Bigos tygodniowy

Stan państwa polskiego po czterech latach rządów PiS – czyli „dobrej zmiany” – przedstawia się następująco. W ciągu minionych 12 miesięcy, licząc od listopada zeszłego roku, ujawnione zostały następujące afery: afera KNF czyli Chrzanowskiego Marka z prezesem NBP w tle, afera spółki „Srebrna”, afera z wynagrodzeniami asystentek prezesa NBP Glapińskiego Adama, afera lotów marszałka Sejmu Kuchcińskiego Marka, afera Piebiaka Łukasza czyli afera hejterska z Ministerstwem Sprawiedliwości z Ziobrą Zbigniewem w tle i – „przed chwilą” – afera Banasia Mariana, wieloletniego szefa Krajowej Administracji Skarbowej w randze wiceministra, następnie ministra finansów i – obecnie – prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Banaś wszedł w deal (wynajął kamienicę) z szemranym „biznesmenem” z odsiadką więzienną w tle, specem od wynajmu pokoi na godziny, czyli „burdeltatą”. Ponadto Banaś legitymuje się bardzo podejrzanymi oświadczeniami majątkowymi. Dodajmy, że ma on opinię „człowieka Kamińskiego”, aktualnego szefa służb specjalnych i policji. O takich drobnych aferkach, jak zniszczenie zapisu z przebiegu wypadku z udziałem Szydło Beaty pod Oświęcimiem, czy afera z fałszowaniem podpisów na listach wyborczych, w którą zamieszany jest Andruszkiewicz Adam, obecny wiceminister cyfryzacji, nie warto wobec tego nawet wspominać. Mamy zatem do czynienia z sytuacją, w której jeden z kilku najważniejszych (nie de iure, ale de facto) urzędników państwa, odpowiadający za nadzór i kontrolę nad publicznymi finansami, jeśli nawet tylko otarł się o świat przestępczy, jest totalnie zdyskwalifikowany w tej roli. Dlatego obrona Banasia przez PiS i jego rząd, połączona z propagandową retoryką opartą na przyjęciu lekceważącego tonu wobec tego, co się stało, jest krańcowym wyrazem bezczelności i kłamstwa uprawianego przez tę formację. O tym, że obrona Banasia jest robieniem dobrej miny do złej gry świadczy fakt, że „zawiesił się” on w swojej funkcji. Sam czy na polecenie przewodniczącego Ma(ł)o – to już mało istotne.

Wracam do stanu państwa polskiego za „dobrej zmiany” PiS. Przedstawia się on następująco: 1. na czele rządu stoi pajac-marionetka upajający się niemal każdego dnia wygłaszaniem w tonie lirycznej euforii szumnych, kłamliwych frazesów o rzekomo wspaniałych owocach rządów PiS, w tym odlotowe brednie-majaczenia o „polskiej dolinie krzemowej”. 2. w jego cieniu buszują i kręcą podejrzane lody osobnicy w rodzaju Chrzanowskiego, Kuchcińskiego, Piebiaka czy Banasia. 3. zza tego ponurego obrazu wyłania się skrzywiony pysk obłąkanego karła, kłapiącego ponuro dolną szczęką. 4. z boku funkcjonuje nicość, figurant rezydujący pod żyrandolem w Pałacu przy Krakowskim Przedmieściu. Wszystko to podlane jest sosem politycznego katolicyzmu, z emblematem w postaci wyjątkowo ohydnych figur Rydzyka i Jędraszewskiego, wygłaszających obłąkane i podżegające frazy o „tęczowej zarazie”. Na jakie to wszystko zasługuje określenie? Rządów mafijnych, polskiego „salazaryzmu” a może po prostu rządów „kik”, czyli kryminalistów i klechów? Do tego dochodzi ćwierćinteligent z tytułem profesorskim, minister kultury w randze wicepremiera, który z rozumieniem tej dziedziny innym niż pojmowanie jej jako partyjną propagandę w stylu bogoojczyźnianym ma tyle wspólnego, co ja z szacunkiem dla kleru i który broni przed dociekliwością dziennikarzy podejrzaną w sferze dysponowania finansami tzw. Fundację Narodową.

