„Piątka Dudy”, czyli do USA bez wiz

Po słynnym nowojorskim Greenpoincie – gdzie można było zjeść polskiego schaboszczaka, ruskie pierogi lub napić się oryginalnej polskiej wódki, znika ostatni symbol polskości nierozerwalnie związany z wyjazdami naszych rodaków do USA – wizy!

Po wielu latach starań żelazny punkt rozmów przywódców Polski i USA, utracił aktualność. Prezydent Trump podpisał stosowną decyzję, uruchamiając tym samym procedurę zniesienie urzędniczej uciążliwości dla Polaków. Prezydent Duda nie krył dumy, że to właśnie na czas jego kadencji przypadło to szczęśliwe wydarzenie.
– Długo rozmawialiśmy z prezydentem Trumpem na ten temat i cieszę się, że się udało – powiedział skromnie, ale dumnie do telewizyjnych kamer.
Rzeczywiście wydarzenie ma charakter symboliczny i to pod kilkoma względami.
Po pierwsze – cechuje je pewna trwałość. Wizy zostaną zniesione, ale procedury zachowane. Oznacza to, że oficer emigracyjny nadal będzie mógł zawrócić naszych rodaków z lotniska do domu, jeśli stwierdzi, że w jakikolwiek sposób uchybili oni amerykańskim przepisom. Od jego decyzji nadal nie będzie odwołania. Może się więc tak zdarzyć, że jak dotąd nasz „Kowalski” nawet oryginalnego hot-doga nie powącha, tylko ciupasem odesłany zostanie z powrotem do domu.
Po drugie – jest to decyzja praktyczna. Polacy znacznie rzadziej jeżdżą już do USA za pracą i są znacznie ostrożniejsi, jeśli chodzi o podejmowanie pracy „na czarno”, gdyż pracę – i to legalną – mają pod bokiem, w Europie. Jako obywatele Unii Europejskiej mają szerokie możliwości znajdowania odpowiedniego do swoich kwalifikacji i temperamentu zatrudnienia na starym kontynencie. Oficjalna praca w Unii daje ten dodatkowy profit, że gwarantuje prawa pracownicze łącznie z prawami emerytalnymi. Legalna praca w Unii, to bardzo istotny czynnik, który wpływa na spadającą liczbę chętnych na wyjazd do USA. Ponieważ chętnych jest mniej, to i odsetek odmów udzielonych starającym się o wizę, też w końcu spadł poniżej wymaganych trzech procent, co przez lata blokowało wszelkie rozmowy o ułatwieniach wizowych. No, bo kto dziś jeździ do USA, żeby pracować? Nikt, chyba.
Po trzecie – co poniekąd jest konsekwencją nowej sytuacji, czas pobytu Polaków, którzy przyjadą do USA już bez koniecznych dotąd wiz, został skrócony ze 180 dni do 90. To jest logiczne – przecież ktoś, kto przyjeżdża do USA w celach turystycznych lub biznesowych siłą rzeczy nie może tam przebywać w nieskończoność, bo musi wracać do pracy w Polsce, lub w którymś z krajów UE. Wakacje też nie trwają wiecznie – każdy urlop kiedyś się kończy, więc na co komu aż 180 dni?!
Po czwarte – skoro nie będzie już wiz, nie będzie też opłat wizowych. 160 dolarów zostanie w kieszeni każdego wyjeżdżającego do USA rodaka. Dokładnie – 146, bo jednak 14 dolarów za autoryzację w elektronicznym systemie ESTA zapłacić trzeba będzie.
Po piąte – sukces wizowy, prezentowany jako osobisty sukces pana prezydenta Dudy, jest też sukcesem Unii Europejskiej. To bowiem Komisja Europejska wszczęła przed kilku laty poważne, merytoryczne i bardzo twarde rozmowy na temat zniesieniem systemu wizowego dla obywateli wszystkich swoich krajów członkowskich. Stanom Zjednoczonym zagroziła nawet w pewnym momencie nałożeniem – gdyby ich opór w tym względzie trwał – obowiązku wizowego na obywateli amerykańskich pragnących przyjechać do Europy.
„Osiągnięcie wzajemności wizowej dla wszystkich państw członkowskich UE jest naszym głównym priorytetem. Ostatnie doświadczenia pokazują, że dalsze zaangażowanie dyplomatyczne przynosi pozytywne rezultaty, dlatego będziemy trzymać się tego podejścia również w przypadku USA. Ruch bezwizowy leży w interesie krajów po obu stronach Atlantyku i oczekujemy konkretnych działań wszystkich stron, aby przyspieszyć osiągnięcie tego celu” – mówił po zniesieniu wiz dla obywateli UE przez Kanadę, komisarz ds. migracji, spraw wewnętrznych i obywatelstwa Dimitris Awramopulos.
Należy się więc cieszyć, że pan prezydent Andrzej Duda tak umiejętnie skorzystał z postawy Unii Europejskiej.

Konstytucja

Żyjemy w kraju, gdzie organ Rzecznika Praw Obywatelskich traktowany jest jako zło konieczne.

