Opozycja w USA? Nie stwierdzam

Nader chętnie i spontanicznie odczuwam empatię do tzw. narodu amerykańskiego. Ma ów bowiem przesrane jak my w Polsce, tylko wielokrotnie bardziej. Ze względu na to, że nie nigdy nie udało się tam powołać jankeskiej republiki ludowej, porządek cywilizacyjny obniżony jest w stosunku do tego, który znamy o kilka diapazonów. Brak jest na ten przykład systemu powszechnej opieki zdrowotnej, a publiczna edukacja występuje li tylko w niektórych stanach i to w szczątkowej formie. Dodatkowo szefem państwa jest ekscentryczny prawicowy szur, przy którym nasz Prezes di tutti capi jawi się niczym lekko sfrustrowane i neurotyczne, acz niegroźne książątko. Niemniej, obaj symbolizują wcale mroczną dekadencję nowoczesnej – jakkolwiek jednak przydatnej – państwowości jaką znamy i o jakiej nas nauczano.

Administracje prawicowych autorytarnych dziadów o mikroskopijnych kompetencjach politycznych mają jednak w sobie też coś z politycznej metafizyki.
Ich mandaty upływają na ogół w pasmach zarządczych i liderskich porażek przetykanych jednakowoż barokowo-bombastyczną propagandą, w którą sami niekiedy zdają się wierzyć, i nerwowymi ukłonami w stronę faktycznych dzierżawców władzy; w naszym wypadku w stronę Waszyngtonu, w wypadku Waszyngtonu, w stronę tamtejszych oligarchów. Klimat gęstnieje od tego okrutnie, estetyka, etyka i polityka zastąpione zostają brunatną pulpą, która napędza w społeczeństwie agresję i wrogość, a – co socjologicznie doprawdy ciekawe – w opozycji uwiąd.
Z Polski znamy to lepiej niż byśmy chcieli, z USA – mniej. Od kiedy Trump w 2016 roku zdetronizował Putina jako najbardziej bezmyślnie demonizowana przez światowe media persona, każdy, kto splunie na obecnego lokatora Białego Domu, uznawany jest natychmiast za wielką nadzieję białych i czciciela dobra. Zbliżające się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych mogłyby, w obecnych okolicznościach, być okazją do wielkiego politycznego skoku dla Amerykanek i Amerykanów, jednak architektura tamtejszego reżimu nie daje im szans. Ubiegłotygodniowa konwencja wyborcza Partii Demokratycznej dowodzi tego ponad wszelką wątpliwość; była tyleż komiczna, co obraźliwa dla suwerena.
Przeprowadzana częściowo online okazała się benefisem politycznej reprezentacji oligarchii i jej urzędowego optymizmu z jednej strony oraz jawnego zakłamania o niespotykanej skali. Stała się też demonstracją ostatecznych granic cywilizacyjnych amerykańskiego systemu, który reprodukuje się w coraz bardziej dokuczliwej wersji. Demokraci mogliby wziąć hurtem całą władzę, na każdym szczeblu gdyby mieli choćby minimum czelności i odwagi, i zapowiedzieli objęcie wszystkich mieszkańców powszechnym ubezpieczeniem zdrowotnym. Gdyby zaś dorzucili do tego jeszcze wykup długów studenckich i likwidację czesnego oraz przedłużenie moratorium na eksmisje, zagwarantowaliby sobie władzę na jakiejś 10 następnych kadencji. Niedoczekanie.
Zamiast tego mamy naloty dywanowe na opinię publiczną z najtańszego agit-propu.
Na przykład burmistrz Nowego Jorku Andrew Cuomo powiedział, że wszystko będzie dobrze, dlatego, że “jesteśmy Ameryką, wygrywamy wojny i jesteśmy najlepszym państwem na kuli ziemskiej”. Jasne – ostatnio widać spektakularną “wygraną” w “wojnie” z SARS-CoV-2. Przedtem była Syria, Irak i Afganistan, a jeszcze wcześniej Wietnam. Nie należy także zapominać o dwóch tyleż słynnych, co szczególnych wojnach – tej z terroryzmem i z narkotykami.
Największym smutkiem napawała bodaj przemowa zdradzieckiego amerykańskiego socjaldemokraty Bernarda Sandersa, który obiecał (nie na swój rachunek, więc co mu tam), że “Joe odbuduje naszą zdewastowaną infrastrukturę”, jak również, że “podejmie walkę z zagrożeniami klimatycznymi poprzez przejście na w pełni ekologiczną energię w ciągu 15 lat”. Dziadkowi Berniemu udzieliła się chyba demencja “śpiącego Joe”, kandydata, którego tak żarliwie nagle poparł, bo wszak ów był za Obamy wiceprezydentem przez osiem lat i zrobił dokładnie zero, jeśli chodzi o inwestycje publiczne. Sam Obama zaś nie raz i nie dwa publicznie ekscytował się błyskawicznie rozrastającą się za jego kadencji siatką ropociągów.
Sanders zapewniał także, że “Joe ma plan rozszerzenia dostępu do opieki zdrowotnej i obniżenia cen leków receptowych”. Być może wie coś czego nikt inny nie wie, bo nic podobnego Biden nie zapowiadał, wręcz przeciwnie. A jeśli takowy rzeczywiście powstał, to z pewnością w zgodzie i w porozumieniu z mafiami farmaceutyczną i ubezpieczeniową, co w żaden sposób nie naruszy patologicznych fundamentów amerykańskiego systemu “opieki” zdrowotnej – korporacyjnej studni bez dna, która połykając rokrocznie kilkanaście procent federalnego PKB z budżetu i kasując obywatelki i obywateli na gigantyczne kwoty z tytułu “ubezpieczeń”, jest najmniej dostępna i wydajna na świecie (tudzież, spośród krajów rozwiniętych).
Najbardziej żenującą częścią wystąpienia Sandersa było przyrzeczenie wyborcom jakoby “śpiący Joe” miał skończyć z patologią w systemie sądownictwa i więziennictwa. Jasne! Zapomniał tylko dodać, naprawdę szkoda, że to właśnie Biden jest jednym z jej architektów. Staremu Sandersowi coś może styki pamięciowe słabną, więc przypomnijmy, przy okazji i polskim zawodowym obrońcom demokracji i praworządności, że to właśnie on jest autorem słynnego Crime Bill z 1994 roku (za Clintona), który wzmógł masową inkarcerację do stopnia czyniącego z USA największą kolonię karną na świecie.
Potem Michelle Obama powiedziała, że ostatnio dużo myśli o empatii o tym jak jest potrzebna. I to by było na tyle, jak mawiał ongiś pewien satyryk.


Znany amerykański lewicowy dziennikarz Greg Palast twierdzi, że Donald Trump wygra listopadowe wybory; argumentuje to działaniami jego urzędników masowo odbierającym – pod idiotycznymi pretekstami i za pomocą praw sfalandyzowanych do entej potęgi – prawo głosu. Wydał na ten temat nawet wyjątkowo ciekawą książkę obrazującą zupełny, nie tyle upadek, co wręcz niebyt zjawiska powszechnie znanego jako “amerykańska demokracja”.
Niemniej, Jak wynika z powyżej załączonego obrazka, nawet bez tych manipulacji elekcyjnych, Trump może przegrać jedynie sam ze sobą.

Oni tam chyba muszą już trząść portkami

W II turze, kiedy jest „jeden na jeden”, bardziej należy się skupić na negatywnym opisie kontrkandydata (a ten jest wyjątkowo „przyjazny” dla takich zabiegów), niż proponowaniu zawiłych programów „pozytywnych”. Ten zwrot w kierunku lewicy mógłby pokazywać, co PiS i kandydat Duda z lewicowym stylem życia i ideałami wyprawia – mówi Justynie Koć (wiadomo.co) prof. Radosław Markowski, politolog, ekspert w zakresie porównawczych nauk politycznych i analizy zachowań wyborczych, dyrektor Centrum Studiów nad Demokracją Uniwersytetu SWPS. I dodaje: – Historia polskiej dyplomacji będzie musiała gumkować swoje pisowskie dokonania, gdy już niebawem wielce prawdopodobny następny prezydent USA Joe Biden będzie budował „post Trump” w Polsce. Śmieszne? Nie, tragiczne.

