Krajobraz po bitwie warszawskiej

Bitwa polsko-bolszewicka pogrążyła republiki radzieckie w długotrwałym izolacjonizmie. To zdeterminowało charakter utworzonego w 1922 r. Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich.

 

Za wypaczenia socjalizmu w ZSRR nie można winić tylko jednej konkretnej postaci. Przecenianie roli jednostki byłoby niezgodne z materializmem historycznym. Autorytarny charakter ZSRR był więc przede wszystkim konsekwencją izolacjonizmu. W podobny izolacjonizm popadła również Polska i to głównie ona ucierpiała na awanturniczej polityce zagranicznej Józefa Piłsudskiego.
I wojna światowa była eksplozją szowinizmu i imperializmu. Jedynie międzynarodowy ruch robotniczy mógł przeciwstawić się nacjonalistycznej burżuazji i jej wojennym tendencjom. Ruch socjalistyczny ostatecznie zawiódł. Opcja bolszewicka była jedną z nielicznych, które skutecznie przeciwstawiły się imperialistycznej wojnie. Od samego początku bolszewicy prowadzili agitację antywojenną. W lutym 1917 roku obalono skompromitowany carat. Burżuazyjno-demokratyczny zryw nie zakończył jednak bezsensownych działań wojennych prowadzonych przez Imperium Rosyjskie. Rząd Tymczasowy pod wodzą Kiereńskiego dążył do rządów bonapartystycznych, został jednak obalony przez bolszewików. To był też początek końca pierwszej wojny światowej.
Młode państwo radzieckie wycofało się z wojny, jednak w latach 1918-1921 trwała w Rosji radzieckiej wojna domowa. Przeciwko bolszewickiej Rosji wystąpiły siły monarchistyczne („biali”) i związane z Rządem Tymczasowym, wspierane przez zagraniczną burżuazję. Lew Trocki w pracy „Terroryzm i komunizm” pisał: „Kautsky przedstawia radzieckich robotników a i całą w ogóle rosyjską klasę robotniczą jako zbiorowisko egoistów, nierobów i samolubów. Ani słowem nie mówi o niebywałym w historii – z punktu widzenia rozmachu podłości – zachowaniu rosyjskiej bur­żuazji, o jej narodowych zdradach: o wydaniu Rygi Niemcom w celach «pedagogicznych»; o przygotowaniu takiego samego wydania Petersburga; o jej 129 odezwie do obcych armii, cze­chosłowackiej, niemieckiej, rumuńskiej, angielskiej, japońskiej, francuskiej, arabskiej i mu­rzyńskiej, przeciwko rosyjskim robotnikom i chłopom; o jej spiskach i zabójstwach za pienią­dze Ententy; o wykorzystaniu jej blokady nie tylko śmiertelnego wyczerpania naszych dzieci, lecz także systematycznego, niezmordowanego, wytrwałego rozprzestrzeniania w całym świecie niesłychanego łgarstwa i oszczerstw”. Rosyjscy komuniści byli w tej walce osamotnieni.
Gdy na byłym terytorium Imperium Rosyjskiego trwała wojna domowa, w Europie trwała walka robotnicza. Powstały Bawarska Republika Rad i Węgierska Republika Rad. 7 listopada 1918 r. utworzono w Polsce Rząd Ludowy pod wodzą Ignacego Daszyńskiego obiecujący m. in. nacjonalizację przemysłu, 8 godzinny dzień pracy i reformę rolną. Istniał on jednak tylko do 19 listopada 1918 r. Robotniczy entuzjazm trwał krótko. Jednostki Freikorpsu, paramilitarne formacje do których wstępowali zarówno monarchiści jak i socjaldemokraci, stłumiły Bawarską Republikę Rad. Do podobnego stłumienia rewolucji doszło na Węgrzech. Węgierska Republika Rad powołana w 1919 r., rządzona przez Bélę Kuna została obalona przez wojska Mikołaja Horthy de Nagybanya, który zaprowadził pierwszą po I wojnie światowej prawicową dyktaturę w Europie. Polscy socjaliści zachowywali się podobnie jak socjaldemokraci niemieccy – spacyfikowali polski ruch robotniczy, w tym utworzoną 6 listopada 1918 r. Republikę Tarnobrzeską. Młode państwo polskie pragnęło również realizować swoje imperialne ambicje tocząc batalie o wschodnie granice. Polska chcąc wykorzystać słabość państwa radzieckiego i mas rosyjskich wyniszczonych przez wojnę domową dążyła do wojny polsko-bolszewickiej.
Wojna polsko-bolszewicka stworzyła mit jakoby bolszewizm był w swojej istocie antypolski. To stworzona przez rzekomego zwycięzcę bzdura. Nie byłoby niepodległości Polski bez Rewolucji Październikowej. To rząd bolszewicki, nie Rząd Tymczasowy pod wodzą Kiereńskiego, zwrócił Polsce ziemię zanim zrobiła to reszta zaborców. Kluczowa była w tym rola Feliksa Dzierżyńskiego w anulowaniu samych zaborów.
Polska miała zdecydowanie lepsze warunki by zostać państwem socjalistycznym niż Rosja i republiki sąsiednie. Zabory pozostawiły Polsce bardziej uprzemysłowione tereny, m. in. ziemie polskie były najbardziej uprzemysłowionym obszarem na terenie Imperium Rosyjskiego. Niepodległa Polska nie wykorzystała jednak swojego materialnego potencjału. Historia w dosadny sposób przyznała rację Róży Luksemburg i jej teorii organicznego wcielenia. Protekcjonistyczny kapitalizm rosyjski przyczynił się do rozwoju przemysłu na terenie Królestwa Polskiego o czym pisała działaczka SDKPIL w swojej pracy doktorskiej „Rozwój przemysłu w Polsce”.
Róża Luksemburg twierdziła, że niepodległość Polski może przyczynić się do zerwania zależności gospodarczych, tym samym do upadku przemysłu. Tak też się stało w niepodległej burżuazyjnej Polsce – doszło do dezindustrializacji, choć wcale nie musiało. W tym miejscu należy odróżnić wolność polityczną od zależności gospodarczych, na co wskazywał chociażby Lenin w polemice z Różą Luksemburg broniąc postulatu niepodległości Polski. Dezindustrializacja wynikała z konfliktu polsko-radzieckiego. II RP nie odzyskała poziomu uprzemysłowienia sprzed I wojny światowej.
Uprzemysłowienie w II RP szło opornie, COP i Gdynia były wyjątkami. Wówczas gospodarka radziecka, odporna na kryzys światowy 1929 roku, rozwijała się błyskawicznie. Polska dopiero po II wojnie światowej, wraz z rozwijaniem przemysłu przez rządy Polski Ludowej przezwyciężała swą nędzę. Jak głoszą rozmaici historycy – w 1920 roku „uratowano Europę przed bolszewizmem”. Dodajmy jednak, że od tego czasu prym w Europie wiodły prawicowe dyktatury. Od Węgier począwszy, przez Włochy, gdzie ruch robotniczy nie zdołał zatrzymać faszystów, po Hiszpanię generała Franco.
