Głos lewicy

Dziękujemy!

Publicysta Jakub Majmurek komentuje pamiętny wykład na UW:
Jerzy Urban od lat 90. tak nie striggerował prawicy jak wczoraj Leszek Jażdżewski. Tymczasem to przemówienie oddaje punkt widzenia dużej części także katolickiej opinii publicznej, która czuje, że model katolicyzmu politycznego w typie III RP nie działa. Reakcję na tę tak naprawdę bardzo chrześcijańską krytykę Kościoła rzymskokatolickiego pokazują, jak bardzo model katolicyzmu politycznego po polsku ciągle traktowany jest jako domyślny i jak histerycznie reaguje się na jakąkolwiek dyskusję wokół niego. Filipiki przeciw zepsuciu Kościoła uwiedzionego przez pieniądz i władzę, to trop katolickiej kultury równie stary, jak ona sama.
Ja dzięki bogu jestem ateistą, więc patrzę na to zupełnie z zewnątrz. Jeśli z tej perspektywy przyczepiłbym się do czegoś, to do konstrukcji, że Kościół katolicki utracił prawo do bycia autorytetem przez pedofilię, chciwość, itd. Jednak ja uważam, że warto budować świeckie państwo nawet wtedy, gdy dominujący kościół składa się z samych Franciszków i teologów wyzwolenia. Potrzebna jest sfera publiczna, gdzie także niewierzący czują się jak u siebie, w świeckości nie chodzi o ziemską pokutę kościoła za Rydzyków, Meringów i inne wykwity naszej kościelnej kultury.

Kościół Marksa

Komentarz publicysty Piotra Nowaka na ten sam temat:
Jarosław Kaczyński ma rację mówiąc, że „kościół jest atakowany w sposób niezwykle brutalny”, w związku z czym „trzeba polskiej tradycji, polskiej duchowości, polskiej moralności bronić”.
Kościół, w sensie wspólnoty, jest ciągle atakowany przez swoich hierarchów i funkcjonariuszy, dopuszczających się kolejnych przestępstw, czy występków przeciwko równości społecznej, prawom obywatelskim i zwykłej przyzwoitości. Największą siłą rozbijającą polską wspólnotę katolików jest sama instytucja. A co za tym idzie – instytucja ta jest destruktywna i niebezpieczna.
A w związku z tym Kaczyński ma słuszność, że należy bronić polskiej tradycji i duchowości. Tradycji buntu przeciwko niesprawiedliwości i ducha rewolucyjnego o którym pisał Karol Marks.
Warto przypomnieć również słowa Fryderyka Engelsa który w lutym 1848 roku zauważył, że „ostatnią walkę Polski z jej obcymi ciemięzcami poprzedziła ukryta, tajna, lecz zdecydowana walka w łonie samej Polski, walka Polaków uciskanych z Polakami-gnębicielami, walka demokracji z polską arystokracją”
Tak więc powinnością każdego Polaka i każdej Polski jest obrona tradycji, w ramach której obowiązkiem moralnym jest posłanie na śmietnik gnębicieli w koloratkach i arystokratów z Żoliborza.

No to co?

„A że tak głosują, jak głosują?
– No to co?
To, że kraj się sypie.
– Mają powody tak głosować, proszę sobie wyobrazić. Bośmy ich potraktowali jak nawóz historii. Jak tych, których trzeba wyrzucić za burtę transformacji, modernizacji. Bo do niczego nam się w tej modernizacji nie przydadzą. Za co oni mają nas kochać? Za co mają kochać demokrację, jak im się demokracja kojarzy z własną krzywdą. Pan senator Rokicki z Solidarności Rolników Indywidualnych oznajmił w Senacie, tuż po 1989, że sprawiedliwość społeczna jest przeżytkiem socjalizmu. Ja to sobie zapamiętałem. Dlatego gdy mówią, że jestem socjalista, to nie protestuję”

Fragment niepublikowanego wcześniej wywiadu z 2017 roku z prof. Karolem Modzelewskim, opublikowanego na łamach aktualnego numeru „Magazynu Świątecznego” GW

Na pożegnanie jeźdźca historii

Zajeżdżanie kobyły historii kosztowało wiele, i pomimo dużej dozy idealizmu, nie okazało się daremne.
Lewica żegna Karola Modzelewskiego.

