Z Heynenem na igrzyska

Vital Heynen pozostaje na stanowisku selekcjonera siatkarskiej reprezentacji Polski. PZPS przedłużył z belgijskim szkoleniowcem wygasający z końcem września kontrakt do października 2021 roku, co oznacza, że poprowadzi on zespół biało-czerwonych nie tylko na igrzyskach w Tokio, lecz także w mistrzostwach Europy, nawet jeśli odbędą się we wrześniu.

Dotychczasowa umowa Heynena z Polskim Związkiem Piłki Siatkowej wygasała z końcem września tego roku. Przesunięcie igrzysk na rok 2021 sprawiło, że konieczne stało się jej przedłużenie. Nie jest to żaden problem, jeśli obie strony zamierzają kontynuować współpracę na dotychczasowych warunkach. W przypadku belgijskiego szkoleniowca pojawiły się jednak wątpliwości, do których zresztą sam się przyczynił. Po zakończeniu ubiegłorocznego sezonu reprezentacyjnego w wywiadach Heynen nie ukrywał, że jego celem jest zdobycie w Tokio z reprezentacją Polski złotego medalu, ale wyznał też, że potem zamierza zafundować sobie roczny urlop od siatkówki. Wybuch pandemii koronawirusa pokrzyżował mu te plany, lecz stało się to oczywiste dopiero wtedy, gdy MKOl ogłosił decyzję o przełożeniu igrzysk na przyszły rok. Wtedy w Polsce nagle uświadomiono sobie, że przecież Heynenowi z końcem września kończy się umowa. Co prawda prezes PZPS Jacek Kasprzyk w mediach zapewniał, że będzie to tylko formalność, lecz mijały kolejne tygodnie, a negocjacje wciąż trwały.
Stare porzekadło mówi, że jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Co prawda zarówno PZPN, jak i Heynen dzisiaj solennie zapewniają, że nie one były przyczyną przedłużających się rozmów, ale z nieoficjalnych informacji jakie wyciekły do mediów wiadomo, iż belgijski szkoleniowiec podpisując umowę w 2018 roku zgodził się na roczną gażę w wysokości 70 tysięcy euro netto plus premie za wyniki. W pierwszym roku pracy z kadrą Polski wyszedł na swoje, bo biało-czerwoni pod jego wodzą obronili tytuł mistrzów świata i zostali za ten sukces obsypani workami pieniędzy. Ale w 2019 roku nasi siatkarze wygrali jedynie turniej kwalifikacyjny do igrzysk w Tokio, natomiast w mistrzostwach Europy i Lidze Narodów wywalczyli brązowe medale, zaś w Pucharze Świata zajęli drugą lokatę. W sumie były to cenne osiągnięcie, lecz już nie tak opłacalne finansowo. Heynen w tym sezonie, przerwanym z powodu pandemii, obowiązki selekcjonera reprezentacji Polski godził jeszcze z obowiązkami trenera włoskiego zespołu klubowego Sir Safety Perugia.
Jego klubowi pracodawcy byli zadowoleni z wyników i przedłużyli kontrakt z Belgiem o rok, zatem stało się w tym momencie jasne, że Heynen odłożył planowany rozbrat z siatkówką. Ale chyba nawet działacze PZPS nie mieli stuprocentowej pewności, czy jego chęć pracy z reprezentacją Polski nadal jest taka silna, jak deklarował wcześniej. Kilka innych federacji miało chęć „podebrania” Polakom tego szkoleniowca i jeśli wierzyć plotkom, w podsuwanych mu mimochodem przez „zaprzyjaźnione osoby” ofertach padały kwoty znacznie wyższe od tych, jakie płacił mu PZPS.
Od czegoś takiego można dostać zawrotu głowy i chyba coś takiego przytrafiło się też Heynenowi, bo jak wieść niesie zaczął negocjacje z prezesem Kasprzykiem od żądania trzykrotnej podwyżki dotychczasowego uposażenia. Sternik polskiej siatkówki przystępując do rozmów nie miał złudzeń, że belgijski szkoleniowiec ponownie zgodzi się pracować za 70 tysięcy euro, lecz na 200 tysięcy w żaden wypadku zgodzić się nie mógł. W tej chwili polskiej federacji po prostu nie stać na taką gażę dla trenera kadry. Ostatecznie stanęło ponoć na kwocie 120 tysięcy euro, co wydaje się rozsądnym kompromisem dla obu stron. „W czasie negocjacji nie było nawet chwili, w której one by utknęły w martwym punkcie. Wierzcie mi, naprawdę nie chciałem się wzbogacić kosztem polskiej federacji” – zapewnia Heynen.