Na wstępie pozwolę sobie wspomnieć o jednej z bardziej trafionych wypowiedzi posła PiS, który to po zapoznaniu się z ostatnim raportem RPO słusznie stwierdził, że on i Adam Bodnar żyją w dwóch równoległych światach. Jak najbardziej się z nim zgadzam. Co więcej, odległość między światem zgodnym z Konstytucją, a tym, gdzie Konstytucja i tym samym prawa obywatelskie są ignorowane, powiększa się w zastraszającym tempie.
Należy zaznaczyć jednak jedną rzecz, która wciąż umyka, obserwując zdarzenia, które miały miejsce chociażby na ostatnim posiedzeniu sejmu. Rzecznik Praw Obywatelskich to organ. Niezawisły i niezależny od innych organów państwowych. Zgodnie z zapisami w Konstytucji stoi na straży wolności, praw człowieka i obywatela. Reprezentuje więc obywateli. To nie Adam Bodnar wydaje się więc niewygodnym przeciwnikiem prawicy, ale obywatele i ich prawa.
Co raz bardziej rażące próby ustanowienia nowych zasad rozumienia wolności i sprawiedliwości powinny więc zaangażować do działania każdego z obywateli. Również tego, który deklaruje absolutną separację od polityki. Prawa człowieka i to, kto stanie w jego obronie to już bowiem nie tylko polityka. To odpowiedzialność każdego człowieka za przyszłość pokoleń i za świat w którym będą żyły.
Dlatego tym bardziej niepokojące są jawne i już w żaden sposób nieskrywane zamiary prawicy o zmianie Konstytucji RP. Modyfikacji jej zapisów mieliby podjąć się ludzie, którzy pod pretekstem ochrony narodu polskiego niszczą jego pojedyncze, niewygodne dla swojej wizji państwa jednostki – obywateli. Ten najważniejszy akt prawny Rzeczypospolitej Polskiej przyjęty w ogólnopolskim referendum może zostać więc zmieniony przez ludzi, którym wyjątkowo ciężko zrozumieć założenia wolności i praworządności.
Założenie, że Konstytucja RP jest matką wszystkich ustaw i że one wszystkie powinny być z nią zgodne właściwie przestało mieć miejsce. W jednym ze światów funkcjonuje Konstytucja, w drugim, ludzie którzy tworzą ustawy. To właśnie nic innego jak konsekwentne odsuwanie się od tego najważniejszego dla RP aktu prawnego przyczynia się do coraz większych zaniechań w przestrzeganiu praw do wolności sumienia i wyznania czy po prostu do poczucia bezpieczeństwa prawnego.
Mając na uwadze, że Konstytucja została zbudowana w sposób absolutnie sensowny i logiczny, powinna być rozpatrywana jako całość, tak jak została uchwalona. Nie tylko Preambuła, ale wszystkie jej rozdziały zawierają kluczowe zasady dla zgodnego i po prostu szczęśliwego funkcjonowania każdego z obywateli zarówno w wymiarze osobistym jak też zawodowym. Właśnie dlatego, każdy z nich powinien się z nią zapoznać. Należy pamiętać, że treść zamieszczona w Konstytucji tworzona była nie w pośpiechu czy pod jakąkolwiek presją, ale w czasie sześciu bardzo pracowitych lat. Wszelkie zapisy w niej zawarte, w drodze konsensusu uzgadniała specjalnie utworzona w tym celu Komisja Konstytucyjna, której jednym z przedstawicieli był ówczesny poseł Aleksander Kwaśniewski.
Konstytucja to wszystko co mamy, aby czuć się bezpiecznie jak również czuć pewność, że jako państwo posiadamy dokument, który zda egzamin w najbardziej trudnym momencie historii, jak zadziało się to chociażby podczas katastrofy smoleńskiej.
Konstytucja RP została przyjęta przez ludzi szanujących wolność każdego z obywateli. Nie można więc dopuszczać, aby ta ustawa zasadnicza była w jakikolwiek sposób naruszana, a jej zapisy mogłyby podlegać dyskusjom czy być omijane podczas tworzenia nowych zasad kierowania państwem.
Tylko wolny od doktryn człowiek może rozwinąć skrzydła i bez nacisku z góry wybrać najlepszą dla siebie drogę. Przez takich właśnie ludzi została przyjęta Konstytucja RP. Tym bardziej znaczące jest dla mnie poparcie mojej osoby przez Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który podpisał ten najważniejszy dla Rzeczypospolitej akt prawny.
Zapraszam teraz do obejrzenia mojego najnowszego video. Jest to możliwe poprzez zeskanowanie poniższego kodu QR:

Wybory wrogiem stoją

Wróg konsoliduje społeczeństwo wokół partii rządzącej, bo obywatele wierzą, że władza ma realną siłę, by ich obronić.

Politycy bezwzględnie tę wiarę wykorzystują, zwłaszcza przed wyborami.
W marcu 2014 r., kiedy notowania PO niebezpiecznie spadały, premier Tusk, nawiązując do zaogniającej się sytuacji na Ukrainie, powiedział: „Te wybory europejskie być może są o tym, czy dzieci w Polsce 1 września w ogóle pójdą do szkoły”. Strach podziałał i Platforma wygrała wynikiem 32,1 proc.
W 2015 r., przed wyborami do Sejmu, podobny manewr, ale z uchodźcami-terrorystami, zastosowało PiS i jako pierwsza partia w historii, uzyskało bezwzględną większość w Sejmie. Z pomocą 61 senatorów i prezydenta umożliwiło to demontaż demokracji. W 2018 r. zarządzanie strachem przed obcymi w połączeniu z promocją nacjonalizmu przyniosło kaczystom sukces wyborczy w samorządzie. PiS przejęło 9 z 16 sejmików.
Na wybory 2019 katoprawica i KEP wykreowały nowego wroga – LGBT. To skrzyżowanie dwóch starych, już sprawdzonych w wyborczych bojach: gender i imigrantów. Wg PiS i kościoła, stanowią zagrożenie dla polskości, rodziny, dzieci, wiary, narodowej tradycji. Okrutne słowa krzywdzące osoby nieheteronormatywne padają często z ust sutannowych i świeckich kryptogejów, którzy w ten sposób chcą odwrócić uwagę od swojej orientacji seksualnej.
W gronie kaczystowskich homofobów wyróżniają się prezes, premier, minister edukacji, wojewoda lubelski, a wśród biskupów – Gądecki, Depo, Wojda i oczywiście Jędraszewski. Główny atak Kościół przypuścił na Marsze Równości, bo przestrzeń publiczną uważa za zarezerwowaną wyłącznie dla pielgrzymek i kościelnych procesji. Szczytem bezczelności było nazwanie przez Jędraszewskiego społeczności LGBT „tęczową zarazą” i tłumaczenie, że jak w przypadku hasła „Strefa wolna od LGBT”, chodzi nie o ludzi, a o ideologię. To absurdalny wykręt, jak kiedyś słynny „skrót myślowy” abp. Michalika. Nie ma bowiem ideologii LGBT, jak nie istnieje też ideologia heteronormatywna.
W ramach sojuszu tronu z ołtarzem do chóru kościelnych obrońców Jędraszewskiego dołączyli prezydent, premier i sam prezes. W zamian kler zrobi kaczystom jesienną kampanię wyborczą, bo nic tak nie łączy jak wspólny wróg i państwowa kasa do przepuszczenia. A tej PiS kościołowi nie żałuje. Wszak trzeba jakoś opłacić agitację wyborczą z ambony.

