Uroki pandemii w 50 rocznicę Dnia Ziemi

Patrzę na zdjęcie z lat 20-tych ubiegłego wieku. Ojciec, matka, wujek, trójka dzieci i kot. Wszyscy w białych, płóciennych maseczkach. Kot też. Zdjęcie zostało zrobione sto lat temu, w okresie „hiszpanki”. Najprawdopodobniej już w czasie „drugiego etapu”, czyli powrotu do „normalności” po kwarantannie.

Nowa „normalność” to pojęcie do którego trudno się przyzwyczaić. Jak będzie wyglądać? Już mniej więcej wiemy i staramy się ją sobie wyobrazić. Wszyscy będziemy nosić maseczki i rękawiczki. Nie wiemy jak długo. Długo. Najprawdopodobniej do wynalezienia szczepionki.
W Rzymie nie ma jeszcze powszechnego obowiązku zakrywania twarzy. Powody są dwa. Po pierwsze nie ma maseczek. Po drugie wciąż są wątpliwości jaki jest efekt ich noszenia…
Większość ludzi przychodzi do sklepu w maseczkach (także własnej roboty) i rękawiczkach. Efekt psychologiczny. Wszyscy czujemy się bezpieczniej. Przypomina mi się rozczulająca scena z pierwszych dni kwarantanny we Włoszech. Starszy, samotny pan podchodzi do policjanta w Turynie i pyta go, czy on może mu pomóc założyć jego maseczkę, zanim wejdzie do sklepu, bo tak będzie się czuł bezpieczniej…
Kwarantanna – to słowo wymyślono w starożytnym Rzymie i pochodzi od liczebnika czterdzieści. Tyle dni trwała izolacja zadżumionych. Czterdzieści dni czekały statki w porcie, zanim ich pasażerom pozwalano zejść na ląd. Na czterdzieści dni zamykano bramy miasta, gdy wybuchła gdzieś zaraza. Przez czterdzieści dni izolowano chorych na Wyspie Tiberina – albo tam zmarli, albo przeżyli.
Po czterdziestu dniach kwarantanny udało mi się wreszcie uszyć maseczkę z getrów do jogi… Doszłam do wprawy. Kiedy skończy się pandemia może zrobię wystawę tych dzieł sztuki. Długa była do tego droga. Obejrzałam na You Tube kilkanaście filmów. Pocięłam podkoszulki, rajstopy, getry.
Teoretycznie maseczkę można zrobić ze wszystkiego. Teoretycznie… Pod warunkiem, że ma się w domu zszywacz i zszywki, gumki do włosów lub przysłowiową gumę z majtek. Mnie kwarantanna zastała tylko z taśmą klejącą.
„Co to? Majtki teściowej?” – zapytał mnie mąż gdy zobaczył mój pierwszy prototyp uszyty ręcznie z poszewki na poduszkę. – „Załóż to sama. Nie będę w tym chodził.” Drugi prototyp zrobiłam z przepaski do włosów i wkładki do sportowego stanika. Znowu wyszły mi „przedpotopowe gacie ”. Trzeci z jedwabnej chustki, z filtrem z papieru do pieczenia. Dało się w tym chodzić, ale można było się udusić. Z maseczką-origami z papieru do pieczenia i papierowego ręcznika, złożonego w harmonijkę, z gumkami od weków przyklejonymi taśmą poszło już lepiej. Kiedy pojawiliśmy się w nich w sklepie, znajomy właściciel wybuchł śmiechem. Zlitował się i dał nam cztery chińskie maseczki jednorazowe. Wielka radość trwała jednak krótko.
„Maseczki dla króliczka Bunny” – tak je określił mityczny gubernator Kampanii, Vincenzo De Luca, gdy rząd przysłał mu je dla lekarzy w szpitalach. Są tak małe, że gdy założyliśmy je po raz pierwszy zerwały się gumki. Musiałam przyszywać je ręcznie.
„Darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy” – stare przysłowie staje się dziś aktualne, zwłaszcza gdy chodzi o maseczki. Chińskie maseczki jednorazowe trzeba używać kilka razy. Po powrocie do domu są zdejmowane z uwagą, jeszcze w rękawiczkach, a następnie odwieszane w bezpiecznym miejscu na przynajmniej dobę. Później dezynfekcja parą z żelazka. Przy dezynfekcji żelazkiem jedna maseczka z flizeliny przypaliła mi się i dziurę musiałam zakleić taśmą, by iść do sklepu. Podczas kolejnej dezynfekcji parą, doszło do spięcia w żelazku i wyskoczyły mi korki.
Takie uroki pandemii…
Wiem, nie ja jedna przez to przeszłam. Te same kłopoty ma 4,5 miliarda osób. Na Facebooku widziałam już wszystko. Ludzi w foliówkach na głowach, w pieluchach na twarzy, z butelkami plastikowymi na gumkach, z gąbkami, ze skórkami połówek pomarańczy, z połówką bulwy fenokuła. Widziałam zdjęcia dzieci w Afryce, które mają maseczki plecione z palmowych liści i zdjęcia matki, która w Strefie Gazy zakłada dzieciom na twarz duże liście kapusty przywiązane sznurkiem.