Bunt w kadrze siatkarek

W reprezentacji Polski siatkarek doszło do niecodziennej sytuacji. Tuż po tym jak PZPS ogłosił, że przedłużył kontrakt z jej trenerem Jackiem Nawrockim, do mediów wyciekła wieść, że zawodniczki wysłały do władz związku list, w którym domagają się dymisji szkoleniowca. Nie podpisały się pod nim tylko dwie zawodniczki z kadry, która w tegorocznych mistrzostwach Europy wywalczyła czwarte miejsce – 18-letnia Magdalena Stysiak i o rok starsza Maria Stenzel.

Przy okazji wyszło na jaw, że konflikt między trenerem Nawrockim a zawodniczkami narastał już od dawna, o czym wiedzieli działacze PZPS, z prezesem Jackiem Kasprzykiem na czele, lecz został przez nich zbagatelizowany. Sprawę jako pierwsza nagłośniła „Gazeta Wyborcza” podając, że 13 zawodniczek (dwanaście 14-osobowej kadry na mistrzostwa Europy plus nie uczestnicząca w tej imprezie Kamila Witkowska) wystosowały pismo do władz związku. Treść listu nie została upubliczniona, więc zawarte w nim stanowisko siatkarek nie jest oczywiste. Publikowane w tej sprawie informacje sugerowały, że wyraziły w nim pretensje do trenera Jacka Nawrockiego, iż faworyzuje w kadrze młode zawodniczki, zwłaszcza Magdalenę Stysiak i Marię Stenzel.

Mierząca 203 cm Stysiak to najlepsza atakująca mistrzostw Europy juniorek, ale Nawrocki przesunął ją na pozycję przyjmującej. Był to udany manewr personalny, bo Stysiak okazała się zawodniczką zdolną dorównać skutecznością w ataku Malwinie Smarzek-Godek. Odkryciem selekcjonera okazała się też 19-letnia libero Maria Stenzel. I z tych trzech młodych zawodniczek (Smarzek-Godek ma 23 lata) Nawrocki uczynił filary zespołu, który był o włos od sprawienia ogromnej sensacji w pierwszym turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk w Tokio, gdy stoczył równy bój z mistrzyniami świata Serbkami. Wzrost poziomu gry Polki potwierdziły w Lidze Narodów oraz w mistrzostwach Europy, w których zajęły znakomite czwarte miejsce, pokonując pod drodze m.in. drużynę Włoch.

Kapitan drużyny wyjaśnia

W tej imprezie gwiazdą naszej reprezentacji była Stysiak, która najlepiej grała w najważniejszych meczach, błyszczały też Stenzel i Smarzek-Godek. Starsze i bardziej doświadczone kadrowiczki poczuły się zepchnięte przez trenera na drugi plan. Nagle zaczęło im przeszkadzać, że na treningach na nie wrzeszczy, że klnie jak szewc, że nie chce z nimi rozmawiać i nie reaguje na żadne personalne sugestie. Atmosfera w ekipie psuła się coraz bardziej, ale Nawrocki zapewniał działaczy PZPS, że ma sytuację pod kontrolą.

Kapitan naszej reprezentacji Agnieszka Kąkolewska w wypowiedzi dla Onet Sport tak przedstawiła przyczynę konfliktu: (…) „Tak naprawdę został rozdmuchany jeden z wielu problemów, a tym głównym był brak komunikacji. To chyba dziwne, że pierwszymi osobami, które pytają mnie o zaistniałą sytuację są dziennikarze, a przecież jestem kapitanem drużyny. Nie trener, władze PZPS, czy osoba, która dokonała wycieku sprawy do mediów, tylko dziennikarze. To właśnie pokazuje, gdzie tkwi problem. A tym jest brak komunikacji. Na każdym szczeblu. To główna przyczyna wszystkiego, co się teraz dzieje.

