Ostatni pisk wyborcy

Kampania przed wyborami prezydenckimi już się kończy. Przeczytałem mnóstwo promocyjnych tekstów opisujących kandydatów jako ludzi nadzwyczajnej energii, wiedzy i dobroci.

Wysłuchałem wielu opinii akcentujących ich mądrość, kulturę, a także urodę. To ostatnie kryterium wyboru było podkreślane zwłaszcza przez panie. De gustibus, . Jednym podobał się Kosiniak – Kamysz, innym Bosak, jeszcze innym urzędujący prezydent i jego główny konkurent. Kandydaci ciężko pracowali, niemal każdego dnia odwiedzając inną miejscowość, chwaląc jej mieszkańców i obiecując, że nie pozwolą odebrać im zdobyczy ostatnich lat – zwłaszcza 500+ i niższego wieku emerytalnego.

Obietnice i realia

W zalewie informacji o kandydatach brakowało mi jednak przekonywującej oceny ich wykształcenia i doświadczenia, pozwalających na sprawne realizowanie zadać związanych ze stanowiskiem prezydenta. Wprawdzie nie mamy ustroju prezydenckiego, prezydent nie rządzi tylko – upraszczając – jest recenzentem rządu, któremu może pomagać lub przeszkadzać. Tylko w dwóch dziedzinach może mieć głos decydujący – w polityce zagranicznej i obronie narodowej, czyli organizacji sił zbrojnych państwa. W kampanii wyborczej prawie wszyscy kandydaci rzucali zgromadzonym zwolennikom obietnice, których wybrany prezydent nie spełni, bo przekraczają jego kompetencje. Jeśli rząd postanowi spełnić takie obietnice, to prezydent może tylko publicznie wspierać ich realizację i wykazywać inicjatywę ustawodawczą.

Obserwując kampanię miałem też czasem wrażenie, że część naszych obywateli zachowuje się tak, jakbyśmy wybierali średniowiecznego króla, a nie wysokiego rangą urzędnika. Pokazywane w telewizji scenki, w których dojrzali wiekiem obywatele usiłują ucałować ręce miłościwie panującego premiera, albo śpiewają wiernopoddańcze piosenki na cześć obecnego prezydenta, najpierw mnie przeraziły a potem rozweseliły. Przyjaciel, którego właśnie podejmowałem na przyzbie kiełbaską z grilla powiedział, że jego to nie dziwi, bo my ciągle jeszcze nie dojrzeliśmy do demokracji. Część nas mentalnie tkwi nadal w średniowieczu i podświadomie czeka na władzę, która za nich wszystko przemyśli i załatwi, stale podgrzewając patriotyczne uczucia. Nie przeszkadza im, że ta władza może być nadmiernie twarda, łamać podstawowe prawa i nie liczyć się z opiniami autorytetów. Jesteśmy przecież narodem bohaterów i mięczaków nie lubimy.

Co prezydent musi

Zadałem sobie pytanie – które z tych podstawowych zadań prezydenta jest najważniejsze i musi je często wykonywać samodzielnie, nawet bez czasu do namysłu? Doszedłem do wniosku, że – mimo ogromnego znaczenia – nie jest to obrona narodowa, w której może się podpierać licznymi generałami, wywiadem i cywilnymi doradcami. Jest nim jednak polityka zagraniczna, odbudowywanie i rozszerzanie dobrej opinii o Polsce, utrzymywanie dobrych kontaktów z głowami wszystkich państw – nawet tych, które w ostatnich latach uznawane są przez nasze władze za niebezpiecznych wrogów. Takie kontakty są łatwiejsze, jeżeli potrafi się rozmawiać w języku partnera.

Prawie wszyscy kandydaci w naszych najbliższych wyborach mają wyższe wykształcenie, ale często odbiega ono daleko od polityki zagranicznej. Niezwykle sympatyczny Władzio Kosiniak – Kamysz jest doktorem nauk medycznych. Od wielu lat zajmuje się jednak polityką, był członkiem rządu, przewodzi „partii chłopskiej”, mającej ponad 100 letnie tradycje.

Szymuś Hołownia studiował psychologię społeczną, ale wcześnie zaczął karierę dziennikarską i mimo 5 letnich studiów, formalnie ich nie ukończył. Robert Biedroń jest absolwentem studiów politologicznych, więc z punktu widzenia wykształcenia doskonale „pasuje” do każdego stanowiska politycznego, łącznie z prezydenturą, Ma też doświadczenie samorządowe, przydatne w pełnieniu tej funkcji. Krzysio Bosak najpierw liznął architekturę a potem zajął się ekonomią. Też nie najgorzej dla prezydenta.

Ostatnie starcie

Wszyscy interesujący się polityką wiedzą, że urzędujący prezydent jest doktorem prawa. To dobrze, bo znajomość prawa na tym stanowisku jest niezwykle ważna w polityce wewnętrznej. W tym konkretnym przypadku powinna hamować i eliminować działania niezgodne z konstytucją. Wiemy, że w ostatnich latach nie zawsze hamowała. W stosunkach międzynarodowych znajomość prawa jest też pożądana, ale znacznie rzadziej musi być wykorzystywana.

Nie do pobicia w tej „wykształceniowej konkurencji” jest Rafał Trzaskowski. Studiował stosunki międzynarodowe i ma doktorat z tej dziedziny.

Studiował też filologię angielską. Poza podstawowymi studiami zaliczył także studia uzupełniające w USA, Anglii a nawet w Australii. Pracował w UE i był ministrem cyfryzacji a potem wiceministrem spraw zagranicznych. Zna pięć języków – niemiecki, francuski, rosyjski, hiszpański i angielski W tym ostatnim, a zarazem najbardziej potrzebnym w polityce zagranicznej, pracował nawet jako tłumacz.

Spójrzmy trzeźwo na te informacje. Gdyby prezydenta w Polsce nie wybierano w powszechnych wyborach, tylko – jak w wielkim koncernie – zatrudniał go jakiś „zarząd państwa”, to w tym zarządzie nikt nie miałby wątpliwości, że najbardziej fachowym kandydatem jest Rafał Trzaskowski. W demokracji parlamentarnej, której resztki jeszcze mamy, liczą się jednak – niestety – także inne cechy kandydatów, poczynając od ich przynależności partyjnej, a kończąc na poczuciu humoru i sposobie wiązania krawatów.
Podobnie jak większość starych bezpartyjnych lewicowców zagłosuję w decydującej II turze właśnie na R. Trzaskowskiego. I jestem przekonany, że to będzie dobry wybór.

Warszawa – Marki, 22.06.2020r.