Prada na celowniku organizacji prozwierzęcych

Koalicja Fur Free Alliance rozpoczęła wczoraj międzynarodową kampanię, której celem jest przekonanie marki Prada do zrezygnowania z futer zwierzęcych i dołączenia tym samym do swoich konkurentów takich jak Gucci, Versace, Armani, Michael Kors, Donna Karan, HUGO BOSS. Kampania będzie miała miejsce podczas tygodni mody w Nowym Jorku, Mediolanie i Paryżu.

 

Odchodzenie od futer naturalnych staje się coraz popularniejszym trendem w świecie mody. Wczoraj decyzję z tym związaną ogłosił dom mody Burberry. W sumie do programu Fur Free Retailer (Sklepy Wolne od Futer) dołączyło już 927 firm na świecie. Prada jest jedną z marek, które wciąż nie podjęły tej decyzji, dlatego organizacje prozwierzęce rozpoczęły kampanię, w ramach której w trakcie tygodni mody w Nowym Jorku, Mediolanie i Paryżu odbędą się protesty pod sklepami firmy. Osoby popierające akcję będą też zachęcane do bezpośredniego kontaktu z przedstawicielami Prady i prezentowania im swojego stanowiska.
– Konsumenci są coraz bardziej świadomi i wspierają firmy, którym zależy na ochronie zwierząt, dlatego wielu konkurentów Prady rezygnuje z futer – mówi Jon Vinding, prezes Fur Free Alliance – Prada powinna dołączyć do innych liderów mody i przestać wspierać ogromne okrucieństwo wobec zwierząt, z jakim wiąże się przemysł futrzarski – dodaje.
Jak podkreślają aktywiści, na fermach futrzarskich dzikie zwierzęta spędzają całe życie zamknięte w drucianych klatkach, pozbawione możliwości realizowania naturalnych potrzeb. Na koniec zostają uśmiercone przez porażenie elektryczne lub zagazowanie. Produkcja futer jest też bardzo uciążliwa dla środowiska – wiąże się m.in. z emisją szkodliwych gazów do powietrza, zanieczyszczeniem okolicznych gleb oraz wód ściekami, przedostawaniem się do środowiska pasożytów i drobnoustrojów oraz ucieczkami norek i ich niekontrolowaną ekspansją, która stanowi zagrożenie dla lokalnego ekosystemu.
W związku z rosnącym oporem społecznym wobec tej gałęzi przemysłu coraz więcej krajów decyduje się całkowicie zakazać produkcji futer. Do tej grupy należą już m.in. Holandia, Czechy, Austria, Bośnia i Hercegowina, Macedonia, Norwegia i Belgia. W Wielkiej Brytanii trwają dodatkowo prace nad zakazaniem importu futer naturalnych.
– Produkcja futer zwierzęcych nie ma już obecnie żadnego uzasadnienia – na rynku dostępne są doskonałe alternatywy, a koszty społeczne i środowiskowe generowane przez przemysł futrzarski są ogromne – komentuje Aleksandra Majchrzak, koordynatorka kampanii Sklepy Wolne od Futer ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Mamy nadzieję, że Prada dołączy do grona marek, które w ramach swojej społecznej odpowiedzialności społecznej odcinają się od tego przestarzałego przemysłu – dodaje.

„Nie ” dla futer!

Zapowiedzi ministra Ardanowskiego o ewentualnym skreśleniu z nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt zapisu o zakazie hodowli zwierząt futerkowych na nowo obudziły protesty mieszkańców wsi zrzeszonych w ramach Koalicji Społecznej Stop Fermom.

 