Lenin przewidział, że następna wojna światowa będzie jeszcze bardziej okrutna. Pokój okresu międzywojennego nawet nie próbował zachować pozorów długotrwałości, gospodarki poszczególnych krajów były zorientowane na wojnę i zbrojenia. W Europie panował też wszechobecny autorytaryzm. W Polsce w 1926 r. doszło do zamachu majowego w którym wojska Piłsudskiego obaliły rządy parlamentarne. Pucz poparła lwia część ruchu robotniczego, w tym Komunistyczna Partia Polski i Polska Partia Socjalistyczna, mając nadzieje na rewolucję socjalną. Zamiast tego Piłsudski postawił na sojusz z ziemiaństwem, zaś tych, którzy wcześniej go popierali zamykał do politycznego więzienia – Berezy Kartuskiej.
Rusofobia i antykomunizm Piłsudskiego uczyniły go ślepym na interes Polski. Były socjalista skazał Polskę na peryferyjny kapitalizm z elementami feudalizmu. Wykorzystał on ruch robotniczy by oprzeć swoją dyktatorską władzę na zgniłym „porozumieniu narodowym”, a w gruncie rzeczy na czystej ideologii władzy i zgniłej polityce rzekomej równowagi między sąsiadami. W 1933 r. władzę w Niemczech objęło NSDAP wspierane przez niemieckich i zagranicznych przemysłowców. Niemcy zaczęły się zbroić w błyskawicznym tempie. Skutki były łatwe do przewidzenia.
W 1935 roku Józef Stalin zdobył władzę absolutną. W tym samym roku zmarł Józef Piłsudski. Po jego śmierci jego brunatni następcy mieli bardziej proniemieckie sympatie. Sanacyjne elity chadzały nawet na polowania z Hermanem Goeringiem. Stalin coraz bardziej uderzał w narodowe tony, co wiązało się także z zagrożeniem zewnętrznym. Owocem coraz bardziej patriotycznej propagandy były filmy historyczne takie jak „Aleksander Newski” Sergieja Eisensteina z 1938, czy „Minin i Pożarski” Wsiewołoda Pudowkina z 1939, które powstały jako odpowiedź na wrogość ze strony Polski i Niemiec.
Druga połowa lat 30-tych to również czas krwawych czystek w ZSRR. Zginęło również wielu działaczy Komunistycznej Partii Polski. KPP była także intensywnie infiltrowana przez sanacyjny wywiad. W tamtym okresie zamordowanych zostało także wielu doświadczonych wojskowych, w tym Michaił Tuchaczewski, który w 1920 roku wiódł Armię Czerwoną na Warszawę. Stalin nie wysłuchał wtedy jego rozkazu by udać się na Warszawę i sam wyruszył na Ukrainę. Tuchaczewski chciał wówczas dla niego kary śmierci za niesubordynację. Chwile przed swoją śmiercią Tuchaczewski dążył do porozumienia z Niemcami.
Czy nadużyciem jest obarczać odpowiedzialnością za czystki i za grzechy izolacjonizmu burżuazję? Z pewnością należy ją obarczyć za powszechną faszyzację Europy. 15 sierpnia uratowano zachodnią burżuazję kosztem m.in. Polski. Polska straciła swe szanse na rozwój na długie lata. Częściowo nieświadomie pogrążyła też w izolacjonizmie młode państwo radzieckie, a przede wszystkim siebie i to po to by zachodnie mieszczaństwo czuło się bezpieczniejsze. Burżuazja broni swojego panowania na różne sposoby – raz przekupując Matką Boską, raz faszystów czy nazistów. Gdyby socjalizm rozprzestrzenił się po całej Europie jego charakter byłby prawdopodobnie zupełnie inny.
Krótkowzroczność sanacyjnych elit miała swój wpływ także na pakt Ribbentrop-Mołotow i okupację Polski w 1939 r. Dla Stalina oznaczało to „jedno faszystowskie państwo mniej”, a właściwie pozbycie się jednego z bardziej wrogich dla ZSRR państw. Sanacyjni politycy nie chcąc zachować resztek godności, na czele z Rydzem-Śmigłym uciekli do Rumunii. Nikt rządzących w II RP wojskowych za to nie zdegradował, jak dziś degraduje się Jaruzelskiego za to, że wziął na siebie odpowiedzialność za swoje poczynania. Sanacyjne elity nie cieszyły się też powszechnym poparciem narodu. Podkreślał to m. in. przeciwny sanacji Władysław Sikorski.
Sanacyjni politycy mają swoich niegodziwych następców w politykach III RP, szczególnie w partii obecnie rządzącej. Po upadku Polski Ludowej po raz kolejny doszło do dezindustrializacji tym razem za sprawą terapii szokowej i neoliberalnych recept. Teoria organicznego wcielenia Róży Luksemburg ma już tu mniejsze zastosowanie, wszak przemysł na wskutek jeszcze brutalniejszej terapii szokowej upadał również Rosji. Jednak skłócenie Polski w Rosją w czasach III RP również znacznie hamuje polską gospodarkę. Sankcje gospodarcze nałożone przez UE na Rosję po tzw. „Euromajdanie” szkodzą głównie polskim rolnikom i sadownikom. Najgorsza jest jednak nieustannie nakręcana prowojenna atmosfera tym razem już nie przeciwko państwu rewolucyjnemu tylko konserwatywnej Rosji. Rząd PIS-u interesuje głównie interes amerykańskich firm zbrojeniowych.
Warto też porównać stosunek polskich polityków do ukraińskiego ruchu narodowego z okresu wojny polsko-bolszewickiej i czasów współczesnych. Ukraińcy pod wodzą Szymona Petruli sprzymierzyli się z wojskami Piłsudskiego przeciwko bolszewikom. Ludzie Petruli jednak przegrali swoją sprawę, Piłsudski potraktował ich bardzo instrumentalnie. Część z nich utworzyło później podwaliny dla ukraińskiego szowinizmu, zdecydowanie antypolskiego – OUN i UPA. Obecnie rządzący rząd na Ukrainie w swojej polityce historycznej odwołuje się raczej do UPA i OUN niż do Szymona Petruli. To nie przeszkadza władzom Polski popierać tamtejszego rządu.
Dzisiejsza Polska nie jest, tak jak II RP, odizolowana od świata, choć PIS dąży do skłócenia nas ze wszystkimi sąsiadami. Jednak tak samo jak w II RP obecni polscy politycy realizują interesy państw zachodnich kosztem interesu Polski, deklarując hurrapatriotyzm. PIS pod tym względem bije wszystkich poprzedników na głowę. Nikt dotąd nie był tak nienawistny wobec Rosji, nikt nie kochał bardziej Polski i nikt bardziej nie kochał NATO.
Samo NATO nie daje zaś Polsce żadnych realnych gwarancji bezpieczeństwa, także ze względu na nasze położenie geograficzne. Polska jak najszybciej powinna opuścić Pakt Północno-Atlantycki przestać służyć za poligon dla obcych sił, kosztem obywateli Polski i polskich podatników skupujących złom z USA. Obecność Polski w NATO to nieustanne prowokacje i nakręcanie atmosfery zagrożenia w interesie światowej finansjery. Kto wie, czy obecna polityka zagraniczna neosanacji nie jest nawet bardziej samobójcza niż ta elit sanacyjnych z lat 30 ubiegłego wieku.

