Z punktu widzenia sędziów SN ma to jednak też taką wadę, że staje się coraz bardziej niezrozumiałe dla publiczności (a, sądząc po zamieszaniu wokół pani prezes Gersdorf, nawet dla obozu władzy) i przez to demobilizuje obywateli. Im bardziej zawiły staje się ten spór, tym łatwiej jest machać ręką na to i mówić „ach, tam na górze się tylko kłócą” zamiast postrzegać to jako spór o zachowanie demokracji w Polsce. Ta eskalacja skupia też cały spór na osobie pani prezes Gersdorf, tak jak widzieliśmy to już 2 lata temu na przykładzie prezesa TK, Andrzeja Rzeplińskiego. To działa trochę jak samospełniająca się przepowiednia: PiS atakuje sędziów jako politycznie stronniczą, skorumpowaną elitę, sędziowie, jeśli się bronią, potwierdzają tę narrację, stając się stroną w politycznym konflikcie (choć ich naturalną pozycją jest być neutralnym arbitrem takich sporów). Jeśli się nie bronią, to się poddają i zostaną usunięci.Tak czy owak, jako sędziowie przegrywają.

 

Według Pawła Muchy, wiceszefa Kancelarii Prezydenta, w polskim systemie prawnym nie występuje zawieszenie stosowania przepisów ustawy. Możemy zatem się spodziewać, że prezydent będzie dalej prowadził działania mające zmieniać sędziów SN. Jak to zostanie odebrane w Brukseli?

Cały obecny obóz rządzący ma olbrzymi problem ze zrozumieniem prawa europejskiego, co wynika z prostego faktu, że praktycznie wszyscy, którzy się na tym znają, albo już dawno opuścili PiS, albo zostali usunięci z partii, rządu, Pałacu Prezydenckiego. Tym sobie tłumaczę, że raz po raz przedstawiciele rządu, prezydenta i większości sejmowej w swoich wypowiedziach w Polsce zaprzeczają temu, co twierdzą w raportach słanych do Komisji Europejskiej i do Trybunału Sprawiedliwości UE. Jak można tam napisać, że reforma odpowiada standardom UE, że nic nie zagraża praworządności w Polsce, że nie ma nacisków na sędziów i że sądownictwo w Polsce jest niezawisłe, jeśli w tym samym czasie przedstawiciele prezydenta i KRS odrzucają decyzję SN, grożą sędziom SN postępowaniem dyscyplinarnym, a organizacje finansowane przez rząd prowadzą kampanię propagandową przeciwko sędziom?

 

Pojawiają się głosy, że KE na takie lekceważenie prawa może zareagować ostrzej niż zazwyczaj. Pytanie, co może zrobić oprócz prowadzenia „dialogu” z rządem.

KE niewiele może, a to, co mogła zrobić, zrobiła – pozwała Polskę przed TSUE za ustawy sądownicze. To pierwszy taki przypadek, że TSUE ma ocenić system polityczny kraju członkowskiego. TSUE sam prosił o taki pozew w odpowiedzi na zapytanie prejudycjalne dotyczące Portugalii na początku roku. Można się dziwić, że KE robiła to tak późno, ale trzeba sobie zdać sprawę, że nie wszystkie instytucje na tym świecie pracują na tak wysokich obrotach jak posłowie PiS. Za to ich decyzje potem mają ręce i nogi, czego nie można powiedzieć o parlamencie, który nieustannie poprawia swoje błędy w kolejnych nowelizacjach.

 

Mówi się, że jak rząd PiS nie zaakceptuje decyzji TSUE i będzie podważać prawo europejskie, to będzie to oznaczać wyjście z UE. Czy Polexit ocenia pan jako realny scenariusz?