Kończy się pierwszy z dwóch tygodni kampanii przed II turą, prawie codziennie pojawiają się nowe sondaże, przewidywania. Spróbujmy to uporządkować. Co tak naprawdę wiem?
Niestety na podstawie naszych ośrodków badania opinii publicznej nie można za bardzo przewidywać, co się stanie. Oczywiście niektóre robią to lepiej, inne bardzo źle. Największy znowu pomylił się o 1/3 (o 10 punktów procentowych) w szacowaniu poparcia dla jednego z dwóch głównych kandydatów, i to na dwa dni przed I turą. Pewne jest to, że mamy niejako nowe otwarcie. Nie sadzę też, aby prawdą była niechęć elektoratu Hołowni do Trzaskowskiego. Oczywiście część z tych, którzy głosowali na Hołownię, jest niechętna partyjności i rządom PO z przeszłości, ale trudno sobie wyobrazić, aby chcieli zagłosować na Dudę.
Sytuacja jest pokrótce taka, że Trzaskowski ma to, co miał w I turze, plus dużą część sympatyków Hołowni, a to jest prawie tyle samo, co ma Duda. Rozmawiamy w czwartek, więc jeszcze sporo w tym tygodniu może się wydarzyć. Wiadomo, co zrobi Andrzej Duda, będzie jeździł po Polsce i krzyczał na nas, że jesteśmy prostakami czy – jak trzy dni temu – dziadami itd.
Przyszła pora, aby ludzie zauważyli w końcu, że ten człowiek mówi w pierwszej osobie – ja dałem, zrobiłem, tu, gdzie ja jestem, jest Polska. Warto powiedzieć panu Dudzie, że to jest z budżetu państwa, na który wszyscy pracujemy (i można to mówić naszym seniorom przy niedzielnym obiedzie, by zrozumieli, że siedząc przy stole właśnie patrzą na tych, którzy rzeczywiście zapewniają im względnie komfortowe życie, a nie uzurpatorzy – Kaczyński czy Duda). Zresztą nie ma już od dawna żadnego 500 plus, tylko uwzględniając aktualne ceny prądu, jaj, masła, usług, to jest to ok. 320 zł. Zabieg, który PiS zrobił na umysłach tych, którzy nie potrafią liczyć, jest taki, że nie zainwestował w żłobki, służbę zdrowia i usługi publiczne, to ludzie sami muszą kupować te usługi w strefie prywatnej i nie zdają sobie z tego sprawy.
Nie przewiduję, żeby kampania samego Dudy oprócz tego, że nadal będzie obrażał ludzi o odmiennych poglądach, orientacji seksualnej, zmieniła się. To słuszna strategia, przy ponad 40 proc., gdzie do wygranej brakuje ok. 6 proc., zwłaszcza gdy nie ma się nic ciekawego do powiedzenia. Rafał Trzaskowski przeciwnie, musi dużo mówić i proponować, bo goni wynik.
Co powinien mówić? Wielu twierdzi, że kluczowa jest „opowieść o Polsce”.
Według mnie nie powinien wiecować jak Duda. Rozumiem, że wiecowanie i kontakt z ludźmi jest istotny, ale odnoszę wrażenie, że Trzaskowskiemu, który jest dobrze wykształcony, obyty w świecie i mówi wieloma językami, to nie przystoi. Powinien zejść na spokojny, sugestywny, racjonalny ton mówienia. Po drugie, chyba najważniejsze – cała światowa psychologia polityczna pokazuje, że ludzie mobilizują się najbardziej, kiedy mają dość, ale nie tyle czegoś konkretnego, tylko wtedy, gdy mają uogólnione poczucie, że rządzący robią z nich „głupa”, że kpią z ich zdolności do racjonalnego myślenia. Nabierają przekonania, że drwią z ich poglądów i oceny sytuacji. Trzaskowski powinien przypomnieć „palec Lichockiej” i dziesiątki innych afer. Już zapomnieliśmy o hejterach z ministerstwa, zniknął Banaś, dwie wieże… Jest wiele spraw, które wskazują na to, że ci ludzie kpią sobie z ciężko pracujących Polaków, a stawiają na tych, co wstrzelili się w ich chęć klientelistycznego przekupstwa. Pan Boniek, który był zadziornym piłkarzem, wycofał się ze swojego ostatniego zdania, a szkoda, bo miał dużo racji.
Przypomnijmy, Boniek napisał na jednym z portali społecznościowych: „Prezydent Polski dzisiaj może być wybrany głosami ludzi ze środowiska wiejskiego, głosami emerytów i ludzi z podstawowym wykształceniem. To chyba trochę dziwne w tak pięknym i rozwijającym się kraju jak nasza Polska”.
I to prawda, bo gdy spojrzeć na Polskę, to widać wyraźne wyspy, gdzie głosuje się na PiS, a gdzie na alternatywy PiS, głównie PO. To w owych wyspach nie-PiS-u tworzone jest gros polskiego PKB. Gdy spojrzeć na charakterystykę społeczno-demograficzną, to dokładny opis, a nie ocena mówi nam, że Polska ciężko pracująca i wkładająca gigantyczne pieniądze do budżetu w formie podatków utrzymuje tych, którzy głosują na PiS. Polska zaradna i przedsiębiorcza utrzymuje tych, którzy sobie nie radzą albo zasadnie oczekują otrzymywać swoje emerytury. By była jasność, wszędzie tak jest, ale nie w takim zakresie.
I najważniejsze: tam, gdzie tak jest, ci, co niewiele przyczyniają się do zasobności własnego kraju, żyją skromnie, ale godnie i mają poczucie wdzięczności dla tych, którzy im to zapewniają. U nas odwrotnie – PiS kształci do nienawiści owe klasy transferowe wobec ciężko pracujących, odpowiedzialnych i zaradnych obywateli. I to jest problem.
Mamy w tej chwili bardzo wyraźny podział polityczny na klasy transferowe, czyli te, które żyją z transferów z budżetu, i te, które ciężkim wysiłkiem, od rana do wieczora, produkują produkt narodowy tego kraju. A to na dodatek nakłada się na wielki podział młodzi-starzy. Młodzi powinni odbyć serdeczną familijną,  pełną wzajemnego zrozumienia rozmowę ze swoimi dziadkami i babciami i zachęcić ich, by przemyśleli wspieranie opcji politycznej, która niweluje szanse rozwojowe naszego kraju, a zarazem ich szanse życiowe w tym kraju.
Młodzi zaczynają rozumieć, że polityka, którą prowadzi ten rząd, prowadzi do sabotażu przyszłości naszego kraju. Przy takiej polityce za 10 lat nie będzie publicznej służby zdrowia, przedszkoli czy uniwersytetów, bo nikt nie będzie chciał tu pozostać czy studiować. Proszę zobaczyć, co się dzieje, bo powołana zgodnie z ustawą komisja złożona z naukowych autorytetów rozpoznawalnych na świecie nie dała tytułu profesorskiego jednemu z doradców prezydenta. Pod listem protestującym, a w obronie kandydata na tytularnego profesora podpisały się (poza dwoma nazwiskami) osoby z polskimi tytułami profesorskimi, których światowa rozpoznawalność można sprawdzić w Scopusie, Scholarze czy Webie. Zachęcam, proszę to obejrzeć. Także samego doktora habilitowanego. Jeśli chcemy wyciągnąć polskie uniwersytety z peryferyjnej zapaści (dwa najlepsze lokowane są w czwartej i piątej setce światowych), nie można w tej chwili dopuszczać, by ktokolwiek dostawał awanse w nauce, jeśli nie jest w stanie wykazać się choćby rudymentarną obecnością w obiegu światowym.
Dla tytularnych profesorów oznacza to co najmniej dwie, trzy książki w uznawanych wydawnictwach i co najmniej kilkanaście artykułów w wysokorangowanych czasopismach naukowych. Kropka. A tu protestują: historyk, który nie ma pojęcia, co to jest socjologia, kilku habilitowanych doktorów, którzy w ogóle nie mają prawa oceniać, czy ktoś ma być tytularnym profesorem, czy nie. I żeby było już całkiem śmiesznie, to panowie Wyszkowski i Wildstein. Przypomina to parodię. Ale cóż, wracamy do zasad minionego ustroju, gdzie lojalność wobec partii, a nie merytokratyczne wartości stanowić będą o awansach w nauce.
Ponad 10 mln do wyborów nie poszło. Co wiemy o tej grupie, jak ją przekonać, aby do wyborów poszła i czy to w ogóle możliwe?
Od lat badamy tę grupę. Problem polega na tym, że po pierwsze jesteśmy teraz między I a II turą, a po drugie te wybory nie odbywają się w normalnym cyklu wyborczym, ale są bardzo silnie uwarunkowane „historycznie”. Podsumowując, ci, którzy nie chodzili do wyborów do 2019 roku, to wcale nie muszą być ci sami, co teraz nie pójdą, chociaż bardzo bym się zdziwił, gdyby zaistniała jakaś zasadnicza różnica. Na pewno po tych wyborach jednym z naszych zadań będzie dobrze opisać tę grupę. Wiadomo też, że to nie jest ciągle ta sama grupa. Jedni idą zagłosować w wyborach, inni nie, i ta grupa cały czas fluktuuje. Proszę pamiętać, że u nas frekwencja w wyborach oscyluje przy 50 proc., czasami przy prezydenckich skacze do 60 proc., ale tych, co nie chodzą, stale jest około 15 proc. Rzeczywiście co najmniej 11 mln nie poszło w I turze do wyborów. Można przypuszczać, że prawdopodobnie są oni słabiej wykształceni, trochę bardziej niechętni polityce i sprawom publicznym. Natomiast w tych wyborach zmobilizowała się bardziej młodzież, ale nie do stopnia średniej mobilizacji innych grup wiekowych. To też ludzie, którzy nie widzą związku między polityką a własnym portfelem, choć paradoksalnie PiS pokazał im ostatnio ten związek bardzo dobitnie.
Czy Rafał Trzaskowski powinien próbować trafić do tej grupy?
Tak, głównie w tej zdemobilizowanej grupie, dlatego że tam są ci, którzy tym razem nie poszli, a w przeszłości z jakiegoś powodu chodzili, trzeba zrozumieć, dlaczego kiedyś chodzili, a teraz nie. Na pewno nie ma czego szukać w konserwatywnej części społeczeństwa, bo ta została zmobilizowana. Natomiast można mieć obawy, czy należycie zostanie przez jego sztab odczytany wynik Biedronia. Krótko, co prawda on sam (i z własnej winy) dostał tylko 2 proc. głosów, ale musi Trzaskowski pamiętać, że jesienią 2019 zmobilizowanych ludzi Lewicy było kilkanaście procent, a w ogóle jest ich w Polsce około 30-35 proc. Oni są dziś wyjątkowo zniechęceni do polityki, bo nie odnajdują w ofercie swoich preferencji. Gdybym był na jego miejscu, starałbym się eksponować takie osoby jak Barbara Nowacka, które nie są partyjniakami SLD, a jednocześnie mają duszę i język lewicowy, sensowny, zatroskany o cywilizowaną redystrybucję i jednocześnie pokazujący, że sprawy socjokulturowe – prawa kobiet, odmiennych orientacji itd. – są nadal w Polsce w stanie urągającym statusowi kraju UE XXI wieku.
Takich ludzi jest wielu. 2 proc. Biedronia jest niezwykle mylące.
Czyli Trzaskowski powinien postawić bardziej na ideowy przekaz, a nie skupiać się na regionach czy grupach demograficznych?
Zdecydowanie tak. W II turze, kiedy jest „jeden na jeden”, bardziej należy się skupić na negatywnym opisie kontrkandydata (a ten jest wyjątkowo „przyjazny” dla takich zabiegów), niż proponowaniu zawiłych programów „pozytywnych”. Ten zwrot w kierunku lewicy mógłby pokazywać, co PiS i kandydat Duda z lewicowym stylem życia i ideałami wyprawia.
Oczywiście jak ma jakiś dobry pomysł odnośnie transportu publicznego czy praw kobiet, to niech o tym mówi, ale w II turze, przede wszystkim, trzeba mieć pomysł na trafną krytykę przeciwnika. Dużo skuteczniejsze jest pokazywanie minionego 5-lecia jako katastrofy w polityce zagranicznej. Doprowadzenie do stanu, w którym zraziliśmy do siebie bliskich europejskich przyjaciół i postanowiliśmy zostać bantustanem wielkiego mocarstwa, i to za prezydentury człowieka posługującego się na co dzień kłamstwem i manipulacją (chyba że ma moment prawdomówności i zapewnia, że kocha Polaków, bo bezrefleksyjnie i po każdej cenie kupują amerykańskie produkty). Historia polskiej dyplomacji będzie musiała gumkować swoje pisowskie dokonania, gdy już niebawem wielce prawdopodobny następny prezydent USA Joe Biden będzie budował „post Trump” w Polsce. Śmieszne? Nie, tragiczne.
Od wielu lat zajmuje się demokracją deliberatywną, która jest dobrze rozwinięta w wielu krajach, np. w Wielkiej Brytanii czy Dani, gdzie są tzw. konsensusowe konferencje czy technologiczne panele. Polega to na tym, że obywatele dyskutują, zazwyczaj w środowisku lokalnym, o różnych ważnych kwestiach do rozwiązania. Nie należy tego mylić z budżetem partycypacyjnym. Moim zdaniem w takiej konfiguracji konstytucyjnej, jaką mamy w Polsce, urząd prezydenta i Pałac powinny być ośrodkiem promowania demokracji deliberatywnej w Polsce. Nie wchodząc w szczegóły i zawiłości uważam, że nowy prezydent, bo na starego w tej kwestii nie ma co liczyć, powinien otworzyć Pałac Prezydencki dla obywatela, stworzyć jakąś Radę Obywatelską przy prezydencie, gdzie rotacyjnie obywatele raz na 3 miesiące mogliby rozmawiać z prezydentem i jego otoczeniem.
Czy ten zaostrzony język Andrzeja Dudy, straszenie LGBT, rządami PO, opowiadanie, że „warszawka” dorobiła się na mniejszych miejscowościach, mówienie o „warszawskim salonie” to mobilizowanie elektoratu Konfederacji?
Przyznam, że trudno mi zrozumieć cały obóz Andrzeja Dudy, ale chyba chodzi o to, że sondaże są na tyle niedobre dla PiS-u i Dudy, że muszą trząść tam wszyscy portkami, że za chwilę znajdą się w sytuacji, kiedy zacznie się ich rozliczać. Być może dlatego Duda nie może się powstrzymać od ostrych słów. Moim zdaniem brakuje nam takiej obywatelsko-konsumenckiej reakcji na atak na LGBT. Proponowałem już publicznie, aby miejscowości, które geograficznie są nawet pięknie rozłożone, a ustanowiły strefę wolną od LGBT, omijać szerokim łukiem. My konsumenci-turyści, ale zarazem światli obywatele nie powinniśmy zostawiać tam ani złotówki. Po drugie, warto się zainteresować, jakie produkty stamtąd pochodzą (kiełbaski, meble, cukierki) i również je bojkotować. Oczywiście te miejscowości mają prawo ogłosić się wolnymi od LGBT, ale my także mamy prawo otaczać się ludźmi wolnymi od homofobii.
Przyznam, że takiego prymitywizmu kulturowego, jak ci, którzy tworzą te strefy, dawno nie widziałem. To przypomina najgorsze nazistowskie czasy, kiedy wywieszki na sklepach mówiły: tylko dla Niemców albo piętnowały mniejszości etniczne. Takie zachowania wpychają nasz kraj w regiony cywilizacyjnego grajdołu.

