Ponownie igrzysk nie przełożą

Członek Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego John Coates, szef komisji koordynacyjnej igrzysk w Tokio, zdementował pogłoski, że impreza się nie odbędzie jeśli nie powstanie szczepionka przeciwko Covid-19. Z kolei Yoshiro Mori, prezes Komitetu Organizacyjnego igrzysk w Tokio, stanowczo wykluczył ponowne ich przełożenie.

Zapewnienia Johna Coatesa są trochę zaskakujące, bo wielu ekspertów przecież przekonuje, że igrzyska powinny się odbyć tylko wówczas, gdy na świecie będzie już powszechnie dostępna szczepionka. Taki pogląd wyraziła pod koniec kwietnia profesor Devi Sridhar, specjalistka od globalnych problemów zdrowotnych z uniwersytetu w Edynburgu. „Jeśli w tym roku nie uzyskamy naukowego przełomu w pracach nad szczepionką, wówczas igrzyska w połowie przyszłego roku wydają mi się bardzo nierealne do przeprowadzenia – stwierdziła. Podobnie uważa Yoshitake Yokokura, przewodniczący japońskiego związku medycznego (JMA). Stwierdził on, że bez szczepionki będzie „trudno zorganizować bezpieczne igrzyska”. Coates bagatelizuje takie poglądy i twierdzi, że są to tylko „luźne opinie”, a dla przeciwwagi podkreśla, iż MKOl przy podejmowaniu decyzji kieruje się przede wszystkim wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia. „Zalecenia, które otrzymujemy od WHO jasno mówią, że powinniśmy przygotowywać się do przeprowadzenia igrzysk w 2021 roku i robimy to niezależnie od prac nad szczepionką. Oczywiście, miło byłoby ją mieć, ale jeśli jej nie będzie, my kierować się będziemy zaleceniami WHO oraz japońskich władz” – zapewniał Coates w wypowiedzi udzielonej Associated Press.
W tej chwili eksperci medyczni i lekarze nie mają już pewności, że do lipca 2021 roku świat na tyle dobrze poradzi sobie z pandemią koronawirusa, że igrzyska olimpijskie w Tokio (23 lipca – 8 sierpnia) da się bezpiecznie przeprowadzić. Yoshitake Yokokura, minister zdrowia w japońskim rządzie, przyznał, że jeśli nie będzie szczepionki przeciwko Covid-19, to zorganizowanie igrzysk może okazać się możliwe, ale bardzo trudne i kosztowne. Medialne spekulacje na temat ponownego przełożenia imprezy stanowczo jednak przeciął Yoshiro Mori, prezes Japońskiego Komitetu Organizacyjnego. „Dalsze przekładanie zawodów nie jest możliwe. Jeśli nie zorganizujemy igrzysk w 2021 roku, to zostaną one odwołane – powiedział w wypowiedzi udzielonej angielskiemu dziennikowi „The Sun”. Byłoby to wydarzenie bez precedensu, bowiem do tej pory igrzyska olimpijskie w erze nowożytnej odwoływano trzykrotnie – w 1916, 1940 i 1944, ale w tych przypadkach powodem były wojny światowe.
Nie jest to jedyny poważny problem światowego ruchu olimpijskiego. Wciąż na rozwiązanie czeka kwestia przedłużającego się wykluczenia Rosji z olimpijskiej rodziny. Niedawno Departament Śledczy Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) ogłosił, że zakończył postępowanie w sprawie 298 rosyjskich sportowców, których podejrzewano o stosowanie dopingu. Zebrane dowody zostały przekazane międzynarodowym federacjom i to one mają zdecydować o ewentualnych karach.
Nagonka na rosyjskich sportowców trwa od 3 grudnia 2014 roku, kiedy to niemiecka telewizja ARD wyemitowała film dokumentalny „Jak Rosja produkuje swoich zwycięzców”. Pokazano w nim zorganizowany proceder dopingowy, w który zamieszani byli sportowcy, trenerzy, działacze, urzędnicy państwowi i służby specjalne Rosji.
W wyniku ciągnącej się już od ponad pięciu lat afery dopingowej rosyjskich sportowców wykluczono już z wielu imprez rangi mistrzostw świata, a także z letnich igrzysk olimpijskich w Tokio w 2020 oraz zimowych w Pekinie w 2022 roku. Przełożenie letniej olimpiady o rok stworzyło szansę na sprawiedliwe rozstrzygnięcie tej sprawy, zwłaszcza że wyraźnie już zmęczeni nieustającą nagonką WADA Rosjanie sami zaczęli robić u siebie porządki z dopingowiczami. Niestety, w Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA) nie wszyscy jej pracownicy okazali się rzetelni w przekazaniu do WADA danych z laboratorium w Moskwie. Ktoś tam nie dotrzymał terminu, ktoś pomieszał dokumenty, ale dla WADA winni tych manipulacji nie byli konkretni ludzie, znani im przecież z imienia i nazwiska, których można było spokojnie wskazać i ukarać, tylko całą swoją potęgę obrócili przeciwko sportowcom. Co ciekawe, WADA, chociaż oskarża i szkaluje, robi to bez podawania konkretnych faktów, nawet jakich dyscyplin sportowych dotyczy sprawa. W zamian tylko obiecuje, że dane te zostaną odtajnione po zakończeniu postępowań przez poszczególne federacje.
Obiektywnie rzecz oceniając można odnieść wrażenie, że permanentne karanie rosyjskich sportowców jest w tej chwili głównym sensem istnienia WADA. Niechcący przyznał to nowy szef agencji Witold Bańka. Otóż były polski minister sportu chwaląc pracę swoich podwładnych, powiedział: „To było wielkie przedsięwzięcie. Kryzys dopingowy w Rosji zdominował czas i zasoby WADA przez ostatnie pięć lat, ale to jeszcze nie jest koniec” – przyznał Bańka w wypowiedzi cytowanej na oficjalnej stronie internetowej WADA.
Takie podejście nie daje wielkich nadziei na szybki powrót Rosji do olimpijskiej rodziny.