„Zdarzają się – pisał Karol Modzelewski – rewolucyjne próby oddziałania na bieg dziejów w sposób zamierzony. W roku 1956, w latach sześćdziesiątych, a zwłaszcza w latach osiemdziesiątych uczestniczyłem w takich próbach. W końcu udało się nam przestawić zwrotnicę historii, ale rezultat okazał się dość odmienny od naszych, a w każdym razie moich zamierzeń i oczekiwań…”

W powszechnym przekonaniu

stalinizm w Polsce zakończył się wraz z Polskim Październikiem. Rzeczywiście, ustał czas wyjątkowej opresji ze strony bezpieki i wszechpotężnej dominacji państwa obejmującej nawet życie prywatne obywateli, ale sama partia niewiele się zmieniła. Zahamowany z różnych zresztą, często nawet uzasadnionych, przyczyn, proces demokratyzacji polskiego życia społeczno-politycznego, przyniósł druzgocące skutki samej PZPR. Pozbawiona wewnętrznych frakcji (poza tymi rodzącymi się w okresach kryzysu), samozniewolona centralizmem demokratycznym (niewiele mającym wspólnego z demokracją), stała się zdyscyplinowaną, jednomyślną, ale i bezrefleksyjną siłą polityczną podporządkowaną kierownictwu.
Wszelkie poważniejsze próby w partii i w kraju, jednostkowe czy zbiorowe, niezależnej dyskusji, krytyki czy tylko wątpliwości na temat zasad i sposobów budowy socjalizmu w Polsce, i roli w nich PZPR, były zwalczane. Poczynając od kar partyjnych, wydalania z partii, pozbawienia dotychczasowych stanowisk pracy, nawet sądowymi wyrokami, jako wrogie poczynania rewizjonistyczne, w pewnym okresie nawet syjonistyczne, i jeszcze wszystkie inne, stanowiące w konsekwencji próbę obalenia socjalistycznego ustroju.
Mimo wszystko i w kraju, i w samej PZPR, toczył się ukryty, społeczny dyskurs o stanie polskich spraw, niepozbawiony niepokoju i alarmistycznych pytań. Wyrażał się, bo tylko tak było to możliwe w zaistniałych warunkach, w cichych, dyskretnych rozmowach, nieśmiałych pytaniach, zapadającym milczeniu stanowiącym brak akceptacji, czasem w spojrzeniu czy nawet wzruszeniu ramion. A przede wszystkim w rozpowszechnieniu przekonania „róbmy swoje”, co również wyznaczało odpowiedzialne decyzje, także licznych partyjnych działaczy na różnych szczeblach władzy.

„Moje myślenie – wspominał Modzelewski

– było całkowicie utopijne – wierzyłem, że można ten ustrój zastąpić demokracją pracowniczą. I tak jak pisałem później w „Liście otwartym” [„List otwarty do Partii” autorstwa Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego z 1965 roku stanowił, z marksistowskiego punktu widzenia, druzgocącą krytykę realizowanego ustroju – Z.T.] wydawało mi się, że w tym kierunku mogła rozwijać się sytuacja w roku 1956, ponieważ takie było brzmienie październikowej prasy i w tym kierunku szli… przywódcy robotniczy…Oczywiście, wtedy nie uważałem, że to utopia. Uważałem, że to jest osiągalne…Gdy mówiłem o rozczarowaniu czy też wrogości wobec skrętu ku stabilizacji ustroju, którego dokonał Gomułka, miałem też na myśli konkretne wydarzenia. Pierwszym było zamknięcie „Po Prostu” i rozpędzenie najpierw wiecu na placu Narutowicza, następnie ulicznych demonstracji studenckich w październiku 1957 roku. To był ważny zwrot…Wtedy, szczerze mówiąc, pierwszy raz poczułem, że nie jest to moje państwo”.