Prezydenckie zawołanie

Słuchałem i nie wierzyłem: on naprawdę tak powiedział. Tzn. On, prezydent mego kraju. Że potanieje musztarda. Jak Gomółka, kiedy mówił o taniejących lokomotywach. I kiedy myślałem, że nic już mnie z ust Andrzeja Dudy w tej kampanii nie zaskoczy, zobaczyłem to…

Rzecz miała miejsce chyba w Nowej Soli. Stoi prezydent, gestykuluje, widać że buzują emocje, nakręca się z każdym słowem. I nagle bam: mówi, jakby nigdy nic, zapętlony w słowotoku, że „podpaski higieniczne”, że „tampony higieniczne”, że kto ma kobiety w domu to wie ile, na to idzie, czy jakoś tak. Oniemiałem. Potem posłuchałem jeszcze raz. I jeszcze raz. Do dziś nie bardzo wiem, jak nazwać pierwszą myśl, która przyszła mi do głowy, kiedy słuchałem prezydenckich wynurzeń o podpaskach. I nie tyle sama treść mnie uwiodła, bo w tej od razu wyczułem ogromny potencjał wiralowy i socialmediowy, ale forma. Lub bardziej-forma samego mówcy.

Skrosowałem sobie od razu w pamięci przemówienie prezydenta z Nowej Soli z przemówieniem innego prezydenta w Białogardzie. Ongiś, Aleksander Kwaśniewski, na wiecu Lewicy i Demokratów, wzywał Ludwika Dorna i Sabę do porzucenia obranej przezeń drogi. Wówczas również forma zawołania prezydenckiego wzbudziła w słuchaczach i komentatorach pewne wątpliwości, co do prezydenckiego stanu. Zawołałem przed ekran moich kolegów, z którymi biesiadowałem tego wieczora, kiedy Andrzej Duda mówił o tanich podpaskach, aby rozwiali lub potwierdzili moje wątpliwości. Co należy zaznaczyć, koledzy, jak i ja, byliśmy wówczas jeszcze zupełnie trzeźwi. Wiele bowiem razy bywaliśmy w odmiennych stanach świadomości. Doskonale wiemy więc, jak zachowuje się ciało, poddane na działanie środków. W jaki sposób zmienia się mimika twarzy, gesty, a co najważniejsze, jak zachowuje się zmysł mowy. Wszyscy koledzy przyznali, że w prezydenckim przemówieniu z Nowej Soli, odnajdują bliźniacze podobieństwo do szoł Aleksandra Kwaśniewskiego z Białogardu. Czyli się nie pomyliłem, coś było rzeczy jest.

Nie jest żadną tajemnicą, że człowiek przemęczony, permanentnie niewyspany i odarty z wypoczynku, zachowuje się dla postronnych tak, jakby mógłby być pod wpływem. Miesza mu się w głowie, nie wie co mówi, a co równie ważne, nie wie też, jak mówi. Może więc niepotrzebnie podnosić głos, blekotać, mamrotać coś pod nosem. Ludziom wydaje się wtedy, że jest po spożyciu, a on sam, trzeźwy jak dziecko, jest po prostu wykończony. Sam tak mam dzisiaj, kiedy piszę ten tekst. Wczoraj przejechałem autem z Warmii do Warszawy. Przespałem się 8 godzin, żeby po śniadaniu wsiąść za kółko i prowadzić dalej, z Warszawy w Beskidy. Nikomu nie polecam. Rozumiem więc doskonale, że będąc w ciągłej trasie można być daleko od OK z własną psychofizycznością. Ba, sam też, w erze przed covidem, bywałem w trasach. Koncertowych. Wiem z samego bywania, że na trasie jest ciężko. Ale, i tu złota rada dla pana prezydenta, co było na trasie, zostaje na trasie. Po przekroczeniu progu busa, człowiek przywdziewa właściwą swojej profesji maskę. W busie można, choćby dla zabicia czasu, napić się czegoś dobrego na frasunek; bo daleko od domu, bo rozłąka z żoną, albo ze szczęścia, że w końcu z dala od niej, ale gdy się z puszki wychodzi, trzeba grać swoje. Najlepiej jak się umie. A po robocie, wiadomo, można sobie dać lejce na reset. A nawet trzeba.

Szczerze mówiąc, to mam to gdzieś, czy prezydent był w Nowej Soli po trzy przed. Więcej napiszę, gdyby wyszedł w kampanii do ludzi i spotkał się na piwie z kim innym, niż z premierem, tylko z prostym człowiekiem, zyskał by dużo więcej w oczach swoich współbraci w wierze w sukces. Bo nie w moich. Jak facet pije piwo z sokiem, to już nie ma dla niego ratunku.

Nikt ci tyle nie da ile Duda obiecuje

Andrzej Duda podczas kampanii wyborczej rzuca na lewo i prawo obietnicami, czasem bezsensownymi. Najświeższy przykład – podczas wizyty w Szczawnie-Zdroju zapowiedział odbudowę stadionu Górnika Wałbrzych i zapewnił, że załatwił na ten cel 24 mln złotych.