Z Heynenem na igrzyska

Vital Heynen pozostaje na stanowisku selekcjonera siatkarskiej reprezentacji Polski. PZPS przedłużył z belgijskim szkoleniowcem wygasający z końcem września kontrakt do października 2021 roku, co oznacza, że poprowadzi on zespół biało-czerwonych nie tylko na igrzyskach w Tokio, lecz także w mistrzostwach Europy, nawet jeśli odbędą się we wrześniu.

Dotychczasowa umowa Heynena z Polskim Związkiem Piłki Siatkowej wygasała z końcem września tego roku. Przesunięcie igrzysk na rok 2021 sprawiło, że konieczne stało się jej przedłużenie. Nie jest to żaden problem, jeśli obie strony zamierzają kontynuować współpracę na dotychczasowych warunkach. W przypadku belgijskiego szkoleniowca pojawiły się jednak wątpliwości, do których zresztą sam się przyczynił. Po zakończeniu ubiegłorocznego sezonu reprezentacyjnego w wywiadach Heynen nie ukrywał, że jego celem jest zdobycie w Tokio z reprezentacją Polski złotego medalu, ale wyznał też, że potem zamierza zafundować sobie roczny urlop od siatkówki. Wybuch pandemii koronawirusa pokrzyżował mu te plany, lecz stało się to oczywiste dopiero wtedy, gdy MKOl ogłosił decyzję o przełożeniu igrzysk na przyszły rok. Wtedy w Polsce nagle uświadomiono sobie, że przecież Heynenowi z końcem września kończy się umowa. Co prawda prezes PZPS Jacek Kasprzyk w mediach zapewniał, że będzie to tylko formalność, lecz mijały kolejne tygodnie, a negocjacje wciąż trwały.
Stare porzekadło mówi, że jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Co prawda zarówno PZPN, jak i Heynen dzisiaj solennie zapewniają, że nie one były przyczyną przedłużających się rozmów, ale z nieoficjalnych informacji jakie wyciekły do mediów wiadomo, iż belgijski szkoleniowiec podpisując umowę w 2018 roku zgodził się na roczną gażę w wysokości 70 tysięcy euro netto plus premie za wyniki. W pierwszym roku pracy z kadrą Polski wyszedł na swoje, bo biało-czerwoni pod jego wodzą obronili tytuł mistrzów świata i zostali za ten sukces obsypani workami pieniędzy. Ale w 2019 roku nasi siatkarze wygrali jedynie turniej kwalifikacyjny do igrzysk w Tokio, natomiast w mistrzostwach Europy i Lidze Narodów wywalczyli brązowe medale, zaś w Pucharze Świata zajęli drugą lokatę. W sumie były to cenne osiągnięcie, lecz już nie tak opłacalne finansowo. Heynen w tym sezonie, przerwanym z powodu pandemii, obowiązki selekcjonera reprezentacji Polski godził jeszcze z obowiązkami trenera włoskiego zespołu klubowego Sir Safety Perugia.
Jego klubowi pracodawcy byli zadowoleni z wyników i przedłużyli kontrakt z Belgiem o rok, zatem stało się w tym momencie jasne, że Heynen odłożył planowany rozbrat z siatkówką. Ale chyba nawet działacze PZPS nie mieli stuprocentowej pewności, czy jego chęć pracy z reprezentacją Polski nadal jest taka silna, jak deklarował wcześniej. Kilka innych federacji miało chęć „podebrania” Polakom tego szkoleniowca i jeśli wierzyć plotkom, w podsuwanych mu mimochodem przez „zaprzyjaźnione osoby” ofertach padały kwoty znacznie wyższe od tych, jakie płacił mu PZPS.
Od czegoś takiego można dostać zawrotu głowy i chyba coś takiego przytrafiło się też Heynenowi, bo jak wieść niesie zaczął negocjacje z prezesem Kasprzykiem od żądania trzykrotnej podwyżki dotychczasowego uposażenia. Sternik polskiej siatkówki przystępując do rozmów nie miał złudzeń, że belgijski szkoleniowiec ponownie zgodzi się pracować za 70 tysięcy euro, lecz na 200 tysięcy w żaden wypadku zgodzić się nie mógł. W tej chwili polskiej federacji po prostu nie stać na taką gażę dla trenera kadry. Ostatecznie stanęło ponoć na kwocie 120 tysięcy euro, co wydaje się rozsądnym kompromisem dla obu stron. „W czasie negocjacji nie było nawet chwili, w której one by utknęły w martwym punkcie. Wierzcie mi, naprawdę nie chciałem się wzbogacić kosztem polskiej federacji” – zapewnia Heynen.