Funkcjonariusz poczciwej niegdyś, a przez Kuchcińskiego zamienionej w uzbrojoną siłę paramilitarną Straży Marszałkowskiej zagroził śmiercią posłance Katarzynie Lubnauer dołączając do tego wulgarne obelgi. To ewidentny efekt prania mózgów dokonywanego na funkcjonariuszach SM i przerabiania ich w bezwzględną gwardię pisowską. Przerażone skutkami własnego szczucia PiS nie zlekceważyło tego radykalnego hejtu (wizja, że ów osobnik podejdzie do posłanki na sejmowym korytarzu i wypali jej w głowę okazała się nader realistyczna), więc policja namierzyła go i aresztowała w Sejmie wśród nocnej ciszy. Oto do czego nas prowadzi reżym PiS, bo tej atmosferze krew prędzej czy później się poleje. To nieuchronne.

A tymczasem po dziesięcioleciach przerwy pojawiło się zjawisko tzw. „półkownika”, czyli filmu z powodów politycznych zatrzymanego, wycofanego z konkursu festiwalowego. Spotkało to w Gdyni „Solid Gold” Jacka Bromskiego, zrealizowany na kanwie afery „Amber Gold”. Wycofania dokonała TVPiS Kurskiego Jacka, współproducent filmu. Ponieważ jednak, jak uczy Karol Marks, historia powtarza się tylko jako farsa, „półkownikowski” status filmu trwał krótko jak życie jętki jednodniówki. Nie te – technologicznie – czasy, żeby można film zamknąć na kłódkę albo w sejfie. Film został więc jednak pokazany w Gdyni, choć nagrody nie zdobył. Tak wypromowany przez Kurskiego Jacka pójdzie na ekrany kin.

Niestety, podobnej determinacji jak filmowcy nie okazał rektor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, który po kilku bodaj dniach odwiesił z zawieszenia pedagoga Nalaskowskiego Aleksandra, który został ukarany za epatowanie w tygodniku Karnowskich mową dyskryminacji i nienawiści. Takie pobłażanie nie jest wychowawcze. Nie twierdzę, że rektor powinien kazać Nalaskowskiego powiesić, ale co najmniej przez pół czasu orzeczonej kary powinien go przetrzymać, dla ochłonięcia.

„Bób, Hummus i Włoszczyzna” – taka niewinna kpinka grona młodych ludzi z nadętego hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna” spotkała się z obłąkańczą furią pisowskiej propagandy. Tu również w tle jest pisowskie nieuctwo historyczne. Gdyby wiedzieli jakim brutalnym językiem posługiwali się wzajemnie politycy i publicyści w tej idealizowanej przez PiS II Rzeczypospolitej, przekonaliby się, że „warzywny” żarcik jest bezkrwisty i delikatny w smaku jak zupa jarzynowa.

By pozostać w pokrewnym klimacie: w sobotę uczestniczyłem, na katolickiej Warmii, w ślubie młodej (także metrykalnie) pary. Ślub odbył się na modłę pogańską, w zielonym gaju, z jeziorem w tle, pod barwnie ukwieconym łukiem ogrodowym („chwalcie łąki umajone”), a ślubu udzieliła pani urzędnik stanu cywilnego. Wszystko odbyło się w uroczej swobodnej atmosferze, bez czyichkolwiek kwasów i szeptanki. I co najważniejsze – swoją obecnością nie zasmrodził atmosfery swoją obecnością żaden katolicki klecha.

