Trwa strajk elbląskich tramwajarzy

Po tygodniu strajku nadal brak jest porozumienia między strajkującymi pracownikami Tramwajów Elbląskich a zarządem spółki. Z protestującymi nie chcą rozmawiać ani władze spółki, ani prezydent miasta.

Od poniedziałku 17 lutego trwa strajk pracowników Tramwajów Elbląskich. Tramwaje pozostały w zajezdniach, Zarząd Komunikacji Miejskiej uruchomił w ich zastępstwie specjalne linie autobusowe. Zapewne dlatego wypowiadający się w lokalnych mediach elblążanie deklarują, że protest nie jest dla nich szczególnie dolegliwy.

Około 60 pracowników tej miejskiej spółki domaga się podwyżki płac o 350-500 zł brutto (wyższa kwota dla najmniej zarabiających) oraz zmniejszenia limitu godzin nadliczbowych z 225 do 150.

Zarówno władze elbląskiej spółki, jak i przedstawiciele elbląskiego samorządu, jak dotąd, pozostają nieugięte. Ich odpowiedź jest krótka: na spełnienie waszych postulatów nie ma pieniędzy.

Dialog społeczny coś da?

Protestujący otrzymali jedynie zaproszenie na spotkanie Wojewódzkiej Rady Dialogu Społecznego w Olsztynie zaplanowane na 25 lutego. Jest to ciało doradcze działające przy marszałku województwa warmińsko-mazurskiego. Doradcze, czyli uprawnione jedynie do składania rekomendacji, które władze wezmą pod uwagę, lub – częściej – nie. Na zebraniu ma być być obecny zarówno dyrektor Tramwajów Elbląskich Andrzej Sawicki. jak również wiceprezydent Elbląga Janusz Nowak.
Niezależnie od wyników rozmów na forum WRDS protestujący chcą dialogu o tramwajach w samym Elblągu. Zwrócili się do władz miejskich z wnioskiem o zwołanie nadzwyczajnej sesji poświęconej sytuacji Tramwajów Elbląskich lub włączenie tego punktu do programu sesji zwyczajnej, która odbędzie się 27 lutego. Odpowiedzi w tej sprawie jeszcze nie otrzymali.

Mieszkańcy ich wspierają

Pracowników Tramwajów Elbląskich wspierają za to mieszkańcy miasta. W niedzielę (23 lutego) około 40 osób solidaryzujących się ze strajkującymi przybyło do zajezdni tramwajowej przy ul. Browarnej. Mieszkańcy w wypowiedzi dla Elbląskiej Gazety Internetowej podkreślają, że postulaty strajkujących są słuszne, a władze miasta i spółki doprowadziły do wieloletnich zaniedbań.

Stare wagony

Kilka dni temu podczas konferencji prasowej związkowcy podkreślali, że tabor, na którym pracują, jest bardzo stary. Żaden wagon w firmie od 28 lat nie przeszedł remontu kapitalnego. Tymczasem priorytetem powinno być bezpieczeństwo zarówno kierowców, jak i pasażerów.

„Nastroje po pierwszym tygodniu są w dalszym ciągu bojowe, smutne jest jednak to, że zarzuty odnośnie politycznego podłoża strajku sprawiają, że tracą mieszkańcy miasta. My już staliśmy na skraju takiego upodlenia płacowego, że musieliśmy coś zrobić. Komunikacja tramwajowa powinna się rozwijać, jest ekologiczna i dobra dla mieszkańców. Wzburzyło nas to, że na tę komunikację nie przeznacza się tyle pieniędzy, ile powinno się przeznaczać. Dużo mówi się o tym, że Elbląg stawia na komunikację tramwajową, autobusowa miałaby pełnić rolę uzupełniającej, okazuje się jednak, że nie rozmawiamy ani o przyszłości tramwajów, ani ludzi, którzy u nas pracują. To jest stagnacja” – powiedział przewodniczący okręgu północnego Związku Zawodowego Pracowników Komunikacji Miejskiej Roman Kluczyk w rozmowie z dziennikarzem portel.pl.