MKOl nadal lekceważy pandemię

Koronawirus kompletnie sparaliżował światowy sport i co najgorsze, nie sposób dzisiaj przewidzieć, jak długo ten paraliż jeszcze potrwa. Wiarę, że nastąpi to najbliższym czasie, straciła nawet UEFA i przeniosła na następny rok zaplanowane na czerwiec mistrzostwa Europy. Podobnie postąpiła południowoamerykańska federacja z mającym się odbyć w tym samym czasie co Euro 2020 turniejem Copa America. Tylko Międzynarodowy Komitet Olimpijski jeszcze lekceważy pandemię koronowirusa i twardo utrzymuje stanowisko, że letnie igrzyska w Tokio rozpoczną się zgodnie z planem 24 lipca tego roku.

Igrzyska to bez wątpienia największa sportowa impreza na świecie. Wielu ludzi przygotowuje się do niej latami i nie są to tylko sportowcy, ale też pracownicy wielu gałęzi gospodarki. Już wyliczono, że jeśli igrzyska nie odbędą się w tym roku, japońska gospodarka odnotuje straty na poziomie około 75 miliardów dolarów, co daje 1,4 procent PKB. Analitycy bankowi alarmują, że ewentualne odwołanie olimpijskich zmagań uderzy nie tylko w gospodarkę i system finansowy Japonii, lecz będzie miało zasięg ogólnoświatowy. Tylko amerykańskie medialne konsorcjum NBC/Universal straci wpływy z pozyskanych już reklam szacowane na rekordową kwotę 1,25 mld dolarów. Dlatego MKOl usiłuje odwlec decyzję w nadzieli, że może do maja epidemia zostanie opanowana i sportowe życie zacznie wracać do normy. Euro 2020 trzeba było przełożyć, bo już w marcu przekroczono granicę za którą nie było już możliwości profesjonalnego zorganizowania tej imprezy, także w wymiarze sportowym.
MKOl może sobie pozwolić na wyczekiwanie, bo termin igrzysk jest późniejszy. Ceną jednak są trudne do przewidzenia straty wizerunkowe. Zapewnianie, że wszystko jest w porządku jest teraz powszechnie odbierane jako przejaw lekceważenia pandemii i bezwzględnie piętnowane.
Przekonał się o tym dobitnie przewodniczący MKOl Thomas Bach, na którego spadła potężna fala krytyki za wypowiedź jakiej udzielił w ubiegłym tygodniu podczas ceremonii zapalenia znicza olimpijskiego. Sternik światowego ruchu olimpijskiego zapewniał, że igrzyska odbędą się zgodnie z planem i zachęcał sportowców do udziału w zaplanowanych do czerwca kwalifikacjach.”Jesteśmy w pełni zaangażowani w przygotowania do igrzysk, które na pewno odbędą się w zaplanowanym terminie, dlatego zachęcam sportowców do kontynuowania przygotowań olimpijskich oraz do uczestnictwa w kwalifikacjach”.
Nie ma jak dokończyć kwalifikacji
Słowa zachęty wypowiedziane przez Bacha zabrzmiały idiotycznie w sytuacji, gdy koronawirus wciąż rozprzestrzenia się po świecie, a kolejne kraje wprowadzają na swoich terytoriach stany wyjątkowe. Już tylko z tego powodu uczestniczenie w kwalifikacjach olimpijskich jest w wielu dyscyplinach sportu mocno utrudnione, a organizujące je federacje ze względu na zagrożenie epidemiologiczne przesuwają je na coraz późniejsze terminy. Oto kilka przykładów: w baseballu pewne występu w Tokio są ekipy Izraela, Meksyku, Korei Południowej i Japonii. Pozostałe do obsadzenia miejsca miał zająć zwycięzca kwalifikacji obu Ameryk rozgrywanych