Flaczki tygodnia

Energetycznie było na Konwencji Programowej „Lewicy”. Trzy dynamiczne, uzupełniające się przemówienia programowe trzech liderów. Reprezentujących trzy różne pokolenia polskiej lewicy i trzy lewicowe spojrzenia. Te trzy głosy dały kompleksowy, lewicowy program działania.

Teraz dość już popularnego niedawno na lewicy mazgajstwa. Dość roztrząsania ile „prawdziwej lewicy” będzie w koalicji „Lewica”. Dość biadolenia, że polska lewica nie ma programu. Konwencja dobitnie dowiodła, że program jest. Teraz trzeba go tylko przeczytać.

Przeczytać program koalicyjnej „Lewicy” będzie można też w najbliższych wydaniach „Trybuny”. Na spokojnie, analitycznie. Będzie publikowany w odcinkach. Jak „Zniewolona” w TVP SA.

Jeszcze w trakcie trwania warszawskiej Konwencji „Flaczki” usiadły przed telewizorami i obserwowały jakie media przekazują jej treści. I w jaki sposób. Narodowo- katolicka obecnie TVP długo nie zauważyła Konwencji Programowej „Lewicy”. Zajęta była kreowaniem „afery internetowych trolli” w Platformie Obywatelskiej.
Treści przemówień nadawała radiowa „Trójka”. Też nadawca publiczny, też skażony narodowo- katolickim odchyleniem. Ale jeszcze zachowująca rzetelność i działanie zgodne z obowiązującym prawem.

Na bieżąco, z lekkim poślizgiem, programowe przemówienia transmitował Polsat i TVN. Choć są telewizjami komercyjnymi to wykonywały obowiązki telewizji publicznej.
Na internetowych platformach informacyjnych najważniejszym wydarzeniem Konwencji Programowej „Lewicy” był niespodziewany tam alarm przeciwpożarowy. Wydarzenie rangi dwugłowego cielęcia.
Jak widać wiele pracy czeka emisariuszy lewicy aby jej program dotarł pod strzechy.

Wielokrotnie „Flaczki” słyszały w polskich mediach, i w tych komercyjnych o liberalnych sympatiach, i w tych narodowo- katolickich o sympatiach zamordystycznych, że „lewica polska nie ma programu”. I naiwnie ”Flaczki” myślały, że kiedy podczas Konwencji taki zaktualizowany program zaprezentowano, to teraz wszystkie media w naszym kraju, zwłaszcza te tak głodne lewicowego programu, niezwłocznie udostępnią go polskiej opinii publicznej.
Dzień już minął. Krajowe media nie śpieszą się z prezentacją programu „Lewicy”. A przecież wcześniej tak o niego nawoływały.

Warto przypomnieć, że w Polsce mamy dwa rodzaje mediów elektronicznych. Dwa rodzaje nadawców telewizyjnych i radiowych. Publiczną telewizję TVP S i publiczne Polskie Radio. Oraz nadawców komercyjnych. Telewizje Polsat i TVN. Plus liczne radia komercyjne.
Nadawcy komercyjni utrzymują się z nadawanych reklam i nie mają ustawowych informacyjnych obowiązków wobec obywateli naszego kraju. Mogą informować o tym co ich szefowie zadecydują.
Nadawcy publiczni, czyli TVP SA i Polskie Radio, utrzymują się z naszych podatków, czyli abonamentu radiowo- telewizyjnego i dotacji z budżetu państwa. Nadawcy publiczni zgodnie z ustawą o radiofonii i telewizji z roku 1993 mają obowiązek informowania obywateli naszego kraju o ważnych wydarzeniach politycznych, takich jak krajowa Konwencja Programowa „Lewicy”. Brak takiej informacji jest łamaniem obowiązującego w naszym państwie prawa.

Telewizja publiczna, sterowana przez pana prezesa Kaczyńskiego za pomocą pana prezesa Kurskiego, regularnie takie prawo łamie. Bo czuje się bezkarna. Bo wie, że podporządkowana panu ministrowi Zbigniewowi Ziobro prokuratura nawet zawiadomiona o złamaniu prawa przez pracowników TVP SA, postępowania w tej sprawie nie rozpocznie.

Również palcem nie kiwnie w tej sprawie Rada Mediów Narodowych kierowana przez pana posła Krzysztofa Czabańskiego i Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Obie te instytucji obsadzone są przez żołnierzy pana prezesa Kaczyńskiego. Polaków „lepszego sorta”, którym łamanie prawa jak widać należy się.

Przy okazji pan poseł Krzysztof Czabański, kiedyś prominentny dziennikarz i członek PZPR, potem aktywista „Solidarności”, teraz żołnierz „Podłej zmiany” wielokrotnie obiecywał, że on i wspomagająca go intelektualnie pani posłanka Lichocka zreformują nieefektywny system finansowania mediów publicznych. Na to konto przez cztery lata pobierali uposażenia i diet poselskie oraz diety za zasiadanie w Radzie Mediów Narodowych.

Cztery lata minęły i nic. Nie udźwignęli umysłowo tego problemu. Ale co się publicznych pieniędzy nachapali się to ich.

Bolące Jedynki

Lista wyborcza jest jak szczęka.