To nie jest strajk polityczny

Związkowcy zapewniają, że strajk nie jest polityczny i że w swojej sprawie prowadzą rozmowy z działaczami z różnych stron sceny politycznej. Nie chcą nikomu zaszkodzić – chodzi tylko i wyłącznie o godne płace oraz bezpieczny przewóz mieszkańców.

Niezależnie od wyniku zaplanowanych na 26 lutego rozmów u marszałka załoga jest zdeterminowana, by protestować aż do skutku. Związkowcy wiedzą, że za czas strajku nie otrzymają pensji ale są zdeterminowani. I podkreślają, że podczas gdy inne miasta inwestują pieniądze w usprawnianie komunikacji publicznej i przyciąganie pracowników poprzez podnoszenie im pensji, władze Elbląga próbują iść po najmniejszej linii oporu, licząc na to, że wszystko dalej będzie jakoś działało.

Przekop Mierzei jak diabeł rogaty

Po raz kolejny jesteśmy świadkami histerycznych lamentów w ogólnopolskich mediach i internecie, dotyczących kolejnej odsłony budowy najsłynniejszej już chyba inwestycji rządowej w Polsce po 1989 roku – osławionego przekopu na Mierzei Wiślanej. Ostatni akt dramatu związany jest z podjętą 15 lutego decyzją wojewody pomorskiego o wydaniu zgody na budowę i decyzją o rozpoczęciu wycinki drzew w miejscu przeznaczonym pod inwestycję.