Być może w Wałbrzychu jest pod rządami PiS-u tak świetnie, że trzeba jego mieszkańcom wyszukiwać problemy do rozwiązania. Sztab wyborczy prezydenta Dudy na potrzeby jego kampanii w tym regionie przygotował listę inwestycji, jakie mogą zostać tam przeprowadzone w najbliższych latach. Oczywiście nie trzeba dodawać, że każda z nich opatrzona jest klauzulą „ da się zrobić tylko pod warunkiem, że Andrzej Duda nadal będzie prezydentem”.
Nie wiadomo kto z jego sztabu wymyślił, że sympatię wyborców w Wałbrzychu i okolicach prezydent zyska obietnicą budowy nowego stadionu akurat dla klubu Górnik Wałbrzych, który owszem, dawno temu (lata 1983-1989) występował w najwyższej klasie rozgrywkowej i nawet raz zajął w niej szóste miejsce, co jest jego najcenniejszym ligowym osiągnięcie, a ponadto dwukrotnie dotarł do finału Pucharu Polski, lecz po zmianie ustrojowej podupadał z taką samą szybkością, jak spadało zapotrzebowanie na wydobywany w tym regionie węgiel. W 2015 roku Górnik Wałbrzych występował po raz ostatni w rozgrywkach centralnych, w II lidze, która w Polsce jest trzecim poziomem rozgrywek, ale potem z zaczął podupadać finansowo w takim tempie, że przed obecnym sezonem władze klubu z powodu braku pieniędzy wycofały zespół z rozgrywek amatorskiej IV ligi (szósty poziom rozgrywkowy w Polsce) i zgłosiły go do kompletnie amatorskich rozgrywek w lokalnej A-klasie.
Największym problemem Górnika Wałbrzych nie jest zatem brak nowoczesnego stadionu, lecz sponsorów i mecenasów skłonnych go wesprzeć z własnej kieszeni, co jest zazwyczaj efektem kompletnego braku zainteresowania lokalnej społeczności losami klubu. Niezrażony tym prezydent Duda na wiecu wyborczym obiecał jednak, że jak nadal będzie prezydentem, to dopilnuje, żeby część środków z rządowej pomocy dla samorządów, związanej z zapobieganiem skutkom gospodarczym epidemii koronawirusa, przekazano na remont stadionu Górnika. Miasto ma otrzymać z tego tytułu 24,5 mln złotych, a brakującą kwotę dorzuci ministerstwo sportu. Problem w tym, że nowoczesny stadion sportowy to lekko licząc koszt co najmniej 150-160 mln złotych.

Konstatacje po pierwszej turze

Jest ranek 29 czerwca 2020 r., w Warszawie znów zbierają się chmury. Popijam moją poranną kawkę z głową nabitą myślami na temat kampanii wyborczej, która właśnie zakończyła się przed kilkoma godzinami. Obserwowałam ją okiem zawodowca, czyli politologa i szefa sztabu kampanii prezydenckiej z 1995 r. o której dwa tygodnie temu prof. A. Dudek powiedział w „Polityce”, że była to nowoczesna kampania, a „sztab Kwaśniewskiego był prekursorem nowoczesnego marketingu politycznego w Polsce.

Słynnym autobusem „kwak” Kwaśniewski objechał ponad 100 miejscowości, a lokalni działacze suflowali mu, co jest ważne dla danej społeczności”. To wszystko prawda, zresztą przypomniałam tę kampanię na łamach Trybuny bodajże w lutym. W samej końcówce kampanii szary ze zmęczenia A. Kwaśniewski powiedział szczerze do mnie i Zbyszka Siemiątkowskiego, że marzy o tym, aby nas choć przez dwa tygodnie nie oglądać. Nie dało rady, przyszła druga tura…

Po tych podróżach dotarło do mnie wtedy jedno odkrycie: do intensywnej kampanii ogólnopolskiej potrzebna jest żelazna kondycja fizyczna. Dlatego, w momencie, kiedy PO ogłosiła, że kandydatką tej partii będzie posłanka M. Kidawa-Błońska, pomyślałam: może fizycznie nie wytrzymać, a na uczenie się Polski i polityki w trakcie kampanii jest już zdecydowanie za późno. Wiem, że nie jest to uwaga przyjemna, ale polityka ma i taką stronę (a może głównie taką), kierownictwo PO powinno zmierzyć najpierw siły na zamiary, bo w obecnych uwarunkowaniach potrzebny był jej twardy bojownik, który poradzi sobie z zakłamaną na wskroś ekipą PiS (patrz: sztabowa gwiazda PiSu niejaki poseł Czarnek, adiunkt i „konstytucjonalista” z KUL-u o odpychającej mentalności).

Platformie paradoksalnie przyszli z pomocą buntownicy z Porozumienia, do których przyłączył się J. Kaczyński. To na nim spoczywa polityczna odpowiedzialność za to, że w obliczu pandemii rząd nie ogłosił stanu klęski żywiołowej, dzięki czemu mogłaby nas prowadzić przez trudne miesiące praworządną drogą nasza Konstytucja: prezydenta RP i tak byśmy w końcu wybrali, tyle, że zgodnie z najwyższym prawem Rzeczypospolitej, a nie z wolą Kaczyńskiego. A to by nam bardzo poprawiło nasze obywatelskie samopoczucie. Do łask wróciła Państwowa Komisja Wyborcza, kolejny organ poniżony przez PiS. PKW ogłosiła, że 10 maja wybory nie odbyły się, więc zaczynamy od nowa. Ogłosiła również, że w tej sytuacji mogą zgłaszać się nowi kandydaci. I tacy pojawili się, byli nimi Waldemar Witkowski, kandydat Partii Pracy, któremu przed 10 maja zabrakło prawidłowo złożonych podpisów i Rafał Trzaskowski – nowy kandydat PO, który musiał podpisy zebrać od nowa.

To, co mnie bardzo zbudowało w okresie tej kampanii, to pojawienie się co najmniej pięciu kandydatów na urząd prezydencki ciekawych merytorycznie i politycznie. Szymon Hołownia, Władysław Kosiniak-Kamysz, Robert Biedroń, Rafał Trzaskowski i Krzysztof Bosak podjęli wyzwania kampanijne dobrze umotywowani. Pokolenie moich synów sprawdzało się w ojczyźnianym boju o urząd GŁOWY PAŃSTWA. Każdy w swym obszarze programowym i światopoglądowym poruszał się sprawnie, mieli wokół siebie grono sztabowców i – co najważniejsze- z oddaniem na naszych oczach pracowali. Z żalem wyznaję, że Waldemar Witkowski, który zrobił bardzo korzystne wrażenie w czasie debaty w TVP, jakoś potem zniknął , w każdym razie ja go więcej nie usłyszałam. Szkoda, ponieważ głosił mile brzmiący dla ucha program lewicowy. Co prawda, wszyscy kandydaci sprawiali wrażenie, że walczą raczej o stanowisko premiera, niż prezydenta, ale może w ten sposób mogliśmy dokładniej poznać ich punkt widzenia na wiele ważnych spraw.

Przez jakiś czas brakowało mi bardzo polityków SLD wokół R. Biedronia, na szczęście w końcu pojawiła się wokół niego skromna reprezentacja, co mnie nieco uspokoiło. Wspierany przez swego szefa sztabu – posła Tomasza Trelę, R. Biedroń głosił program lewicowy, robił to w sposób odważny ,a jednak wynik jest marny. Jego kampania była wyraźnie – na tle innych- skromniejsza. Żałuję, że np. w moim miejscu zamieszkania nie znalazłam w skrzynce nawet jego ulotki (sama bym je wrzucała do skrzynek, gdybym miała co). Z drugiej strony zastanawiam się, jaka w tej kampanii towarzyszyła mobilizacja członków bloku lewicowego…? Coś mi się wydaje, że kierownictwa trzech struktur krążą tylko w wąskim kręgu działaczy, coś między sobą rozgrywają, a partyjny lud w tej kampanii nie zaistniał. I jak bywa to zwykle, potencjalni wyborcy – niechciani- odpłynęli do Sz. Hołowni. Uwaga: tendencja ta może się utrzymać. Jak tak dalej pójdzie- trzej tenorzy zostaną na scenie sami, ponieważ członkowie ich partii zejdą po kolei jak muzycy orkiestry, grającej „Symfonię Pożegnalną” J. Haydna (kończą po kolei, gasząc świece przy pulpicie z nutami i opuszczają salę).

Uwagę w tej kampanii przykuł Szymon Hołownia, bystry i sprawny intelektualnie, ze znaczącą ogładą medialną, prezentujący uczciwą krytykę pisowskiej ideologii i rzeczywistości. Miał wokół siebie Michała Kobosko, Katarzynę Pełczyńską – Nałęcz, generała Mirosława Różańskiego i Jacka Cichockiego – to ludzie kulturalni, wzbudzający zaufanie, poważni. Ciekawie uzasadniał potrzebę rozdziału Kościoła od Państwa (mam nadzieję, że będzie się tej koncepcji trzymał). Życzę mu, aby pomysł na nowy ruch polityczny nie okazał się efemerydą. Jednakże uważam, że to dziwne unikanie zadeklarowania wprost poparcia w II turze dla R. Trzaskowskiego sympatii mu nie przysporzy.