Wobec dramatycznej wagi większości powyżej przywołanych zdarzeń, pomysł z certyfikatami na dziennikarzy może sobie PiS włożyć w buty, między słomę. Podobnie nieważne jest wysługiwanie się przez ex-ulubienicę Leszka Millera, Jakubowską Aleksandrę, Rachoniowi Michałowi w jego porannym programie „Jedziemy” w TVPiS, w towarzystwie lubelskiego nazika Kowalskiego Mariana i tym podobnych osobników.

Rozdrobnienie nie służy Wywiad

„Połączenie klubów moim zdaniem zwiększyłoby siłę opozycji, a dla wyborców byłoby jasnym sygnałem, że opozycja potrafi się nie tylko dzielić, ale i jednoczyć” – mówi dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Według najnowszego sondażu dla Instytutu Badań Pollster opublikowanego w „Super Expressie” szeroko zjednoczona opozycja – PO, PSL, Nowoczesna, PSL, SLD Razem i Teraz – mają 50 proc. poparcia. Gdyby wspólnie wystartowały w wyborach, pokonałyby PiS. Jednak chyba za wcześnie, żeby opozycja otwierała szampana?

JACEK KUCHARCZYK: Tu wiele zależy od tego, jak wyglądało dokładnie samo pytanie, które zostało zadane, i jakie warianty odpowiedzi otrzymał pytany. Dlatego do tych liczb bardzo bym się nie przywiązywał. Niemniej na pewno można wysnuć z tych liczb jeden wniosek: większość Polaków wolałaby głosować na inną opcję polityczną niż ta, która teraz rządzi. Myślę, że została osiągnięta masa krytyczna, jeśli chodzi o poczucie, że potrzebna jest zmiana u steru państwa, aby u władzy był ktoś inny niż PiS. Teraz to opozycja musi dać wyborcom szansę i stworzyć taką realną alternatywę. Na otwieranie butelek z szampanem jest jeszcze za wcześnie, bo sondaż dotyczy opozycji wyobrażonej, nie tej istniejącej. O tak szerokim froncie anty-PiS jeszcze nie ma mowy, on faktycznie nie istnieje. To wciąż jest raczej cel różnych działań niż rzeczywistość. Ostrożnie traktowałbym te wyniki – raczej jako wskazówkę co do kierunku dalszych działań opozycji, niż jako obraz realnego układu sił politycznych w Polsce.

 

Ciągle mamy ponad połowę społeczeństwa, która nie chodzi na wybory. Jest więc spora grupa wyborców do zagospodarowania.

To jest ta wielka obietnica Biedronia, że on sięgnie po nowych wyborców, którzy zwykle nie głosują. Niestety, jest to obietnica, której szanse realizacji trudno zweryfikować. Czy Biedroń rzeczywiście zaktywizuje nowych wyborców, czy też odbierze głosy innym partiom opozycyjnym, pokażą dopiero wybory. Obawiam się, że pomimo różnych ukłonów Biedronia pod adresem wyborców PiS-u przejmie on raczej głosy dotychczasowych zwolenników opozycji. Oczywiście teoretycznie jest grupa biernych obywateli do zagospodarowania, ale ich aktywizacja cały czas pozostaje trochę fikcją polityczną. Szczególnie atrakcyjną dla tych, którzy do naszej i tak zatłoczonej sceny politycznej chcą dodać nową formację polityczną. Naturalne jest, że będą przekonywać, że nie przyczyniają się do rozdrobnienia opozycji, ponieważ chcą sięgnąć po obywatel biernych, tych którzy polityką się rozczarowali. O ile sam cel jest sensowny – na przykład widzimy, jak niski jest chociażby procent aktywnej wyborczo młodzieży – to w praktyce weryfikacja takich stwierdzeń dla socjologa czy politologa jest ogromnie trudna. Nie bardzo jest jak zbadać, czy wejście na scenę polityczną Biedronia faktycznie zwiększy deklaracje udziału w wyborach. Gdyby rzeczywiście tak było, że udałoby mu się zagospodarować tych wyborczo biernych obywateli, to moglibyśmy oczekiwać, że powstanie jego ugrupowania spowoduje, że zwiększy się frekwencja wyborcza, a opozycja się wzmocni. Moim zdaniem, dzisiaj głównym wyzwaniem dla opozycji jest podtrzymywanie zaufania tych, którzy chcą iść na wybory i są przeciwnikami partii rządzącej. Ten sondaż jest ważny dlatego, że wyraźnie pokazuje społeczne oczekiwanie na jednoczenie się opozycji, a nie na tworzenie nowej oferty na scenie politycznej.