Historii tego projektu przypominać nie ma potrzeby, jest ona dość powszechnie znana – po odgrzebaniu przez Prawo i Sprawiedliwość starych, przedwojennych i peerelowskich jeszcze planów przekopu Mierzei Wiślanej (a niektórzy odwołują się tu nawet do decyzji Stefana Batorego i wspominają krzyżackie projekty udrożnienia tego szlaku morskiego) i otworzenia Elbląga na żeglugę morską na blokowanym do tej pory przez Rosję Zalewie Wiślanym, oraz ogłoszeniu tego faktu przez Jarosława Kaczyńskiego w 2006 roku w Elblągu, do projektu zapaliła się również przerażona utratą poparcia Platforma Obywatelska, która przygotowała swój projekt tej inwestycji. W międzyczasie jednak neoliberałowie z PO władzę w Polsce utracili. Na placu boju pozostali kościelni konserwatyści z PiS, którzy chcąc nie chcąc za robotę wziąć się musieli, bo akurat tych głośnych obiecanek wyborcy i przeciwnicy w całym kraju zapomnieć im nie chcieli.
Tak dochodzimy do ostatniego weekendu, na początku którego zapadła decyzja o budowie. Krótko po niej w las ruszyły ochraniane przez dziesiątki policjantów harvestery do ścinania drzew, a internetową Polskę obiegły zdjęcia i filmiki, pod którymi wylewa się dziś morze hejtu na „barbarzyńców wycinających lasy” i zwolenników „debilnego projektu, który nic dobrego Elblągowi i Polsce nie przyniesie”. Jako mieszkaniec Elbląga, bynajmniej nie zwolennik rządzącego reżimu, ale za to zwolennik budowy przekopu i otwarcia Elbląga po latach na morze, chciałbym tę kwestię – sensowności projektu lub jej braku – w tym artykule przeanalizować.
Zacznijmy więc od faktów. Elbląg jest nieco ponad 120-tysięcznym miastem położonym nad rzeką Elbląg, znajdującym się w bezpośrednim sąsiedztwie Zalewu Wiślanego.
Mieści się tu od wieków funkcjonujący port rzeczny, w ostatnich latach rozbudowany kosztem ponad 21 mln zł o przejście graniczne czy punkt odpraw fitosanitarnych.
Są celnicy, jest plac przeładunkowy, nabrzeża pasażerskie i towarowe. Działają parkingi, jachtkluby, mariny, elewator zbożowy, tereny inwestycyjne przy porcie, obrotnica 120 metrowa; do portu doprowadzona jest kolej (zaniedbana wprawdzie w ostatnich dekadach wolnorynkowej Polski i wymagająca wyremontowania kilkukilometrowego łącznika port-szlak Gdańsk-Olsztyn) oraz dopiero co oddana do użytku autostrada S7. Przebiega ona w bezpośrednim sąsiedztwie elbląskiego portu. Jednym słowem, wbrew temu, co utrzymuje propaganda przeciwników budowy przekopu, infrastruktura portowa i transportowa w Elblągu od dawna jest.
Przeciwnicy budowy przekopu mówią: „Ale co wy tam będziecie z tego Elbląga wozić?”, „Chcecie z rzecznego Elbląga drugą Gdynię robić?”. Już odpowiadam. Nikt nie chce z Elbląga robić drugiej Gdyni, bo Elbląg miałby być w tych planach portem tzw. feederowym (pomocniczym – od ang. „feed”, karmić), gdzie docierają ładunki już rozładowywane np. na trójmiejskich redach. Nie jest to pomysł pozbawiony podstaw.
W Elblągu znajduje się kilka sporych zakładów przemysłu meblarskiego, mieści się tu duży browar, znajduje się siedziba i zakłady produkcyjne dużego koncernu maszynowego.
Dawny Zamech dziś funkcjonuje jako General Electric Power i ma notorycznie ogromne problemy z transportem swoich ładunków wielkogabarytowych. W ostatnich latach realizował on np. zamówienia na turbiny parowe i generatory dla elektrowni Opole, których ze względu na gigantyczny ciężar (ponad 166 ton) nie można przewieźć inaczej, niż z wykorzystaniem drogi śródlądowej właśnie. Wtedy odbyło się to przy nadłożeniu czasu i drogi przez rosyjską Cieśninę Piławską.
Oprócz tego Elbląg i okolice są zagłębiem rolniczym, tędy przechodzi także szlak handlowy do Kaliningradu, chociaż z nim akurat obroty w ostatnich latach, ze względu na zawirowania w polityce polsko-rosyjskiej, spadają. Zauważyć też trzeba, że z portu nie korzystają przecież tylko firmy z terenu miasta i okolic. Służy on również podmiotom z całego kraju, a także zagranicy – zainteresowanie korzystaniem z usług elbląskiego portu wyrażały już władze Ukrainy czy Białorusi, dla których ta właśnie droga jest interesującą i tańszą (oraz bardziej ekologiczną) alternatywą dla transportu drogowego np. z niemieckiego Hamburga.
