Upamiętnianie wielkiej klapy

Jeśli ostatnia Iryda znowu wzleci w powietrze, będzie przypominać klęskę najkosztowniejszego projektu w polskim lotnictwie.
Państwowa firma naftowa Lotos (wciąż nie przejęta przez Orlen) postanowiła upamiętnić jedno z największych niepowodzeń polskiego przemysłu, myśli technicznej, organizacji pracy, a także i zasad etyki. Tą kompleksową klęską we wszystkich tych wymiarach był projekt rodzimego odrzutowca szkolno – bojowego PZL Iryda. Jest to poniekąd zgodne z tradycją czczenia naszych klęsk. Jest co świętować, bo mamy ich wiele, w przeciwieństwie do sukcesów.
Upamiętnieniem samolotu Iryda – a raczej tego, co z niego zostało – zajęła się Fundacja Biało-Czerwone Skrzydła. Otrzymała ona Irydę od Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych, gdzie samolot niszczał bezczynnie przez ostatnie kilkanaście lat. Fundacja Biało-Czerwone Skrzydła jest finansowana przez spółkę Lotosu i koncernu British Petroleum, zajmującą się sprzedażą paliwa lotniczego w Polsce.
Uroczysta prezentacja samolotu odbyła się 4 lipca na lotnisku w Mielcu. Egzemplarz przekazany fundacji ma zostać gruntownie wyremontowany, a fundacja obiecuje nawet, że odrzutowiec po remoncie uzyska konieczne uprawnienia i będzie mógł wznieść się w powietrze po okresie kilkunastoletniego „uziemienia”. Jeżeli się uda, to być może nowe życie Irydy okaże się bardziej intensywne, niż wtedy, gdy miała ona służyć do szkolenia naszych pilotów wojskowych.
Projekt Iryda zakończył się klapą, jak wiele rodzimych projektów przemysłowych. Jest to jednak tym boleśniejsze, że było to największe i najbardziej kosztowne własne przedsięwzięcie, jakie usiłowano zrealizować w powojennym polskim lotnictwie. I ostatnie. Nasz przemysł lotniczy już nigdy nie podejmie prób masowego wytwarzania rodzimych konstrukcji.
Wstępny pomysł Irydy zrodził się w 1976 r. Miała zastąpić udany polski odrzutowiec TS-11 Iskra, służący do szkolenia pilotów wojskowych. Iskra była autentycznym sukcesem PRL-owskiej gospodarki. Opracowano ją pod koniec lat pięćdziesiątych, wyprodukowano ponad 420 egzemplarzy, około 50 wyeksportowano, szkolono na niej pilotów przez dziesięciolecia. Iskra dopiero w grudniu ubiegłego roku przestała być samolotem szkolno-bojowym pilotów naszych sił zbrojnych, a wiele Iskier „w cywilu” lata do dziś.
Nawet ułamek tych sukcesów nie stał się niestety udziałem Irydy. Nadzieje były wielkie, planowano produkcję co najmniej 450 tych samolotów. Prototypy przygotowywano jednak długo, wojskowi decydenci stawiali kolejne wymagania wobec maszyny, lata mijały. W 1987 r. jeden z samolotów się rozbił, zginął pilot. Po tym wypadku próbowano wdrażać kolejne modernizacje, zmieniały się plany i koncepcje użycia Irydy.
Ostatecznie, dopiero pod koniec 1992 r, czyli po 16 latach od rozpoczęcia prac i poniesieniu olbrzymich kosztów, pierwsze dwie Irydy rozpoczęły służbę szkolną w polskim lotnictwie. W sumie użytkowano ich 8 – ale niedługo. W styczniu 1996 r. nastąpiła kolejna katastrofa, tym razem zginęło dwóch pilotów. Program budowy Irydy zaczął być wstrzymywany, w 1999 r. rząd zdecydował, że polskie lotnictwo nie będzie korzystać z tych maszyn.
Po próbach reanimacji produkcji, w 2003 r. całkowicie zrezygnowano z tego samolotu i wstrzymano loty wszystkich pozostałych Iryd. Pięć lat później oddano na złom ostatnie fragmenty linii produkcyjnej Iryd oraz resztę części. Tylko jedna Iryda zachowała się w stanie, który mógł stwarzać nadzieje na remont i przywrócenie sprawności technicznej – właśnie ta przekazana Fundacji Biało-Czerwone Skrzydła.
Program Irydy zapewne był do uratowania. Zabrakło tego, czego zwykle brakuje Polakom – rozumu, słusznych decyzji, dobrej organizacji, sumienności, uporu. A także i zwykłej ludzkiej uczciwości oraz etyki, bo niektórzy polscy decydenci wojskowi wyraźnie popierali pomysły zakupu zagranicznych samolotów szkoleniowych – i raczej nie robili tego bezinteresownie.