w Arizonie (turniej przełożono z marca na nieustalony dotąd termin) oraz najlepsza ekipa z turnieju interkontynentalnego na Tajwanie, który miał się odbyć w kwietniu, ale przesunięto go na czerwiec. W boksie odwołano kwalifikacje olimpijskie obu Ameryk zaplanowane na 26 marca w Buenos Aires, a nowej daty dotąd nie ustalono. Wątpliwe jest przeprowadzenie 13 maja turnieju interkontynentalnego ostatniej szansy w Paryżu. W szermierce przepustkę olimpijską można wywalczyć na podstawie rankingu z 4 kwietnia, ale światowej władze zawiesiły na 30 dni wszystkie międzynarodowe zawody i nie wiadomo, jak zostanie to rozwiązane. W piłce ręcznej w marcu miały się odbyć trzy turnieje kwalifikacyjne mężczyzn (w Norwegii, Francji i Niemczech) i kobiet (w Hiszpanii, Czarnogórze i na Węgrzech). Wszystkie zostały odwołane i przeniesione na czerwiec. W judo światowa federacja odwołała wszystkie kwalifikacje olimpijskie do 30 kwietnia, podobnie postąpiła federacja wioślarska, która europejskie kwalifikacje miała zaplanowane w dniach 27-29 kwietnia we włoskiej Varese. Trwają poszukiwania nowej lokalizacji zawodów.
Gwoli przypomnienia – igrzyska w Tokio zgodnie z planem mają się rozpocząć 24 lipca i potrwać do 9 sierpnia. Jeśli ten termin ma być dotrzymany, lista startowa powinna być w całości gotowa najpóźniej do końca czerwca, co w tej chwili nie jest już takie pewne. Z oczywistego powodu – sport w tym momencie schodzi na dalszy plan, także dla samych sportowców, którzy w publicznych wypowiedziach podkreślają, że także dla nich najważniejsze jest zdrowie.
W Polsce też nie ma gdzie trenować
Poza tym wprowadzane przez krajowe rządy obostrzenia odbierają możliwość uczestnictwa w treningach, bo zamykane są praktycznie wszystkie obiekty sportowe. W Polsce w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa i w trosce o bezpieczeństwo publiczne podjęto decyzję o decentralizacji szkolenia sportowego i zamknięciu do końca marca m.in. ośrodków przygotowań olimpijskich w Spale, Władysławowie, Giżycku, Wałczu, Szczyrku i Zakopanem. „W tej chwili coś takiego, jak system szkolenia przestał u nas istnieć” – przyznaje dyrektor sportowy Polskiego Związku Lekkiej Atletyki Krzysztof Kęcki. Nie da się też wysłać sportowców gdzieś za granicę, bo niemal w całej Europie obowiązują już podobne zakazy treningów. Z tego zresztą powodu ministerstwo sportu wielu zawodników musiało ściągnąć do kraju, a taki powrót oznacza obowiązek poddania się kwarantannie, co wyłącza z treningów na co najmniej dwa tygodnie.
Te utrudnienia implikują kolejny problem, o jakim pewnie Thomas Bach nawet nie myśli. Wielu sportowców, zwłaszcza z Europy, nie zdoła się w tych trudnych warunkach należycie przygotować do olimpijskiego startu, a warto pamiętać, że w lipcu i sierpniu w Japonii panują wysokie temperatury. Z tego powodu nie będą to sprawiedliwe igrzyska, więc może lepiej żeby je przeniesiono na przyszły rok. Świat na pewno to wytrzyma. A kto wie, może wszyscy przy okazji uświadomimy sobie, że sport to jednak tylko zabawa, a nie wypada się bawić, gdy tylu ludzi umarło, umiera i jeszcze pewnie umrze.