Kolejną grupą argumentów przeciwników przekopu są kwestie ekonomiczno-gospodarcze, czyli najkrócej mówiąc: czy to nam się będzie opłacać i czy możemy sobie na taki wydatek pozwolić. Przypomnę, że koszt planowanego przekopu ma wynieść 880 mln zł, choć bardziej realistycznie będzie to kwota ok. 1 mld zł, plus koszty późniejszego utrzymania szlaków wodnych i podejść do portu elbląskiego oraz portów w całym akwenie Zalewu Wiślanego.
Pozwolić to sobie nie możemy raczej na pozostawienie miast takich jak Elbląg, Frombork czy Braniewo i regionów takich jak warmińsko-mazurskie, bez inwestycji stymulujących rozwój i dających mieszkańcom szansę na normalne życie i pracę.
Elbląg jest jednym ze 122 ośrodków ujętych w niedawnej (2017) analizie Polskiej Akademii Nauk, którym grozi zapaść społeczno-gospodarcza i docelowo wyludnienie. To z miast takich jak moje uciekają do wielkich ośrodków młodzi ludzie, to tu mieszkańcy nie widzą swojej przyszłości, bezrobocie należy do jednego z najwyższych w kraju, a zarobki kształtują się w okolicach krajowego minimum.
Wszelkie duże inwestycje przez ostatnich 30 lat postsolidarnościowej, neoliberalnej Polski skierowane były do wielkich ośrodków miejskich (Gdańsk, Wrocław, Kraków, Warszawa, Poznań). To tam budowano nieekonomiczne i bezsensowne stadiony na Euro 2012, to tam pompowano pieniądze na drogi, autostrady i obwodnice, to tam wznoszono estakady i mosty, budowano drapacze chmur, modernizowano sieć kolejową i przepłacano Pendolino, podczas gdy jednostki mniejsze zostawiano całkowicie samym sobie, licząc że podniesie je z upadku „niewidzialna ręka rynku”. Otóż nie podniosła. Miasta takie jak nasze popadły w jeszcze większy marazm i biedę, a owoce transformacji konsumuje kilka największych w kraju metropolii.
Przekop Mierzei Wiślanej jest w tym kontekście odejściem od tej polityki pasienia najbogatszych i próbą przekierowania środków oraz inwestycji rządowych do ośrodków mniejszych, dużo bardziej takich inwestycji potrzebujących.
Warto przy tej okazji również wznieść się nieco ponad przyziemny, typowo polski horyzont i spojrzeć w nieco dalszej, wieloletniej perspektywie i przeanalizować skutki powstania takiej inwestycji – oraz przede wszystkim szanse dla regionu – już nie w najbliższych 5, 10 czy 20 latach, ale w perspektywie całych dekad, żeby nie powiedzieć wieków. Zauważmy – bez takich inwestycji jak przekop nie ma szans na rozwój gmin okołozalewowych i samego Elbląga, po jego zaś powstaniu taka szansa się pojawia. Pojawia się możliwość zwiększenia ruchu towarowego i turystycznego w elbląskim i okolicznych portach oraz tutejszych przystaniach (obecnych i przyszłych), której bez niego nie będzie wcale. Dzięki przekopowi zwiększamy ruch turystyczny w samym mieście oraz gminach na całej Mierzei Wiślanej, włączając w to oporną dziś projektowi, z bardzo egoistycznych pobudek, Krynicę Morską; przekop i kanał same w sobie będą (już są) atrakcją turystyczną na skalę krajową i europejską, każdy bowiem przebywający w okolicy będzie chciał na własne oczy sprawdzić, jak to Kaczyński spieprzył/genialnie doprowadził do końca projekt osławionego przekopu.
Inwestycja tego rodzaju, wcale przecież nie taka kosztowna, porównując ją choćby do niesławnych stadionów pobudowanych na Euro 2012, które nigdy się społeczeństwu nie zwrócą, nie jest ani jakimś kolosalnym wydatkiem dla budżetu. Także koszty jej późniejszego utrzymania (przede wszystkim pogłębiania dróg wodnych, szacowane na ok. 6 mln zł rocznie – choć moim zdaniem wyjdzie jednak nieco więcej; dla porównania, za pogłębienie nieco większego i głębszego toru wodnego Szczecin-Świnoujście zagraniczny kontrahent zażyczył sobie kwotę 1.336 mld zł) nie są nadzwyczajne, podobnie jak nadzwyczajny nie jest sposób ich finansowania. Utrzymaniem wszelkich dróg i podejść morskich w kraju zajmują się bowiem Urzędy Morskie (podlegające Ministrowi Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej) i to one odpowiedzialne będą za utrzymanie również torów na Zalewie Wiślanym. Tak, z pieniędzy podatnika, dopowiem ciekawym, dając zatrudnienie i zarobek polskim firmom i pracownikom.