Nie wytrzymał przedwyborczego napięcia Michał Syska. Znany lewicowy publicysta i aktywista. Dyrektor wrocławskiego Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassale’a. Ostatnio współtwórca Partii Wiosna i doradca Roberta Biedronia.
Michał, którego znam od lat i cenię, pożalił się „Krytyce Politycznej” na swego lidera Robert Biedronia.
Michał Syska powiedział: „Dowiedziałem się z „Wyborczej”, że jedynką na listach lewicy we Wrocławiu ma być partner Roberta Biedronia, Krzysztof Śmiszek. Nie podoba mi się ten styl, nie podoba mi się, że o kluczowych decyzjach podejmowanych w partii, której jestem częścią, dowiaduję się z mediów.”
I dodał: „Od początku mojej współpracy z Robertem Biedroniem słyszałem zapewnienia z jego strony, że robimy ten projekt wspólnie i w tym projekcie ja będę otwierał listę we Wrocławiu.
Ponieważ tak się nie stało, Michał wycofał się z kandydowania. Szkoda.
Przypadek Michała obrazuje problem, o którym już pisałem w „Trybunie” i internecie. W Polsce, w czasie kampanii wyborczej bezmyślne media i leniwi komentatorzy polityczni wmawiają wyborcom, że jedynymi, najlepszymi i najważniejszymi kandydatami na listach wyborczych są ci umieszczeni na pierwszych miejscach. Tak zwane Jedynki. Bo oni są najlepszymi,. Lokalnymi liderami politycznymi.
W przypadku jednopartyjnej listy wyborczej taki system można jeszcze uznać za uzasadniony. P:przyjąć, że odzwierciedla on jakoś jakość kandydatów umieszczonych na listach. I tak mogło być w przeszłości.
Zauważcie jednak Szanowni Wyborcy, że w czasie październikowych wyborów będziemy mieli do czynienia z listami koalicyjnymi. Nie mono partyjnymi.
Będą listy PiS z wpisanymi tam kandydatami z prawicowych partii koalicyjnych. Tych od Ziobry i tych od Gowina. Dodatkowo jeszcze będzie grupa dawnych kukizowców.
Na liście Komitetu Obywatelskiego będziemy mieli liderów Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej, Inicjatywy Polskiej, Zielonych.
Na liście PSL liderów ludowców i resztek formacji Kukiz15.
Wreszcie na liście Komitetu Wyborczego Lewica będą krajowi i regionalni liderzy trzech dużych partii i liderzy kilkunastu innych lewicowych podmiotów.
Ponieważ mamy tylko 41 okręgów wyborczych to w każdej koalicji, powtarzam w każdej, nie starcza tych Jedynek na lokalnych listach dla wszystkich lokalnych liderów.
Taka sytuacja powoduje spory, konflikty wśród koalicyjnych liderów, zwłaszcza tych lokalnych. Budzi też wiele informacyjnego zamieszania wśród Wyborców. Pytania dlaczego lokalny lider mojej partii nie dostał Jedynki na lokalnej, koalicyjnej liście.
I wtedy trudno Wyborcom wytłumaczyć, że na przykład lider lokalnego SLD nie ma Jedynki na liście, bo w tym okręgu, wyniku porozumienia trzech partii, Jedynka przypadła partii Wiosna, albo partii Razem.
Podobnie Wyborcy Wiosny i Razem mogą poczuć się zlekceważeni widząc na Jedynce lokalnego lidera SLD, a nie swoich partii.
Ponieważ na lewicy wszyscy są równi to:

Apeluję do Roberta Biedronia, Włodzimierza Czarzastego i Adriana Zandberga:

Pokażcie, że inna polityka jest możliwa.
Kiedy będziecie prezentować listy wyborcze Lewicy, nie ograniczajcie się tylko do prezentowania Jedynek.
Zaprezentujcie przynajmniej trzy pierwsze miejsca na listach wyborczych.
Zaprezentujcie też kandydatów z mniejszych ugrupowań umieszczonych na dalszych miejscach.
A na deser zaprezentujcie kandydatów zajmujących ostatnie miejsca na listach.

Apeluję też do sztabów wyborczych Lewicy:

W czasie kampanii wyborczej promujcie wszystkich kandydatów, nie tylko Jedynki.

I na koniec apel do Wyborców:

Lista wyborcza jest jak szczęka. Przed głosowaniem obejrzyjcie ją dokładnie, bo tylko darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.
W każdej szczęce i na każdej liście wyborczej najbardziej widoczne są Jedynki. Ale na nich nie kończy się uzębienie i zestaw kandydatów. Są jeszcze kły, są siekacze.
Na końcu znajdziecie zęby mądrości.

PS. W odpowiedzi na liczne pytania chciałbym potwierdzić krążącą w mediach informację. Zamierzam kandydować do Sejmu RP z okręgu warszawskiego, z listy Lewicy. Poprosiłem o ostatnie miejsce na liście.

Miało być skromne państwo, jest jaśniepaństwo

„To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy” – mówi prof. Marek Migalski, politolog w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Niekiedy słowo “przepraszam” brzmi jak “s…” – skomentował pan ostro na Twitterze oświadczenie marszałka Kuchcińskiego. Rozumiem, że nie czuje się pan przeproszony.
MAREK MIGALSKI: Nie, chociaż i tak słowa nie były skierowane do mnie, ani do pani, one były wypowiedziane do wyborców PiS-u. Czy oni poczują się tak samo jak ja się poczułem, czyli raczej urażeni czy ośmieszeni, czy nie, dowiemy się wkrótce. Wiadomo, że cokolwiek marszałek by zrobił, to wyborcy PO czy Lewicy do siebie nie przekona, nawet gdyby popełnił seppuku przy stole konferencyjnym. Pytanie, ilu potencjalnych wyborców PiS-u te przeprosiny usatysfakcjonują, podobnie jak już obecnych wyborców tej partii.