Flaczki tygodnia

Uroczysty pogrzeb Krzysztofa Krawczyka uratował propagandzistów z TVP info. Przykrył medialnie kolejną, „smoleńską miesięcznicę”, wypadającą również w zeszłą sobotę.

Dzięki temu zamiast pokazywać ciągle tą samą grupkę zakłamanych, ubranych w smutne miny prominentów PiS, kurska szczujnia mogła przez cały dzień transmitować na żywo uroczystości pogrzebowe zmarłego mistrza wokalu. Prezentować połączonych smutkiem żałobników, wspomnienia o ukochanym artyście. Przypominać jego piosenki. Bez narodowo -katolickiego zadęcia.
Pierwszy raz, od dawien dawna, można było usłyszeć w TVP info coś miłego, pięknego nawet.

Dzięki śmierci artysty kurscy propagandowi szczuje nie musieli tego dnia kłamać co chwile, jak to robią co dzień. Nie musieli opowiadać przez dzień cały bajek o wielkości marnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zapisze się w polskiej historii jedynie tragiczną śmiercią w katastrofie lotniczej. Śmierć Krzysztofa Krawczyka radykalnie zmniejszyła ilość grzechów kłamstwa popełnionych w dniu 10 kwietnia 2021 roku przez pracowników TVP info.

W czasie relacjonowanych uroczystości pogrzebowych Krzysztofa Krawczyka fani TVP info mogli zobaczyć ludzi, którzy masowo i bezinteresownie uczestniczyli w pożegnaniu ukochanego artysty. Nie było tam sabatu pazernych proboszczów, fanatycznych katolickich harcerzy, przebranych w patriotyczne mundury żołnierzy i aktywistów prawicowej propagandy. Okazało się, że można w Polsce pożegnać zmarłego bez szerzenia nienawiści do przeciwników politycznych, bez martyrologicznego zadęcia, bez dzielenia Polaków na poszczególne sorty.

Ciekawe czy za rok albo dwa, dziesiąty kwietnia będzie obchodzony jako dzień pamięci o Krzysztofie Krawczyku? Zbudowany na autentycznym żalu po wybitnym zmarłym, a nie fałszywym micie, jak w przypadku katastrofy smoleńskiej.

Nie dziesięć milionów, jak podawaliśmy w czwartek, lecz nawet i dwadzieścia milionów złotych mogła kosztować polskich podatników działalność sejmowej podkomisji pod wezwaniem pana posła Antoniego Macierewicza. Od pięciu lat obiecująca przysłowiowemu „ciemnemu ludowi” wyjaśnienie „prawdy” o „zamachu smoleńskim”. Pięć lat radosnych i kosztownych obrad minęło. A, podobnie jak miliony ukradziono polskim podatnikom, pełnego raportu i obiecanej „prawdy” też nie ma. Nie ma nawet „prawdy” pana ministra Macierewicza, czyli autoryzowanego przez komisję i jej przewodniczącego raportu.

Są za to inne obietnice składane przez prominentów PiS po wygranych w 2015 roku wyborach. Obiecywano sprowadzenie wraku prezydenckiego samolotu z Rosji. Nie dotrzymano obietnicy. Obiecywano „umiędzynarodowienie” śledztwa, wykorzystanie do tego struktur NATO. Nie dotrzymano obietnicy. Obiecywano skierowanie skarg na Rosję do międzynarodowych trybunałów. Nie skierowano. Obiecywano raport „niezależnych zagranicznych ekspertów” zlecony przez polską prokuraturę.