Władysław Kosiniak-Kamysz miał w tej kampanii wyraźnego pecha: po wznowieniu wyborów zaczął tracić poparcie i tym razem kandydat ludowców podzielił los swoich poprzedników w walce o fotel prezydencki.. Niemniej jednak swojej formacji wstydu nie przyniósł, dobrze przemawia i ma orientację w bieżącej polityce. Moim zdaniem popełnił jeden błąd: za mało mówił o wsi i jej problemach, wspomógł tym samym przejmowanie wyborców wiejskich przez PiS. Urokliwie wspierała go żona o wyraźnie społecznikowskim zacięciu, bystra i odważnie prezentująca swoje poglądy, co w środowisku ludowców należy uważać za obiecującą nowinkę na polu stosunku do kobiet. Pamiętam, jak w II kadencji Waldemar Pawlak patrymonialnie zakazał posłankom PSL działalności w Parlamentarnej Grupie Kobiet, ponieważ większość z nas była przeciwna konkordatowi, a on był „za”…. Niestety, posłuchały…. A tak na marginesie: do dziś zastanawiam się, czy W. Pawlak uczestniczył w 1997 r. w referendum konstytucyjnym, bo w płockim plotkowano, że nie widziano go głosującego. Ale, może to tylko ludzkie gadanie… Wydaje mi się jednak, że niezależnie od wysiłku Kosiniaka –Kamysza, elektorat PSL już wcześniej odpłynął do PiS (kasa, misiu, kasa), na czele z niektórymi byłymi przywódcami tej partii.

Krzysztof Bosak, wychowanek Młodzieży Wszechpolskiej (patrz: Roman Giertych i nacjonalistyczna Liga Polskich Rodzin) z poselskim doświadczeniem, bardziej pracował na rzecz swojej Konfederacji, niż na swoją wygraną w tej kampanii. Nie można mu jednakże odmówić zaangażowania, samodzielności intelektualnej, orientacji w kwestiach gospodarczych i pracowitości. Nie przedstawiał pomysłów dziwacznych w stylu Korwina –Mikke i to już była dobra zmiana.

Od wznowienia wyborów prezydenckich było od początku wiadomo, że głównym celem PiS stanie się Rafał Trzaskowski. Początek miał świetny, widziałam, jak Prezydent Warszawy już w pierwszym dniu zmobilizował wyborców na etapie zbierania podpisów. Wyróżniał się naturalnym wizerunkiem (nie ma co, chłop nad wyraz przystojny i fotogeniczny), towarzyszyła temu szczerość poglądów i wola odrobienia strat PO. W piątek wieczorem spodziewałam się na Placu Zamkowym wystąpienia formatu prezydenckiego i – niestety- po wysłuchaniu R. Trzaskowskiego mina mi zrzedła. Teraz zastanawiam się, czy był to efekt zmęczenia, co jest prawdopodobne. Jednakże w II turze takie wystąpienie powtórzyć się w żadnym razie nie może.

Dla nas jest ważne, że Warszawa jest po demokratycznej stronie mocy, podobnie, jak większość innych polskich metropolii. Jednakże prezydent stolicy musi na początku II tury jej mieszkańcom wyjaśnić, dlaczego zdecydował się na odstąpienie od wcześniejszej obietnicy nieopuszczania urzędu prezydenta miasta w trakcie kadencji (patrz powód: umacnianie przez PiS niezgodnego z ustrojem RP autorytaryzmu). Warszawa to zrozumie, podobnie, jak wcześniej rozumiała, że zło się dzieje wokół Trybunału Konstytucyjnego i demonstrowała. Że Szydło i Kempa łamią prawo, nie ogłaszając wyroków TK i Warszawa demonstrowała. Że barbarzyńcy dobierają się do Sądu Najwyższego i Warszawa demonstrowała. Że prawica łamie polską Konstytucję i jej ustrojowe wartości, w odpowiedzi na co Warszawa przywdziewała koszulki z napisem „KONSTYTUCJA”. Chodziła z flagami europejskimi pod Sejm, kiedy PiS tworzył swoje prawa w ciągu jednej doby. Tych przykładów jest przecież znacznie więcej. Myślę, że warto zwrócić uwagę na zobowiązanie wobec tych mieszkańców stolicy, którzy R. Trzaskowskiego wybrali przed rokiem już w pierwszej turze.

To dobrze, że Rafał Trzaskowski chce ludzi łączyć, a nie dzielić. Bardzo bym jednak chciała, aby kandydat bloku demokratycznego wziął w swych wystąpieniach pod uwagę i to, że jesteśmy narodem, któremu nie tylko obcy brutalnie przerywali historyczną ciągłość. Rozbiory, wojny, ograniczona suwerenność decyzją wielkich mocarstw, stalinizm, krótki oddech w dekadzie Gierka, ale potem skutki transformacji 1989 i kolejne, już własne rwanie ciągłości historycznej i wycieranie z pamięci dorobku kilku pokoleń Polek i Polaków. Rafał Trzaskowski w miniony piątek mówił, że wychował się na Nowym Mieście – w miejscu kompletnie zniszczonym w Powstaniu, a ja znam taką tablicę na Starówce, gdzie wyraźnie jest napisane, że odbudowane Stare Miasto zostało oddane ludowi już w 1955 r., łącznie ze staromiejskimi kościołami.

W piątek R. Trzaskowski stał twarzą do Zamku Królewskiego, którego też nie odbudowywały krasnoludki. Mam nadzieję, że prezydentura kandydata bloku demokratycznego skończy raz na zawsze z mitami, które nie pozwalają zabliźnić się historycznym ranom, zadawanym sobie przez nas samych. Może w 2020 r. warto w końcu docenić pracę pokoleń PRL, one bez wątpienia podnosiły Polskę z największych strat (często za „miskę ryżu”) – myślę tu o utracie ¼ terytorium, 1/3 ludności i połowy majątku narodowego. I choć historia polityczna nowożytnej Europy nie zna klęski takich rozmiarów, jakiej w II wojnie światowej doświadczyła Polska i Polacy, to przecież zemsta nacjonalistycznej prawicy (i nie tylko!) wobec uczestników tamtych zmagań trwa od 1989r. do dziś!

Na etapie II tury walki wyborczej wystąpienia muszą mieć wyraźny charakter prezydencki, nie mogą być o niczym. Muszą iść przede wszystkim śladem konstytucyjnych uprawnień Prezydenta. Gdybym miała wskazywać pola, na których Prezydent może zmienić polską politykę, to wskazałabym na takie cztery:

1. Konstytucja jako symbol współczesnych wartości państwowych, łączący nas jako symbol praworządności;

2. Bezpieczeństwo, sprzeciw wobec upolitycznienia Sił Zbrojnych i oceny sytuacji w polskim przemyśle zbrojeniowym; NATO – może warto zaprosić Madeleine Albright – jedynego żyjącego świadka i uczestnika podpisywania dokumentów o przystąpieniu Polski do NATO…..? Nie wiem, czy jest dziś w stanie pozytywnie odpowiedzieć na takie zaproszenie, ale myślę, że na pewno nie odmówiłby niezwykle zdolny Jerzy Koźmiński – ówczesny ambasador Polski w USA.

3. Polityka zagraniczna – stosunki z UE, z Rosją i Ukrainą. Deklaracja na ten temat będzie niezwykle ważna (zdziwiła mnie pochwała kandydata dla niegdysiejszego wiecu w Gruzji, w czasie którego L. Kaczyński zawołał: „Jesteśmy tutaj po to, żeby podjąć walkę”! W tym czasie wśród stojących na podium prezydentów nie było….. M. Saakaszwilego, ówczesnego Prezydenta Gruzji, który odrębnie już konferował z N. Sarkozym, przybyłym właśnie z uzgodnieniami z Moskwy).

4. My, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, patrz: preambuła do Konstytucji, z której przebija patriotyzm i potrzeba racjonalnego rozumu. Nad jej tekstem warto się pochylić i mówić jej językiem, jeśli chce się jednoczyć naród. W tym bloku jest właśnie miejsce na sprawowaną przez głowę państwa opiekę nad kulturą, oświatą i nauką, nad rozwojem młodych talentów, bez czego żaden naród nie przetrwa.

Wiem, że przyszłe dni będą rozstrzygające dla losów Polski. Rafał Trzaskowski, jeśli chce wygrać (czego mu szczerze życzę) musi stworzyć wyraźną alternatywę wobec autorytarnych praktyk PiS. Dudę popierają wieś i małe miasteczka, wyborca starszy i słabiej wykształcony; do tych grup społecznych docierają najczęściej argumenty, odnoszące się do spraw obyczajowych, socjalnych i nieodłączny czar żywej gotówki. Dziś te grupy utrzymywane są przez PiS w mentalnym błogostanie, każdego dnia są przekonywane, że jak pojawią się kłopoty, to rząd wspomoże, podsypie pieniążkami, przecież obiecuje to każdego dnia. Dlaczego tym mile brzmiącym obietnicom nie wierzyć? Na tym m.in. polega populizm. Do takiej argumentacji proboszcz dołoży przecież swoje, głosząc dowody na „boską interwencję”.

Jestem przekonana, że przeciętny wyborca PiS nie łączy swojego sposobu głosowania z jego skutkami dla państwa i ludzi, a zwłaszcza z tymi, które odnoszą się do pomocy unijnej w rodzaju dopłat rolnych i dostępu do zachodnich rynków pracy (prasa doniosła, że Francuzi już stawiają przed Polakami szlaban), a przecież dzisiaj z tych możliwości korzysta, ile się da, wschód Polski. Niech więc codziennie na konkretach Trzaskowski i jego sztab wyjaśnia, co może nam przynieść przyszłość, jeśli będą ją konstruowali oligarchowie z PiS (zadłużanie kraju, a przez to np. osłabianie wartości pieniądza). Oni już swoimi decyzjami powolutku wyprowadzają nas z Unii. Może więc warto też zwrócić się bezpośrednio do młodzieży wiejskiej z pytaniem, czy – jeśli PiS wyprowadzi nas z Unii Europejskiej – to będzie im z tym lepiej ? co zyskają..? wzrosną ich szanse na dobre wykształcenie? na ciekawą pracę, a przez to na dobrobyt?….Czy wolą żyć w Polsce skłóconej i odizolowanej od świata, czy w takiej, w której nauczony historią naród nie tworzą „wyimaginowanej” wspólnoty, lecz buduje realną, nowoczesną, modernizującą również i swoje myślenie drogę do rozwiązywania problemów współczesnych.