Widziałam piękne jednorazowe maseczki na pomnikach w ramach reklamy noszenia maseczek. Widziałam wieczorowe maseczki ze staników z koronkami i perełkami. Zajebiste maski z filtrami FFP3 i super fantastyczne „kominy” wielofunkcyjne z materiałów hi-tech z wymienianymi wkładkami filtrującymi. Maseczki ekologiczne z zielskiem zamiast filtrów. „Kosmiczne” wizjery z plastiku, wizjery przypinane do kapeluszy, a także wizjery domowej roboty z opaski na włosy i plastikowej okładki na dokumenty. Widziałam muzułmańskie hidżaby z maseczkami i maseczki z suwakiem do przyjmowania komunii.
Widziałam już tyle, że sama nie wiem czy trwa pandemia Covid-19, czy Karnawał 2020 jeszcze się nie skończył…
Ale wróćmy do rzeczy. Od trzech dni również i ja mam twarzową maseczkę (z getrów do jogi, z gumkami, które wyciągnęłam z pokrowca na fotel). Jakoś się w niej wygląda. No ale co z tego, skoro tak naprawdę przed Sars-CoV-2 ona mnie nie uchroni…
Włoski wirusolog, doktor Stefano Montanari, powiedział w programie radiowym: „Te maseczki domowej roboty mogą co najwyżej zatrzymać indyki, a nie wirus o wielkości 120 nanometrów. To tak jak zrobić prezerwatywę na szydełku. Jeżeli nie są odpowiednio zmieniane i dezynfekowane, jest ryzyko przyklejania sobie do twarzy wszystkich możliwych bakterii i wirusów, nie mówiąc już o tym, że oddychamy dwutlenkiem węgla”.
W stosunku do rękawiczek jednorazowych był jeszcze bardziej bezwzględny: „Są gorsze. Przenoszą wszystkie możliwe zarazki i wirusy. Kasjerka ma na nich wszystko. Jedyną ochroną przed wirusem jest mycie rąk”.
Na temat maseczek jednorazowych czytałam już tyle rzeczy, że sama nie wiem co o tym wszystkim myślec. Jeden z artykułów tłumaczył, że z ostatnich badań wynika, iż wirus Sars-CoV-2 może utrzymywać się na nich aż do 7 dni. Powstaje więc poważny problem jak i gdzie wyrzucać maseczki jednorazowe, które tak naprawdę chronią nas nie dłużej niż do 6 godzin. Później trzeba je ostrożnie zmienić i szybko się ich pozbyć.
Tymczasem Włochy (jak i zresztą wiele innych państw) przygotowują się do przejścia na etap drugi, czyli wychodzenie z kwarantanny i powrót do „nowej normalności”. Włoskiemu rządowi udało się wreszcie zgromadzić 49 mln maseczek jednorazowych, przeznaczonych dla tych, którzy wrócą do pracy w sektorze publicznym. Zostaną rozdane za darmo.
Aby przejść do drugiego etapu pandemii, nauczyć się współżyć z Covid-19 i jakoś funkcjonować do czasu wynalezienia szczepionki oraz zaszczepienia wszystkich, ludzkość będzie potrzebować miliardów maseczek jednorazowych.
Już dziś widzę na rzymskim bruku pierwsze porzucone maseczki i rękawiczki. Na Facebooku oglądam zdjęcia rybaków w Indich, którzy zbierają na plażach i wyławiają z oceanu maseczki i rękawiczki.
Maseczki i rękawiczki… – boję się pomysleć jak będzie wyglądał świat, gdy skończy się Covid-19.
Jedno jest pewne. Po czym poznamy, że pandemia skończyła się definitywnie? Kiedy będą oferować trzy maseczki w cenie jednej…
Patrzę na to niezwykłe zdjęcie z lat 20-tych ubiegłego wieku, zrobione w czasie „hiszpanki” (ojciec, matka, wujek, trójka dzieci i kot, wszyscy w białych, płóciennych maseczkach, kot też) i przychodzą mi dwie refleksje. Po pierwsze: kto wie jak my będziemy wyglądać na zdjęciach, które pozostaną po nas z czasów pandemii Covid-19 z 2020 roku i kto wie, jak będą patrzeć na nie ci, którzy będą się zmagać z kolejną pandemię za sto lat? Po drugie: czy nie moglibyśmy powrócić do białych, bawełnianych maseczek, które można prać, prasować, suszyć na słońcu, sterylizować w mikrofalówce i moczyć w spirytusie do woli? Wszystkie wielkie zarazy w historii, ludzkość przetrwała nosząc takie właśnie maseczki. Przynajmniej wychodzi się w nich dobrze na zdjęciach.
Używając jednorazówek myślcie nie tylko o waszym zdrowiu, ale i o zdrowiu Planety.
Człowiek nie może żyć w zdrowiu, gdy Ziemia choruje z jego przyczyny.