Lewicowa uwertura niepodległości

Klęska wojenna państw centralnych (Austro-Węgier i Niemiec) oraz rozpad CK monarchii austro-węgierskiej, procesy, które rozpoczęły się w październiku 1918 roku, oznaczały szansę na to, że Polska po stu dwudziestu latach egzystencji pod zaborami odzyska niepodległość. Do miejsc, w którym świadomość tego przybrała najbardziej konkretne kształty należał Lublin, znajdujący się od roku 1915 w obrębie zaboru austriackiego.

 

Narodowa Demokracja (endecja) zwołała na 15 października w Lublinie „zebranie trójdzielnicowe” przedstawicieli partii z wszystkich zaborów. Tego samego dnia doszło do demonstracji na lubelskim placu Litewskim, austriacki gubernator Lublina, generał Anton Lipošćak, pod naciskiem mieszkańców miasta, uwolnił przetrzymywanych na Zamku Lubelskim więźniów politycznych. Władza cywilna nadal pozostawała jednak w rękach mianowanej przez zaborców w 1917 roku warszawskiej Rady Regencyjnej. W tej sytuacji lewica niepodległościowa przygotowała się do stanowczych działań. Podczas obrad konspiracyjnego XIV Zjazdu Polskiej Partii Socjalistycznej we wrześniu 1918 r. uchwalono, iż „należy dążyć do usunięcia okupacji i stworzenia zjednoczonej i niepodległej republiki ludowej, w której klasa robotnicza przystąpi do realizacji socjalistycznego programu społecznego”. Do Lublina przybyli działacze PPS, którzy zmobilizowali wierne im oddziały Polskiej Organizacji Wojskowej. Na ulicach miasta narastało wrzenie, odbywały się wiece, Polacy rozbrajali austriackich żołnierzy. Do groźnej sytuacji doszło w pierwszych dniach listopada, gdy stacjonujący w koszarach świętokrzyskich (obecnie zabudowania Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego przy Alejach Racławickich) żołnierze, przeważnie narodowości ukraińskiej, umocnili się i przygotowali do walki. Udało się ich jednak przekonać do złożenia broni i opuszczenia miasta. 3 listopada Lublin był wolny, a delegat Rady Regencyjnej, Juliusz Zdanowski został jego oficjalnym zarządcą. Jego władza opierała się na bardzo słabych podstawach, ale wciąż dysponował oddziałami Polskiej Siły Zbrojnej (Polnische Wehrmacht), które 5 listopada przybyły do miasta. Wieczorem, 6 listopada w lubelskim kinoteatrze „Rusałka” odbył się wielki wiec robotniczy, zorganizowany przez PPS-Frakcję Rewolucyjną. Na wiecu poparto dekret Rady Delegatów Robotniczych o wprowadzeniu ośmiogodzinnego dnia pracy, ponadto uchwalono rezolucję o obaleniu Rady Regencyjnej, powołaniu rządu Republiki Ludowej i utworzeniu Milicji Ludowej. Choć Rada Delegatów nie zdobyła władzy, jej proklamacje zyskały dużą popularność wśród robotników. Organizacje lewicowo-niepodległościowe uznały, że sytuacja dojrzała do zamachu stanu.

 