Te przeprosiny pokazują, że marszałek nic nie zrozumiał i nie chce przyjąć do wiadomości, że jego zachowanie jest bulwersujące.
Jak rozumiem, Kuchciński zrobił to za pozwoleniem Jarosława Kaczyńskiego, zatem prezes też uznał, że koszty odwołania marszałka i zastąpienia go kimś innym byłyby wyższe, niż kilkanaście następnych dni, gdy sprawa będzie żyła w mediach. Moim zdaniem ta kalkulacja jest błędna, ale może prezes wie coś więcej o swoim elektoracie, niż ja. Rzeczywiście zakładać można, że ci wyborcy wybaczyli już tyle, że wybaczą i to, tyle tylko, że na 70 dni przed wyborami najlepszym sposobem na rozwiązanie problemu było pozbycie się marszałka i zastąpienie go kimś innym, równie wiernym, ale niewzbudzającym takich emocji.

Wielu komentatorów, nawet przychylnych PiS-owi uznało, że dzisiejsze zachowanie marszałka było bezczelne.
Liczba lotów, sposób i obraz marszałka wysyłającego w podróż swoją żonę – dobrze, że nie wysłał owcy albo kozy albo worka ziemniaków (bo skoro ten samolot i tak wraca, to dlaczego nie miałby przewieźć marszałkowi swojskich ziemniaków z rodzinnych stron do piwnicy w Warszawie) – jest druzgocący.
Zwłaszcza dla ekipy, która głosiła sanację obyczajów publicznych, która oskarżała o jedzenie ośmiorniczek i nadużywanie władzy.
To jest właśnie kwintesencja nadużywania władzy, miało być skromne państwo, a jest jaśniepaństwo, i to dla pewnej części wyborców PiS-u, jak i tej potencjalnej, może być nie do zaakceptowania. Dlatego moim zdaniem ta decyzja jest błędna z punktu widzenia partii.

Gdy ogłoszono, że o 13.00 będzie oświadczenie marszałka, spekulowano o jego dymisji, tym bardziej, że w tej sprawie kancelaria także w oficjalnych pismach nie mówiła prawdy. Co się więc stało?
Taką sytuację nazywa się rozwojową, bo z każdym niemalże dniem mieliśmy nowe kompromitujące marszałka informacje. Dziś także dowiedzieliśmy się, że wysłał w drogę powrotną swoją żonę. Jeszcze wczoraj nikt o tym nie wiedział. Za chwilę możemy się dowiedzieć, że wysyłał psa czy owcę, a proszę pamiętać, że mamy środek sezonu ogórkowego. To pokazuje, że ta sprawa może być istotniejsza, niż wszyscy myślą.
Moja koleżanka wracała wczoraj znad morza 12 godzin, bo korki, bramki itd. Jeżeli w takiej sytuacji w aucie przeczyta się informację, że pan marszałek lata co tydzień prawie prywatną taksówką – samolotem, a miał do dyspozycji codziennie kilka rejsowych lotów – i to ze swoją żoną, dziećmi i ze świtą, to mówiąc delikatnie, można się zirytować. Dlatego tym bardziej dziwię się PiS-owi, że tego nie rozumie.

Może to pycha krocząca przed upadkiem?
Byłby to klasyczny przykład przekonania o własnej “teflonowości”, która sprawdzała się przez 3 lata i 9 miesięcy, ale może się okazać, że nagle trzy miesiące przed wyborami ten słuch społeczny zawodzi, teflon zostaje starty i słychać skrobanie noża po patelni. Być może właśnie z czymś takim mamy dziś do czynienia. Prawdą jest, że do tej pory marszałkowi Kuchcińskiemu uchodziły na sucho gorsze rzeczy: przemoc wobec protestujących rodziców osób niepełnosprawnych, organizowanie alternatywnych obrad w Sali Kolumnowej, odbieranie głosu opozycji, katastrofalna dla ustroju państwowego praktyka nocnych głosowań, albo w porze popołudniowej, żeby naczelnik państwa mógł się wyspać.
To wszystko, okiem politologa, jest dużo bardziej druzgocące dla państwa, niż nadużycie władzy w postaci polatania niczym Himilsbach z Maklakiewiczem w słynnym filmie „Wniebowzięci”. Tylko jeżeli tamte rzeczy uchodziły na sucho, to może powstać w głowie decydentów takie poczucie, że wszystko im wolno.
Tymczasem może okazać się, że właśnie taka „pierdoła” może przełożyć się na emocje wyborców.
I o ile zmuszanie ludzi do głosowania w Sali Kolumnowej czy fałszerstw w trakcie tego głosowania, niedopuszczanie do niej opozycji, w jakimś sensie nie dotyka wyborców, to świadomość, że oni muszą się cisnąć w tanich liniach lotniczych, latając na zagraniczne delegacje, czy stoją w korkach na Mazury, nad morze czy w góry, w porównaniu z tym, co wyprawiał marszałek Kuchciński, może być czymś detonującym. To nie oznacza, że jest to game changer, czyli coś, co wywali dynamikę kampanii wyborczej, ale można powiedzieć, że dzisiaj opozycja ma dobry dzień i jeżeli ktoś napije się zimnego szampana, to raczej będą to gabinety opozycji, niż gabinet marszałka i pokój prezesa na Nowogrodzkiej.

Marszałek tłumaczył, że “ogromna aktywność legislacyjna Sejmu wymaga uczestnictwa obywateli w procesie tworzenia prawa”. Posłowie opozycji przekonują, że marszałek latał do domu, bo do innych okręgów tak często nie latał konsultować się z obywatelami. To dobra strategia?
Opozycja ma absolutną rację eksploatując ten wątek.
Dla wyborców miliardy wydane na budowę centralnego portu lotniczego nie działają tak dobrze, jak loty marszałka.
Wyborcy potrafią to zobaczyć, zrozumieć i się wkurzyć. Słowa marszałka, że latał, aby się konsultować z ludem, pokazują, że opinie o tym, iż marszałek Kuchciński ma poczucie humoru, są prawdziwe. Liderzy opozycji mają rację dociskając, bo poczuli krew. Te interpelacje, które składają, wizyty w poszczególnych instytucjach pokazują, że to może być kłopotliwe dla obozu władzy.