Odwołują też w Polsce

Coraz więcej imprez jest odwoływanych z powodu epidemii koronawirusa. Nawet w Polsce, gdzie chorych jeszcze nie wykryto, odwołano zaplanowane w marcu międzynarodowy turniej w badmintonie.

Turniej Polish Open w badmintonie miał się odbyć w Krakowie w dniach 26-29 marca, ale w środę Polski Związek Badmintona imprezę odwołał. „W związku z rosnącym zagrożeniem sanitarno-epidemiologicznym wywołanym przez rozprzestrzenianie się wirusa SARS-CoV-2 (potocznie nazywanego koronawirusem), Zarząd Polskiego Związku Badmintona po konsultacjach zewnętrznych odnośnie możliwości sprowadzenia do Polski wirusa SARS-CoV-2 zdecydował o przełożeniu zawodów międzynarodowych Polish Open 2020, jakie miały się odbyć w Krakowie w dniach 26-29 marca 2020 roku” – napisano na oficjalnej stronie federacji.
Z powodu epidemii nie odbędą się też zaplanowane w Seulu w dniach 13-15 marca mistrzostwa świata w short tracku. O odwołaniu czempionatu poinformowała w środę Międzynarodowa Unia Łyżwiarska (ISU), która jednak rozważa jeszcze możliwość przeprowadzenia mistrzostw w innym terminie lub w innym kraju. Odwołane zawody w stolicy Korei Południowej miały być główną i zarazem imprezą wieńczącą sezon w łyżwiarstwie szybkim na krótkim torze. Dzień wcześniej z tego samego powodu przełożono z marca na czerwiec drużynowe MŚ w tenisie stołowym, które miały się odbyć w południowokoreańskim Pusanie.
Cały sportowy świat z coraz większym niepokojem nasłuchuje jednak wieści z Japonii, gdzie ważą się losy tegorocznych igrzysk w Tokio. Koronawirus zbiera w tym kraju śmiertelne żniwo i z tego powodu tenisowy mecz Japonii z Ekwadorem o awans do turnieju finałowego Pucharu Davisa odbędzie się przy pustych trybunach. Decyzję taką podjęła Międzynarodowa Federacja Tenisowa (ITF) po konsultacjach z japońską federacją tenisową i tamtejszymi ministerstwami sportu i zdrowia”. Spotkanie odbędzie się w mieście Miki w dniach 6-7 marca.

Rosjanie idą na wojnę z WADA

Rosyjska Agencja Antydopingowa (RUSADA) poinformowała w miniony piątek, że wysłała oficjalne pismo do Światowej Agencji Antydopingowej (WADA), w którym zakwestionowała decyzję o wykluczeniu Rosji z imprez sportowych światowej rangi, m. in. z letnich igrzysk 2020 roku w Tokio oraz zimowych w 2022 roku w Pekinie. Także Rosyjski Komitet Olimpijski ogłosił oficjalnie, że nie zgadza się z decyzją WADA. Głos w tej kontrowersyjnej sprawie zabrał również prezydent Rosji Władimir Putin.

Dyrektor generalny RUSADA Jurij Ganus w oficjalnym komunikacie przesłanym do mediów napisał: „Do Światowej Agencji Antydopingowej wysłany został zestaw dokumentów, w tym powiadomienie o braku zgody na sankcje, podpisanych przez radę nadzorczej i założycieli RUSADA, rosyjskie komitety olimpijski i paraolimpijski”. Zgodnie z procedurą WADA, której szefem od 1 stycznia 2020 będzie Polak Witold Bańka, musi teraz skierować sprawę do rozstrzygnięcia przez Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu w Lozannie (CAS), albowiem strona rosyjska dopełniła procedur dostarczając przed końcem roku odwołanie od decyzji z 9 grudnia 2019 wykluczającej Rosję z letnich igrzysk w Tokio w 2020 roku oraz zimowych w Pekinie w 2022 w związku z aferą dopingową w tym kraju.