TSUE ma narzędzia, które pozwalają na to, aby skłonić kraj członkowski do respektowania jego decyzji. Inna sprawa, czy respektowanie lub nierespektowanie decyzji TSUE cokolwiek zmienia w Polsce – bo sędziów raz wysłanych na emeryturę przecież nie sposób ściągnąć z powrotem. Nie mówiąc o podważeniu wstecz wyroków wydanych przez nieprawidłowo wybranych lub mianowanych sędziów. Tego żaden zagraniczny trybunał dla nas nie załatwi, mogę sobie jedynie wyobrazić, że np. nakazuje Polsce spełnienie pewnych zasad, nakłada np. kary za każdy dzień niespełnienia tych zasad i czeka, aż polski rząd naprawi swoją reformę tak, aby odpowiadała tym standardom, natomiast zostawia to polskim instytucjom, jak te standardy spełnić. To byłby duży kłopot dla PiS, bo rząd, prezydent i posłowie musieliby się dogadać z opozycją na zmiany konstytucji i uregulowanie kwestii TK, SN, KRS w taki sposób, aby reforma była zgodna z konstytucją i z prawem UE. Natomiast nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak miałoby wyglądać „nierespektowanie prawa UE” w tym zakresie. Wiem, że w obozie rządzącym toczą się dyskusje o tym, jak zmienić porządek prawny w Polsce tak, aby konstytucja i polskie ustawy były nadrzędne nad prawem UE i prawem międzynarodowym, ale nawet jak to się uda zapisać np. w wyroku TK, to i tak obowiązuje to tylko w Polsce i Polskę – wobec innych krajów, wobec UE jest to kompletnie nieskuteczne ani nie działa to wstecz. Równie dobrze można uchwalić, że prawo Newtona w Polsce przestaje działać.

 

Unia ma dużo więcej własnych problemów niż tylko łamiącą wartości unijne Polskę. Czy Bruksela będzie mieć determinację, aby walczyć z rządem polskim o wartości, a może czeka nas los kraju na marginesie Europy, czarnej owcy?

Czarną owcą już jesteśmy.
Cała debata o UE w zachodniej Europie wróciła do stanu sprzed rozszerzenia, kiedy jego przeciwnicy argumentowali, że kraje, które chcą przystąpić, są na to niegotowe, nieobliczalne, zablokują procesy decyzyjne na szczeblu europejskim, będą wszystko blokować. Teraz faktycznie tak jest, wystarczy spojrzeć na olbrzymią listę naruszeń prawa europejskiego, którą wobec Polski nagromadziła KE, albo na te, które już przekazała do TSUE. Wiele z nich pochodzi jeszcze z kadencji PO-PSL, ale PiS potrzebował tylko 2,5 roku, aby je dramatycznie zwiększyć i dodać wiele politycznie bardzo kontrowersyjnych i dla funkcjonowania państwa i UE istotnych kwestii. Państwa członkowskie zostawiają to KE i TSUE i liczą na to, że one sobie z tym radzą, ale prędzej czy później to do nich wróci. Podam przykład: jeśli jeden sąd po drugim w UE odmówi ekstradycji podejrzanych do Polski i – o czym przedstawiciele obozu rządzącego też mówią już publicznie – lojalne wobec polskiego rządu polskie sądy przestaną przekazywać przestępców do innych krajów UE – to każdy rząd UE stanie przed decyzją, czy nie wprowadzić ponownie (jak w latach 90.) kontroli osobowych na granicach z Polską, aby złapać tych przestępców, którzy chcą uciec do Polski, i tych, którzy chcą przyjechać do innych krajów, aby tam popełnić przestępstwa licząc na to, że sądy nie przekażą ich z powrotem do Polski. Na wprowadzeniu kontroli granicznych traciliby spedytorzy w Niemczech, ale jednocześnie też kilkaset tysięcy Polaków, którzy codziennie muszą przekraczać granicę, aby dotrzeć do pracy w Niemczech. Warto o tym pamiętać, jak się dyskutuje o dalszej eskalacji.

 

Jak w tym kontekście traktować zgodę kanclerz Merkel na plan Macrona, aby zacieśniać kraje strefy euro pozostawiając resztę członków na obrzeżach?