7 listopada 1918 roku

W nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku działacze lewicy niepodległościowej rozplakatowali ogłoszenie o powstaniu Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej i obaleniu Rady Regencyjnej. Koncepcja rządu, pod auspicjami Polskiej Organizacji Wojskowej kierowanej przez płk. Adama Koca i jej Konwentu A, powstała w warszawskim mieszkaniu działacza lewicy niepodległościowej Artura Śliwińskiego. W Lublinie doszło do jego ujawnienia się. W tamtejszym hotelu „Victoria” przy Krakowskim Przedmieściu, w nocy z 6 na 7 listopada 1918 roku, bojownicy POW aresztowali wojskowych przedstawicieli Rady Regencyjnej. Tutaj też ukonstytuował się Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. W jego skład, poza Ignacym Daszyńskim jako premierem i ministrem spraw zagranicznych weszli: Stanisław Thugutt (MSW), Jędrzej Moraczewski (poczta i komunikacja), Gabriel Dubiel (oświata), Bronisław Ziemięcki (przemysł), Tomasz Arciszewski (praca i opieka socjalna), Juliusz Poniatowski (rolnictwo), , Marian Malinowski (roboty publiczne), Edward Rydz-Śmigły (wojsko), Medard Downarowicz (kooperatywy), Wacław Sieroszewski (propaganda i agitacja), a także jako ministrowie bez teki: Tomasz Nocznicki i Błażej Stolarski. Jedynie nominalnie wszedł do rządu Wincenty Witos (aprowizacja), ponieważ odrzucono jego postulat wprowadzenia do gabinetu przedstawiciela prawicy narodowej. Jako wiceminister propagandy wszedł do niego także pisarz Andrzej Strug, sumienie piłsudczykowskiej lewicy niepodległościowej.
Do spraw kluczowych należała postawa wojska. Czołowy działacz PPS Stanisław Thugutt sugestywnym przemówieniem na wspomnianym wiecu w „Rusałce” zjednał lojalność części żołnierzy, ale pozostałe oddziały wyruszyły, by stłumić zamach stanu. Wojska wierne Radzie Regencyjnej spotkały się z popierającymi nowy rząd bojówkami Polskiej Organizacji Wojskowej na linii rzeki Bystrzycy. Mimo niebezpiecznej sytuacji nie doszło do wymiany ognia – żołnierze Polskiej Siły Zbrojnej dali się przekonać do przejścia na stronę TRLRP. W opuszczonym przez władze austriackie pałacu Lubomirskich (zwanym też pałacem Radziwiłłów, względnie poradziwiłłowskim) przy placu Litewskim odbyło się pierwsze posiedzenie nowego gabinetu. Zamach stanu zakończył się sukcesem, a Lublin stał się stolicą odrodzonej Polski. Mieszkańcy miasta świętowali powstanie nowego, całkowicie niezależnego od zaborców rządu, zbierając się na ogromnej manifestacji. Jej kluczowy moment miał miejsce na placu Katedralnym, gdzie po uroczystym nabożeństwie doszło do zaprzysiężenia odrodzonej Polsce wszystkich znajdujących się w mieście oddziałów wojskowych. Byli to żołnierze Polskiej Siły Zbrojnej, bojownicy Polskiej Organizacji Wojskowej, byli żołnierze austriaccy, członkowie Milicji Ludowej, a nawet dowborczycy.

 

Ignacy Daszyński i jego rząd

Większość członków rządu Daszyńskiego stanowili działacze PPS, PPSD oraz PSL „Wyzwolenie”. Siedzibą rządu stał się wspomniany pałac Lubomirskich (Radziwiłłów, poradziwiłłowski) przy placu Litewskim, wcześniej siedziba austro-węgierskiego Generalnego Gubernatorstwa Wojskowego. Jeszcze jednym adresem wymienianym jako miejsce co najmniej jednego, prawdopodobnie pierwszego, nieoficjalnego jeszcze posiedzenia TRLRP, były pomieszczenia gimnazjum żeńskiego prowadzonego przez siostrę Władysława Kunickiego, komisarza ludowego Lublina, w kamienicy przy ulicy Namiestnikowskiej 37/39 (dziś Narutowicza). W proklamacji rząd stwierdzał m.in., że „Państwo polskie, obejmujące sobą wszystkie ziemie, zamieszkałe przez lud polski, z własnym wybrzeżem morskim, stanowić ma po wszystkie czasy Polską Republikę Ludową”.

 

Program rządu Daszyńskiego

W swoim programie politycznym rząd wymieniał m.in. natychmiastowe rozwiązanie Rady Regencyjnej, zapowiadał pilne „zwołanie Sejmu Ustawodawczego wybranego w demokratycznych wyborach, który obierze Prezydenta, całkowite polityczne i obywatelskie równouprawnienie wszystkich obywateli bez różnicy pochodzenia, wiary i narodowości, wolność sumienia, druku, słowa, zgromadzeń, pochodów, zrzeszeń, związków zawodowych i strajków, uznanie wszystkich donacji i majoratów jak również lasów zarówno prywatnych i dawnych rządowych własnością państwową”. Zapowiadał utworzenie armii oraz szeroki program reform, w tym „wprowadzenie ośmiogodzinnego dnia pracy, nacjonalizację przemysłu, a także reformy rolne oraz stworzenie ram ochrony socjalnej pracowników, zapowiadał po ukonstytuowaniu władz rządowych powołanie demokratycznych rad gminnych, sejmików powiatowych i samorządów miejskich, jak również do zorganizowanie milicji ludowej, wskazywał na konieczność zapewnienia taniej żywności w oparciu o organizacje samorządowe i społeczne. Ponadto rząd zapowiadał wniesienie pod obrady Sejmu Ustawodawczego: przymusowego wywłaszczenia oraz zniesienia wielkiej i średniej własności ziemskiej, oddanie jej w ręce ludu pracującego pod kontrolą państwową, upaństwowienia kopalń, salin, przemysłu naftowego, dróg komunikacyjnych oraz innych działów przemysłu, gdzie się to da od razu uczynić, udziału robotników w administracji tych zakładów przemysłowych, które nie zostaną od razu upaństwowione, prawo o ochronie pracy, ubezpieczeniu od bezrobocia, chorób i na starość, konfiskaty kapitałów, powstałych w czasie wojny ze zbrodniczej spekulacji artykułami pierwszej potrzeby i dostaw do wojska, wprowadzenie powszechnego, obowiązkowego i bezpłatnego świeckiego nauczania szkolnego”.

Dzięki oddziałom Polskiej Organizacji Wojskowej rząd Daszyńskiego przejął kontrolę nad Lublinem oraz częścią obszaru okupacji austro-węgierskiej. Likwidując organy Rady Regencyjnej internowano Juliusza Zdanowskiego, Komisarza Generalnego Rządu, oraz generała Kajetana Olszewskiego, szefa inspektoratu Wojska Polskiego w Lublinie. W komunikacie nr 92 z 8 listopada 1918 r. podano, że rząd powołał komisarzy rządowych w powiatach dąbrowskim, radomszczańskim, janowskim, hrubieszowskim, chełmskim, opatowskim, opoczyńskim, iłżeckim, lubartowskim, sandomierskim, zamojskim i tomaszowskim oraz w Skarżysku Kamiennej i Ostrowcu Świętokrzyskim. W komunikacie nr 96 z 9 listopada 1918 r. poinformowano także o mianowaniu Władysława Kunickiego na stanowisko komisarza ludowego dla Lublina i powiatu lubelskiego. Ponadto powołano komisarzy w powiecie biłgorajskim i w Radomiu. Franciszek Loeffler, powołany na stanowisko komisarza rządowego w Kielcach, początkowo miał problemy z objęciem swojej funkcji z powodu oporu oddziału Wojska Polskiego, wiernego Radzie Regencyjnej. Komisarze rządowi mieli być również powołani w powiatach opatowskim, ostrołęckim i łomżyńskim.