 

Robert Biedroń zapowiada, że do koalicji nie przystąpi, a jeżeli nie zaktywizuje biernych wyborców, to zaczerpnie raczej z elektoratu opozycji?

Obawiam się, że wejście Biedronia będzie raczej przeszkodą, jeśli chodzi o tworzenie szerokiego frontu opozycyjnego wobec PiS-u. Poza tym, nawet jeśli patrzymy na ordynację wyborczą, to może okazać się niebezpieczne. Biorąc pod uwagę obecne sondaże, każdy dodatkowy głos na zjednoczoną opozycję będzie miał większe przełożenie na podział miejsc w parlamencie, niż głos na inicjatywę Biedronia.

 

Według cytowanego sondażu, gdyby partie poszły osobno, to zarówno Nowoczesna, jak i Razem i Teraz nie wchodzą. Jedynie PO, PSL, SLD znalazłyby się w parlamencie, co dałoby prawdopodobnie drugą kadencję PiS-owi.

Rozdrobnienie nie służy opozycji. Proszę zobaczyć, że w najlepszych okresach PiS-u nie popierało więcej niż 1/3 Polaków, natomiast ich siłą było zawsze to, że opozycja była rozdrobniona, że część tych, którzy nie popierali PiS-u, nie ufali też opozycji i że głosy przeciwników władzy się dzieliły. To jest to błędne koło polskiej polityki, które sprawia, że PiS mając poparcie de facto mniejszości społeczeństwa, rządzi w sposób niemalże absolutny.

 

Polska opozycja odrobiła węgierską lekcję?

Powiedziałbym, że zaczyna odrabiać, bo jeżeli popatrzeć na to, co się faktycznie dzieje na scenie politycznej, to są to dwa kroki w przód, jeden wstecz, albo nawet dwa kroki do przodu i dwa do tyłu. Za każdym razem, kiedy następuje ruch zjednoczeniowy, to jednocześnie pojawiają się też nowe inicjatywy czy podziały. Czasem mają tylko dać jej inicjatorom siłę przetargową. Powołanie nowej inicjatywy przez Ryszarda Petru być może ma być właśnie takim wstępem do negocjowania z Koalicją Obywatelską z założeniem: wiem, że nie wygram, ale gdy wystartuję samodzielnie, to zabiorę wam 2 proc. poparcia, więc proszę o poważną ofertę.

 

Czy PSL powinno również wejść do szerokiej koalicji? Samodzielnie wchodzi do Sejmu, a programowo, jako partia konserwatywna, raczej ma daleko do Nowoczesnej czy SLD. Pojawiają się informacje, że trwają rozmowy, ale do pełnego porozumienia jeszcze daleko.

