Tron w służbie propagandy

Mowa tronowa wygłoszona na otwarcie parlamentu przez królową Elżbietę II została oceniona jako przegląd obietnic wyborczych Partii Konserwatywnej przed nadchodzącymi wyborami. Oraz poparcie brexitu 31 października.

Ociekający blichtrem i ostentacją ceremoniał towarzyszący wygłoszeniu mowy tronowej, to tylko gra pozorów. Choć sięgająca czasów średniowiecza tradycja, pełna symbolicznych elementów odzwierciedlających konstytucyjną konstrukcję monarchy w parlamencie jako figury państwa oraz historyczną ewolucję relacji między władcą a parlamentarzystami może budzić podziw, jednak w obecnym systemie politycznym królowa jest tylko tubą rządu. W mowie tronowej władczyni przedstawia swoje niby to polecenia dla rządu, ale jej tekst pisze premier, ona ją tylko odczytuje i nie wolno wręcz jej nic dodawać od siebie ani pomijać. Fakt, że królowa siedzi na tronie, a mowa spisana jest na pergaminie nic tu nie zmienia.
Zasadniczo mowa tronowa powinna być przeglądem zamiarów rządu na najbliższy rok – jest to zatem jakby exposé – tym razem jednak nawet to było iluzją, bo cała wyliczanka ustaw, jakie by miały być opracowane i wprowadzone w życie ma się nijak do realnych możliwości – premier Boris Johnson kieruje rządem mniejszościowym i odkąd wprowadził się na Downing Street nie wygrał w Izbie Gmin żadnego głosowania. Zarówno on jak i opozycja prą do przedterminowych wyborów, a jedno, co do czego nie są w stanie się zgodzić to termin, kiedy by do nich miało dojść: przed czy po opuszczeniu przez Zjednoczone Królestwo Unii Europejskiej. Terminu, do którego premier Johnson jest przywiązany – czyli 31 października – w mowie tronowej zresztą nie zabrakło.
Ustami królowej zapowiedziano więc ustawy dotyczące zmian systemu imigracyjnego po brexicie mające chronić rynek pracy przed imigrantami, nowych regulacji w zakresie rybołówstwa, rolnictwa, handlu i usług finansowych, pakiet ustaw odnoszących się do poprawy bezpieczeństwa i systemu wymiaru sprawiedliwości, poprawy systemu edukacyjnego i opieki zdrowotne (acz dość ogólnikowo zasygnalizowanych) podniesienia płacy minimalnej do 10,5 funta za godzinę, a nawet ustawy gwarantującej że napiwki w całości muszą być przekazywane kelnerom. Powstaje jednak pytanie – kiedy rząd premiera Johnsona miałby to wszystko zrobić. Nic dziwnego zatem, że opozycja od razu uznała całą ceremonię za farsę – tak ją wprost określiła sekretarz spraw wewnętrznych w labourzystowskim gabinecie cieni Diane Abbott, dodając, że jest to życzeniowa lista obietnic, których ten rząd nie ma ani zamiaru ani możliwości realizować. Lider Labour Party Jeremy Corbyn stwierdził wręcz, że tak skonstruowana mowa tronowa to nic innego jak katalog obietnic wyborczych Partii Konserwatywnej i cyniczne wykorzystywanie królowej do celów partyjnej propagandy.
Wiadomo, że przynajmniej od czasu sprawy namówienia królowej Elżbiety na zawieszenie parlamentu, zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego nielegalne, stosunki między premierem a nią są fatalne. Co zresztą nie dziwi, bo nawet gdy się jest pozbawioną realnej władzy monarchinią, poczucie że jest się kukłą wykorzystywaną do celów politycznej gry przyjemne być nie może.
Brytyjskie media odnotowały skrzętnie, że królowa odczytywała tekst posuniętej jej mowy z wyraźną niechęcią, choć bez robienia otwarcie złośliwych min, na co nie pozwoliłaby jej dobra kindersztuba i przekonanie, że sprawy tego rodzaju należy traktować serio i nie naruszać ustalonych przez wieki reguł. Inaczej najwyraźniej rzecz potraktował Boris Johnson, który w czasie wysłuchiwania mowy tronowej miny robił i kiwał głową, zupełnie jakby chciał swojej władczyni powiedzieć coś w stylu „może i siedzisz na tronie, ale i tak musisz czytać, co ci napisałem”. Co więcej – otwarcie zapowiedział, że nawet jak dysponująca większością opozycja odrzuci przedstawione w mowie tronowej dyspozycje (procedura jest taka, że mowa poddawana jest pod debatę), nie poda się do dymisji, choć tak zwyczajowo powinien by postąpić.