Kara zasłużona, ale zbyt surowa

Sankcje wobec Rosji Komitet Wykonawczy Światowej Agencji Antydopingowej uzasadniła koniecznością ukarania tego kraju za fałszowanie próbek i manipulacji w bazie danych sportowców przez RUSADA. Nie uwzględniono jednak faktu, że to Rosjanie jako pierwsi wszczęli śledztwo w tej sprawie i osoby, którym udowodniono udział w tym procederze, zostały stosownie za to ukarane. Ponieważ jednak była to recydywa, nawet w rosyjskim środowisku sportowym panowało dość powszechne przekonanie, że ze strony WADA należy spodziewać się nieprzychylnej reakcji.

W światowych mediach, głównie amerykańskich i brytyjskich, jeszcze przed ostateczną decyzją zaczęły pojawiać się przecieki z liczącego 89 stron raportu WADA, wedle którego także przedstawiciele rosyjskich władz uczestniczyli w fałszowaniu wyników testów dopingowych. „Raport pokazuje, iż władze Rosji zamiast przygotować dokumenty dla WADA, zajmowały się zmienianiem, usuwaniem i manipulowaniem danymi, żeby tylko zatuszować obecność dopingu w rosyjskim sporcie” – napisano w komunikacie amerykańskiej agencji AP, na który powoływały się inne media. W komentarzach podkreślano, że Rosjanie mieli rzekomo manipulować przy dokumentach także po tym, jak zgodzili się przekazać je w ich oryginalnej formie do WADA.

Gwoli przypomnienia

Afera z dopingiem w rosyjskim sporcie wybuchła po zimowych igrzyskach 2014 roku w Soczi, a rozpoczęła się po wyemitowaniu przez niemiecką stację telewizyjną ARD dokumentu, wedle którego w Rosji stworzono system dopingowy, w który zamieszani byli sportowcy, trenerzy, urzędnicy państwowi, funkcjonariusze służb specjalnych i Rosyjska Agencja Antydopingowa (RUSADA). Zbiegło się to w czasie z politycznymi zawirowaniami wokół konfliktu rosyjsko-ukraińskiego o Krym i Donbas i nałożonymi z tego powodu na Rosję sankcjami przez USA i Unię Europejską.

Gdyby nie ta globalna polityczna rozgrywka między mocarstwami, pewnie nie doszłoby do zepchnięcia Rosji, jakby nie patrzeć jednej z największych potęg w światowym sporcie, najpierw na margines olimpijskiej społeczności, a teraz wręcz do jej wyrzucenia. Warto przypomnieć, że głównym informatorem w tej sprawie jest zbiegły do USA były dyrektor moskiewskiego laboratorium antydopingowego Grigorij Rodczenkow, który ponoć zeznał, iż „w Rosji przez lata dochodziło do tuszowania pozytywnych wyników testów antydopingowych, a proceder miał być ukrywany i finansowany przez państwo”.

Doping to powszechne zjawisko

Co ciekawe, w wywiadzie udzielonym w 2018 roku amerykańskiej telewizji CBS ten sam Rodczenkow publicznie przyznał, że wedle posiadanej przez niego wiedzy obecnie sportowcy z co najmniej 20 krajów stosują doping, który jest ukrywany.
Te rewelacje w światowych mediach przeszły jednak bez echa, natomiast każda informacja stawiająca w niekorzystnym świetle Rosjan była natychmiast rozdmuchiwana. Dlatego podjętą 9 grudnia przez Komitet Wykonawczy WADA decyzję zakazująca rosyjskim sportowcom przez najbliższe cztery lata startu w igrzyskach olimpijskich i innych zawodach sportowych o światowym zasięgu pod narodową flagą, przyjęto w świecie jako oczywistą kontynuację sankcji nałożonych na Rosję podczas letnich igrzysk olimpijskich 2016 roku w Rio de Janeiro i zimowych 2018 roku w Pjongczangu. Najnowsze sankcje WADA mają obowiązywać do 2023 roku i w tym czasie Rosja nie będzie mogła też organizować u siebie imprez rangi mistrzostw świata.