Moim zdaniem PSL ideowo znakomicie odnalazłby się w takiej koalicji, szczególnie że pierwszym testem zdolności koalicyjnej będą wybory europejskie. Budowanie takiej obywatelskiej i jednocześnie proeuropejskiej koalicji nie powinno być szczególnym wyzwaniem, jeśli chodzi o kwestie polityki europejskiej. Między PSL a KO nie widzę poważnych kwestii konfliktowych. Ta koalicja wydaje mi się naturalna, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że PO jest w tej samej grupie w Parlamencie Europejskim co PSL. Zarówno racje ideowe (proeuropejskość), jak i praktyczne (ordynacja) sprzyjają temu, żeby PSL dołączył do Koalicji. Moim zdaniem jest to podstawowy warunek wyraźnego sukcesu Koalicji w wyborach, którego zresztą bardzo potrzebuje. Boję się tylko, że przeciwko takiej koalicji wystąpią siły w poszczególnych ugrupowaniach. Już teraz trwa walka o miejsca na listach wyborczych. Mandaty w PE są dla działaczy partyjnych bardzo cenne. Zarówno dla działaczy PSL, jak i działaczy KO koalicja oznacza na dzień dzisiejszy podzielenie się miejscami na listach. Premią oczywiście będzie to, że tych mandatów będzie więcej, tylko że to wymaga okiełznania indywidualnych ambicji polityków. Warto, aby zrozumieć, że indywidualny interes polityków niekoniecznie przekłada się na interes całej formacji, a w tym przypadku także i Polski. Bardzo się boję tych sił odśrodkowych, które przy obecnej ordynacji są bardzo istotne. Układanie list wyborczych jest silnym instrumentem zarówno dla władz partii, jak i polityków, którzy konkurują ze sobą bardzo ostro. Przy systemie list otwartych (głos na partię i na konkretną osobę z listy danej partii) to się niestety przekłada także na kampanie wyborcze. Sam słyszałem od osób, które startowały w wyborach do PE, że największym ich problemem byli koleżanki i koledzy z ich własnej listy wyborczej. Tak naprawdę to z nimi toczyła się walka wyborcza. To skutek ordynacji, jaką mamy.

 

Załóżmy, że powstanie taka wielka koalicja, która wygra wybory, i co dalej? Trzeba uformować rząd, podzielić resorty? Może się okazać, że to jednak PiS stworzy rząd, bo tak szeroka koalicja nie będzie w stanie?

Jeżeli PiS będzie w stanie przeciągnąć różnych posłów na swoją stronę, to może tak się stać. Oczywiście to jest ryzykowna sytuacja.
Rozpady koalicji czy nawet partii są zawsze możliwe.
Moim zdaniem generalnie powinna być wprowadzona zasada, że gdy ktoś startuje z list partii X, a potem wychodzi z klubu, to mandat przechodzi na następną osobę na liście. To byłaby logiczna konsekwencja systemu, jaki mamy, czyli otwartych list wyborczych, gdzie najpierw głosujemy na partię, a potem dopiero na osobę. Taki skutek utraty mandatu ograniczyłby korupcję polityczną na różnych szczeblach. Taka zasada byłaby wskazana, ale wprowadzić się jej teraz raczej nie da, bo zmiana nie jest w interesie partii rządzącej.

 

Trwają rozmowy między PO i Nowoczesną, aby stworzyć jeden klub w parlamencie. Na razie nieudane, bo Nowoczesna jest silnie podzielona w tej sprawie. To dobry pomysł?

Moim zdaniem dobry, bo to byłoby scementowanie koalicji na poziomie parlamentu. To pokazuje, że jednoczenie opozycji jest czymś głębszym, niż tylko stworzeniem jednej listy wyborczej. To powinno zachęcić inne partie do wchodzenia w koalicję. Nie sądzę, aby to się skończyło po połączeniu klubów.

 

A czy w ten sposób opozycja parlamentarna nie ograniczy sobie prawa do wystąpień? Już w tej chwili przez marszałka Kuchcińskiego jest ona mocno ograniczona, a jednak każdy klub zabiera głos osobno.

To, że marszałek Kuchciński ogranicza wypowiedzi posłów, nie znaczy wcale, że dwa kluby mają większy wpływ na możliwość kształtowania debaty, bo ona jest i tak sztucznie ograniczana. Połączenie klubów moim zdaniem zwiększyłoby siłę opozycji, a dla wyborców byłoby jasnym sygnałem, że opozycja potrafi się nie tylko dzielić, ale i jednoczyć.