Przeciwnicy budowy przekopu wysuwają także argumenty natury przyrodniczo-ekologicznej. Przyjrzyjmy się im bliżej: „Przekop to ekologiczny bezsens, zniszczy stanowiska rzadkich gatunków”, „Przekop spowoduje zaburzenie stosunków wodnych na Zalewie Wiślanym, przez niego Elbląg zaleje cofka”, „Przekop to ingerencja człowieka w naturę”, „Przez niego zginą tarliska śledzia i sandacza w Zalewie”, „Przekop spowoduje wymycie plaż w Krynicy Morskiej”, „Tak poważna inwestycja będzie ingerować w środowisko – zaburzy krajobraz Mierzei, wyciętych zostanie tysiące drzew, krzewów, a także zniszczone siedliska roślin chronionych”, „Kanał przerwie ciągłość Mierzei, zostaną odcięte zamieszkujące ją gatunki”, „Pogłębianie torów wodnych podniesie z dna zalegające tam toksyczne odpady”. To tylko garść najważniejszych z nich.
Większość z tych zarzutów została obalona już w trakcie prac prowadzonych od lat w ramach kilku do tej pory zrealizowanych tzw. badań środowiskowych do tej inwestycji.
I tak np. w miejscu wybranym ostatecznie na budowę (w miejscowości Nowy Świat) stanowisk rzadkich gatunków nie ma, co było m.in. jedną z przyczyn wyboru tegoż miejsca właśnie (były takie w kilku innych lokalizacjach, z których zrezygnowano). Przekop zaburzenia stosunków wodnych w Zalewie Wiślanym i okolicy nie spowoduje, bo nie dość, że byłaby to operacja na miarę próby napełnienia basenu olimpijskiego przez słomkę do napoju, to w dodatku właśnie z tego powodu zaplanowano (nadgorliwie) aż dwie śluzy przy przekopie, które ewentualnym przelewom mają zapobiegać.
Siedliska śledzia i sandacza nie znajdują się na trasie planowanego toru wodnego, w dodatku jest ich tam więcej, na całym akwenie, niż alarmowali w tej sprawie ekolodzy. Również nie zostaną wymyte plaże Krynicy Morskiej, co podnoszono w początkach tej debaty, bowiem – jak udowodniły badania specjalistów z Instytutu Budownictwa Wodnego Polskiej Akademii Nauk – ruchy rumowiska odbywają się w tej części Mierzei w całkiem odwrotnym kierunku, właśnie nanosząc piasek na inkryminowane plaże. Mierzeja Wiślana nie jest też zamieszkiwana przez żadne gatunki, które z przeszkodą wodną o szerokości 80 metrów by sobie nie poradziły, ale i na ten argument przeciwników zdecydowano się w odpowiedzi na umieszczenie w projekcie dodatkowych przejść dla zwierzyny leśnej. Do tego ruch przez kanał ma być kierowany przez aż dwa obrotowe mosty, które również z powodzeniem wykorzystywać będzie leśna brać.
Ciekawym argumentem jest natomiast sprawa podnoszenia z dna Zalewu zalegających tam osadów podczas pogłębiania torów i niebezpieczeństwo zamulania zbiornika. Jak dowiedziałem się w kapitanacie elbląskiego portu, takie prace prowadzone są wyłącznie poza okresem tarła i w okresie zimowym, kiedy akwen skuty jest lodem, właśnie po to, żeby niebezpieczeństwo zamulania i rozprzestrzeniania się osadów dennych oraz ich szkodliwość dla środowiska zminimalizować. Zwykle też w okresie najdalej tygodnia nie ma po nich w zbiorniku o tej charakterystyce i głębokości śladu, wzburzone osady opadają zwyczajnie po kilku dniach z powrotem na dno.
Warto tu też zauważyć rzecz cokolwiek dla niektórych niepojętą, że planowany przekop to projekt w istocie pro-ekologiczny (tak!). Powracamy dzięki niemu do natury, która kilka takich „przekopów” wykonała sobie na Mierzei w ostatnim tysiącu lat sama – znamy co najmniej sześć takich miejsc, wykorzystywanych później przez całe wieki m.in. do żeglugi handlowej; jednym z nich jest istniejąca do dziś Cieśnina Piławska.