I zapewne,

pomimo wcześniejszej głębokiej wiary w ideały socjalizmu, nie był to już także, w obserwowalnym wydaniu, jego ustrój. Modzelewski został wyrzucony z partii i skazany na ponad trzy lata więzienia. Wyszedł na wolność przed buntem studentów w marcu 1968, ale za udział w tych wydarzeniach ponownie trafił do więzienia.
W następnym czasie kontynuował swoje naukowe zainteresowania średniowieczną historią Polski broniąc kolejno, w latach 70. pracę doktorską i habilitacyjną. Ale pasja okresem Piastów musiała przegrać z, utrwalonym w jego zbiorze wartości, obowiązkiem obrony robotniczych interesów i stąd, w 1980 roku, włączył się aktywnie w działalność „Solidarności”, będąc autorem nazwy rodzącego się związku zawodowego i stając się ważną postacią w jego kierownictwie. Rozważania, na ile etap solidarności był szansą na zmianę i demokratyzację, także partii, a na ile okazał się czasem straconym i kolejną ułudą, zamyka wprowadzenie, w dramatycznych dla kraju okolicznościach, stanu wojennego.

Pojęcie lewica w okresie PRL

miało charakter historyczny, odnoszący się do minionych wydarzeń, natomiast prawica, z licznymi odmianami tego słowa, funkcjonowała w najlepsze w licznych ideologicznych i propagandowych wypowiedziach. PZPR, pomimo realizowania, w liczącej się mierze, tradycyjnych postulatów lewicy, słowa tego unikała, odróżniając się tym sposobem od niewątpliwie lewicowych, ale jakże odmiennych, partii socjaldemokratycznych. Zapewne także ze względu na utrzymanie monopolu władzy, spełniając rolę jedynego obrońcy „prawdziwego marksizmu”, a pod radziecką kuratelą i kontrolą, także „leninizmu”. W konsekwencji oznaczało to, że postaci opowiadających się za lewicowymi politycznie i społecznie ideami oraz działaniami, ale krytycznie oceniających tzw. realny socjalizm, nie zaliczano do lewicy, a wrzucano do jednego wora wrogiej politycznej opozycji. Taki obraz utrwalony został nie tylko w szeregach partii, ale także w jej kierowniczych gremiach, co dotyczyło oczywiście i Karola Modzelewskiego.
W zmienionych politycznych okolicznościach, takich jak na przykład okres IX Zjazdu PZPR, Karol Modzelewski mógłby być z pewnością zaliczany do grupy czołowych partyjnych reformatorów i zapewne podzieliłby później ich los w ramach tzw. cięcia po skrzydłach. Natomiast w okresie poprzedzającym Okrągły Stół wykreowany został m. in. przez liczne meldunki MSW – On ze swoimi lewicowymi zapatrywaniami na Polskę – na największego wroga wśród prawicowych przedstawicieli strony opozycyjno-solidarnościowej.
Przewartościowanie pojęcia lewica mogło się zacząć po wyrażonej w sierpniu 1988 roku przez Józefa Czyrka – wtedy członka Biura Politycznego i sekretarza KC – opinii, że w Polsce kończy się okres stalinowskiego socjalizmu, także dla PZPR. W rzeczywistości, dopiero po jej rozwiązaniu, i powstaniu Socjaldemokracji RP oraz Polskiej Unii Demokratycznej odrodziła się w Polsce zorganizowana, polityczna lewica.
A tak dla wyjaśnienia, to używany obecnie termin „lewica demokratyczna” przypomina znane powiedzonko o maśle maślanym, gdyż już w samej swojej nazwie zawiera nieistniejącą sprzeczność, bowiem nie ma lewicy bez uznawania demokracji, tak jak i wolności, czy też równości wszystkich obywateli. Autorzy cytowanego terminu posługują się nim dziś jedynie instrumentalnie, próbując tym sposobem przeciwstawiać go i dezawuować Sojusz Lewicy Demokratycznej.