 

W weekend mieliśmy dwa wydarzenia ważne dla partii rządzącej. Podsumowanie trzech lat rządów i urodziny Radia Maryja. Na obu występował premier Morawiecki, na żadnym nie było Jarosława Kaczyńskiego. PiS wraca na stare tory chowania niepopularnych polityków, aby puścić oko do centrowego elektoratu?

To powrót do strategii, która była skuteczna w 2015 roku. Opiera się ona o trzy elementy. Po pierwsze, stworzyć swój twardy elektorat, który będzie uodporniony na wszelkie błędy czy zawirowania ideowe partii. Następnie otworzyć się na centrowych wyborców. Trzeci element to dzielić i demonizować inne partie. Myślę, że PiS będzie do tej strategii wracać, mimo że ona niespecjalnie wypaliła w wyborach samorządowych w dużych miastach. W Warszawie próbowano powtórzyć kampanię prezydencką z 2015 roku i to się skończyło wielką klapą, ale Warszawa to nie cała Polska. Niemniej niewątpliwie PiS wysyła dziś sygnały w dwóch kierunkach. Te tańce w Radiu Maryja to jest ukłon do twardego elektoratu i Kościoła. To wszystko jest dość schizofreniczne, jeśli najpierw premier mówi, że wszyscy jesteśmy Polakami, a później w Radiu Maryja mówi, że jedni bardziej kochają Polskę niż drudzy. Takie wysyłanie różnych komunikatów do różnych grup jest pewną specjalnością PiS-u. Wszystko w nadziei, że obydwie grupy nie połapią się w sprzeczności tych komunikatów, że dla jednych PiS ma miękki wizerunek partii, która chce dobrze rządzić w interesie wszystkich, a dla drugich wizerunek partii mocno ideowej, która ma wyrazisty (i jednocześnie wykluczający wielu) ideał wspólnoty narodowej. Cała sztuka komunikacji politycznej polega na tym, żeby te dwie narracje w najmniejszym stopniu się nie skonfliktowały. Pytanie na dzisiaj jest takie, czy PiS będzie nadal w stanie budować poparcie w oparciu o te dwie sprzeczne narracje.

Hrabia Schetula na łowach

Grzegorz Schetyna połknął jeszcze niedawno konkurencyjną, wczoraj już koalicyjną, partię Nowoczesna. Nie całą jeszcze, ale tak już „POobgryzana” Nowoczesna nie ma szansę na dalszy polityczny byt.

 

Zresztą historyczny połyk odbył się za pełną zgodą grupy parlamentarzystów- secesjonistów z Nowoczesnej. Przeszyli do klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej za bieżące korzyści finansowe i dobre, bo gwarantujące reelekcję, miejsce na przyszłych listach do polskiego parlamentu. Czyli za korupcję polityczną.
Uosobieniem tej korupcji jest posłanka Kamila Gasiuk-Pihowicz. Liderka secesjonistów, która dostała stanowisko wiceprzewodniczącej klubu parlamentarnego PO – posada słabo płatna, ale prestiżowa – oraz miejsce drugie na przyszłej liście PO+ do Sejmu RP w okręgu warszawskim.
Przewodniczący Schetyna widać uznał, że warszawiacy tak bardzo kochają PO, iż zagłosują nawet za „Kałużą numer dwa”. Są tak anty PiSowscy i tak bezideowi, że przełkną każdą podsuniętą im kandydaturę.
Zabawne jest, że jeszcze niedawno liberalne media pastwiły się nad Wojciechem Kałużą, radnym Nowoczesnej, który sprzedał się kaczystom za osobiste korzyści polityczne i finansowe.
Kiedy posłanka Gasiuk- Pihowicz sprzedała się z całym bajorem parlamentarzystów Nowoczesnej, to krajowe Autorytety Moralne milczą. Okazuje się raz jeszcze, że polityczne korumpowanie się dla PiS jest wielce niemoralne. Za to polityczne sprzedawanie się PO jest już aktem dojrzałości politycznej. To „obrona demokracji”, to patriotyczny obowiązek.