W dodatku umożliwiamy natlenienie wód Zalewu Wiślanego, które od dopływu tlenu do zbiornika zostały odcięte po wybudowaniu jazu i śluzy oraz przekierowaniu wód Wisły/Nogatu do Gdańska na początku ubiegłego wieku.
Do tego ruch statków, zwłaszcza w zachodniej, najbardziej poddanej antropopresji części zbiornika, spowoduje spowolnienie (być może nawet cofnięcie) procesu zarastania i wypłycania zbiornika – zjawiska, które obserwowaliśmy całkiem niedawno na zarastającym Jeziorze Drużno, części historycznego Zalewu Wiślanego, które zaczęło się wypłycać i zamulać dużo szybciej, kiedy remontowane były pochylnie Kanału Elbląskiego (lata 2011-2015) i w związku z tym ustał wtedy zupełnie ruch na jeziorze. Przekop i zwiększenie ruchu na Zalewie Wiślanym, zwłaszcza w jego zachodniej, odciętej od wód Wisły i Nogatu części, może wyjść zbiornikowi i przyrodzie tam tylko na dobre. Warto również zaznaczyć, że w przypadku tej inwestycji przewidziana jest kompensacja środowiskowa w stosunku 1:10 (za 1 ha terenu budowy 10 ha terenu przekazanego na poszerzenie rezerwatu przyrodniczego ), podczas gdy normy unijne mówią o kompensacji w stosunku zaledwie 1:3 – świadczy to więc raczej o wrażliwości przyrodniczej twórców projektu, niż o ich niszczycielskiej pasji i chęci budowy „po trupach” braci naszych mniejszych.
Władze samorządowe woj. pomorskiego, zdominowane przez PO, wypuściły w ostatnich dniach również serię dość kłamliwych memów, w których – pomijając już wierutne bzdury o „Elblągu jako drugiej Gdyni” – podnoszą sprawę żeglugi przez Szkarpawę, jako alternatywy dla przekopu Mierzei. Otóż warto tu wyjaśnić, że taki wariant był również analizowany jeszcze przez poprzednią ekipę z czasów Platformy i wnioski komisji senackich i ministerialnych były jednoznaczne – ruch towarowy przez Szkarpawę byłby niemożliwy bez kolosalnych inwestycji polegających na poszerzeniu, pogłębieniu i wyprostowaniu praktycznie całego, ponad 70-kilometrowego odcinka rzeki, zburzenia i przebudowania kilku mostów po drodze, przebudowania kilku trakcji energetycznych przebiegających nad rzeczką, wykopania co najmniej kilku basenów i budowy zwrotnic do mijania/zawracania barek etc. Krótko mówiąc, projekt jest nierealny i kosztować musiałby wielokrotnie więcej, niż wariant z przekopaniem Mierzei Wiślanej.
Innym ciekawym argumentem w sprawie jest przykład niemal bliźniaczej inwestycji w szwedzkim Falsterbo – znajdujący się w południowo-zachodniej części Skanii, szwedzkiej prowincji położonej nad Bałtykiem i cieśniną Sund, kanał łączy cieśninę z Morzem Bałtyckim, przecinając półwysep Falsterbo i tym samym skracając dystans, jaki dzieli Morze Bałtyckie od miejscowości i portów zachodniej Skanii.
Powstały w latach 1940-1941 kanał i przekop parametry mają bardzo zbliżone do projektowanego przekopu Mierzei, nie spowodowały żadnych strat w środowisku naturalnym, okazały się zaś projektem bardzo użytecznym.
Świadczy o tym fakt, że dziś pokonuje je corocznie około 15 tys. jednostek, przy czym są to przede wszystkim jachty i łodzie turystyczne.
Nie taki przekop straszny, jak go przeciwnicy malują. Przyrodzie on w żaden poważniejszy sposób nie zaszkodzi, zaś ludziom, o których również powinniśmy pamiętać, może tylko pomóc. Nie wykorzystując dziejowego momentu i nie robiąc w tej sprawie nic, nie zmienimy niczego; nie dajemy regionowi żadnej szansy, pozostawimy zapomnianą przez rządzących okolicę jej własnemu losowi – inwestując w przekop dajemy natomiast lokalnej społeczności i regionowi historyczną możliwość nie tylko powrotu do odtworzenia zapomnianych sposobów gospodarczego wykorzystania potencjału regionu, ale również, na dziś jeszcze nawet nieprzewidziane, możliwości rozwojowe, których wykorzystanie będzie już zależało wyłącznie od nas samych. Nie wylewajmy dziecka z kąpielą i niech przy okazji politycznych rozgrywek w tej sprawie rozum nie polegnie po raz kolejny przed demagogią – tylko o tyle w imieniu sporej części mieszkańców regionu, zwolenników powstania przekopu, proszę.