„Jaruzelski – to jest moja supozycja, a nie wiedza

[mówił Modzelewski – Z.T.] – dobrze orientował się w zamiarach Gorbaczowa i doszedł trafnie do wniosku, że po wycofaniu się Związku Radzieckiego z Jałty muszą nastąpić przekształcenia ustrojowe. Przyjął, że najpewniejszą droga do tego będzie porozumienie z Solidarnością. I to był błąd. Bo najpewniejszą drogą był dialog ze społeczeństwem. To znaczy ogłoszenie drogi do pluralizmu, a nie uznanie Solidarności za społeczeństwo. To nie to samo. Wtedy, kto wie, czy nie powstałby system bardziej racjonalny. Bo tak został zbudowany monopol tzw. obozu posolidarnościowego, który trwa do dzisiaj i nie można się tego nieszczęścia pozbyć”.

Nigdy nie zakończą się rozważania

na temat alternatywnych scenariuszy polskich wydarzeń, tych z pierwszych lat Polski Ludowej, popaździernikowych, z okresu epoki Gierka, czasu „Solidarności” i lat poprzedzających Okrągły Stół wraz z jego ustaleniami i konsekwencjami, a także wszystkich innych. To naturalne, ale w tych teoretycznych analizach należy uwzględniać wszystkie
okoliczności, warunki w jakich miały miejsce, a wśród nich stan wiedzy i świadomości tak społeczeństwa, jak i kreujących je uczestników. Ich potencję intelektualną, zdolność i trafność przewidywania, ale także determinację do przekraczania granic, pozornie niemożliwych do sforsowania. Obserwowalne zdarzenia miały taki, a nie inny charakter i przebieg, bowiem w zaistniałych, wcześniej opisanych determinantach, innego mieć po prostu nie mogły.

Adam Michnik niedawno,

w wywiadzie na Onecie, na pytanie: „co się stało… że wy zachłysnęliście się wolnością, a nie równością?” odpowiadał: „Wtedy to było nierealistyczne. Te pomysły Karola Modzelewskiego czy Ryszarda Bugaja, to było księżycowe…Sprawiedliwość społeczna nie znaczy nic konkretnego. To musi być zawsze spór o konkret. Wyście używali takiego liczmana „neoliberalizm”. Ja, ponieważ nigdy nie wiedziałem, co to znaczy, powiedziałem, że o tym nie chcę rozmawiać”.

Karol Modzelewski natomiast uważał, że:

„Transformacja zmodernizowała Polskę, ale społeczny koszt tej modernizacji okazał się bardzo wysoki, a co ważniejsze – bardzo trwały… Są to nierówności trwałe, dziedziczone z pokolenia na pokolenie. Wielkiemu zróżnicowaniu dochodów odpowiadają coraz głębsze różnice w zakresie opieki zdrowotnej, dostępu do wykształcenia i szans awansu kolejnych pokoleń. W rezultacie różnice te mają charakter bez mała niezmiennego podziału przywilejów i upośledzeń. Równość szans pozostaje w sferze marzeń. Dzieci i wnuki tych, których okręt neoliberalnej modernizacji zostawił za burtą, w większości już się nie wdrapią na pokład. Wywiera to na ich sposób postrzeganej Polski znacznie większy wpływ niż umoralniająca dydaktyka, sprowadza się do zróżnicowania płac i dochodów. Najistotniejszym bodaj czynnikiem traumy Wielkiej Zmiany jest masowe i trwałe bezrobocie… Chłoporobotnicy powrócili na wieś, gdzie mają przynajmniej co jeść, a szczytem ich marzeń jest bodaj najlichsza renta… Ci, co sobie radzą i mogą oceniać, że transformacja zmieniła ich na lepsze, są wciąż jeszcze w większości. Liczbę tych, których modernizacja zostawiła za burtą, szacuje się na jakieś 25-30 proc. polskiego społeczeństwa. Między zaradnymi a poszkodowanymi nie ma już braterskiej miłości. Inteligencja znalazła się na ogół po słonecznej stronie, w strefie tzw. klasy średniej, ale docierają do niej irytujące odgłosy gniewu, rozgoryczenia, frustracji i agresji ze strony poszkodowanych współbraci… opiniotwórcze kręgi polskiej inteligencji stanęły po stronie Balcerowicza”.