Nie było jeszcze takiej decyzji UE, która arbitralnie wykluczyłaby jeden albo kilka krajów z jakiegoś kręgu integracji. Zawsze zasada jest taka, że kto chce i spełnia wymogi, może uczestniczyć. W Unii Walutowej jest tak samo i plan Macrona tego nie zmienia. Na mocy traktatu akcesyjnego Polska ma obowiązek, a nie tylko prawo, aby przystąpić do Unii Walutowej i przyjąć euro, więc choćby z tego powodu nie można powiedzieć, że to ją skazuje na obrzeża. Jeśli jest coś, co skazuje jakiś kraj na peryferie, to są to decyzje jego własnego rządu, jeśli ten prowadzi taką politykę, która uniemożliwia spełnienia wymogów – na przykład nabiera nadmiernie dużo długów i winduje deficyt budżetowy, jak na przykład rząd Węgier. Ale to jest decyzja Węgier. Polska mogłaby przystąpić do strefy euro, ale rząd tego nie chce. Mógłby wtedy też wpłacać do budżetu strefy euro (i pewnie, jako jeden z biedniejszych członków, korzystałby nawet z transferów z tego budżetu), ale wszyscy wiemy, że z tym rządem Polska tam nie będzie. Bo przy negocjacjach o przystąpieniu z KE i Radą raz po raz rząd słyszałby pytanie, co rząd polski zamierza zrobić, aby gwarantować konieczną do funkcjonowania strefy euro praworządność, niezawisłość sądów, prawa obywatelskie i niezależność instytucji kontrolujących rząd, jak na przykład TK i SN.

 

Panie profesorze, nie tylko Polska ma do czynienia z populistycznym rządem, a kryzys demokracji liberalnej widać także w krajach Europy Zachodniej. Czym to grozi?

Obawiam się, że to grozi zastąpieniem demokracji przedstawicielskiej, w której elity polityczne za pomocą odpowiednich instytucji kontrolują się wzajemnie, dbając o to, aby żadna instytucja, żaden rząd, prezydent, parlament nie zdobywały za dużo władzy, którą może wykorzystać, aby prześladować przeciwników, poszczególnych obywateli albo nadużywać swoich praw, aby się wzbogacić kosztem innych. Zastąpi to demokracja bezpośrednia, w którym rząd albo prezydent mają taką przewagę nad innymi instytucjami, że nikt nie może ich kontrolować. Formalnie zrobi to wtedy „naród” poprzez referenda, ale de facto to referenda i wybory służą rządowi albo prezydentowi tylko do tego, aby manipulować ludźmi tak, aby przedłużyć kadencję i unieszkodliwić instytucje powołane do jego kontroli.
To taka wodzowska demokracja, w której ludziom będzie się wydawać, że mają wpływ na politykę, głosując w referendum albo w wyborach, kiedy de facto o terminie, brzmieniu pytań, organizacji i liczeniu głosów decydować będzie wąska grupa ludzi.

 

Czy wobec postawy Trumpa, który widzi w Europie raczej konkurenta niż sojusznika, polska polityka zagraniczna powinna podjąć jakieś kroki? Zakładając, że jest w stanie prowadzić politykę zagraniczną zgodną z racją stanu.

W tej chwili polityka wewnętrzna tak dominuje nad polityką zagraniczną, że jest to chyba niemożliwe.

 

Zatem dlaczego liberalna demokracja, po ponad 70 latach pokoju w Europie, przestaje już być tak atrakcyjna?