Przed nami ważny wybór!

Supermeni

Kandydaci jeżdżą i obiecują. Obiecują wszystko. Nowe szpitale, nowe drogi, lepsze wojska (niekoniecznie nasze), powszechną sprawiedliwość.

Wszystkim ma być lepiej, nawet przeciwnikom politycznym. Ma być nowy ład energetyczny, wyższe emerytury i nowe szkoły. Władza ma należeć do obywateli (to po co władza w ogóle). Polska będzie potęgą. Jak zsumować wszystkie obietnice kandydatów to nasz kraj może przeskoczyć nawet Stany Zjednoczone. Nie wiadomo więc po co jedzie tam nasz prezydent. Jak prezydent Trump zorientuje się czym ma być nasz kraj, to poprosi o pomoc w walce w tamtejszym koronawirusem, a potem o jeszcze inne rzeczy. W mediach obietnice leją się niczym wodospad Niagara, a tymczasem trochę deszczu i kraj spływa powodzią. Rzeczki stają się rwącymi rzekami. Wcześniej była susza i lekarstwem na nią miały być oczka wodne. Teraz oczka przemieniły się w jeziora i stały się one (oczka) zagrożeniem.

Jak zsumować wszystkie obiecane dopłaty, zasiłki, bony, zapomogi i już sam nie wiem co, to nie będziemy musieli pracować. Zaleje nas fala pieniędzy większa od wezbranych po powodzi rzek. Ale na tym nie koniec. Im bliżej finału, tym więcej obietnic. No i do tego te miliardy z UE też trzeba dołożyć. Co to będzie w naszym kraju. Od nadmiaru bogactwa pomiesza się niektórym w głowach. Taki np. minister Szumowski nie będzie musiał zabiegać o rządowe granty dla swojego brata. Powstanie kilkanaście srebrnych wież i to nie tylko w Warszawie.

I tak na koniec. Skoro kandydaci mogą nam dać wszystko, czego tylko zapragniemy, to po co parlament, rząd, samorządy i wszelkie urzędy. Pogonić towarzystwo. Prezydenci wszystko załatwią sami. Gotów jestem zaakceptować 10 prezydentów na raz, którzy dadzą nam wszystko. Dla zwolnionego rządu, posłów i urzędników też dóbr wszelkich nie powinno zabraknąć

Niestety rzeczywistość jest inna. Kandydaci deszczu nie umieją zatrzymać. Pan prezydent udał się na powodziowy sztab kryzysowy. Niestety, jego moc nie zadziałała. Deszcz nadal poda. Przekazał za to mediom o czym na sztabie mówiono. I takie są faktyczne możliwości pana prezydenta. Bycie spikerem i przekaźnikiem woli prezesa to jego funkcja.

Czy inni kandydaci mogą więcej? Pewnie tak, ale deszczu i burz nie zatrzymają. Nawet sama Opatrzność nad tym nie panuje i nie wiem dlaczego karze ulewami tereny, gdzie PiS jest partią szczególnie ukochaną. Co to się porobiło.

Zastanawiam się czy moje przemyślenia są bardziej wydumane od obietnic kandydatów. No chyba nie.

Jedni chcą, inni muszą

Kandydaci startujący w wyścigu do prezydentury albo chcą, albo muszą kandydować – zauważa szewc Fabisiak.

Żadne bowiem ugrupowanie obecne w parlamencie nie może sobie odpuścić wyborów prezydenckich, gdyż niechybnie doprowadziłoby to do utraty zaufania i poparcia ze strony wyborców. Wystawiają zatem swoich kandydatów nawet wówczas gdy mają świadomość przegranej. Muszą jednak zaakcentować swoją obecność w przestrzeni publicznej i medialnej a przy okazji starać się dotrzeć do wyborców ze swoimi programami. Podobna sytuacja dotyczy także kandydatów samoistnych. Oni również chcą zaistnieć w tej przestrzeni choć, jak można to zaobserwować na podstawie poprzednich wyborów, zaistnienie to z reguły bywa krótkotrwałe.

Szewc Fabisiak uważnie przygląda się poszczególnym, na razie spoza lewicowych kręgów, kandydatom i na temat każdego z nich ma swoją opinię. Swoje zdanie na temat obecnego prezydenta wyraził tydzień temu. Obecnie przypatruje się pozostałym starając się wyłuskać z dotychczasowej kampanii jakieś swoiste wyróżniki.

Analizę zapowiedzi programowych, które nie zawsze muszą się pokrywać z prezydenckimi uprawnieniami, szewc Fabisiak rozpoczyna od Platformy Obywatelskiej. Zauważa, że formacja ta potrafi korygować własne błędy, co nie jest cechą charakterystyczną dla zadufanej w sobie siły aktualnie rządzącej. Początkowo postawiono na Małgorzatę Kidawę-Błońską, której atutem miało być wizerunkowe przeciwieństwo Andrzeja Dudy. Skoro Duda lubi krzyczeć, to Kidawa-Błońska ma być spokojna i zrównoważona. Podczas gdy Duda robi groźne miny, to kandydatka PO ma być uśmiechnięta i sympatyczna. Są to przymioty jakimi winna dysponować recepcjonistka w przyzwoitym hotelu ale niekoniecznie musi to być wyznacznik kwalifikacji na urząd głowy państwa. Ponadto platformiana kandydatka nijak nie mogła sobie poradzić w przedwyborczej kampanii mimo tego, że nawet przy najbardziej wnikliwym niuchaniu trudno byłby znaleźć na nią jakiegoś haka. Publicznie znana była jako wicemarszałek Sejmu, która to rola sprowadza się do stukania laską marszałkowską tudzież wypowiada formułki: kto z pań posłanek i panów posłów jest za przyjęciem ustawy proszę podnieść rękę i nacisnąć przycisk.

W chwili obecnej nie ma większego sensu wypominanie jej licznych wpadek łącznie z nawoływaniem do niegłosowania na samą siebie przez co wpadła też bądź została wprowadzona w pułapkę braku wiarygodności. Do takiego braku sympatycy różnych partii zdążyli już się przyzwyczaić i dlatego też wyborcy PO z ulgą przywitali pojawienie się Rafała Trzaskowskiego. Patrząc z punktu widzenia kampanijnej techniki szewc Fabisiak dochodzi do wniosku, że kandydat Platformy radzi sobie na ogół nie najgorzej. Jednakże obserwując jego kampanię szewc Fabisiak odnosi wrażenie, iż w niektórych momentach papuguje on Lecha Kaczyńskiego. I jeden i drugi zarzekali się, że nie opuszczą Warszawy i nie będą startować w wyborów prezydenckich, po czym im to przeszło. Podczas, gdy ten pierwszy chwalił Edwarda Gierka domniemywając, iż tym samym przyciągnie do siebie lewicowych wyborców, to ten drugi deklaruje, iż jest dumny z Lecha Kaczyńskiego i pragnąłby przywrócić jego imię jakiejś stołecznej ulicy akurat teraz z okazji wyborów. Zagrywka ta wydaje się być dość prymitywną i raczej nieskuteczną. Zwolennicy PiS mają bowiem swojego kandydata i jest mocno wątpliwe aby z powodu jednej deklaracji nagle spontanicznie poparli kandydata konsekwentnie obrzydzanego przez rządowych polityków i prorządowe media. Może natomiast wywołać pewną konsternację wśród elektoratu PO. Skoro kandydat Platformy głównym hasłem swojej kampanii uczynił słowo „Dość” rozumiane jako przeciwstawianie się obecnemu układowi władzy, to nagłe wygłaszanie panegiryków pod adresem architekta pisowskiej strategii może zostać uznane za obłudę czy też głupotę jak kto woli. Jednak bez względu na to czy Trzaskowski wygra wybory czy też nie, to jego żywa i dynamiczna kampania może ożywić nieco już splatfusiałą Platformę – dochodzi do wniosku szewc Fabisiak.

Kandydaci reprezentujący takie ugrupowania parlamentarne jak PSL czy Konfederacja w zasadzie nie wnoszą w kampanię jakiś głębszych treści, które na trwale mogłyby zagościć w pamięci wyborców, może za wyjątkiem konfederacyjnego pomysłu broń+. Podobnie jak wszyscy pozostali pretendenci krytykują PiS i Dudę, co jest zjawiskiem normalnym wśród normalnych ludzi. PSL ulokowało się na pozycji niby konserwatywnego niby-centrum uznając widocznie, że w ten sposób trafi w mentalność mieszkańców wsi. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z relatywnie słabej pozycji wobec dwóch dominujących gigantów. Zapewne dlatego weszło w układ z ugrupowaniem Kukiz – ciągle 15, choć mamy już rok 2020 a będą jeszcze następne. W ten sposób skutecznie wyeliminowano Pawła Kukiza z kandydowania. W odróżnieniu od Dudy i Trzaskowskiego, którzy toczą twardy bój o zwycięstwo Władysław Kosiniak-Kamysz gra o zwiększenie poparcia dla swojej własnej partii i dlatego może być w kampanijnej przepychance bardziej rozsądny i zrównoważony. Dlatego też może śmiało mówić to czego nie chcą lub boją się powiedzieć obydwa tuzy. Mianowicie optować za przywróceniem małego ruchu granicznego z obwodem kaliningradzkim a tym samym za poprawą stosunków z Rosją, która niekoniecznie musi być postrzegana jak śmiertelny wróg czyhający na naszą niepodległość ale przede wszystkim jak chłonny rynek zbytu dla polskich produktów żywnościowych. Szewc Fabisiak uważa, że taka argumentacja bardziej trafia do rolników niż straszenie moskiewskim niedźwiedziem.