Paradoksem jest, że nieopublikowanie przez marszałka list poparcia do neo-KRS, mimo wyroku sądu, mniej szkodzi marszałkowi niż loty?
Zdecydowanie! To jak 1 do 100; gdyby przejść dziś po plaży we Władysławowie i zapytać się o to, czy ktoś słyszał o tym, że marszałek nie opublikował list z kandydatami do KRS i co o tym sądzi, to oburzyłby się tym jeden na stu. Gdyby zapytać o marszałka, który latał sobie do domu ze statusem HEAD, czyli z gotowością śmigłowców do wzniesienia się w każdym momencie, gdyby była zagrożona druga osoba w państwie, a on sobie latał tam i z powrotem, to myślę, że połowa plażowiczów powiedziałaby coś niecenzuralnego na ten temat o panu marszałku.

Losy marszałka są przesądzone, nawet jeśli doczeka do końca kadencji, potem Kaczyński go gdzieś na jakiś czas ukryje?
Ależ skąd, doczeka do końca kadencji, a potem będzie stał przy prezesie, tak jak stał przez ostatnie 30 lat. To jest jeden z najbardziej zaufanych i ulubionych przez prezesa polityków. Bądźmy pewni, że jeśli PiS wygra jesienią to będzie on na równie eksponowanym stanowisku.
Jeżeli PiS wygra wybory, to będzie to oznaczać, że loty marszałka nie zaszkodziły tej partii, zatem marszałek Kuchciński może nas dalej cieszyć swoją obecnością w życiu publicznym.

A możliwe jest, że tak bardzo zmienią się nastroje społeczne, że za tydzień wyjdzie prezes i Kuchcińskiego odwoła?
Raczej już nie. Oczywiście takie prawdopodobieństwo istnieje, ale jest niewielkie. Jeśli się rozwiązuje kryzys, to trzeba to zrobić od razu i to dzisiaj był ten moment. Jeśli dymisja nastąpiłaby za tydzień, to by oznaczało zwycięstwo opozycji. Nie dałoby się ukryć, że jest ona wymuszona przez opinię publiczną, media i opozycję. Tego Kaczyński nie znosi. Jeżeli podjęli decyzję, że „idą na twardo”, to żadne nowe rewelacje tego nie zmienią, chyba że wyjdą jakieś nowe sprawy poza kwestiami lotów.

To bardzo ryzykownie zagrał PiS…
To prawda, i każdy racjonalny doradca podpowiedziałby, żeby to dzisiaj zakończyć. Być może naprawdę jest tak, że Kaczyński wie coś o swoim elektoracie, czego my nie wiemy, skoro podjął taką decyzję.

Zdążył zrobić badania?
Nie sądzę, żeby to chodziło o badania, bo takowe niewiele by pokazały. Sądzę, że raczej coś czuje, to jakaś, mówiąc żartem, “tajemna metafizyczna więź” prezesa ze swoim elektoratem.

Przewrotność i obłuda

Prezes PiS w Dygowie.

W minioną sobotę w niewielkiej gminie wiejskiej Dygów pod Kołobrzegiem odbył się kolejny Piknik Rodzinny, którego głównym gościem był Jarosław Kaczyński. Zwrócił się on, co zrozumiałe ,o poparcie dla swojej formacji w nadchodzących wyborach parlamentarnych, a także – wychwalając obecnego prezydenta – apelował o reelekcję Andrzeja Dudy w przyszłym roku i to „najlepiej w I turze”. Dotychczas udało się to tylko Aleksandrowi Kwaśniewskiemu w 2000 r.
Ale najważniejsze nastąpiło później. Prezes mówił twardo o konieczności zmiany Konstytucji RP na „potrzebną”, tym samym dezawuując obecnie obowiązującą ustawę zasadniczą, przyjętą w ogólnokrajowym referendum w 1997r. Ta nowa ma jakoby gwarantować „prawdziwą demokrację”, „prawdziwą praworządność” i „prawdziwą równość”. Dla mnie – jako jednego z 56 członków Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego,która w latach 1993-1997 wypracowała projekt aktualnej konstytucji – te słowa to nie tylko kuriozum,ale i zupełne qui pro quo.
Rzecz w tym, iż ta obecna generalnie sprawdziła się, choć oczywiście nie jest idealna (np. nie mogło w niej być jeszcze odniesień do UE; dziś wydaje się również trochę przegadana: ma aż 243 artykuły). Co więcej, to PiS wielokrotnie ją naruszał (korzystając z posiadanej większości i w Sejmie i w Senacie), co potwierdzały też opinie organów Rady Europy oraz zastrzeżenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu. Szereg postępowań w tej materii trwa. Tylko w niektórych przypadkach udało się temu zapobiec, jak choćby z próbą skrócenia 6-letniej kadencji I Prezesa Sądu Najwyższego, gwarantowanej art. 183.
Użyłem w tytule dość wyważonych słów: „przewrotność” i „obłuda”. W Słowniku synonimów języka polskiego znajdziemy szereg innych, często ostrzejszych określeń na omawiane zjawisko polityczne, np.: „dwulicowość”, „faryzeuszostwo”, „kuglarstwo”, a nawet „perfidia”. Na szczęście niewielkie są szanse polskiej prawicy na zmianę obecnej konstytucji, co wymaga zwłaszcza większości 2/3 głosów w Sejmie. I to niezależnie od tego – jak barwnie rzecz ujął Michał Szułdrzyński – „czy Gulfstreamy staną się ośmiorniczkami PiS”.
Z tego punktu widzenia sytuacja z demokracją nad Wisłą jest lepsza niż np. na Węgrzech, gdzie premier Orbán dysponuje taką większością konstytucyjną.
Ponad 350 lat temu wybitny francuski myśliciel, książę François de La Rochefoucauld napisał, iż „obłuda jest hołdem, jaki WYSTĘPEK oddaje CNOCIE”. Ale to chyba nie jest polski
przypadek.