Myślę, że wpływa na to kilka czynników: emocjonalizacja polityki dzięki masowym, elektronicznym mediom i Internetowi, coraz wyższe oczekiwania (zwłaszcza w bogatych społeczeństwach) wobec polityki w ogóle, w czasie, kiedy polityka może mniej niż kiedyś, ale politycy się do tego nie przyznają. To rozczarowuje dużo ludzi. No i paradoksalny fakt, żenie żyje już prawie nikt z tych, którzy doświadczyli wojny, i coraz mniej ludzi jest wśród nas, którzy pamiętają życie w systemach totalitarnych. I tu mam na myśli nazizm, faszyzm i stalinizm, nie późny PRL, który dla wielu starszych ludzi i moich rówieśników w Polsce tak często jest punktem odniesienia. Ale to nie był porządek totalitarny, to był taki absurdalny system, z którego dziś możemy się śmiać, nic, co szczególnie odstrasza, tym bardziej, że przecież to upadło bez rozlewu krwi. Dla wielu młodszych demokracja sama w sobie nie jest wartością wartą obrony, bo oni pamiętają tylko Polskę demokratyczną i brak prześladowań, nie mają tej świadomości, że może być inaczej, albo że to, co dotąd mieli, może być zagrożone tylko dlatego, że pani Gersdorf kłóci się z panem prezydentem…

Śmieszne żarciki z narodzin dyktatury

Mężczyźni w mundurach pobili Dawida Winiarskiego. Wykręcili mu ręce, podduszali, rzucali na ściany i po podłodze.

 