 

Dymisja rządu Daszyńskiego

Na wieść o powrocie Józefa Piłsudskiego z więzienia w Magdeburgu do Warszawy, gabinet Ignacego Daszyńskiego udał się tam i 12 listopada oficjalnie przekazał władzę w jego ręce. Nie obyło się bez sławetnego zbesztania członków rządu przez Piłsudskiego („Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”), który uznał tę inicjatywę za formę spontanicznej niesubordynacji we własnych szeregach. W skład kolejnego rządu, na czele którego stanął Jędrzej Moraczewski, weszło wielu ministrów z gabinetu lubelskiego i jego działalność była – nie w pełni słusznie – uznawana za kontynuację tej samej polityki.

 

Oceny TRLRP

Rząd Daszyńskiego był atakowany ideologicznie zarówno przez prawicę jak i organizacje rewolucyjne. Lubelski Komitet PPS-Lewicy stwierdził, odnosząc te słowa do TRLRP, że „burżuazja całego świata chce utopić hasła rewolucji społecznej w nowym morzu krwi, w nowych walkach o poszczególne „ojczyzny”, gdzie mogłaby utrzymać władze w swoich rękach”. Podobne stanowisko zajmowała Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy, której Komitet Zagłębia Dąbrowskiego 7 listopada stwierdził: „Czyż mało mieliśmy dotąd wyzysku, że mamy budować fundament burżuazyjnego państwa?”. SDKPiL oświadczyła ponadto: „Towarzysze! Rząd ten powstał nie drogą rewolucji, nie z rąk zwycięskiego proletariatu otrzymał władzę, nie z upoważnienia Rady Delegatów Robotniczych, więc rządem ludowym nie jest!(…) zamiast ziemi i fabryk daje wam obiecanki, zamiast dyktatury proletariatu przyrzeka wam sejm burżuazyjny. (…) Niech żyje dyktatura proletariatu! (…) Niech żyje międzynarodowa rewolucja! Niech żyje socjalizm!”

***

Zdecydowanie negatywnie o rządzie lubelskim wypowiedział się także przywódca PSL, był Wincenty Witos, nominalny członek tego rządu. W swych pamiętnikach napisał, że „utworzenie tego rządu jest niesłychaną lekkomyślnością i błędem politycznym, graniczącym wprost z bardzo niepoważną awanturą, która powinna być jak najprędzej zlikwidowana…”. O enuncjacjach rządu ludowego Witos wyraził się, że „przypominały żywcem jakieś manifesty studentów, nie zaś przedstawicieli wielkiego Narodu w chwilach tak poważnych…”. Po latach negatywnie oceniali rząd Daszyńskiego także niektórzy piłsudczycy. Bogusław Miedziński pisał w swych wspomnieniach: „Eksperyment lubelski – eksperyment ekskluzywnych rządów jednej tylko części narodu – od początku nie wróżył jednak powodzenia…”. Zygmunt Partyka, historyk zajmujący się dziejami II Rzeczypospolitej napisał, że „w okresie międzywojennym Polska Partia Socjalistyczna i Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie” kultywowały legendę rządu lubelskiego, jako pierwszego rządu ludowo-robotniczego”. Do 1937 r. PPS świętowała rocznicę Niepodległości dnia 7 listopada. W PRL stosunek do tradycji rządu Daszyńskiego był chłodny, a w Lublinie jego działalność została upamiętniona tablicą pamiątkową na fasadzie pałacu Lubomirskich dopiero w 1988 roku, na niespełna rok przed demontażem realnego socjalizmu.

Flaczki tygodnia

Kim jest Mateusz Morawiecki?

***

Banksterem-milionerem? Niedouczonym arogantem mówiącym „knajackim językiem”? Cynicznym neoliberałem pochwalającym akumulację kapitału dokonywaną dzięki wyzyskowi mas pracujących za „miskę ryżu”? Pochwalającym wojnę jako narzędzie rozwiązywania konfliktów społecznych?

***

Czy był narodowo-katolickim Konradem Wallenrodem, który poszedł na służbę do wielkiego zagranicznego, obcego polskiemu narodowi kapitału?
Czy potraktował służbę u plutokracji jako możliwość poznania swego wroga od podszewki? Zwłaszcza od podszewki kieszeni.
Czy od początku uważał bogate zachodnie instytucje jak stajnie pełne rasowych rumaków? Gdzie można te konie kraść, zwłaszcza w dobrym towarzystwie i dobrej wierze.
I dowiódł nawet tego czynem, kiedy z bankowych pieniędzy przeznaczonych na promocje i budowanie dobrego wizerunku chytrych banksterów wspierał narodowo-katolickiej inicjatywy.
Ten polski, narodowo-katolicki Wallenrod podpierdałał szmal irlandzkim i hiszpańskim, czyli obcym narodowo Polakom kapitalistom i wspierał dzieła narodowo-katolickich „wyklęciuchów”.

***

Flaczki celowo użyły słowa „podpierdalać”. Aby dostosować się do poetyki języka używanego przez pana premiera-milionera. Do tego jego „knajackiego języka”, mówiąc językiem pana prezesa Kaczyńskiego. Języka używanego podczas kolacyjek w knajpie „Sowa i Przyjaciele”. Języka znanego również Flaczkom. I używanego też, jako pikantna przyprawa, przez Flaczki.

***

Polska jest krajem zakłamanym, oceanem hipokryzji. Dzieciom w Polsce dorośli mówią, aby nie mówiły: „kurwa”, „chuj”, „chujnia”, „pierdolony”, „jebany”, „pizda” i „dupa” nawet. W Polsce mówi się dzieciom, że to wyrazy „nieparlamentarne”.

***

Tymczasem elity parlamentarne – i kościelne ponoć też – używają tych „nieparlamentarnych” wyrazów jak przecinków.
Oczywiście mówią je podczas niepublicznych rozmów. Nie podczas wystąpień publicznych, kiedy muszą kłamać, muszą schlebiać polskiej hipokryzji i zakłamaniu. Muszą traktować obywateli jak idiotów, bo obywatele lubią to.
Dlatego prawdę mówią w Polsce politycy i księża poza miejscami pracy, najczęściej po wypiciu napojów alkoholowych. Kiedy mogą być w pełni sobą.

***

Jednym z Polaków, który regularnie używał „nieparlamentarnych” wyrazów był Marszałek Józef Piłsudski. Za młodu człek porządny, bo socjalista. Piłsudski ma w Polsce liczne pomniki, place i ulice. Jest ikoną III i IV Rzeczpospolitej.