Zamierzają walczyć w jego obronie, protestując 13 września pod Sejmem oraz dzwoniąc osobiście do posłów. W listopadzie ubiegłego roku do Sejmu trafiły dwa projekty nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt, w tym jeden sygnowany przez posłów Prawa i Sprawiedliwości, który zakładał m.in. zakaz wykorzystywania zwierząt w cyrkach, zakaz uboju rytualnego zwierząt na potrzeby eksportu, obowiązek chipowania zwierząt, a także zakaz hodowli zwierząt z przeznaczeniem na futro. Z tego ostatniego cieszyli się nie tylko ekolodzy i obrońcy zwierząt, ale również mieszkańcy wsi zrzeszeni w ramach Koalicji Społecznej Stop Fermom. Od początku stosunkowo krótkiego istnienia tej branży w Polsce (połowy lat 90. zeszłego wieku) organizują oni protesty – w sumie lokalne społeczności sprzeciwiały się powstaniu fermy futrzarskiej ponad 140 razy. Zwracają one uwagę na problemy, z jakimi muszą borykać się ludzie, w których otoczeniu powstaje tego rodzaju inwestycja: emisję szkodliwych gazów do powietrza, skutkującą powikłaniami zdrowotnymi, zanieczyszczenie okolicznych gleb oraz wód ściekami, przedostawanie się do środowiska pasożytów i drobnoustrojów, czy w końcu ucieczki norek i ich niekontrolowaną ekspansję.
Jedna z mieszkanek Jesiony (gmina Ostrzeszów w Wielkopolsce), Sabina Binek, w ten sposób opisuje życie w otoczeniu fermy: “Człowiek nie wychodzi z domu, taki smród. W życiu też nie mieliśmy w Jesionie tyle much. Nie nadążam ze zmienianiem lepów. W ciągu dwóch godzin wymieniłam sześć. Jak chcę wieczorem wyjść przed dom, muszę najpierw pomachać rękami, żeby się opędzić od owadów. Norki uciekają z hodowli, ich zwłoki leżą potem rozjechane na drodze. Gdyby nie ferma, wieś by się rozwijała. A tak, każdy, kto się tu sprowadził, żałuje”.
Stosunku mieszkańców okolic ferm futerkowych do tego rodzaju inwestycji dotyczyło najnowsze badanie Zachodniego Ośrodka Badań Społecznych i Ekonomicznych – raport z niego ukazał się chwilę przed pojawieniem się pierwszych pogłosek o możliwym wycofaniu zakazu z nowelizacji. Uczestnikami była reprezentatywna próba mieszkańców trzech gmin, charakteryzujących się dużym natężeniem ferm: Czerniejewa (woj. wielkopolskie), Nowogardu (woj. zachodniopomorskie) oraz Koźmina Wielkopolskiego. Badanie dotyczyło całych gmin, a więc nie tylko osób z najbliższej okolicy, bezpośrednio narażonych na negatywne konsekwencje funkcjonowania fermy, ale także tych czerpiących z tego głównie korzyści. Mimo to, od ⅔ do ¾ mieszkańców opowiedziało się po stronie całkowitego zakazu hodowli zwierząt na futra. W poprzednim badaniu „Ocena sytuacji branży hodowli zwierząt futerkowych i jej wpływu na polską gospodarkę” ZOBSiE analizował z kolei wpływ branży futrzarskiej na polską gospodarkę, który według autorów badania jest znikomy w porównaniu z generowanymi kosztami społecznymi i środowiskowymi.
– Kiedy w listopadzie po raz pierwszy pojawiła się nadzieja na wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt na futra, mieliśmy poczucie, że rządzący wreszcie zauważyli nasze protesty i postanowili chronić nie tylko zwierzęta, ale przede wszystkim osoby mieszkające na wsi w otoczeniu ferm futerkowych – mówi Małgorzata Nowak, mieszkanka Kawęczyna –Teraz pojawiło się niebezpieczeństwo, że politycy mogą ulec naciskom lobby futrzarskiego, dlatego zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by głos mieszkańców wsi również został usłyszany – dodaje. Mieszkańcy okolic ferm futerkowych od czerwca kontaktują się telefonicznie z posłami, aby przedstawiać im swoją sytuację i prosić o informację, czy popierają zakaz hodowli zwierząt na futra. Kolejnym krokiem, który zaplanowali jest udział w demonstracji „Gdzie ta dobra zmiana dla zwierząt”, która odbędzie się w Warszawie 13 września.
– Zapowiedzi ministra o przekazaniu kontroli nad dobrostanem zwierząt futerkowych zewnętrznym firmom, w zamierzeniu uspokajające, powinny być przedmiotem szczególnej analizy i niepokoju – mówi Paweł Rawicki, wiceprezes Stowarzyszenia Otwarte Klatki współorganizującego demonstrację – System certyfikacji zaproponowany przez hodowców norek jest zupełnie niewiarygodny w świetle tego, że największe nadużycia zostały ujawnione na fermie prezesa PZHiPZF, czyli instytucji, która prawdopodobnie byłaby odpowiedzialna za planowanie i wdrażanie programu. Wierzymy, że Prawo i Sprawiedliwość wywiąże się z obietnicy i odpowie na oczekiwania Polaków związane z wprowadzeniem zakazu – podsumowuje.