Głos lewicy

Jesteśmy ugotowani

Przemyślenia Łukasza Molla o Dniu Ziemi:
„Mieliśmy ładną koincydencję – zmartwychwstanie, połączyło się z życiodajnymi pogańskimi tradycjami nastania wiosny (zachowanymi w lanym poniedziałku) i z Dniem Ziemi. Prawdziwa celebracja życia.
Tak się złożyło, że jako porządny marksista podszedłem do sprawy życia materialistycznie i w święta pracowałem nad artykułem recenzyjnym dotyczącym zielono-marksistowskich teorii zmian klimatycznych. I przypomniałem sobie dlaczego w ostatnim czasie staram się nie myśleć i nie czytać o ekologii. Coraz więcej wskazuje, że jesteśmy ugotowani – dosłownie. Więcej niż prawdopodobne, że w ciągu kilku kolejnych lat zadecyduje się przyszłość życia na ziemi na niewyobrażalny okres. Być może zniszczymy je w sposób nieodwracalny. Wszystkie możliwe wskaźniki ekologiczne – zanieczyszczenie oceanów, topnienie lodowców, utrata bioróżnorodności, pustynnienie ziem uprawnych – mrożą krew w żyłach. Kiedy pomyślę o tym, że Ziemia może być jakąś martwą pylastą niecką jak planety i gwiazdy, które oglądamy na zdjęciach, doznaję prawdziwej metafizycznej trwogi. I ogarnia mnie bezradność, bo wiem, że kapitał nie zrezygnuje z robienia zysków za wszelką cenę, a i my zostaliśmy pod niego sformatowani w ten sposób, że w swoich głęboko zakorzenionych nawykach nie potrafilibyśmy żyć tak, jak wymaga od nas tego kryzys ekologiczny. W swoich banalnych, codziennych aktywnościach celebrujemy śmierć, nie życie.
I niby wiadomo, skąd tak niska świadomość tego, co nas czeka: wyparcie kłopotliwej prawdy, pogoń mediów za sensacją, sowicie opłacani propagandyści, a przede wszystkim zwykłe przyzwyczajenia, inercja, zaaferowanie codziennością. A jednak nie przestaje mnie to dziwić i na swój chory sposób fascynować.

Do roboty!

Po świętach od razu wracam do pracy. Koalicję Europejską i Sojusz Lewicy Demokratycznej czekają w najbliższych tygodniach ważne wydarzenia. 1 maja organizujemy, jak co roku, w Warszawie i innych miastach pochody i pikniki z okazji Święta Pracy. Zapraszamy na nie wszystkich, którym nieobojętne są prawa pracowników, walka o dobre warunki pracy i wyższe płace. Kilka dni później chcemy przypomnieć Polakom o piętnastej rocznicy wejścia Polski do Unii Europejskiej. Wspólnie z Fransem Timmermansem, kandydatem lewicy na szefa Komisji Europejskiej, Leszek Miller i Włodzimierz Cimoszewicz, autorzy naszego sukcesu z 2004 r., będą rozmawiać z wyborcami o przyszłości Polski w Unii Europejskiej. Finał 26 maja, gdy odbędzie się wielki wybór: między Polską w Unii Europejskiej a Polską poza nią – mówi Marcin Kulasek, sekretarz generalny SLD.