Karol Modzelewski był człowiekiem lewicy,

nie tylko dlatego, że jak uważa Oko.press, „Od początku krytykował reformy Balcerowicza oraz kształt polskiej transformacji”. Przede wszystkim dlatego, że od zarania swojej politycznej drogi marzenia, oczekiwania i działania koncentrował zawsze wokół takich lewicowych wartości jak wolność, demokracja, równość społeczna, los ludzi pracy i w różny sposób wyzyskiwanych i wykorzystywanych mas. Towarzyszyły mu nadzieja i czyny zmierzające do stworzenie warunków rzeczywistej i równej partycypacji wszystkich obywateli w życiu społeczno-polityczno-materialnym kraju.
Znany był z uczciwości i rzetelnej, obiektywnej oceny, nie tylko minionych czasów PRL, ale również rodzącego się już na samym początku III RP, trwałego społecznego podziału. Publicznie upominał się wielokrotnie o przestrzeganie podstawowych praw obywatelskich, ostatnio także przeciw rządom PiS łamiącym m. in. Konstytucję. Jego odwaga i szczerość wyrażanych poglądów, nieakceptowane przez postsolidarnościowe gremia i bezkrytycznych chwalców naszej codzienności, stawały się wzorem dla współczesnej polskiej lewicy.

Był niewątpliwie Karol Modzelewski wielkim idealistą,

człowiekiem kierującym się w życiu i postępowaniu ideami, wzniosłymi humanistycznymi celami, a właśnie tacy ludzie kreują postęp i rozwój, przestawiając zwrotnice historii. Nie zawsze, a może nawet często, jadące po tych torach pociągi podążały w wymarzonym kierunku. Ale gdzie by dzisiaj był, i co wart byłby nasz świat bez ich żarliwości i niezłomnej nadziei?

Eksponat niepokorny

Wspomnienie o Karolu Modzelewskim.

To przez Karola Modzelewskiego jestem lewakiem.

Kiedy Go poznałam, w 1990 roku, moja osiemnastoletnia świadomość polityczna składała się z dość powierzchownych i raczej kontrastowych elementów: wyniesionej z dzieciństwa na Żoliborzu odruchowej niechęci do komuny („Chcesz cukierka, idź do Gierka, Gierek głupi, to ci kupi” – mówiliśmy sobie złośliwie w przedszkolu), równie odruchowego przekonania, że równość jest jednak lepsza od nierówności oraz niesamowitego doświadczenia, jakim była kampania wyborcza Jacka Kuronia w 1989 roku. Jednak w całym tym doświadczeniu: dziwacznej politycznej partyzantki, nocnego klejenia plakatów, oglądania rosnących tłumów, które z entuzjazmem ale i niedowierzaniem przychodziły posłuchać kandydata na posła, co jeszcze pół roku wcześniej był jednym z najgłośniejszych kryminalistów PRL – najbardziej fascynujące były opowieści Kuronia o Modzelewskim. Kto wie, gdyby nie to, być może zaakceptowałabym budowę kapitalizmu z bezkrytycznym entuzjazmem i dziś pracowałabym w „Gazecie Wyborczej” i co tydzień gościła w tefałenie, zamiast zasilać rachityczne szeregi wyklętego przez obie strony bractwa symetrystów.

Karol Modzelewski nie miał tolerancji dla symetrystów. Kiedy rozmawialiśmy po raz ostatni, w grudniu 2017 roku, na moje wyznanie, iż jestem symetrystą, odparł – nie bez złośliwości – że to musi być bardzo niewygodna pozycja. Lata spędzone w peerelowskich więzieniach uczyniły go szczególnie niewyrozumiałym wobec wszelkich przejawów państwa policyjnego – toteż nie sądził, aby prospołeczne elementy polityki PiS usprawiedliwiały jakąkolwiek ambiwalencję w ocenie tych rządów.