Futro nie ma jutra

Polski przemysł futrzarski widzi, że nadchodzą dla niego ciężkie czasy. Powoli traci oparcie w parlamentarzysrtach i próbuje sie bronić. Ale broni się niegodnie i głupio.

W związku z trwającą od dłuższego czasu w Polsce kampanią mającą na celu doprowadzenie do wprowadzenia zakazu hodowania zwierząt na futra, rozwianych zostało wiele wątpliwości dotyczących przemysłu futrzarskiego. Raport NIK z 2015 roku wykazał szereg nieprawidłowości w funkcjonowaniu polskich ferm, jeszcze więcej przerażających informacji udało się uzyskać poprzez szereg śledztw dziennikarskich a także zeznania byłych pracowników hodowli. W odpowiedzi na zrozumiałe oburzenie znacznej części społeczeństwa, która opowiada się za wprowadzeniem zakazu hodowli, Polski Przemysł Futrzarski postanowił na swoim profilu na portalu Facebook opublikować wyjątkowo żenujący, kilkuminutowy film propagandowy, który – w zamierzeniu w dowcipny chyba sposób – miał obalić wszystkie zarzuty wymierzone przeciwko hodowcom.

„Przed państwem typowa hodowla norek – mała, zaniedbana, wstyd na całą Europę…”

Ano wstyd. Mimo, że prezentowany na filmie obiekt jest imponujących rozmiarów, nie wzbudza mojego podziwu, a odrazę, bo w tym rozłożystym gmachu znajduje się wiele zwierząt, hodowanych w niewielkich klakach tylko po to, by – gdy osiągną odpowiednie wymiary – zginąć i zostać obdarte ze skóry. Jak umierają? Najczęściej – zagazowane, choć prawo dopuszcza też inne możliwości, takie jak „zastosowanie urządzeń działających mechanicznie powodujących penetrację mózgu” czy „porażenie prądem powodujące zatrzymanie akcji serca”.
Wstyd na całą Europę? Owszem, bowiem Europa zdecydowanie odchodzi od hodowli zwierząt na futra. W Wielkiej Brytanii, Austrii, Chorwacji, Słowenii, Macedonii, Holandii, Czechach, Bośni i Hercegowinie oraz Serbii zakaz już obowiązuje a kolejne państwa o nim dyskutują.

„Nie pracuje tutaj nikt i ogólnie nic się nie dzieje”

Mit hodowcy – przedsiębiorcy, który zbawia ludzkość dając pracę, pobrzmiewa od pierwszych sekund filmu. Gospodarka bez niego by padła, okoliczna ludność z braku zajęcia masowo wysiadywałaby pod budką z piwem, w wolnych chwilach czając się na zasiłki z MOPS-u, a w końcu i tak zmuszona byłaby wyemigrować za chlebem. Nie ulega bowiem wątpliwości, że obdzieranie zwierząt ze skóry to jedyny sposób zarobienia na rodzinę.
Na ujęciu widzimy pracowników fermy (lub statystów) – 9 panów w uniformach, ale z pewnością pracowników są tu dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy.
Ministerstwo Rolnictwa deklaruje brak danych dotyczących ilości zatrudnionych w przemyśle futrzarskim osób. Powtarzane przez hodowców mity o zatrudnianiu na polskich fermach 50 tysięcy osób brzmią absurdalnie, kiedy porównamy dane z raportu organizacji Fur Europe, z którego wynika, że w całej Europie na fermach pracuje ok. 60 tysięcy osób.

„Zwierzęta nie są karmione, a nawet jeśli są to wszystko odbywa się tutaj ręcznie, jak w XIX wieku”

Na filmie pracownik w skafandrze przejeżdża alejką między klatkami, a rura prowadząca z pojazdu, na którym siedzi, wypluwa garść brunatnej papki, którą pracownik zostawia na każdej klatce. Zwierzę spędzające całe swoje życie w klatce dostaje od dobrodzieja papkę – a mógł zabić! Jak Stalin. Na żadnym ujęciu nie widać natomiast, żeby norki miały zapewniony, wymagany przez prawo, stały dostęp do wody. Zaskakujące, bo po takim poziomie propagandy można się było spodziewać większej dbałości o szczegóły.