***

Droga młodzieży jeśli ktoś zwróci Wam uwagę, że mówicie: „kurwa”, „chuj” i inne „nieparlamentarne wyrazy”, to możecie śmiało ripostować: „Spierdalaj kurewsko pizdo-chuju, ja tylko cytuję polszczyznę pana Marszałka Józefa Piłsudskiego”.
Albo: „O co chodzi, przecież mówię jak pan premier Mateusz Morawiecki podczas kolacji w restauracji”.

***

Zapamiętajcie wszyscy! Kiedy polski polityk mówi i nie klnie, to znaczy, że najpewniej wtedy kłamie. Albo przynajmniej mówi nieprawdę.

***

W Warszawie mówi się, że ludzie, którzy pracowali z obecnym premierem milionerem, panem Mateuszem Morawickim, mówią, że pan premier milioner zawsze mówił to co jego rozmówca chciał usłyszeć. Mówił to właścicielom banków w których pracował. Mówił to byłym premierom Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu i Donaldowi Tuskowi, którym doradzał. Mówił to panu prezesowi Kaczyńskiemu, który go politycznie usynowił.

***

W Polsce polityków – i księży katolickich też – ocenia się przede wszystkim po tym co mówią. Religia jest opium polskiego ludu, podobnym opium ludu są gadki-szmatki krajowych elit politycznych.

***

Czy pamiętacie kto to powiedział: „Dzieci spontanicznie przybiegały do niego, obejmowały go. On również je obejmował, głaskał. zdarzało się, że całował. Dzieci były szczęśliwe, zadowolone. Nie było w tym żadnego podtekstu seksualnego?”
Tak bronił księdza-pedofila z Tylawy ówczesny prokurator, dzisiejszy pan poseł PiS i przewodniczący sejmowej Komisji Sprawiedliwości Stanisław Piotrowicz. Szef prokuratorów, którzy w 2001 roku umorzyli sprawę, kryjąc księdza-pedofila.

***

W latach 1990 – 2008 Flaczki współredagowały tygodnik „Nie” Jerzego Urbana. Nie było miesiąca, aby nie spotykały poszkodowanych przez księży-pedofilii. Kiedy tygodnik „Nie” publikował o tym i innych grzechach kościoła katolickiego, był uznawany przez redaktorów czołowych polskich mediów, nawet dziś antyklerykalnej „Gazety Wyborczej”, za „zoologicznych antyklerykałów”. Używających dodatkowo „nieparlamentarnych” wyrazów.

***

Nic dziwnego, że przez cały okres III i IV RP księża pedofile mogli czuć się bezkarni. Bronili ich aktywnie nie tylko kościelni hierarchowie. Dezaprobata polskich mediów wobec polskiego antyklerykalizmu wspierała przestępczych księży.

Cudu nie było

Upamiętnienie Bitwy Warszawskiej słusznie jest Świętem Wojska Polskiego, bo w sierpniu 1920 r. miał miejsce pierwszy od blisko 300 lat prawdziwy triumf polskiego oręża. Ale żadnego cudu nad Wisłą nie było, a tym bardziej 15 sierpnia.

 

O cudownym zwycięstwie Polaków zdecydowało dwóch ludzi. Jeden nazywał się Tadeusz Rozwadowski, drugi… Józef Stalin.

Zacznijmy od Stalina. Gdyby nie ten „zbawca” Polski, o żadnym cudzie nikt nigdy by nie usłyszał, bo armia sowiecka okrążyłaby i zmiażdżyła Warszawę. Jednak Stalin zlekceważył rozkazy pójścia na pomoc marszałkowi Tuchaczewskiemu, maszerującemu na Warszawę, a przynajmniej posłania tam konnej armii, gdyż w tym czasie wolał opromienić się sławą zdobywcy Lwowa. Tuchaczewski raportował do Moskwy, że za tę niesubordynację powinno się postawić Stalina przed sąd polowy. Gdyby bowiem od południa nadciągnęła pod Warszawę druga sowiecka armia, wojska polskie nie miałyby szans na stoczenie zwycięskiej bitwy. Tak więc jeśli – jak chcą niektórzy – w bitwę tę ingerowała osobiście Matka Boska, to chyba jej najważniejszym narzędziem był właśnie Józef S. Jednak jej dziewicza interwencja jest tu raczej mało prawdopodobna, zważywszy na to, że o cudzie zaczęto mówić, zanim bitwa w ogóle się rozpoczęła.

 

Cud Wisły

…a nie cud nad Wisłą – tak początkowo mówiono o bitwie, do której zresztą wcale dojść nie musiało, podobnie jak może i do samej wojny. Warto bowiem pamiętać, jak i dlaczego ta w ogóle się zaczęła. O ile na zachodzie było wiadomo, że granice Polski będą zgodne z terytorium w większości zamieszkanym przez Polaków, o tyle na wschodzie nie było wiadomo nic. A w zasadzie wiadomo było jedynie tyle, że wojska niemieckie zgodnie z decyzjami traktatowymi wycofują się, czyniąc na terytorium od Estonii po Morze Czarne ogromny pas ziemi niczyjej. Tymczasem mocarstwa zachodnie teoretyzowały sobie, komu jaki jej kawałek przyznać. Chętnych było wielu.

Kluczowa okazała się tu rosyjska wojna domowa. Francja wciąż uważała carską Rosję za sojusznika i nie godziła się, by jakieś nowe państwa przejmowały jej terytorium. A sami „Biali” Rosjanie byli gotowi uznać Polskę tylko na zachód od Bugu (mniej więcej zgodnie z dzisiejszą granicą). Co innego Czerwoni. Bolszewicy w 1919 r. cofali się na północ przed ofensywą Białych generała Denikina. Dla nich pokój z Polską był kluczowy. Dlatego za zawarcie go oferowali granice praktycznie zgodne z przedrozbiorowymi. Znacznie dalej na wschód niż sięgała po 1920 r. II Rzeczpospolita, niemal po Smoleńsk.