Ale to od Karola Modzelewskiego nauczyłam się krytycznego myślenia, które uczyniło ze mnie symetrystę. To Jego intelektualna odwaga i uczciwość – w ocenie Polski Ludowej, III RP, stanu wojennego, czy kapitalistycznej transformacji – wzbudziły we mnie nieprzejednane obrzydzenie do maszerowania w jakimkolwiek równym szeregu i graniczącą z nerwicą natręctw potrzebę wyrabiania sobie własnego zdania na podstawie wszystkich dostępnych przesłanek. Modzelewski dostrzegał zagrożenie, jakie stopniowy demontaż demokracji niósł dla ludzi pracy – ale dostrzegał też przyczyny, dla których ludzie pracy się od tej demokracji odwracają. Używając jego własnych słów: „demokracja jest silna poparciem obywateli, więc jak przekonała obywatela, że nie jest godna poparcia, to się przewraca. Z tym, że jak się przewróci, to ten obywatel, który ją przewróci, dostanie po dupie”.

Toteż wpisywanie Go w szeregi bezkrytycznych obrońców ustroju przedpisowskiego   jest – delikatnie mówiąc – daleko idącym nadużyciem. A już szczególnie perfidny wydaje mi się tytuł pożegnalnego tekstu, który poświęciła mu „Gazeta Wyborcza”: „Zmarł Karol Modzelewski, jeden z ostatnich ojców założycieli III Rzeczypospolitej”.

Stosunek Modzelewskiego do III  Rzeczypospolitej bynajmniej nie był ojcowski. Był jedną z pierwszych „legend opozycji”, które z najwyższą surowością krytykowały kształt transformacji ustrojowej.  Jeszcze w 1989 roku, w ramach OKP, którego był senatorem, Modzelewski założył wywrotową organizację pod nazwą Grupa Obrony Interesów Pracowniczych – z niej wyrosło najpierw stowarzyszenie i koło parlamentarne Solidarność Pracy, a później partia Unia Pracy. „Gdy tylko pojawiły się pierwsze nieoficjalne przecieki, na czym ma polegać plan Balcerowicza, byłem zbulwersowany jego dramatycznie antypracowniczym i antysocjalnym charakterem. A jeszcze bardziej bulwersowała mnie gotowość posłów i senatorów OKP do jego przyjęcia. W końcu byliśmy wybrani pod sztandarami »Solidarności« i to świat pracy mieliśmy w parlamencie reprezentować” – wspominał korzenie GOIP w rozmowie z Rafałem Wosiem.

Był tym tytanem antypeerelowskiej opozycji, który zdawał się mocno znużony swoją rolą żywego eksponatu w muzeum antykomunizmu  – co zasadniczo różniło go od autorytetów takich jakich Władysław Frasyniuk czy Bogdan Borusewicz. Mało tego: potrafił – i chciał – mówić obiektywnie i analitycznie o PRL. Co jego politycznych przyjaciół z młodości wybitnie frustrowało – przejawem tej frustracji było np. wyniosłe milczenie wokół książki „Polska Ludowa”: moim zdaniem, najciekawszej książki historycznej ostatniej dekady. Która wszakże miała tę wadę, iż był to dialog między Karolem Modzelewskim, a wybitnym działaczem komunistycznym Andrzejem Werblanem – a kto to widział, żeby „legenda opozycji” gadała z komuchem jak równy z równym.

Przez ostatnie trzy dekady miałam przywilej przeprowadzić z Nim kilkanaście wywiadów. Nie opowiadał w nich o swojej niezłomnej walce z upadłym ustrojem – za to we wszystkich krytycznie i z rozczarowaniem mówił o ustroju społeczno-gospodarczym III RP. Nie akceptował absurdalnego neoliberalnego dogmatu że „przypływ podnosi wszystkie łodzie” i w legendarnym już bon mocie stwierdzał, że za kapitalizm nie siedziałby nie tylko 8 lat ale nawet 8 dni. Lęk przed pisowskim państwem policyjnym nie czynił z niego entuzjasty liberalnego państwa dobrobytu dla nielicznych.

Z nas też nie powinien.