„Te małe stworzenia pozostawione są same sobie, bez jakiejkolwiek opieki, a na prezentowanym filmie, wcale nie widać weterynarza”

Na filmie widać panią w białym fartuchu, która przygląda się jednej z norek, trzymanych na rękach przez pracownika, chwyta zwierzątko za łapkę, po czym przechodząc alejką pośród klatek, spogląda bez większego zainteresowania, to w lewo, to w prawo. Opieka weterynaryjna dla zwierząt futerkowych nie jest luksusem – jest wymogiem, którego zdecydowana większość ferm w Polsce nie spełnia.

„Nikt tu nie słyszał o nowoczesności i nieprawdą jest, że wokół ferm rozwija się transport i infrastruktura”

Tym razem hodowca-zbawiciel daje pracę nie tylko ludziom, których zatrudnia na swojej fermie, ale też ratuje życie przedstawicielom wszystkich branż powiązanych. Słowem się przy tym nie zająkując, ile biznesów już się w pobliżu nie rozwinie, z powodu skażenia ziemi, wody czy dlatego, że okolice ferm z uwagi na niesamowity smród stają się absolutnie bezużyteczne turystycznie itd. Ale najważniejsze, że ferma prezentowana na filmie wygląda naprawdę bajerancko, bo hodowca jest nowoczesny i z rozmachem wprowadza polską wieś w XXI wiek.

„Takie przedsiębiorstwo można sobie kupić w każdym sklepie na rynku w Sanoku. Budowa inwestycji na rynku futrzarskim nic nie kosztuje i nie przynosi właścicielom – a co za tym idzie Skarbowi Państwa – żadnych korzyści, a fermy norek – jak każda firma – powstają po to, by do nich dokładać”

Czy ktoś zarzucał hodowcom norek, że ledwo wiążą koniec z końcem? Przemysł futrzarski generuje spore zyski dla hodowców, głównie dlatego, że warunki w których żyją zwierzęta, pozwalają niemal dowolnie ciąć koszty. Oczywiście – klatki, które widzimy na filmie, prawdopodobnie posiadają wymagane wymiary, w każdej znajduje się jedna norka, ale szereg kontroli np. NIK czy filmy nakręcone z ukrycia przez aktywistów nie pozostawiają złudzeń – wizja przedstawiona na filmie PPF w żadnym wypadku nie może być uznana za polski standard.
Dochody z ferm zasilają jednak głównie kieszenie hodowców – działalność rolnicza jest nisko opodatkowana, więc Skarb Państwa się na niej nie bogaci.

„Taka hodowle można postawić w ciągu jednej nocy a w razie potrzeby zwinąć w jeden dzień, co teraz państwu zaprezentuję… Jest ferma… nie ma fermy!”

Nie ulega wątpliwości, że obecność fermy futrzarskiej pozostawia po sobie na tyle duże spustoszenia okolicy, że o ile „zwinięcie” jej w ciągu dnia mogłoby się udać, to naprawienie skutków jej działalności w środowisku – już nie. A jest to skażona wsiąkającymi odchodami gleba, zanieczyszczone wydzielającym się z tego fosforem i azotem wody i powietrze w którym unoszą się pozostałości po garbowaniu skór, spalaniu zwłok obdartych zwierząt a także przez substancje wydzielające się z odchodów.

„Z pewnością żaden polski rolnik nie martwi się o jutro”

Bo rolnictwo w Polsce to wyłącznie fermy futrzarskie i jak je zamkniemy, to ostatni polski rolnik padnie z głodu.

„W Polsce przemysł futrzarski nie istnieje, a nawet jeśli istnieje, to nikogo nie zatrudnia, a nawet jeśli zatrudnia, to ludzie nie chcą tu pracować, a jeżeli chcą, to na pewno nie są Polakami”

Po tych słowach nastąpiło zbliżenie na panią, obrabiającą skóry – nie odezwała się ani słowem, więc trudno się domyślić, jakiej jest narodowości, choć autorzy filmiku sugerują, że to Polka, bo przecież stwarzają miejsca pracy dla rodaków.
Niemniej jednak nie jest tajemnicą, że znaczna część pracowników na fermach to Ukraińcy. Hodowcy zresztą chętnie umieszczają ogłoszenia o pracę na stronach ukraińskich – stawki, jakie proponują (przeciętnie ok. 8 złotych na godzinę), są znacznie poniżej minimalnej stawki (13 złotych/h), nie są więc atrakcyjne dla Polaków.
Tak, fermy futrzarskie nie powstają w dużych miastach, tylko na wsiach, gdzie bezrobocie rzeczywiście jest większe. Jednak – jak już ustaliliśmy – nie stanowią tak skutecznej broni do walki z bezrobociem, jak usiłują to wmówić hodowcy i bez problemu udałoby się stworzyć wystarczającą dla pracowników ferm ilość miejsc pracy.