Amerykanie też koksują na potęgę

Bezkompromisowe stanowisko WADA wywołała jednak także falę oburzenia. Największą rzecz jasna w Rosji, ale nie tylko tam. Nic dziwnego, przecież doping jest zmorą całego światowego sportu i żaden kraj nie jest w tej kwestii stuprocentowo czysty. A już na pewno nie domagające się sankcji Stany Zjednoczone. Świadczą o tym kłopotliwe dla sportowego środowiska w tym kraju fakty. Choćby zniszczenie w nader zagadkowych okolicznościach zdeponowanych w magazynach WADA próbek pobranych od amerykańskich sportowców w latach 2008-2016 czy szokująca informacja o tym, że reprezentanci tego kraju są światowymi liderami pod względem liczby pozytywnych wyników testów dopingowych zrobionych od początku 2017 roku – przyłapano aż 73 zawodowych sportowców z USA.

Co ciekawe, na drugim miejscu tego wstydliwego zestawienia znalazła się Rosja, jednak zarejestrowanych przypadków stosowania zakazanych substancji przez rosyjskich sportowców było trzykrotnie mniej, bo 24. Na trzecim miejscu uplasowały się Indie z 16 pozytywnymi wynikami, na czwartym miejscu ax aequo znalazły się Brazylia i Dominikana (po 15 przypadków).

IAAF również nie jest bez skazy

Najbardziej nieprzejednana w karaniu Rosjan międzynarodowa federacja lekkoatletyczna (IAAF) ma na koncie mnóstwo przypadków instytucjonalnego tuszowania dopingu, także przy udziale wysokiej rangi działaczy, jak choćby byłego prezydenta IAAF Senegalczyka Lamine’a Diacka. W ostatniej dekadzie wielkie dopingowe wpadki zaliczyli Włosi (zdyskwalifikowano 26 lekkoatletów, w tym zawodników z krajowej czołówki). Zdumiewające w tej historii jest to, że Włoska Agencja Antydopingowa doprowadziła do gigantycznego bałaganu i w pewnym okresie ogóle nie uaktualniała danych w systemie komputerowym dotyczących aktualizacji paszportów biologicznych i miejsc pobytu sportowców. W efekcie działanie całego systemu było fikcją, ale mimo to WADA nie wyciągnęła żadnych konsekwencji.

Jeszcze gorzej wygląda sprawa nadzoru antydopingowego nad lekkoatletami w Kenii, gdzie przecież za korupcję zawieszony został prezes miejscowej federacji lekkoatletycznej, oskarżany m. in. o tuszowanie przypadków dopingu. Zawieszono także siódemkę kolejnych biegaczy z tego kraju, co sprawiło, że w ciągu ostatnich lat liczba zdyskwalifikowanych kenijskich lekkoatletów doszła do 40 osób. A trzeba pamiętać, że kontrole antydopingowe w tym kraju były i są jeszcze większą fikcją niż we Włoszech. Niewiele lepiej, a w zasadzie tak samo sytuacja wygląda w Etiopii i w zdecydowanej większości pozostałych afrykańskim krajów.

Nie powinno zatem nikogo dziwić, że w Rosji nie ma zgody na sankcje WADA. „Rosyjski Narodowy Komitet Olimpijski jest pełnoprawnym i z urzędu członkiem ruchu olimpijskiego, dlatego mamy wszelkie powody, by wierzyć, iż utworzymy reprezentację na igrzyska w Tokio. Zrobimy wszystko, aby zapewnić udział naszego zespołu pod rosyjską flagą” – powiedział przewodniczący tego gremium Stanisław Pozdniakow i potwierdził, że RNKOl jako członek-założyciel Rosyjskiej Agencji Antydopingowej (RUSADA) zatwierdził decyzję jej rady nadzorczej z 19 grudnia tego roku o nieprzyjęciu sankcji nałożonych przez WADA.

Prezydent wzywa do walki

Sygnał do walki wszystkim instytucjom sportowym w Rosji dał jednak prezydent Władimir Putin. „Każda kara powinna być indywidualna. Karanie wszystkich sportowców jest niesprawiedliwe. Każda kara powinna być indywidualna. Nie może być tak, że czyści sportowcy będą cierpieć za działania innych. Ta decyzja jest sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem i prawem międzynarodowym. Podobną decyzję podjęto przecież przed poprzednimi igrzyskami, teraz karze się nas za to samo. Żaden istniejący system prawny na to nie pozwala. Istnieją wszelkie powody, by sądzić, że podstawą takiej decyzji nie jest troska o czystość światowego sportu, ale względy polityczne nie mające nic wspólnego z interesami sportu i ruchu olimpijskiego. Zwłaszcza, że nie ma żadnych skarg na Rosyjski Narodowy Komitet Olimpijski. A jeśli nie ma żadnych skarg przeciwko niemu, kraj powinien pojawić się pod flagą narodową” – powiedział rosyjski prezydent podczas tradycyjnej już dorocznej konferencji prasowej.