O wzrost wpływów walczy również kandydat Konfederacji Krzysztof Bosak starając się przyciągnąć tych wyborców dla których PiS a tym samym obecny prezydent jest za mało konserwatywny, narodowy i bogoojczyźniany. Podobne a może jeszcze bardziej skrajne poglądy prezentuje Mirosław Piotrowski, członek strukturki pod nazwą Ruch Prawdziwej Europy – Europa Christi. Nazwanej tak zapewne w odróżnieniu w odróżnieniu od Europy fałszywej czyli niechrześcijańskiej – wnioskuje szewc Fabisiak. Za swój podstawowy atut Piotrowski uznał rozczarowanie prezydenturą Andrzeja Dudy na którego nieopatrznie 5 lat temu zagłosował licząc zapewne na pozyskanie głosów równie jak on rozczarowanych wyborców PiS. Mirosław Piotrowski jest wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej księdza Ryzyka, który jednakowoż jakoś nie kwapi się do otwartego wspierania swojego pracownika realistycznie – zdaniem szewca Fabisiaka – oceniając jego szanse wyborcze.

Nie licząc audycji w TVP info mającej jakoby przypominać debatę przedwyborczą spośród innych pozapartyjnych kandydatów jak do tej pory dał się publicznie poznać Paweł Tanajno, który zorganizował protest przedsiębiorców. Dzięki temu telewidzowie mogli zobaczyć zarówno protestujących jak i jego samego. Ten przynajmniej wie na kogo postawić. Jest w tym jakaś racjonalność – uważa szewc Fabisiak, którego śmieszą dyrdymały o prezydencie wszystkich Polaków i Polek chyba też ewentualnie budowaniu ogólnonarodowej wspólnoty. Zdaniem szewca Fabisiaka dla żony i kochanki taką wspólnotą będzie ten sam facet, jednak interesy obu pań będą w tym przypadku rozbieżne.

Spośród kandydatów niepartyjnych najbardziej medialnie rozpoznawalnym a przez to mającym najwyższe wśród nich sondażowe notowania jest Szymon Hołownia. Wystartował jako pierwszy i dzięki temu od razu znalazł się w elitarnym zestawie kandydatów. Podstawowym jego atutem jest mocno przez niego akcentowana niezależność od jakiejkolwiek formacji partyjnej. I tym przekazem może trafiać do wyborców znudzonych międzypartyjnymi rozgrywkami i zależnością prezydenta od partii, która go nominowała. Szewc Fabisiak uważa jednak, że akcentowanie pozapartyjności może być atutem na okoliczność kampanii, lecz po wyborach to już nie koniecznie. Aby się utrzymać na fali i nie utracić zwolenników będzie musiał utworzyć wokół siebie jakąś strukturę organizacyjną. Sam to zresztą zapowiada zarzekając się przy tym, że nie będzie to bynajmniej partia polityczna a jedynie ruch społeczny. Szewc Fabisiak przypomina sobie, że podobny wariant przećwiczyła już u zarania swoich narodzin Platforma Obywatelska dopóki nie zauważyła, że tylko partie mogą otrzymywać budżetowe dotacje.

Facet ma gadane – przyznaje szewc Fabisiak jednocześnie zadając pytanie co z tego gadania wynika. A wynika niezbyt wiele, za to Hołownia stara się kreować wizerunek łagodzący wyborczą niechęć. Podobnie jak Trzaskowski, który nie chce być totalną opozycją i zamierza konstruktywnie współpracować z rządem. I podobnie jak Bosak, któremu przeszło identyfikowanie się ze skrajnym nacjonalizmem i homofobią. Hołownia chce by wyborcy postrzegali go jako umiarkowanego i rozsądnego katolika – kogoś na kształt ks. Tischnera. To jednak nie ten wymiar intelektualny – twierdzi szewc Fabisiak uważając, iż bardziej pasowałaby paralela telewizyjnego celebryty z ukraińskim artystą Wołodymirem Zełenskim. Różnica między nimi jest jednak taka, że ten ostatni wygrał w cuglach wybory prezydenckie – konkluduje swoje rozważania szewc Fabisiak.

Ostatni pisk wyborcy

Kampania przed wyborami prezydenckimi już się kończy. Przeczytałem mnóstwo promocyjnych tekstów opisujących kandydatów jako ludzi nadzwyczajnej energii, wiedzy i dobroci.

Wysłuchałem wielu opinii akcentujących ich mądrość, kulturę, a także urodę. To ostatnie kryterium wyboru było podkreślane zwłaszcza przez panie. De gustibus, . Jednym podobał się Kosiniak – Kamysz, innym Bosak, jeszcze innym urzędujący prezydent i jego główny konkurent. Kandydaci ciężko pracowali, niemal każdego dnia odwiedzając inną miejscowość, chwaląc jej mieszkańców i obiecując, że nie pozwolą odebrać im zdobyczy ostatnich lat – zwłaszcza 500+ i niższego wieku emerytalnego.

Obietnice i realia

W zalewie informacji o kandydatach brakowało mi jednak przekonywującej oceny ich wykształcenia i doświadczenia, pozwalających na sprawne realizowanie zadać związanych ze stanowiskiem prezydenta. Wprawdzie nie mamy ustroju prezydenckiego, prezydent nie rządzi tylko – upraszczając – jest recenzentem rządu, któremu może pomagać lub przeszkadzać. Tylko w dwóch dziedzinach może mieć głos decydujący – w polityce zagranicznej i obronie narodowej, czyli organizacji sił zbrojnych państwa. W kampanii wyborczej prawie wszyscy kandydaci rzucali zgromadzonym zwolennikom obietnice, których wybrany prezydent nie spełni, bo przekraczają jego kompetencje. Jeśli rząd postanowi spełnić takie obietnice, to prezydent może tylko publicznie wspierać ich realizację i wykazywać inicjatywę ustawodawczą.

Obserwując kampanię miałem też czasem wrażenie, że część naszych obywateli zachowuje się tak, jakbyśmy wybierali średniowiecznego króla, a nie wysokiego rangą urzędnika. Pokazywane w telewizji scenki, w których dojrzali wiekiem obywatele usiłują ucałować ręce miłościwie panującego premiera, albo śpiewają wiernopoddańcze piosenki na cześć obecnego prezydenta, najpierw mnie przeraziły a potem rozweseliły. Przyjaciel, którego właśnie podejmowałem na przyzbie kiełbaską z grilla powiedział, że jego to nie dziwi, bo my ciągle jeszcze nie dojrzeliśmy do demokracji. Część nas mentalnie tkwi nadal w średniowieczu i podświadomie czeka na władzę, która za nich wszystko przemyśli i załatwi, stale podgrzewając patriotyczne uczucia. Nie przeszkadza im, że ta władza może być nadmiernie twarda, łamać podstawowe prawa i nie liczyć się z opiniami autorytetów. Jesteśmy przecież narodem bohaterów i mięczaków nie lubimy.

Co prezydent musi

Zadałem sobie pytanie – które z tych podstawowych zadań prezydenta jest najważniejsze i musi je często wykonywać samodzielnie, nawet bez czasu do namysłu? Doszedłem do wniosku, że – mimo ogromnego znaczenia – nie jest to obrona narodowa, w której może się podpierać licznymi generałami, wywiadem i cywilnymi doradcami. Jest nim jednak polityka zagraniczna, odbudowywanie i rozszerzanie dobrej opinii o Polsce, utrzymywanie dobrych kontaktów z głowami wszystkich państw – nawet tych, które w ostatnich latach uznawane są przez nasze władze za niebezpiecznych wrogów. Takie kontakty są łatwiejsze, jeżeli potrafi się rozmawiać w języku partnera.

Prawie wszyscy kandydaci w naszych najbliższych wyborach mają wyższe wykształcenie, ale często odbiega ono daleko od polityki zagranicznej. Niezwykle sympatyczny Władzio Kosiniak – Kamysz jest doktorem nauk medycznych. Od wielu lat zajmuje się jednak polityką, był członkiem rządu, przewodzi „partii chłopskiej”, mającej ponad 100 letnie tradycje.

Szymuś Hołownia studiował psychologię społeczną, ale wcześnie zaczął karierę dziennikarską i mimo 5 letnich studiów, formalnie ich nie ukończył. Robert Biedroń jest absolwentem studiów politologicznych, więc z punktu widzenia wykształcenia doskonale „pasuje” do każdego stanowiska politycznego, łącznie z prezydenturą, Ma też doświadczenie samorządowe, przydatne w pełnieniu tej funkcji. Krzysio Bosak najpierw liznął architekturę a potem zajął się ekonomią. Też nie najgorzej dla prezydenta.

Ostatnie starcie

Wszyscy interesujący się polityką wiedzą, że urzędujący prezydent jest doktorem prawa. To dobrze, bo znajomość prawa na tym stanowisku jest niezwykle ważna w polityce wewnętrznej. W tym konkretnym przypadku powinna hamować i eliminować działania niezgodne z konstytucją. Wiemy, że w ostatnich latach nie zawsze hamowała. W stosunkach międzynarodowych znajomość prawa jest też pożądana, ale znacznie rzadziej musi być wykorzystywana.

Nie do pobicia w tej „wykształceniowej konkurencji” jest Rafał Trzaskowski. Studiował stosunki międzynarodowe i ma doktorat z tej dziedziny.

Studiował też filologię angielską. Poza podstawowymi studiami zaliczył także studia uzupełniające w USA, Anglii a nawet w Australii. Pracował w UE i był ministrem cyfryzacji a potem wiceministrem spraw zagranicznych. Zna pięć języków – niemiecki, francuski, rosyjski, hiszpański i angielski W tym ostatnim, a zarazem najbardziej potrzebnym w polityce zagranicznej, pracował nawet jako tłumacz.