Królowa zawiesza

Żywy relikt feudalizmu, czyli brytyjska królowa ingeruje w prace organu demokracji przedstawicielskiej. Elżbieta II wydała zgodę na rządowy wniosek o zawieszenie obrad parlamentu w okresie od – najwcześniej – 9 września do 14 października br. W ten sposób monarchini umożliwi konserwatywnemu gabinetowi Borisa Johnsona przeprowadzenie wyjścia z Unii Europejskiej bez umowy.

Po tym jak Unia Europejska nie pozostawiła Londynowi złudzeń co do możliwości podjęcia ponownych negocjacji w sprawie warunków na jakich Wielka Brytania miałaby opuścić wspólnotę oraz w obliczu braku zgody Izby Gmin na wynegocjowaną umowę, obecny premier Boris Johnson postawił na doprowadzenie do twardego brexitu.
Takiego scenariusza chce uniknąć opozycyjna Partia Pracy, a także Liberalni Demokraci i proeuropejska frakcja Partii Konserwatywnej. Johnson zdaje sobie sprawę, że taka grupa może uzyskać wymagają większość podczas głosowania w Izbie Gmin, co doprowadziłoby do patowej dla niego sytuacji, w obliczu której premier musiałby prosić Brukselę o kolejne przedłużenie terminu brexitu, co z pewnością osłabiłoby jego notowania w kraju jako polityka nieskutecznego, albo byłby zmuszony rozpisać kolejne referendum, co skończyłoby się odpływem antyunijnego segmentu elektoratu Torysów do Brexit Party Nigela Farage’a.
W tej sytuacji Johnson postanowił w porozumieniu z królową skrócić obecną, trwającą już od dwóch lat sesję Izby Gmin. Królowa wyraziła właśnie na to zgodę, po spotkaniu z szefem rządu, a także liderem eurosceptycznego skrzydła Partii Konserwatywnej w Izbie Gmin Jacoem Rees-Moggiem oraz jego odpowiedniczka w Izbie Lordów Natalie Evans. Johnson tłumaczył, że nie chodzi o utrudnienie działań opozycji, lecz jedynie o formalne zakończenie sesji, co ma przyspieszyć rutynowy proces legislacyjny w zgromadzeniu. Taka wersja jest poddawana w wątpliwość przez przeciwników rządu, którzy wskazują, że przerwa pomiędzy sesjami trwa zwykle kilka dni, a premier z królową zaordynowali właśnie ponad miesiąc pauzy.
Królowa nie zareagowała na list lidera laburzystów Jeremy’ego Corbyna, który ostrzegł, że „istnieje ryzyko, iż królewskie prerogatywy są używane w sposób, który jest wprost sprzeczny z opinią większości Izby Gmin” oraz poprosił o zwołanie spotkania Tajnej Rady Wielkiej Brytanii w szerszym składzie przed podjęciem ostatecznej decyzji w tej sprawie.
Co o tym myślą obywatele? W większości są krytycznie nastawieni do takiego pomysłu. Jako nieakceptowalny oceniło go 47 proc. ankietowanych pracowni YouGov, 27 proc. uznało, że rząd ma prawo do takiego ruchu, a 26 proc. nie miało zdania. Miesięczną przerwę popiera 52 i 51 proc. wyborców Torystów i zwolenników brexitu.
Co w tej sytuacji zrobi opozycja? Jej liderzy uspokajają, że czasu do przegłosowania odpowiedniej uchwały wstrzymującej twardy brexit jest jeszcze sporo, a pojawił się również pomysł by siłą proeuropejskich deputowanych odwołać premiera Johnsona i rozpisać nowe wybory. Termin elekcji musiałby jednak wyznaczyć szef rządu, a więc prawdopodobnie byłaby to data już po opuszczeniu wspólnoty.