Głos lewicy

UE a ochrona zdrowia

– W Europie, podobnie jak i w Polsce rosną nastroje eurosceptyczne. W Polsce te nastroje podgrzewa nie tylko partia rządząca. Faktem jest, że do tej pory Unia Europejska za mało zajmowała się człowiekiem jako jednostką. Unia bardziej przyjazna człowiekowi, która jest w stanie zająć się tym co dla człowieka jest ważne,m.in. zdrowiem. Jako Koalicja Europejskiej wychodzimy na przeciw wymaganiom Europejczyków proponując Europejski Pakiet Onkologiczny – powiedział na konferencji Koalicji Europejskiej sekretarz generalny SLD, Marcin Kulasek.
– Czas najwyższy aby Unia skorzystała ze swoich uprawnień i zajęła się profilaktyką i ochroną zdrowia, bo to właśnie dla ludzi, nie tylko dla Europejczyków jest najważniejsze – podkreślił sekretarz Sojuszu.
Źrdódło: sld.org.pl

Barbarzyńca na salonach

Łukasz Moll również wspomina prof. Modzelewskiego:
Poza tym, że był chodzącym dowodem na to, że można być częścią pewnej formacji, ale nie stać się przy tym zakładnikiem jej mitów, nawyków i sukcesu, zapamiętam z jego mediewistycznej książki „Barbarzyńska Europa”, o której było jakoś cicho. A tu Modzelewski też poszedł pod prąd i tym, którzy przekonują, że cywilizacja europejska to tylko Ateny, Rzym i Jerozolima, a barbarzyńcy to ordynarne dzikusy, które zdolne są tylko do gwałtów i grabieży, pokazał, że urządzenia barbarzyńskie i idee barbarzyńskie odgrywają w historii Europy nader znaczące, pozytywne role. Dwie takie idee – demokracji wiecowej i własności wspólnej – połączyli przecież barbarzyńcy z Pierwszej Solidarności, zanim przyszli znawcy Aten, Rzymu i Jerozolimy i zrobili po swojemu. Modzelewski pozostał po stronie barbarzyńców, choć wstępu na salony mu całkiem nie odmówiono.

Sztuka konsumpcyjna

Refleksja Tymoteusza Kochana o bananowej cenzurze:
Cenzura zawsze zaczyna się od propagandy odnowy moralnej i mówienia o wielkich wartościach i chronieniu „naszej młodzieży”. Jako pozbawieni ksenofobii ludzie z PiS-em nie mamy jednak żadnej „wspólnej młodzieży”, bo nie uważamy osób o innej orientacji seksualnej za naszego wroga. A miejsce sztuki religijnej i cenzurowanej przez klerykalizm jest w kościele.