Spójrzmy trzeźwo na te informacje. Gdyby prezydenta w Polsce nie wybierano w powszechnych wyborach, tylko – jak w wielkim koncernie – zatrudniał go jakiś „zarząd państwa”, to w tym zarządzie nikt nie miałby wątpliwości, że najbardziej fachowym kandydatem jest Rafał Trzaskowski. W demokracji parlamentarnej, której resztki jeszcze mamy, liczą się jednak – niestety – także inne cechy kandydatów, poczynając od ich przynależności partyjnej, a kończąc na poczuciu humoru i sposobie wiązania krawatów.
Podobnie jak większość starych bezpartyjnych lewicowców zagłosuję w decydującej II turze właśnie na R. Trzaskowskiego. I jestem przekonany, że to będzie dobry wybór.

Warszawa – Marki, 22.06.2020r.

Biedroń punktuje Dudę

Podczas konferencji prasowej przy ul. Piotrkowskiej wyliczył niespełnione obietnice Andrzeja Dudy. Przypomniał, że polityk ten obiecywał likwidację umów śmieciowych, które za rządów Platformy Obywatelskiej stały się prawdziwą plagą.

Biedroń stwierdził, że jeśli to pod rządami Donalda Tuska tak upowszechniło się wypychanie ludzi w sferę niestabilnego zatrudnienia i na jednoosobowe działalności gospodarcze, to problem nie skończył się pod rządami PiS. Dziś dotyczy trzech milionów ludzi – przypomniał. I jeśli liczba ta spada, to tylko dlatego, że w dobie wielkiego koronawirusowego kryzysu właśnie tych zatrudnionych „śmieciowo” można najszybciej wyrzucić, gdy tylko przedsiębiorca uzna, że musi na czymś oszczędzać. Nietrudno się domyślić, że obecna władza nie ma zwolnionym nic do zaoferowania.

Katalog niespełnionych obietnic

Biedroń skrytykował również niespełnienie przez Dudę obietnic podniesienia kwoty wolnej od podatku i wycofania się z opodatkowania emerytur. Przypomniał nigdy niezrealizowany plan budowy miliona mieszkań na wynajem i obietnice pod adresem frankowiczów. To kolejna grupa, która niegdyś uwierzyła, że konserwatywna prawica naprawdę chce jej pomóc. Rozczarowanie było bolesne.

Biedroń przypomniał wreszcie, że kiedy Andrzej Duda zaczynał sprawowanie urzędu, wielu wyborców szczerze wierzyło, iż ma do czynienia z politykiem zdolnym do wzniesienia się ponad proste podziały. Takim, który weźmie udział w naprawianiu błędów PO, a potem będzie moderował debatę różnych sił politycznych. Jak jest w rzeczywistości, wiemy aż za dobrze.

Trzaskowski nie jest zbawcą

Kandydat Lewicy nie oszczędzał w swoim wystąpieniu także Platformy Obywatelskiej. Zaznaczał, że ona również jest odpowiedziała za obecny kształt państwa polskiego, „Polski pogardy”. Przewidywał, że zubożali ludzie wkrótce zaczną być wyrzucani z mieszkań, gdyż nie będzie ich stać na czynsz. Tak działo się i dzieje w Warszawie pod rządami Hanny Gronkiewicz-Waltz i Rafała Trzaskowskiego – powiedział. Program „Polski godności”, państwa dla wszystkich, troszczącego się o obywateli i ich dobrobyt, to program socjaldemokratów, nie opozycji liberalnej.

W Łodzi Biedroń wykonał również ważny gest związany z historią, o której tak chętnie dyskutują polscy politycy. Razem z Krzysztofem Gawkowskim, Hanną Gill-Piątek oraz Tomaszem Trelą złożył wieniec pod pomnikiem Czynu Rewolucyjnego. Wszak jego przyjazd do niegdysiejszej „ziemi obiecanej” czy też „polskiego Manchesteru” przypadł dokładnie w rocznicę powstania łódzkiego w 1905 r.

Uczcił bohaterów

W wydarzeniach rewolucyjnych – strajkach, manifestacjach i wreszcie walkach na barykadach – wzięło w Łodzi udział ponad 70 tys. robotników. Pod czerwonymi sztandarami walczyli bojowcy Polskiej Partii Socjalistycznej, działacze Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy czy żydowskiego Bundu. Jak przypomniała na Facebooku posłanka Hanna Gill-Piątek, walczono o 8-godzinny dzień pracy, ubezpieczenie od wypadków, powszechne emerytury, bezpłatne leczenie robotników, możliwość nauki po polsku.

Prawa pracownicze nie zostały nikomu darowane, zdobywano je dzięki walce – a dziś koniecznością stała się ich obrona. W dobie kryzysu rząd stanął jednoznacznie po stronie biznesu i sektora finansowego. Dawne prospołeczne obietnice poszły w odstawkę. Dziś o prawa pracowników, czyli większości społeczeństwa, upomina się, zgodnie z historyczną prawidłowością, tylko Lewica.

Fikcje wyborcze

Obserwując kolejne wybory czy to prezydenckie czy to parlamentarne szewc Fabisiak zauważa, że odbywają się one w warunkach fikcji prawnej.

Taką fikcją jest choćby tzw. cisza wyborcza. Jak sama nazwa wskazuje powinna on odnosić się do zakazu głośnego agitowania na rzecz jakiejś listy bądź kandydata. Tymczasem nie. Cisza obowiązuje bowiem również słowo pisane zabraniając np. publikowania sondaży przedwyborczych. Skoro tak – wnioskuje szewc Fabisiak – to taki zakaz powinien również obejmować propagandę wizualną w postaci plakatów czy banerów. Taki wyborca udając się do lokalu z urną może się natknąć na wizerunek jakiejś ładnej kandydatki i zauroczony jej urodą postawi krzyżyk przy jej nazwisku. Niezgłębione są bowiem ludzkie motywacje psychologiczne – nieco filozoficznie konkluduje szewc Fabisiak. Idąc tym tropem myślenia należałoby prawnie zmusić nalepiaczy plakatów do ich zrywania ewentualnie zamalowywania czarną farbę w okresie wyborczej ciszy. Tak się jednak nie dzieje i takie wizualne zachęty wiszą sobie niekiedy aż do kolejnych wyborów.

Inny przykład fikcji na który zwrócił uwagę szewc Fabisiak to formalny zakaz kampanii przed ogłoszeniem terminu wyborów. Szewc Fabisiak przypomina sobie wypowiedź kogoś zdrowo myślącego, który stwierdził, iż kampania wyborcza trwa praktycznie przez całą kadencję. W tym momencie pojawia się pytanie o samą definicję kampanii. Czy obejmuje ona tylko i wyłącznie agitowanie na rzecz konkretnego kandydata, promowanie jego programu czy też zwykłe spotkania z wyborcami podczas których dany kandydat przedstawia swoje zdanie na różne tematy. Skoro mówi dajmy na to, że należy uzdrowić służbę zdrowia to tym samym powtarza to o czym wszyscy wiedzą. Skoro jednak robi to w czasie, gdy zakazana jest kampania, wówczas podpada pod paragraf. Kolejna paranoja – komentuje szewc Fabisiak.

Powstaje też pytanie czy jeżdżenie sobie po kraju i spotykanie się z ludźmi to już kampania czy tylko zwykłe rutynowe działanie. W taki sposób komentowane są przez przychylnych mu polityków tudzież sprzyjające mu media liczne zwłaszcza w ostatnim okresie wojażowania Andrzeja Dudy. Przecież on tylko wypełnia swoje obowiązki jako głowy państwa i to mu się po prostu należy – argumentują ci, którzy chętnie widzieliby nadal pana Dudę w roli prezydenta.

Nasuwa się również pytanie czy chwalenie się swoimi osiągnięciami, jak to czyni obecny prezydent, to też kampania czy jedynie referat sprawozdawczy. Wszak Andrzej Duda nie mówi wprost: głosujcie na mnie a tylko skromnie przypomina to co – jego zdaniem – jest sukcesem prezydentury a wyborcy niech sobie sami decydują.

Z drugiej jednak strony proprezydencka partia ogłasza, że inni kandydaci łamią prawo, gdyż już prowadzą kampanię, która się jeszcze nie zaczęła. Gdyby literalnie stosować zakaz jakichkolwiek publicznych spotkań czy wypowiedzi, wówczas obowiązywałaby „zasada morda w kubeł” wobec wszystkich kandydatów w tym również kandydującego prezydenta. Wówczas każde pojawienie się publiczne w gronie kilku osób i nie daj boże sfilmowane przez telewizję oznaczałoby złamanie obowiązujących przepisów prawnych. Takie logiczne wnioski z nielogicznego prawa wyciąga szewc Fabisiak.

Ponadto szewc Fabisiak zauważa, że kampanijne zarzuty wobec Rafała Trzaskowskiego nijak się mają do prawa wyborczego. Dopóki nie został zarejestrowany jako kandydat, to jest on takim samym zwykłym obywatelem jak każdy inny. I jak każdy inny może sobie akurat teraz podróżować po Polsce mimo tego, że jego miejsce pracy jest w Warszawie. Jeździ bo lubi i kto mu tego zabroni? – pyta retorycznie szewc Fabisiak. Dodaje, że on sam też może sobie pojechać do Poznania i spotkać się z mieszkańcami, ponieważ podobnie jak Rafał Trzaskowski nie został zarejestrowany jako kandydat. A że nie zamierza startować w wyborach to już całkiem inna sprawa.

Zdaniem szewca Fabisiaka, spotkania z wyborcami kandydatów już zarejestrowanych i tego jednego potencjalnego jeszcze raz potwierdzają fikcję w postaci zakazu kampanii. Kampania jest choć jej nie ma, podobnie jak majowe wybory, który miały miejsce i się nie odbyły.