 

Jednak Piłsudski zwlekał

Zdecydowanie wolałby dogadać się z Białymi i wraz z nimi bić bolszewików (na co zresztą naciskały też Francja i Anglia), ale Biali upierali się przy tej granicy z Polską na Bugu, nie chcąc słyszeć o żadnym państwie ukraińskim. Generał Denikin domagał się nawet, by polskie wojska opuściły wschodnią Galicję (Wołyń, Podole), aby mógł tam „wybrać zboże i rekruta”, niezbędne do dalszego prowadzenia ofensywy. Piłsudski miał jednak swoją odpowiedź, którą przekazał negocjującym z Rosjanami: „Zarówno bolszewikom, jak i Denikinowi jedno jest do powiedzenia – jesteśmy potęgą, a wyście trupy. Mówiąc inaczej, językiem żołnierskim: dławcie się, bijcie się, nic mnie to nie obchodzi, o ile interesy Polski nie są zahaczone. A jeśli gdzie zahaczycie je, będę bił. Jeśli gdziekolwiek i kiedykolwiek was nie biję, to nie dlatego, że wy nie chcecie, ale dlatego, że ja nie chcę. Lekceważę, pogardzam wami. (…) O jakichkolwiek tedy stosunkach… dyplomatycznych mowy być nie może, bo ich warunkiem podstawowym są wiara i dyskrecja, a wy nie zasługujecie na jedno, nie znacie drugiego, zdradzacie cywilizację, własny kraj i jeden drugiego”.

Tak więc sprawy stały w zupełnym zawieszeniu, choć gdzieniegdzie dochodziło do lokalnych polsko-bolszewickich walk. Piłsudski patrzył biernie, gdy bolszewicy przerzucali z granicy z Polską niemal wszystkie wojska przeciw Białym. W zasadzie nawet Moskwa stała wówczas przed wojskami polskimi otworem. Tylko oznaczałoby to powrót do władzy nieustępliwych wobec Polski Białych. Oddziały polskie posuwały się więc wolno na wschód, nie wdając się jednak w żadne poważniejsze walki ani z jednymi, ani z drugimi.

 

Nic nie trwa wiecznie

Jesienią 1919 r. w rosyjskiej wojnie domowej nastąpił przełom. Bolszewicy najpierw zatrzymali pod Orłem armię Białych, a potem zadali jej kilka druzgocących ciosów i zaczęli spychać na południe Ukrainy. Niewiele później ostatnim bastionem Białych został Krym. A bolszewicy mieli potężną zwycięską armię – tyle że brakowało im zawartego pokoju z Polską. To, czy gdyby Piłsudski zdecydował się go podpisać, bolszewicy dotrzymaliby warunków umowy, pozostaje kwestią spekulacji. Pokoju nie było, była zatem wojna. Wojna na śmierć i życie. Piłsudski zdecydował się uderzyć pierwszy. Ruszył na Kijów, by stworzyć tam rzeczywiste państwo ukraińskie, naturalnego sojusznika w walce z bolszewikami, a w razie ich upadku z rosyjskim imperializmem. Kijów zdobył w maju przy pomocy ukraińskich sojuszników atamana Petlury, pełnię władzy oddając Ukraińcom.

5 maja do czerwonoarmistów przemówił Lenin:

„Towarzysze! Wiecie, że polscy obszarnicy i kapitaliści, podżegani przez ententę, narzucili nam nową wojnę. (…) Proponowaliśmy Polsce pokój na warunkach nietykalności jej granic, mimo że granice te sięgały o wiele dalej niż tereny zamieszkane przez ludność rdzennie polską. Godziliśmy się na wszystkie ustępstwa i niech każdy z was pamięta o tym na froncie. (…) Teraz mówimy: towarzysze, potrafiliśmy dać odprawę straszniejszemu wrogowi, potrafiliśmy pokonać własnych obszarników i kapitalistów – pokonamy również obszarników i kapitalistów polskich!”.
14 maja na Białorusi ruszyła bolszewicka ofensywa. Trzy tygodnie później sowiecka ofensywa na Ukrainie. Wojska Siemiona Budionnego i Józefa Stalina poszły zdobywać Lwów, choć rozkazy mówiły wyraźnie, że powinny maszerować na Warszawę. Tymczasem w jej kierunku z Białorusi zaatakowały jedynie wojska Michaiła Tuchaczewskiego, dając Polakom szansę na… cud. Szansę tę zwiększyły też dostawy broni z Zachodu, dzięki którym Polska mogła stać się bastionem walk z bolszewikami.

 

Cud pożądany

W miarę zbliżania się wojsk sowieckich Warszawa zaczęła popadać w religijne szaleństwo. Modłom nie było końca, a gazety narodowców ciągle pisały, że zdarzy się cud Wisły, nawiązując tym do cudu Marny – jak nazywano zatrzymanie maszerujących na Paryż wojsk niemieckich nad rzeką Marną w 1914 r.. Odnosząc się do narracji z czasów wojen z Tatarami i Turkami, mówiono, iż planowana bitwa będzie swego rodzaju starciem chrześcijaństwa z dzikimi hordami ze wschodu. Tę mistyczną atmosferę, już po opuszczeniu Warszawy przez dyplomatów z całego świata, podtrzymywał pozostający w mieście nuncjusz papieski Achille Ratti (późniejszy papież Pius XI).

Niezależnie od tych wzniosłych nastrojów, w reszcie kraju narastała panika, a lud wcale nie garnął się do walki. Potrzebne były dziesiątki tysięcy ochotników, tyle że chłopi za Piłsudskim – socjalistą – nie mieli ochoty podążyć. Dlatego w rozpaczy Piłsudski o objęcie rządów poprosił Wincentego Witosa, wodza polskiej wsi. Ten, choć miał tylko cztery klasy, znał najwyraźniej nieźle historię starożytną, bo zainscenizował scenę na wzór tej najsławniejszej w dziejach Rzymu. Tam, gdy ojczyzna była zagrożona, urząd dyktatora powierzono Cyncynatowi. Akurat orał on swoje pole, gdy dotarła do niego wieść o nominacji. Po pokonaniu wrogów złożył urząd i wrócił do orki. Witos dokładnie tak samo. Gdy posłańcy przybyli z Warszawy, on orał pole. Jednak dla ratowania ojczyzny rzucił orkę, popędził do Warszawy i wydał odezwę do chłopów, po której ci tłumnie zjawili się, by walczyć z wrogiem.

 

Sowieci prą do przodu

Francuski generał Weygand, ukształtowany przez I wojnę światową, chce im na przedpolach Warszawy wydać wyniszczającą bitwę pozycyjną. Ale generał Tadeusz Rozwadowski, wcześniej jeden z najwybitniejszych dowódców austro-węgierskich, jest zwolennikiem wojny manewrowej. Wiedząc, że sowieckie armie na południu nie idą na Warszawę, lecz oblegają Lwów, opracowuje plan manewru oskrzydlającego.