(…) Próbowałyśmy o tym rozmawiać z trenerem. Niewiele jednak się zmieniło. Niektóre dziewczyny próbowały porozmawiać o tym z prezesem związku, ale to też nic nie dało. Dowodem choćby to, że chociaż jestem kapitanem drużyny, nikt z PZPS nie wykonał do mnie żadnego telefonu w tej sprawie. Zamiast wysłuchać co mamy do powiedzenia, sprawę przekazano do mediów i postawiono w złym świetle nas, zawodniczki. (…) Pojawiały się insynuacje o niechęci zespołu do Magdy Stysiak. Chciałabym je zdementować. Uważam, że to okropne insynuacje, mające na celu odwrócenie uwagi od istoty problemu. Cieszymy się, że Magda do nas dołączyła, jest ważnym elementem naszego zespołu. Każdy wie jakie predyspozycje ma ta młoda siatkarka”.
Kąkolewska zaprzeczyła też, że list był inspirowany przez menedżerów. „To była tylko i wyłącznie nasza decyzja. Nie miały na to wpływu osoby trzecie. Większość drużyny postanowiła, że trzeba ten problem zgłosić do PZPS. (…) Nadal będziemy chciały odwołania trenera Jacka Nawrockiego. Z drugiej strony, jestem otwarta na rozmowy, bo tylko w ten sposób można znaleźć wyjście z trudnej sytuacji. W tym wypadku muszą jednak działać ze sobą wszystkie strony. Problemy są po to, żeby je rozwiązywać. Niekoniecznie trzeba je tak rozdmuchiwać, jak tę sprawę, bo to nie prowadzi do niczego dobrego”.

Prezes PZPS wyraża sprzeciw

Prezes naszej siatkarskiej federacji, Jacek Kasprzyk, ma jednak w tym względzie odmienny pogląd. „Top prawda, że rozmawiały ze mną o tej sprawie Joanna Wołosz i Malwina Smarzek-Godek. Gdy pytałem je o konkretne zarzuty, słyszałem, że o braku komunikacji. Merytorycznych uwag do pracy trenera Nawrockiego nie było. Panie muszą więc zmienić podejście do sprawy. Dziwi mnie to, że one sobie wyobrażają, iż na ich żądanie zatrudnimy nowego trenera, którego one wskażą. Asia Wołosz nawet od razu podała mi nazwisko włoskiego trenera, którego według niej powinniśmy zatrudnić. To jej były klubowy szkoleniowiec. Cóż, takie jest życie, trzeba się mierzyć z różnymi sytuacjami, dlatego bardzo się cieszę, że zarząd związku jednomyślnie poparł trenera Nawrockiego. On ma na oku kolejne młode, bardzo zdolne dziewczyny i przygotowane rozwiązania na wypadek, gdyby obrażone na niego zawodniczki odmówiły gry w kadrze” – zapewnia prezes PZPS.

Żadna ze stron na razie nie ma woli wyjawienia, o co tak naprawdę w tym konflikcie chodzi. Protestujące kadrowiczki twierdzą, że miały już dosyć złego traktowane przez trenera podczas treningów, jego ataków złości i wulgarnych połajanek. A także tego, że o wszystkim jednoosobowo decyduje sam. Łatwo tego sporu rozwiązać się więc nie da. O ile w ogóle da się go rozwiązać.
Oświadczenie zbuntowanych:
W opublikowanym w miniony czwartek oświadczeniu zbuntowane przeciwko selekcjonerowi kadry zawodniczki swoje pretensje pod jego adresem sformułowały w kilku punktach. Podajemy najbardziej bulwersujące z nich (pisownia oryginalna): (…)
– Bagatelizowanie stanu zdrowia zawodniczek oraz okazywanie niezadowolenia w przypadku kontuzji. Często przekładanie wyniku ponad zdrowie zawodniczek.
– Obniżanie poczucia wartości zespołu, pewności siebie oraz indywidualnie zawodniczek. Zaniżanie aspiracji i potencjału drużyny. Brak psychologicznego i mentalnego prowadzenia zespołu.
– Brak szczerości oraz nagminnie powtarzające się złe wypowiedzi na temat swoich zawodniczek, często również w rozmowach z innymi siatkarkami.
– Błędy w prowadzeniu meczów, brak konstruktywnych wskazówek, napady furii, które źle wpływały na zespół oraz obraźliwe wypowiedzi świadczące o braku szacunku.
– Akceptowanie przez Trenera Nawrockiego nieprofesjonalnego zachowania jednego z członków sztabu (zażyłe, bliskie relacje z jedną z zawodniczek). Dopuszczanie do niemoralnego zachowania, przy jednoczesnym braku reakcji ze strony Trenera na zgłaszanie problemu przez zawodniczki” (….).

Trener Nawrocki także opublikował oświadczenie. Nie odniósł się w nim jednak do konkretnych zarzutów stawianych przez za jego podopieczne. Ogólnie rzecz biorąc szkoleniowiec stwierdził, że takie konflikty są czymś naturalnym w sportach zespołowych i ubolewał jedynie, że ten w kadrze siatkarek stał się przedmiotem nikomu niepotrzebnej publicznej debaty.