Głos lewicy

Będę dalej pracował

– Mam zamiar kontynuować kampanię, oddać się w ręce wyborców. Moja choroba nie przeszkadza mi w niczym ani teraz, ani w najbliższej przyszłości. Jest to taki rodzaj, który ma wysoką uleczalność. Głęboko wierzę, jestem optymistą, że wygram – mówił o swojej chorobie nowotworowej były premier i kandydat na europosła Włodzimierz Cimoszewicz w programie „Polityka na ostro”.
– Te choroby są wśród nas, to nie są anonimowe zdarzenia. Mam trochę szczęścia, po dawnej operacji serca muszę się poddawać okresowym badaniom. To przy okazji takich okresowych badań wyszło na jaw. Jest w niezaawansowanym stadium – mówił o chorobie, dodając, że to „taki bardziej męski” nowotwór.
– Nie należy się poddawać, dzisiejsza medycyna robi duże postępy, daje nam szansę – mówił były premier.
– Jeżeli to nie jest zaawansowana choroba, to nie powinna dyskryminować – odpowiadał, pytany o pracę w czasie choroby.
Źródło: sld.org.pl

Nie ma za co

Jakiś człowiek w sklepie podziękował mi za to „to wszystko co robię dla Polaków”. Spieszę donieść, że cudzoziemcom także pomagamy – oświadczył na Facebooku Piotr Ikonowicz.

Szlachetne zdrowie

Jest coś perwersyjnego, a jednocześnie niesłychanie krępującego w wyznaniach medialnych polityków, którzy przyznają się dziennikarzom i wyborcom, że posiedli wiedzę na temat własnej śmiertelnej choroby – jednocześnie jednak nie rezygnują oni z kampanii wyborczej i zapowiadają niezmiennie start w eurowyborach.
Tutaj zdrowym rozsądkiem wykazali się jednak wielcy bracia zza wielkiej wody – Amerykanie, którzy restrykcyjnie pilnują wyników badań swoich wybrańców narodu i domagają się ich aktualizacji.
Niedawno Janina Ochojska poczyniła wyznanie, że choruje na raka piersi. Również Włodzimierz Cimoszewicz zdradził, że podczas majowego weekendu dowiedział się, że choruje na nowotwór. Jarosław Kaczyński nie kryje, że zwleka z operacją wszczepienia endoprotezy kolana od stycznia, bo „zawsze jest coś ważniejszego do zrobienia”,
Nie jest moją intencją pouczać polityków czy wciskać się z butami w czyjeś prywatne życie. Ale zupełnie szczerze – nie podobało mi się wywieranie presji na Jurka Owsiaka, by cofnął swoją decyzję i dalej szefował WOŚP-owi, kiedy zupełnie nie miał na to ochoty. Wywarto na nim pewien rodzaj presji i przekonano, że nikt nie będzie w stanie go zastąpić.
Uważam, że podobną presję wywiera się na polityków, bądź też sami wywierają ją na siebie i swoich bliskich. Uważam, że człowiek, który walczy o swoje życie i zdrowie nie będzie w stanie na sto procent skupić się na sprawach dobra kraju, nie będzie też w stanie na sto procent skupić się na leczeniu i rehabilitacji.
Taki polityk, choćby i wybitny, choćby stanowił prawdziwą podporę swojej formacji, nie powinien być zmuszony zaniedbywać bądź poświęcać swoich prywatnych, rodzinnych czy zdrowotnych spraw.
Niezależnie od tego, na kogo będziemy w tych wyborach głosować – uważam, że politykom, którzy zmagają się z chorobami, potrzebne jest wsparcie zarówno elektoratu, jak i struktur, ale połączone z obowiązkowym zwolnieniem. Po prostu – dlatego, że wszyscy jesteśmy ludźmi. First things first.

Flaczki tygodnia

„Wypłacić wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ”. Tak brzmi siódmy z 21 Postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z 17 sierpnia 1981 roku. Tablice z 21 Postulatami uważane są za Dekalog NSZZ „Solidarności”. Fundament założycielski wszystkich partii odwołujących się do etosu, powstałego po sierpniowych strajkach 1980 roku, związku zawodowego NSZZ „Solidarność”.

I dlatego kiedy dzisiaj pan prezes Kaczyński, pan premier Morawiecki i inni prominenci PiS z mściwą satysfakcją ogłaszają, że rząd pana prezesa Kaczyńskiego nie zapłaci nauczycielom za strajk, to wszyscy oni stają tam, gdzie w sierpniu 1980 roku stało ZOMO.

„Flaczki Tygodnia” szarmancko witają pana prezesa Kaczyńskiego w szeregach neo-ZOMO. Tylko nie wiedzą, co na to stare ZOMO. Czy ono zechce stać przy takich antypolskich, antypracowniczych i antyzwiązkowych kreaturach?

Pan Piotr Zaremba to kwiat prawicowej, pro-PiSowskiej publicystyki. Został Miss Dziennikarskiej Wazeliny, za wyjątkowo lizusowską laudację wygłoszoną dwa lata temu w imieniu prawicowego, prorządowego tygodnika „Sieci” na cześć pana prezesa Kaczyńskiego z okazji wręczania mu nagrody „Człowiek Wolności”.

Z drugiej strony pan redaktor Piotr Zaremba to też utalentowany dziennikarz. W „Dzienniku Gazeta Prawna” opublikował w zeszły piątek artykuł pod jednoznacznie brzmiącym tytułem „Protest nauczycieli to porażka rządu”.

Zaczął po bożemu „Gdybym dziś był nauczycielem, tak jak byłem nim w latach 1987-1991, pewnie bym nie strajkował./…/ Ale rozumiem także emocje tysięcy nauczycieli, którzy uznali, że nie mają innej możliwości, jak użyć broni atomowej. /…/ Twierdzę jednak, że jedyną stroną tego konfliktu, która powinna się wstydzić, jest polski rząd i kierownictwo PiS. Niezależnie od doraźnej sprawności w próbie ogrania przeciwnika. Ta sprawność wyjdzie nam wszystkim bokiem. Możliwe, że w dłuższej perspektywie zaszkodzi również prawicy, nawet jeśli doraźnie przekuje ona swoje kłopoty w sukces i wygra dwie kampanie. Bo jej perspektywą jest, zdaje się, tylko gra wyborcza”.

