Eksponat niepokorny

Wspomnienie o Karolu Modzelewskim.

To przez Karola Modzelewskiego jestem lewakiem.

Kiedy Go poznałam, w 1990 roku, moja osiemnastoletnia świadomość polityczna składała się z dość powierzchownych i raczej kontrastowych elementów: wyniesionej z dzieciństwa na Żoliborzu odruchowej niechęci do komuny („Chcesz cukierka, idź do Gierka, Gierek głupi, to ci kupi” – mówiliśmy sobie złośliwie w przedszkolu), równie odruchowego przekonania, że równość jest jednak lepsza od nierówności oraz niesamowitego doświadczenia, jakim była kampania wyborcza Jacka Kuronia w 1989 roku. Jednak w całym tym doświadczeniu: dziwacznej politycznej partyzantki, nocnego klejenia plakatów, oglądania rosnących tłumów, które z entuzjazmem ale i niedowierzaniem przychodziły posłuchać kandydata na posła, co jeszcze pół roku wcześniej był jednym z najgłośniejszych kryminalistów PRL – najbardziej fascynujące były opowieści Kuronia o Modzelewskim. Kto wie, gdyby nie to, być może zaakceptowałabym budowę kapitalizmu z bezkrytycznym entuzjazmem i dziś pracowałabym w „Gazecie Wyborczej” i co tydzień gościła w tefałenie, zamiast zasilać rachityczne szeregi wyklętego przez obie strony bractwa symetrystów.

Karol Modzelewski nie miał tolerancji dla symetrystów. Kiedy rozmawialiśmy po raz ostatni, w grudniu 2017 roku, na moje wyznanie, iż jestem symetrystą, odparł – nie bez złośliwości – że to musi być bardzo niewygodna pozycja. Lata spędzone w peerelowskich więzieniach uczyniły go szczególnie niewyrozumiałym wobec wszelkich przejawów państwa policyjnego – toteż nie sądził, aby prospołeczne elementy polityki PiS usprawiedliwiały jakąkolwiek ambiwalencję w ocenie tych rządów.

Ale to od Karola Modzelewskiego nauczyłam się krytycznego myślenia, które uczyniło ze mnie symetrystę. To Jego intelektualna odwaga i uczciwość – w ocenie Polski Ludowej, III RP, stanu wojennego, czy kapitalistycznej transformacji – wzbudziły we mnie nieprzejednane obrzydzenie do maszerowania w jakimkolwiek równym szeregu i graniczącą z nerwicą natręctw potrzebę wyrabiania sobie własnego zdania na podstawie wszystkich dostępnych przesłanek. Modzelewski dostrzegał zagrożenie, jakie stopniowy demontaż demokracji niósł dla ludzi pracy – ale dostrzegał też przyczyny, dla których ludzie pracy się od tej demokracji odwracają. Używając jego własnych słów: „demokracja jest silna poparciem obywateli, więc jak przekonała obywatela, że nie jest godna poparcia, to się przewraca. Z tym, że jak się przewróci, to ten obywatel, który ją przewróci, dostanie po dupie”.

Toteż wpisywanie Go w szeregi bezkrytycznych obrońców ustroju przedpisowskiego   jest – delikatnie mówiąc – daleko idącym nadużyciem. A już szczególnie perfidny wydaje mi się tytuł pożegnalnego tekstu, który poświęciła mu „Gazeta Wyborcza”: „Zmarł Karol Modzelewski, jeden z ostatnich ojców założycieli III Rzeczypospolitej”.

Stosunek Modzelewskiego do III  Rzeczypospolitej bynajmniej nie był ojcowski. Był jedną z pierwszych „legend opozycji”, które z najwyższą surowością krytykowały kształt transformacji ustrojowej.  Jeszcze w 1989 roku, w ramach OKP, którego był senatorem, Modzelewski założył wywrotową organizację pod nazwą Grupa Obrony Interesów Pracowniczych – z niej wyrosło najpierw stowarzyszenie i koło parlamentarne Solidarność Pracy, a później partia Unia Pracy. „Gdy tylko pojawiły się pierwsze nieoficjalne przecieki, na czym ma polegać plan Balcerowicza, byłem zbulwersowany jego dramatycznie antypracowniczym i antysocjalnym charakterem. A jeszcze bardziej bulwersowała mnie gotowość posłów i senatorów OKP do jego przyjęcia. W końcu byliśmy wybrani pod sztandarami »Solidarności« i to świat pracy mieliśmy w parlamencie reprezentować” – wspominał korzenie GOIP w rozmowie z Rafałem Wosiem.

Był tym tytanem antypeerelowskiej opozycji, który zdawał się mocno znużony swoją rolą żywego eksponatu w muzeum antykomunizmu  – co zasadniczo różniło go od autorytetów takich jakich Władysław Frasyniuk czy Bogdan Borusewicz. Mało tego: potrafił – i chciał – mówić obiektywnie i analitycznie o PRL. Co jego politycznych przyjaciół z młodości wybitnie frustrowało – przejawem tej frustracji było np. wyniosłe milczenie wokół książki „Polska Ludowa”: moim zdaniem, najciekawszej książki historycznej ostatniej dekady. Która wszakże miała tę wadę, iż był to dialog między Karolem Modzelewskim, a wybitnym działaczem komunistycznym Andrzejem Werblanem – a kto to widział, żeby „legenda opozycji” gadała z komuchem jak równy z równym.

Przez ostatnie trzy dekady miałam przywilej przeprowadzić z Nim kilkanaście wywiadów. Nie opowiadał w nich o swojej niezłomnej walce z upadłym ustrojem – za to we wszystkich krytycznie i z rozczarowaniem mówił o ustroju społeczno-gospodarczym III RP. Nie akceptował absurdalnego neoliberalnego dogmatu że „przypływ podnosi wszystkie łodzie” i w legendarnym już bon mocie stwierdzał, że za kapitalizm nie siedziałby nie tylko 8 lat ale nawet 8 dni. Lęk przed pisowskim państwem policyjnym nie czynił z niego entuzjasty liberalnego państwa dobrobytu dla nielicznych.

Z nas też nie powinien.