 

 

 

Połyk podwójny

Połkniecie partii Nowoczesna przez schetynową Platformę to także koniec politycznego bytu zwanego „Koalicją Obywatelską”.
Zauważył to już poseł Piotr Zgorzelski z PSL. Uznał on, że ten polityczny projekt „zakończył swój byt na wyborach samorządowych, a przypieczętowany został przejściami posłów do PO de facto/../ Nie może być współpracy miedzy partiami, kiedy zaczyna się podbieranie posłów”. Poodbieranie posłów, które doprowadzi niebawem do upadku Nowoczesnej jako samodzielnej partii politycznej i jednego z koalicjantów „Koalicji Obywatelskiej”
Grzegorz Schetyna już popieczętował zgon „Koalicji Obywatelskiej” zmianą nazwy swego klubu parlamentarnego. Teraz zwie się on „Klub parlamentarny Platforma Obywatelska- Koalicja Obywatelska”. Nowoczesnej w nazwie ani śladu.
Zresztą nominalna jeszcze szefowa Nowoczesnej, Katarzyna Lubnauer stwierdziła, że „nowy klub nie jest klubem „Koalicji Obywatelskiej”. Taki klub powstaje na drodze porozumienia, a nie wrogiego przejęcia posłów. To co stało, nadwyręża nasze zaufanie do PO, utrudni rozmowy, ale myślę, że ich nie zamyka”. I złożyła tym hołd lenny przewodniczącemu Schetynie.
Za to w Internecie odnotowano głos posła Nowoczesnej, który teraz woli pozostać anonimowym: „Powiem Wam szczerze, że jak słyszę że połączenie klubów jest po to, by „obronić Polskę przed PiS” i „musimy to robić dla demokracji” to zbiera mnie na wymioty, bo są to tylko hasła ukrywające prawdziwe intencje. Jak tak można? Jak można sprzedać prawie cały klub, w imię czego? Pozostaje mi się domyślać…”

 

Ożywcza krew

Bez wątpienia na takim „wrogim przejęciu” walorów Nowoczesnej zyskuje przewodniczący Grzegorz Schetyna. Wzmocniony zasobami byłej Nowoczesnej może skuteczniej zaproponować PSL- owi „dzieło zbudowania polskiej chadecji, na wzór rodziny chrześcijańskie demokracji, czyli Europejskiej Partii Ludowej.
Warto przypomnieć, że w Parlamencie Europejskim PO i PSL należą do międzynarodowej frakcji europejskich chadeków i partii ludowych.
Tak wzmocniony przewodniczący Schetyna może dalej kokietować media i liderów partii lewicowych ideą wielkiego „Bloku Demokratycznego”. Popieranego przez anty PiSowskich byłych prezydentów RP, byłych premierów RP, licznych komentatorów i celebrytów politycznych. Bloku „wszyscy przeciw PiS”. Od Partii Razem aż po PSL.
Wizja takiego zjednoczenia i potem wielkiego zwycięskiego Grunwaldu nad „krzyżakami” z PiS jest wielce atrakcyjna medialnie. Problem w tym, że po ewentualnym odsunięciu PiS od władzy trzeba będzie znów zacząć Polską rządzić.
Czy wyobrażacie sobie koalicję rządową od Adriana Zandberga, z Czarzastym, Schetyną, Kosiniakiem -Kamyszem, aż po Romana Giertycha?
Zapewne taka Akcja Wyborcza „Anty PiS” może w przyszłym roku dojść do władzy, ale długo utrzymać jej nie zdoła.
Ważna jest też kolejność nadchodzącego trójskoku wyborczego.
W najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego można zbudować „pro europejskie” porozumienia wykluczające „antyeuropejski PiS”.
W wyborach do parlamentu krajowego trudno będzie o wspólną listę do Sejmu RR. Choć do Senatu RP takie porozumienia „Wszyscy przeciw PiS” jest całkiem możliwe.
Na końcu są wybory prezydenckie. Wtedy każda z uważających się za poważną partia wystawi własnego kandydata i dopiero druga tura wyborów skłoni je do koalicji. Do poparcia kandydata komitetu wyborczego Koalicyjnej Platformy Obywatelskiej.
Czyli poparcia kandydata starej Platformy Obywatelskiej po koalicyjnym liftingu politycznym. Platformy odświeżonej, bo zasilonej nowymi, pozyskanymi z Nowoczesnej, SLD działaczami politycznymi.
Platforma Obywatelska jest jak wampir. Raz po raz ożywia się, bo wzmacnia swą żywotność transfuzją świeżej politycznej krwi. Zasysanej u konkurencji politycznej.
I to czynią ją politycznie nieśmiertelną.