Historia pewnego pożaru

Przedwojenne domy z czerwonej niegdyś, dziś już tylko przybrudzonej cegły, kruszejące budynki dawnej robotniczej, przyportowej dzielnicy Elbląga. Kilka parterowych magazynów, parę zaniedbanych podwórek, błotnisty w deszczu, półdziki parking i wyróżniająca się na tym tle siedziba okazałego, niedawno odnowionego Seminarium Duchownego. Kwartał między ulicami Bożego Ciała a Stoczniową. To tu w przedświąteczny piątek 21 grudnia doszło do pożaru, w którym poszkodowani zostali pracujący w elbląskich firmach imigranci z Ukrainy i Gruzji.

 

W styczniowe przedpołudnie zacina przejmujący, ostry wiatr od Zalewu Wiślanego – mijam pędzące na sygnale wozy bojowe Straży Pożarnej. Tym razem nie jadą jednak do pożaru, ale ratować nadrzeczne bulwary przed zalaniem oraz zabezpieczać zrywane przez wichurę elementy dachu z lokalnego kościoła. Inaczej było jednak tydzień temu. Wtedy aż dziewięć zastępów elbląskich strażaków przyjechało walczyć z pożarem dwupiętrowego budynku, który w ostatnich miesiącach stał się domem dla kilkudziesięciu pracowników ze wschodu.

Pożar wybuchł na pierwszym piętrze starego, pamiętającego jeszcze przedwojennych właścicieli budynku. Powodem było najprawdopodobniej zwarcie instalacji elektrycznej w gniazdku, gdzie mieszkańcy ładowali swoje telefony. Ogień strawił całe pierwsze piętro i gdyby nie szybka interwencja straży pożarnej, to najpewniej cały dom poszedłby z dymem.

– Większość z mężczyzn, którzy mieszkali w budynku przy ul. Bożego Ciała, uciekała przed pożarem tylko w tym, co mieli na sobie – w piżamach i klapkach na nogach, niektórzy w samej bieliźnie – mówi kapitan Wojciech Bednarz z elbląskiej Państwowej Straży Pożarnej, dowódca III zmiany, która akurat wtedy pełniła służbę. Stracili nie tylko rzeczy osobiste, ale również ubrania, niektórzy również dokumenty i pieniądze. Dostaliśmy informację o jedenastu osobach, którym udało się o własnych siłach opuścić budynek. Jeden z mężczyzn został odcięty przez ogień, zmuszony był
do skoku z okna drugiego piętra. Szczęśliwie poza drobnymi potłuczeniami nic poważniejszego mu się nie stało. Oczywiście musieliśmy sprawdzić te informacje i tak samodzielnie, podejmując stosowną akcję na miejscu, na szczęście okazały się one prawdziwe – referuje mi spokojnie strażak zajęty akurat obserwacją podnośnika, na którym jego koledzy mocują się właśnie z zerwanym przez wichurę dachem nieodległego kościoła.

Podobnie jak interwencja straży pożarnej, tak pomoc dla poszkodowanych przyszła szybko.

Na pierwszych kilka nocy pomieszczeń pogorzelcom użyczyło Seminarium Duchowne w Elblągu, gdzie spędzili również wigilię. Niektóre lokalne media donosiły, że władze miejskie w okresie świątecznym zlekceważyły sytuację i dramat pogorzelców. Okazuje się to jednak nieprawdą.

– Po świętach zostali zakwaterowani w jednym z hosteli w Elblągu. Pracownicy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej również rozmawiali z pogorzelcami. Dziesięciu osobom (w tym jednemu małżeństwu) zostały już wypłacone zasiłki – informuje Łukasz Mierzejewski z biura prasowego elbląskiego ratusza.

Informacje te potwierdzają pracownicy miejskiego referatu bezpieczeństwa, z którymi rozmawiałem o zaoferowanej poszkodowanym niemal natychmiast pomocy. Szybko zainterweniowały najwyższe, ratuszowe czynniki. Potwierdza to także Mirosława Marjańska z elbląskiego MOPS-u. – W ramach naszych urzędowych możliwości wsparliśmy poszkodowanych specjalnymi zasiłkami
w kwocie 1.5 tys. zł, w jednym przypadku była to kwota 2.5 tys. zł – mówi urzędniczka.