Tak więc Rosja będzie teraz dochodzić swoich racji przed Trybunałem Arbitrażowym ds. Sportu (CAS) w Lozannie. Do czasu wydania werdyktu przez CAS sankcje WADA nie obowiązują.

Chcą startować pod własną flagą

Działacze WADA i światowego ruchu olimpijskiego zdają się nie rozumieć rosyjskich pretensji. Twierdzą, że przecież zawieszenie reprezentacji Rosji nie zamyka sportowcom z tego kraju drogi do występu na igrzyskach olimpijskich czy w mistrzostwach świata, bo dla nie uwikłanych w dopingowy proceder stworzono możliwość startu pod neutralną flagą. Taka sytuacja miała już miejsce na zimowych igrzyskach w 2018 roku w Pjongczangu. I bardzo się w Rosji nie spodobała, zwłaszcza gdy fetowano sukces hokeistów „Sbornej”, którzy wywalczyli tam złote medale. W Pjongczangu wystąpili jako „olimpijscy sportowcy z Rosji”, a gdy stali na podium odegrano im hymn olimpijski. Na powtórkę takiej upokarzającej sceny nikt w Rosji nie ma ochoty, dlatego WADA i MKOl muszą liczyć się tym razem z mocniejszym oporem. Włącznie z bojkotem igrzysk przez Rosjan, co w konsekwencji może doprowadzić do potężnego rozłamu w olimpijskiej rodzinie.

 

Będą zmiany w rankingu

Władze FIVB zatwierdziły projekt nowego systemu ustalania rankingu reprezentacji narodowych. Zmiany wejdą w życie od 1 lutego 2020 i będą uwzględniać wyniki wszystkich meczów od początku tego roku.

W miniony piątek Międzynarodowa Federacja Piłki Siatkowej (FIVB) ogłosiła szereg zmian. Odchudzeniu ulegnie kalendarz imprez międzynarodowych, inaczej wyglądać będą także kwalifikacje olimpijskie. Nowe zasady wzmacniają rolę światowego rankingu. Wedle nowych zasad od 1 lutego 2020 będzie on uwzględniał wyniki meczów ze wszystkich oficjalnych rozgrywkach – turniejach olimpijskich, mistrzostwach świata, Lidze Narodów, Challenger Cup, Pucharu Świata, mistrzostw kontynentalnych, uznawanych przez FIVB turniejów międzynarodowych oraz kwalifikacji do wszystkich turniejów mistrzowskich.

Bazując na wynikach drużyn biorących udział w meczu oraz historycznych danych, algorytm obliczy prawdopodobieństwo wszystkich możliwych wyników, a rzeczywiste rezultaty zostaną porównane z kalkulacjami. Jeżeli drużyna zagra poniżej przewidywań, straci punkty, jeśli powyżej – zyska. Im bliższy spodziewanym wynikom będzie osiągnięty rezultat, tym mniej będzie przyznanych i odebranych punktów. Zwycięzcy meczu nie zostaną jednak odjęte punkty.

W nowym systemie liczenia punktów rankingowych uwzględniać się będzie nie tylko wyniki meczów, lecz także poszczególnych setów. Ma to lepiej definiować prawdziwy potencjał sportowy zespołów i czynić rywalizacje między nimi sprawiedliwszą. „Naszym celem jest sprawić, by siatkówka w jeszcze większym stopniu stała się rodzinnym sportem, dlatego będziemy dążyć do uproszczenia zasad rywalizacji” – zapewnia prezydent FIVB Ary Graca.

Podstawą do ustalenia składu grup podczas przyszłorocznego turnieju olimpijskiego w Tokio będzie jednak jeszcze ranking tworzony na starych zasadach. Wedle jego aktualnego notowania reprezentacja Polski zajmuje trzecie miejsce na świecie. Nasi siatkarze już zapewnili sobie miejsce w turnieju olimpijskim.