Ratujmy lewicę 2018

Mam prośbę do konserwatysty – pana Schetyny, do neoliberałki – pani Lubnauer i do świeżo upieczonej konserwatywnej neoliberałki – pani Nowackiej: przestańcie kłamać!

 

W przeciwieństwie do tej trójki jestem socjologiem. W przeciwieństwie do tej trójki umiem czytać sondaże. W przeciwieństwie do tej trójki umiem wyciągać z nich wnioski. W przeciwieństwie do tej trójki leży mi na sercu dobro Polski, a nie tylko zapewnienie sobie krzesła w Sejmie na kolejną kadencję.
Twierdzenie, że tylko Koalicja Obywatelska może powstrzymać PiS jest niebezpiecznym kłamstwem. Kłamstwem, ponieważ przez trzy lata PO i N. nie potrafili stać się skuteczną opozycją. W niektórych sondażach KO mam obecnie połowę poparcia, które zdobywa PiS! Co więcej, PO ma obecnie gorsze notowania niż wynik wyborczy w 2015 r.! Jakim cudem zatem koalicja PO+N+Nowacka (o skuteczności tej ostatniej zmilczę) ma powstrzymać PiS? Otóż jeśli w Sejmie, który zostanie wybrany w 2019 r. zostanie powtórzony dotychczasowy układ (KO+PSL, PiS+Kukiz) to mafia Kaczyńskiego będzie rządzić następną kadencję! Pokazują to jasno twarde dane sondażowe prognozowanych wyników wyborczych do sejmików oraz badania aktualnego poparcia dla partii politycznych!
Mamy dwie propagandy: propagandę PiS, która mówi, że tylko mądrość Ukochanego Przywódcy, który tu i ówdzie „przebywał”, zapewni Polsce rozwój i dostatek oraz propagandę PO, która robi aktualnie za partię postępową, europejską i poza którą nie ma życie. Problem polega na tym, że to tylko propaganda! Fakty, liczby i twarde dane pokazują zupełnie coś innego: tylko silne wejście lewicy do Sejmu w 2019 pozwoli zakończyć rządy stada małp z brzytwą. Kilka pracowni badawczych wykonało badania pokazujące oczywisty scenariusz: jeśli założymy ostrożnie, że do Sejmu wejdą dwa ugrupowania lewicowe: to skupione wokół Biedronia i to skupione wokół SLD i jeśli oba uzyskają minimum 7-8 proc. (a pamiętajmy, że poparcie dla SLD rośnie i w niektórych sondażach sięga 12 proc.), to daje to ok. 60 lewicowych mandatów. A wtedy i tylko, podkreślam, tylko wtedy PiS utraci możliwość zbudowania większościowej koalicji. I to jest jedyny realny scenariusz na odsunięcie PiS od władzy.
Dlatego już w tych wyborach należy głosować na lewicę po to, by zachęcić liderów do dalszego odnawiania socjalistycznej i socjaldemokratycznej oferty. Siła ugrupowania politycznego to siła ludzi, którzy to ugrupowanie popierają! Bądźmy zatem realistami, nie dajmy się uwieść żadnej propagandzie i głosujmy na lewicę.