A co z pozostałymi pogorzelcami, których – jak ustaliłem – było w sumie niemal dwadzieścia osób?

Okazuje się, że i do nich trafiła pomoc.

Tę najpilniejszą zaoferowali sami mieszkańcy Elbląga.

Skrzyknąwszy się na internetowych forach i w mediach społecznościowych dostarczyli ją niemal natychmiast na własną rękę.

Ochotnicy i ludzie dobrej woli przez kilka świątecznych dni przywozili wodę, żywność, ubrania, do dziś wpłacają również datki na specjalnie uruchomione konto dla ofiar pożaru.

Piotr Gęsicki, właściciel firmy budowlanej zatrudniającej większość z poszkodowanych, wyjaśnia mi, że również osoby, którym ze względów formalnych zapomóg nie mogły udzielić miejskie władze taką pomoc otrzymały i jeszcze otrzymają.

– Brak tzw. karty pobytu, której wyrobić nie zdążyli jeszcze wszyscy pracownicy, jest przyczyną, dla której zapomogi będą jeszcze rozdysponowane. Procedura ich wyrobienia zajmuje nawet do pół roku a niektórzy z nich przyjechali do Polski zaledwie kilka dni przed zdarzeniem. Zasiłki wypłacam więc z własnych środków, część kwoty otrzymają również pogorzelcy z datków wpłaconych przez elblążan – deklaruje.

Pytam o Ukraińca poszkodowanego podczas skoku z okna płonącego budynku.

– Ten pracownik jest w tej chwili na zwolnieniu lekarskim. Doznał niegroźnych obrażeń i lekkiej kontuzji kręgosłupa, przez trzy miesiące będzie na chorobowym. Zadeklarował, że chce wrócić na ten czas do domu, na Ukrainę.

Jeśli będzie chciał wrócić do pracy, to miejsce na niego będzie czekać – mówi pracodawca.

Już sam kieruję się jeszcze do pobliskiej przybudówki, w której przebywają Gruzini, również poszkodowani w pożarze. Drzwi otwiera mi zwalisty Gieorgij, rezolutny starszy Gruzin, który jako jedyny zna kilka słów po polsku. W środku jest ciepło, sucho, towarzystwo zasiada akurat do obiadu. Po krótkim przywitaniu i wyjaśnieniu celu wizyty przechodzimy na rosyjski (warto było jednak uczyć się w peerelowskiej szkole) i dowiaduję się, że – wbrew wcześniejszym doniesieniom lokalnej prasy – pomoc dotarła również i do nich. Dostali ubrania, żywność, dotarły też pierwsze pieniądze, które rozdysponowali już między sobą sami, w zależności od tego, kto najbardziej ucierpiał w pożarze. Są bardzo wdzięczni Polakom (koniecznie kazali podziękować pani Iwonie) za okazane serce i natychmiastową pomoc. Gieorgij mówi, że w najbliższych dniach ma jeszcze zostać przyłączony gaz, który został odcięty podczas akcji gaśniczej.

– Potrzebujecie jeszcze czegoś, chcielibyście coś przekazać władzom, mieszkańcom? – pytam.

– Pan powiedz Polakom, że my są bardzo wdzięczni za wszystko i całą okazaną pomoc. Mamy co jeść, dach nad głową i robotę, dalej już sobie damy radę. Balszoj spasiba i wsiewo charoszewo s nowym godam! – śmieje się podając rękę na odchodnym.

Żegnam się, wychodzę i Polakom zatem przekazuję – warto jednak być człowiekiem i nie taki emigrant straszny, jak go w internecie hejterzy malują.

PS. Konstrukcja budynku nie została naruszona w pożarze. Piotr Gęsicki deklaruje, że będzie chciał jak najszybciej budynek wyremontować i przywrócić go do użytku pracownikom. Większość ukraińskich pogorzelców, którzy głównie zamieszkiwali spalony budynek, została zakwaterowana w okolicznych mieszkaniach i domach. Mówią, że warunki mają nawet lepsze, niż przed pożarem. Na razie nie wybierają się też do Niemiec, które od kilku dni przyjmują również ukraińskich pracowników.