Taka doraźna polityka pana prezesa Kaczyńskiego długofalowo zaszkodzi nie tylko polskiej prawicy. Także polskiej edukacji, rozwojowi polskiego społeczeństwa. Pisze o tym pan redaktor Zaremba. Posobnie pisał o tym w „Trybunie” redaktor Piotr Gadzinowski.

Na koniec swego odważnego artykułu pan redaktor Zaremba pisze, że choć ten rząd zapewne nie ustąpi i zmusi nauczycieli do powrotu do pracy szczując na nich swe media i wyborców PiS, to tak przymuszeni nauczyciele „nie staną się przyjaciółmi tego rządu, formacji ani sposobu myślenia. Fryderyk Wielki opowiadał w XVIII w., że to pruski nauczyciel wygrywał mu wojny. Otóż bądźcie pewni, panie i panowie z prawicy, że polski nauczyciel w rok, dwa nie wygra niczego, ale będzie pracował, abyście nie wygrali już żadnej bitwy. Z czego przy swoich poglądach bynajmniej się nie cieszę. Możecie się upajać antyinteligenckim przekazem: nie dajemy nauczycielom, dajemy rolnikom na bydło. Wiem, że z innych pieniędzy, ale symbolika tego zderzenia była porażająca. Tak się nie buduje trwałych państwowych i obywatelskich wartości”.

Pan redaktor Naczelny „Gazety Polskiej” Tomasz Sakiewicz, zwany przez prawicowych dziennikarzy „Sakwą”, z powodu talentu w załatwiania sobie pieniędzy, opublikował w swej gazecie manifest zatytułowany „Kwestia honoru”. Pisze on: „Drugą obietnicą w sprawie Smoleńska było wyjaśnienie przyczyn tragedii. Rok temu komisja państwowa kierowana przez Antoniego Macierewicza opublikowała raport techniczny./…/ Jednak sprawa zakończona nie jest. Nie ma raportu końcowego, a szansa na ukaranie winnych jest niewielka. Ostatnia rzecz, jakiej bym chciał, to to, by obóz władzy poróżnił się z powodu tragedii smoleńskiej. Ale odpuścić sprawy nie można. Ta rzecz ma charakter zasadniczy. Amerykanie do dzisiaj każdego 11 września czczą ofiary World Trade Center. Winnych tragedii po prostu zlikwidowali. Trwało to całe lata. Polska też potrzebuje czasu, by sprawiedliwości stało się zadość. Podejrzewam, że główny odpowiedzialny czuje się bezkarnie. Ale i na niego przyjdzie czas.”

Kim jest ten „główny odpowiedzialny”, pan redaktor Sakiewicz nie dopisał. Ale znając dorobek pana Macierewicza można wytypować dwie osoby. Przewodniczącego Donalda Tuska i prezydenta Włodzimierza Putina.

Przewodniczący Tusk już może się bać. Zwłaszcza po faszystowsko brzmiącym przemówieniu pana senatora PiS Grzegorza Biereckiego wzywającego, podczas uroczystości upamiętniającej katastrofę smoleńską, do oczyszczenia polskiej wspólnoty narodowej z niegodnych jej ludzi. Książki palą już w Polsce ludzie godni „polskiej wspólnoty narodowej”. Czemu nie mogliby sięgnąć po nowy materiał na rozpałkę?

Czy prezydent Putin może się bać długich, mściwych rąk pana redaktora Sakiewicza? Czy poci się ze strachu na dźwięk „Sakwa idzie!”?

Na razie pan premier Morawiecki nie wpuścił rosyjskiego okrętu żaglowego „Siedow” na wody terytorialne naszego kraju. Bo na jego pokładzie znajduje się 70 kursantów z Kerczeńskiego Państwowego Morskiego Uniwersytetu Technologicznego z okupowanego Krymu. Zapewne nie wszyscy kursanci z Kercza mieszkają na Krymie. Na „Siedowie” jest ponad 300 kursantów z różnych uczelni. Czy pan premier będzie konsekwentny i zakaże też wpuszczania do polskiej przestrzeni powietrznej każdego samolotu z mieszkańcem Krymu na pokładzie? Każdego pociągu, autobusu, samochodu, balonu?

Tymczasem mieszkańcy Powidza, gdzie powstaje magazyn uzbrojenia NATO, skarżą się, że Amerykanie zachowują się jak szarańcza. Wojskowi wycięli wielkie połacie lasu, także z Natura 2000, ciężkie transporty blokują i rozjeżdżają lokalne drogi, podatków nie płacą, a kanalizacja ledwo wytrzymuje napór nowych ścieków. I powódź amerykańskiego gówna wylewa się na Powidz.
Wcześniej mieszkańcy Powidza liczyli na korzyści z bazy. Na razie zarobiły pensjonaty, goszcząc polskie ekipy budowlane. Może zarobią panienki, jeśli sojusznicy będą im płacić, a nie tylko je gwałcić. Ale to cena wzmocnienia polskiego bezpieczeństwa zagrożonego ponoć Rosją i wypełnienia sojuszniczych zobowiązań wobec USA.

No i mamy kolejnego wroga. To waluta euro, która też chce się podstępnie wedrzeć do Polski. Jak sieroty syryjskie, geje i lesbijki, europejscy sędziowie. Dlatego pan prezes Kaczyński nie pozwoli aby polscy nauczyciele zarabiali w euro.

Za to nikt z PiS nie zabrania polskim nauczycielom, aby mieli przynajmniej trójkę dzieci, sześć krów i tuzin świniaków. Tylko tak przegonimy Włochy, Hiszpanię, i kiedyś też Niemcy.