Co na to Piłsudski? Panikuje. Nie jest zdolny do podjęcia żadnej decyzji. Owszem, już wcześniej akceptuje plan manewru opracowany przez Rozwadowskiego, a oznaczony symbolem 8538/III, ale bitwa nie rozegra się zgodnie z tym rozkazem. Wszystko potoczy się zgodnie z decyzjami podpisanymi przez Rozwadowskiego. To słynny rozkaz nr 10 000, który całkowicie zaskakuje Piłsudskiego, odbiera mu część jednostek, którymi ten dowodzi i przekazuje je pod komendę generała Sikorskiego. To on ma dokonać decydującego uderzenia. Piłsudski protestuje, ale ostatecznie podporządkowuje się – jak inni dowódcy – rozkazowi Rozwadowskiego. Rozkaz nr 10 000 jest koronnym dowodem, że Piłsudski ani planów bitwy nie opracował, ani nią nie dowodził. Co więcej, chyba nie wierzył w zwycięstwo, bo zjawiwszy się u premiera Witosa, na jego ręce złożył dymisję z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza. Złożył i… zniknął. Na temat tego, gdzie był w trakcie bitwy, istnieje wiele hipotez. Najczęściej jednak uważa się, że załamany psychicznie udał się na wieś, do swojej kochanki (i przyszłej żony) Aleksandry Szczerbińskiej, a na front wrócił dopiero po rozbiciu sowieckiej ofensywy. Witos zwrócił mu wówczas jego dymisje, co było o tyle łatwe, że nie poinformował o nich opinii publicznej, ani nawet większości polityków. O tchórzliwej rezygnacji Piłsudskiego z urzędów wiedział bardzo mały krąg wtajemniczonych.

 

Bitwa

Trwała od 13 do 25 sierpnia, ale decydujące natarcie z południa, na odsłonięty bok wojsk sowieckich znad Wieprza rozpoczęło się 16 sierpnia. Nie byłoby na nie najmniejszych szans, gdyby tam, skąd zaskoczono Sowietów, były wojska Stalina i Budionnego, a właśnie stamtąd powinny – zgodnie z sowieckimi planami operacyjnymi – nadchodzić. Fakt, że ich tam nie było, istotnie stanowił cud.

15 sierpnia, czyli w dniu, który później uznano za Święto Wojska Polskiego, w bitwie tej nie wydarzyło się nic ważnego. Polacy nie odnieśli żadnego znaczącego sukcesu. Jednak ponieważ narodowa prawica od samego początku mówiła o potrzebie cudu i zawierzała miasto Maryi, to za symboliczną datę zwycięstwa obrano święto kościelne, święto maryjne, czyli właśnie 15 sierpnia, święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Prawica, trąbiąc o cudzie, starała się umniejszyć rolę Piłsudskiego, a zwycięstwo przypisać siłom nadprzyrodzonym. Piłsudski zaś tę farsę (i datę święta) zaakceptował, bo wolał to, niż zastanawianie się przez przeciwników, jaką rzeczywiście rolę w bitwie odegrał.

Gdyby ówczesna prawica fakty te znała, pewnie teorii cudu by nie lansowała, tylko głosiła, że nieudolny Piłsudski uciekł, a inni uratowali ojczyznę. Jednak i Witos, i Rozwadowski zachowywali się dyskretnie i o załamaniu psychicznym marszałka taktownie milczeli. Ich wiedza była jednak dla Piłsudskiego niebezpieczna, dlatego Tadeusz Rozwadowski w 1926 r. pod bardzo wątpliwymi zarzutami został uwięziony, a w 1928 r. otruty. Witosa w 1930 r. aresztowano, a w 1933 r. po wyroku skazującym za rzekomy planowany zamach stanu, uprzedzając ponowne aresztowanie, wysłano na emigrację.

Identycznie działo się zresztą po drugiej stronie. Marszałek Tuchaczewski za swoje słowa z 1920 r., że Stalina za samowolne działanie wbrew rozkazom (które przyniosło Sowietom klęskę w Bitwie Warszawskiej) powinno się rozstrzelać – też kilkanaście lat później zapłacił najwyższą cenę. Bo Stalin, podobnie jak Piłsudski, usuwał niewygodnych.

 

Cudotwórcy

Oprócz Stalina i Rozwadowskiego – autentycznych cudotwórców znad Wisły – prawica lubi przywoływać jeszcze jednego: ks. Ignacego Skorupkę, który zginął 14 sierpnia 1920 r. pod Ossowem, rzeczywiście znajdując się na pierwszej linii frontu. Wbrew legendzie jednak, nie prowadził on żołnierzy do natarcia z krzyżem w ręku, lecz został śmiertelnie ugodzony, kiedy ciężko rannemu żołnierzowi udzielał ostatniego namaszczenia. Zginął zresztą od pocisku bardzo przypadkowego, bo nabój ekrazytowy, który trafił go w głowę, nie służył do zabijania. Pociski te w momencie uderzenia tworzyły wyraźny obłok dymu, a służyły artylerii do oznaczenia celu, w który ci mieli strzelać. W momencie śmierci rzeczywiście więc głowę Skorupki spowił obłok, lecz na wynik Bitwy Warszawskiej miał Skorupka taki sam wpływ, jak Izabella Scorupco (jako Helena Kurcewiczówna w ekranizacji „Ogniem i mieczem”) na wynik powstania Chmielnickiego. Za komedianctwo trzeba uznać pośmiertne odznaczenie go przez prezydenta Bronisława Komorowskiego Orderem Orła Białego. Bo owszem, był Skorupka bardzo odważny – i owszem, poległ za ojczyznę, ale order ten przyznaje się bohaterom największym, a nie bohaterom z przypadku.
Tak więc Skorupkę okrzyknięto jednym z nadwiślanych cudotwórców, choć tytuł ten, podobnie jak order, bardziej należał się generałowi Rozwadowskiemu. Rozwadowski poza polskim Virtuti Militari miał też najwyższe wojskowe odznaczenia ośmiu innych państw, a Skorupka…? Cóż, to tylko lokalna bajka dla dewotów, podobnie jak wiele cudownych opowieści z naszą rodzimą, lansowaną dziś gremialnie, narodową historią w tle.

 

Tekst ukazał się w tygodniku „Fakty i Mity”.