„Dla rozwoju hodowli nie przeprowadza się żadnych badań laboratoryjnych, zwierzęta jedzą to, co znajdą w lesie”

Ponury dowcip, bo jak wiemy, żadne z tych zwierząt nie dostaje szansy na to, żeby znaleźć się na wolności i tam poszukać sobie pożywienia. Tak, hodowco-dobrodzieju, ratujesz świat podając zwierzętom papkę z odpadów poubojowych, żeby nie padły z głodu, zanim je obedrzesz ze skóry.

„Po co rozmawiać jednak o faktach, skoro można zapytać ekologów? Przecież wszyscy wiemy, że aktywiści to wielcy przedsiębiorcy, którzy prowadzą poważne interesy, zarabiając na swoje utrzymanie i wcale nie wyciągają pieniędzy od społeczeństwa”

Uff, jak dobrze, że rozmawiamy o faktach… Skąd, przepraszam, PPF ma dane z których wyciąga wniosek, że aktywiści na siebie nie zarabiają? Aktywizm to niekoniecznie jedyna forma ich działalności, najczęściej walkę o prawa zwierząt łączą z pracą zarobkową. Niekoniecznie jednak będąc najwyższym wcieleniem dobroczynności, czyli Przedsiębiorcą przez duże „P”.

„Na koniec sceny dla widzów o mocnych nerwach – pokażemy jak wygląda dramat tych zwierząt. Co powiedziałaby ta norka, gdyby mogła mówić?”

Tu następuje kilka ujęć norek siedzących spokojnie w klatkach, bez widocznych uszczerbków na zdrowiu. To również niecodzienne – na ogół u zwierząt na fermach występuje apatia lub agresja, a także stereotypia – zachowanie polegające na bezustannym kręceniu się po klatce, skakaniu po niej i gryzieniu prętów. Standardem – również w efekcie powyższych zachowań – są też obrażenia ciała.
Trudno też skomentować żarty z „dramatu zwierząt”, wiedząc, w jakim celu są hodowane.

„Polski rolnik gdy tylko otworzy oczy myśli – jak by tu dzisiaj dokuczyć zwierzętom”

Zwierzęta obdziera się z futer dla ich dobra. Ten proces absolutnie nie jest „dokuczaniem zwierzętom”, jest dbaniem o ich dobrobyt.

„Przyłącz się do nas i razem z nami realizuj interesy Niemców i Rosjan”

Likwidacja niemoralnej gałęzi przemysłu jest błędem, bo ktoś inny może nie podzielać naszych przekonań i zgarnąć nam biznes sprzed nosa. Zacznijmy zatem niezwłocznie sprowadzać filipińskie dzieci do pracy po kilkanaście godzin na dobę w polskich zakładach – przecież skoro gdzieś na świecie jest to akceptowalne, to trzeba korzystać i zaniżyć standardy etyczne, jeśli chcemy rozwinąć biznes.
Autorzy filmiku zakładają przy tym niesłusznie, że po zamknięciu ferm futrzarskich w Polsce, popyt na futra nie zmniejszy się i któryś z sąsiednich krajów, w którym hodowle nadal są legalne, wzbogaci się kosztem polskich hodowców. Tymczasem kolejne kraje rezygnują z ferm, bo futro przestaje być opłacalne – nie jest już symbolem luksusu, a staje się symbolem bezsensownego cierpienia zwierząt. Kilka spośród wielkich domów mody – Gucci, Hugo Boss, Giorgio Armani – chcąc wyjść naprzeciw oczekiwaniom swoich klientów, zrezygnowało z futer naturalnych w swoich kolekcjach.
Brak akceptacji dla hodowli zwierząt na futra staje się trendem światowym. Niezależnie od oburzonych głosów hodowców, ich zapewniania, że bez nich gospodarka padnie, a dziesiątki tysięcy ludzi zostanie bez pracy i przekonywania, że dbają o zwierzęta jak o własne dzieci. Prawda jest taka, że fermy opłacają się wyłącznie hodowcom, a lista skutków ubocznych ich działalności jest długa i zatrważająca. A publikacja opisanego przeze mnie filmiku dowodzi, że mają świadomość przegrywania tej walki i desperacko usiłują ratować wizerunek.