Tak żeby go bolało. Tak żeby bał się o życie. Ich było kilku, on był jeden. Bawiła ich bezdyskusyjna przewaga i bezradność ofiary. Kiedy uznali, że sadystyczny seans dobiegł końca, Dawid musiał został przewieziony do szpitala. Zdjęcie młodego chłopaka leżącego w kołnierzu ortopedycznym stało się symbolem brutalnych i całkowicie nieuzasadnionych represji stosowanych przez aparat państwowy wobec uczestników protestów przeciwko likwidacji polskiej demokracji. Trudno ich nazywać „policjantami”. To są zwykłe bandziory, a do tego zdrajcy. Typy w mundurach zdradzili podwójnie – społeczeństwo, któremu przysięgali służyć oraz konstytucje, której przyrzekali bronić. Wczoraj bili ludzi, którzy występowali w imię tej konstytucji. Bo taki dostali rozkaz – bić mocno. Pobity Dawid, dwa dni wcześniej poszarpana, zakuta w kajdany Klementyna Suchanow. Dziesiątki innych – poturbowanych, z siniakami, guzami i obtarciami. PiS stosuje oręż intensyfikacji lęku. Władza celowo (nad)używa przemocy, tak aby zasiać strach w umysłach tych, którzy mogliby przyjść protestować kolejnego dnia. Wykręcanie ramion, zakładanie dźwigni, zadawanie bólu – to wszystko miało zostać zarejestrowane i opisane.
Jeszcze rok temu protesty w obronie niezależności sądownictwa ściągnęły na ulice setki tysięcy obywateli. Oburzonych i zdeterminowanych. Dotarło do nich, że PiS posunął się za daleko, a celem reformy wymiaru sprawiedliwości jest podporządkowanie go władzy politycznej. Pewnie większość z tych protestujących nie miała dobrych doświadczeń z sądami. Bo te w III RP faktycznie żałośnie rzadko stawały po stronie zwykłych ludzi. Ale zastąpienie dysfunkcyjnego systemu takim, w którym za wszystkie sznurki pociąga Ziobro było wizją wystarczająco sugestywną i przerażającą. Dlaczego więc obecnie, kiedy PiS dopina swego – przejmują kontrolę nad sądami, pod Sejmem protestuje jedynie garstka dzielnych ludzi? Odpowiedź jest prosta – obywatele są zmęczeni. Kaczyński ich wyczekał. Protestowali wiele miesięcy, a jedyna świadomość jaka się w tym czasie wykluła, to świadomość tego, że PiS i tak zrobi co będzie chciał. Bezradność, poczucie braku sensu i celu uczestnictwa w ulicznych wystąpieniach. Apatia i rezygnacja aktywnej i świadomej części społeczeństwa – to największy sukces Prawa i Sprawiedliwości.
Partia Kaczyńskiego wkracza w decydującą fazę budowania w Polsce dyktatury w stylu tureckim. Sądy ma już w kieszeni, w tym Sąd Najwyższy, który przyklepuje wynik wyborów. Trybunał Konstytucyjny padł już ponad dwa lata temu. Prokuratura, media publiczne, korzystna ordynacja – wszystko załatwione na cacy. Wkrótce przekonamy się, że w tym kraju nie ma już miejsca na wolne związki zawodowe i protesty pracownicze. Zresztą – sprawa brutalnych represji wobec przewodniczącej związku stewardess i pilotów w LOT już nam to unaoczniła. Lewica przepadnie w wyborach do europarlamentu, bo zmiana zasad przeliczania głosów na mandaty podwyższyła próg wyborczy do ok 15 proc., a więc granicy o przekroczeniu której możemy sobie pomarzyć. Nieciekawy i przygnębiający to pejzaż.
Są jednak tacy, co bawią się świetnie. Łukasz Moll drze łacha z Klementyny Suchanow, tej, którą przedwczoraj po raz piąty za czasów „dobrej zmiany” skończyła skuta kajdankami i poturbowana. Moll nazywa uczestniczkę protestów „jaśnie panią artystką” i zarzuca jej brak aktywności, kiedy neoliberałowie gnoili lud pracujący. „Zachowuje się jak mieszczka, która w 2018 roku, dowiedziała się, że „odbierają nam wolność”. Gdzie była gdy pałowano górników? Ignorowano pielęgniarki? Szykanowano nauczycieli? Terroryzowano rolników w gminach łupkowych? Pacyfikowano KDT? Zamykano huty i stocznie? Nie wpuszczano związkowców do Sejmu? Oszukiwano emerytów ws. OFE pod palmami? Prywatyzowano mieszkania zakładowe?” – stwierdza Moll. Wtóruje mu niejaki Remigiusz Okraska. „W kraju biedy z nędzą, problemów z pracą, śmieciówek, milionowej emigracji zarobkowej, trzydziestoletnich kredytów na byle klitkę, zapaści całych mieścin i regionów w Polsce B, pani artystka bohatersko broni „demokracji” i sądzi, że jest taka arcyodważna” – pisze naczelny Nowego Obywatela. W dalszej części tych żenujących podrygów wychodzi na jaw, że obaj stratedzy walki klasowej nie mają zielonego pojecia kim jest osoba, która stanowi dla nich ucieleśnienie odrealnionej warszawski. Nie wiedzą, że w 2012 roku jako redaktorka „Przekroju”, którego naczelnym był Roman Kurkiewicz, mieszała z błotem wszystkie dogmaty neolibu i występowała w obronie pokrzywdzonych przez kapitalizm. W tym samym okresie Okraska kończył swój flircik z naziolami, a Moll pisywał dla „Zielonych Wiadomości”. Moll z Okraską nie widzą powodu by protestować. Przerzucają się żarcikami o styropianie i dyktaturze. Lud siedzi w domach, więc oni razem z nim gnuśnieją i głupieją solidarnie. A Kaczyński realizuje swoje marzenie o polskim autorytaryzmie.