Nie wierzcie antykomunistom

Karol Modzelewski, uznawany za skutecznego ongiś bojownika o prawa pracownicze i inne zjawiska z gruntu miłe lewicy, awansował dość szybko na jednego z jej bohaterów w III RP. Czy z braku lepszego dżemu, czy dlatego, że nie wpisał się dostatecznie miękko w transformacyjne narracje? Chyba jednak głównie z powodu naiwności odbiorców jego komunikatów. Szkoda, że ujawnia się to po raz kolejny; tym bardziej, że nie zanosi się, by i przy tym ostrym zakręcie ktoś zechciał pokusić się o wnioski i zmiany.
Wspomniany działacz i komentator był uprzejmy niedawno zabrać głos w sprawie polskiej polityki zagranicznej i obronnej. Stwierdził, iż instalacja niezwykle drogiej bazy wojsk amerykańskich w Polsce o kuriozalnej nazwie roboczej Fort Trump to pomysł znakomity, ale ze względu na mroczne chmury PiS-owszczyzny, które zawisły nad Polską, nierealny. A dokładniej, powiedział, że byłby to projekt zbieżny z polską racją stanu, ale Duda i Kaczyński na pewno to spieprzą.
Cokolwiek zdumiewa podobna opinia z ust człowieka szczycącego się krytycznym myśleniem. Każdy bowiem, komu udało się zachować elementarną przytomność umysłu w tych dziwacznych postczasach III i IV RP zdaje sobie sprawę, że inwestycja 2 mld dolarów w jankeskie zabawy z bronią jest po prostu szkodliwym idiotyzmem. Jeszcze bardziej zaskakuje jednak konstatacja, iż prominenci PiS-u mieliby się do tego nie przyłożyć. Modzelewski myli się więc wielokrotnie i daje dowodny wyraz temu, iż cała ta jego niemal trzydziestoletnia kawalkada przeciw ułomnościom polskiej transformacji jest pustą pozą, wentylem bezpieczeństwa wkręconym w niszę.
Nikt inny przecież nie zrobi tego lepiej niż właśnie obecny rząd. Jedyną treścią „polityki”, którą prezes i prezydent proponują społeczeństwu, jest wszak emocjonalna huśtawka i żonglowanie symbolami. A jednym z najważniejszych z tychże jest fantazmat groźnej Rosji, fałszywie zreinkarnowego ZSRR, które wraz z cyrkową kopią Reagana okupującą obecnie Biały Dom, trzeba pilnie ponownie obalić. Niczego innego duet ten nie rozegra lepiej, niż właśnie kolejnego festiwalu brzdękania szabelką na Moskwę. A jeśli da się przy tym zademonstrować hiperserwilizm utrzymując komediowo-lokajską nazwę, to będzie to sukces wielkiej miary i materiał do PR-owej eksploatacji na dekady wprzód.
Natomiast twierdzenia o rzekomej zgodności rusofobicznych ekscesów za obłędne pieniądze, to dowód na myślenie magiczne, że się tak wyrażę – najgorszego sortu. W polityce jeszcze bardziej groźne od lekkodusznej, infantylnej naiwności. Jeżeli ktoś uważa, że jedna baza jankeskich wojsk w Polsce stanowi jakiś realny czynnik awersyjny dla wyimaginowanej przez chore umysły rosyjskiej nawały, to polecić można takiej osobie jedynie wycieczkę do kuchni, wyszukanie najcięższej dostępnej tam patelni i wymierzenie sobie nią ciosu prosto w czoło.
A jednak okazuje się, że Modzelewski tak właśnie sądzi. Osobiście jest mi to zupełnie obojętne, albowiem dla mnie Modzelewski nie był, nie jest i nie będzie żadnym punktem odniesienia. Reprezentuję nurt lewicy w Polsce praktycznie nieobecny – czyli lewicę nieantykomunistyczną. Ale wyobrażam sobie zgrzyty zębów i obfite bóle wiadomego fragmentu anatomii, tych, którzy żyją nadętymi ponad wszelką przyzwoitość legendami Kuronia i Modzelewskiego właśnie. Oraz, ma się rozumieć, innych eksponentów frymuśnej lewicy, która wprawdzie nie lubi PO, PiS-u, czy Balcerowicza, ale jeszcze bardziej nienawidzi PRL-u i Rosji. Ja od początku swojego świadomego życia w Polsce z radością popluwałem okazjonalnie na zachwyty i westchnienia polskiej lewicy wobec takich ośrodków jak Nowy Obywatel, Tygodnik Powszechny czy Gazeta Wyborcza oraz na jej perwersyjne do granic obrzydliwości z nimi romanse. Ich wspólnym mianownikiem jest oczywiście antykomunizm i nieodłącznie podążająca z nim w parze antyrosyjska ksenofobia. Do dziś zachodzę w głowę, czy w polskiej kulturze politycznej to pierwsze jest funkcją drugiego, czy odwrotnie.
W zbiór ten wpisują się wszyscy apologeci (nawet umiarkowani) transformacji, którzy dogmatycznie odrzucają prostą tezę, iż PRL można było reformować, zamiast wysadzać w powietrze i że III RP ze swoimi Wałęsami, Mazowieckimi, Glempami, Balcerowiczami, Niesiołowskimi, Moczulskimi oraz właśnie Modzelewskimi, Kuroniami, Bonieckimi, Michnikami, Lisami i Żakowskimi nie była żadną dziejową koniecznością, tylko politycznym wyborem. Czasy bieżące poświadczają jego głupotę i ujawniają miałkość przesłanek, tudzież krótkowzroczność planistów. Polska droga do przemian prowadzi wyłącznie do PiSlandu i nigdzie indziej. Jeśli nie zaprowadziłby go Kaczyński, zrobiłby to Modzelewski, zresztą – jak sam twierdzi – lepiej.