Głos lewicy

O wyższości

…Jarosława nad Lechem, albo odwrotnie – pisze Czesław Cyrul na Facebooku.
Lech Wałęsa, po raz n-ty z rzędu powołał jakiś komitet, który ma jednoczyć opozycję przeciwko PiS-owi. Chyba tylko on sam wierzy, a może nawet jest przeciw, że ta inicjatywa powiedzie się. Od 1990 roku Lech Wałęsa ogłaszał różne inicjatywy, powoływał komitety i partie, wydawał ważne oświadczenia. Żadne się nie powiodło. Jego prezydentura oceniana jest bardzo krytycznie. To pasmo nieskuteczności stawia pod znakiem zapytania jego sprawność przywódczą w okresie podziemnej „Solidarności”. Powiedzenie Wałęsy, że ja to wszystko zaplanowałem, zrobiłem i dałem Wam demokrację jest trochę na wyrost, ale legenda Wałęsy będzie żyła swoim życiem, a jego buńczuczne i operetkowe zapowiedzi będą pobłażliwie tolerowane przez obywateli.
Z Jarosławem Kaczyńskim jest inaczej. Nie był frontmenem podziemnej „Solidarności”. Po 1990 roku szybko pokłócił się z prezydentem Wałęsą. Nie dziwię się, bo to zupełnie różne osobowości. Jednak kiedy Wałęsa spoczął na laurach i, od czasu do czasu, występował z inicjatywami od razu skazanymi na niepowodzenie, Jarosław Kaczyński przepychał się do przodu. Krzyczał o rozkradaniu majątku narodowego, a po cichu zbudował ekonomiczne imperium partyjne, jakiego nie ma żadna inna partia. Zbudował karną partię polityczną, o której Wałęsa może tylko marzyć. Kaczyński wykazał się dalekowzrocznością polityczną, czego o Wałęsie nie można powiedzieć. Kaczyński jest konsekwentny w realizacji swojej strategii, Wałęsa nie ma żadnego planu działania i nie wiadomo co powie jutro, a co pojutrze. Prezes Kaczyński ma natomiast realną władzę i wykorzystuje ja tak, jak mu się to podoba i podoba się to sporej grupie Polaków
Co łączy obu panów? Wałęsa wywarł duży wpływ na bieg spraw w Polsce, a Kaczyński wywiera. Łączy ich również to, że gdyby startowali w wyborach prezydenckich to obydwaj przegraliby je z kretesem. Wałęsa ma jednak pod tym względem przewagę. Raz prezydentem został, ale nie była to dobra prezydentura. Może dlatego i na Kaczyńskiego wyborcy nie zagłosowaliby, bo coś ich jednak łączy. Wzajemna nienawiść.

Tragedia!

Na Facebooku skarży się również prof. Jerzy Kochan:
Byłem na bardzo smutnym zebraniu poświęconym nowej ustawie o szkolnictwie wyższy. Władze i rada koncepcyjna starają się, z dobrymi intencjami ratowania uniwersytetu, wpisać jak najlepiej w prawdopodobne oczekiwania nieznanej do końca pisowskiej ustawy!!!
To jest: być spontanicznie dyspozycyjni i spontanicznie prymusami pisowskiej strategii przejmowania uniwersytetów.
W ramach tego wyścigu dyspozycyjności i konformizmu powstaje skrajnie antydemokratyczny projekt oparcia struktury uniwersytetu na nominowanych przez rektora dyrektorach instytutów… bez zakładów, rad instytutów, rad wydziału…
DYKTATURA dyrektorów-nominatów możliwych do odwołania tylko przez rektora. To już nie jest menadżerska wizja zarządzania nauką. Nawet w stanie wojennym nikomu do głowy coś takiego nie przyszło…a jak przyszło, to bał się głośno powiedzieć.
Publicznie powiedziałem, że to militaryzacja uniwersytetów… PiS chce swoistej militaryzacji uczelni w ramach realizacji „dobrej zmiany”… a niezorientowane, bezwolne, zastraszone, konformistyczne masy akademików na ochotnika to zrealizują. Tragedia!

Polska-Kolumbia 1:1

W latach 90., kiedy jeszcze posłowałem doszło do przedziwnego konfliktu między Polską a Kolumbią. Zakłady w Janikowie wyeksportowały do Cali w Kolumbii sodę, która jest składnikiem niezbędnym do produkcji kokainy. Władze kolumbijskie statek przejęły gdyż adresatem ładunku był najprawdopodobniej kartel narkotykowy z Cali. Polska w odpowiedzi zerwała z tym krajem stosunki dyplomatyczne. Na prośbę ambasadora Kolumbii doprowadziłem do spotkania premiera Józefa Oleksego z tymże ambasadorem. To sprawiło, że Polska przeszła na stronę tych, którzy walczą z narkotykami czyli Kolumbijczyków i stosunki między naszymi krajami zostały unormowane – wspomina Piotr Ikonowicz.