Krążące po Warszawie plotki głoszą, że raport jest, ale prokuratura ukryła go. Bo „niezależni zagraniczni eksperci” potwierdzili wyjaśnienia znane z raportu komisji Jerzego Millera. Że powodem katastrofy, mówiąc skrótowo, był polski burdel z rosyjskim bardachem w tle. Na razie polska prokuratura gra na czas. Przedłużyła sobie czas na śledztwo do końca tego roku. W w mediach odgraża się, że aresztuje rosyjskich kontrolerów lotów ze smoleńskiego lotniska. I wyciśnie z nich jak było naprawdę. Nie dodaje jak to się polskim prokuratorom uda? Przemyci ich przez granicę we wraku Tupolewa?

Wspomniany raport komisji Jerzego Millera, przyjęty za rządów PO-PSL, prezentujący zaniedbania i brak profesjonalizmu załogi polskiego samolotu oraz błędy rosyjskich kontrolerów, został uchylony przez wspomnianą komisję pana posła Antoniego Macierewicz. Deklarującego od wielu miesięcy, że jego raport jest gotowy. Ale nadal nieznany.

Strzępy raportu pokazała w minioną sobotę kurska TVP 1. Na zręcznie zmontowanych slajdach przekonywano, że przyczyną katastrofy była eksplozja ładunku wybuchowego. Ukrytego kilka miesięcy wcześniej podczas serwisowania prezydenckiego samolotu w Samarze. Jednak podczas prezentacji slajdów ani razu nie pojawił się pan przewodniczący komisji, czyli Antoni Macierewicz, autoryzujący takie wyniki.

Zaprezentowane w sobotę slajdy nie były pokazem nowym. Prezentowano je w tym roku podczas posiedzenia sejmowej komisji obrony narodowej. Ich „rewelacje” zostały poddane wtedy totalnej krytyce. Przypomniano, że prezydencki samolot był zarządzany przez wojsko. Oprócz dygnitarzy przewożono nim różne ładunki, także materiały wybuchowe. Przypomniano też, że wykrytego przez pana posła Macierewicza „wybuchu” nie odnotowały liczne rejestratory lotu. Rzekomego ładunku nie znalazły też polskie służby dbające o bezpieczeństwo najwyższych władz państwowych, kontrolujące samolot po remoncie. ten prezydencki samolot przez kilka miesięcy latał z przeróżnymi dostojnikami politycznymi i wojskowymi. W kwietniu 2010 roku, na kilka dni przed katastrofą, poleciał do Smoleńska z delegacją państwową pod przewodem ówczesnego premiera Donalda Tuska.

Krążące po Warszawie plotki głoszą, że pan poseł Macierewicz pójdzie na polityczną odstawkę. Na margines frontu propagandowego PiS. Będzie tam nadal głosił teorię „wybuchu” na potrzeby konsolidacji wyborców PiS z „sekty smoleńskiej”. Jednoczył świrów politycznych, tak jak pan prezydent Duda zjednoczył anty szczepionkowców.

Obiecywana przez pana prezesa Kaczyńskiego „prawda” o katastrofie smoleńskiej nie zostanie oficjalnie ogłoszona. Przynajmniej przed wyborami parlamentarnymi. Będą spekulacje, hipotezy, polemiki. Niejeden jej badacz z PiS świetnie wyżywi się na ciągłym poszukiwaniu tej „prawdy”. Kupi sobie nowy samochód, nowy dom nawet. Pośpiechu w zakończeniu śledztwa nie będzie. Podobnie jak resztek Tupolewa z Rosji.

Prawda o przyczynach katastrofy smoleńskiej nie może być przez elity PiS ogłoszona, bo sprzeczna jest z wykreowanym przez nie mitem „Świętej Pamięci Lecha Kaczyńskiego”. Rzekomo wybitnego, w rzeczywistości marnego prezydenta RP. Ową „wybitność” pana prezydenta Kaczyńskiego legitymować ma ten „zamach” w Smoleńsku. Dowodzić jego wielkości, skoro nawet „Ruscy” postanowili go sprzątnąć.

Niestety pod wpływem żalu po katastrofie, z współczucia po ofiarach, wielu ludzi w Polsce, także niezwiązanych z PiS, przyjęło to cyniczne kłamstwo. Dzięki temu przyzwolenie na lekceważenie prawa, procedur i słabość państwa nadal ma się dobrze. Kłamstwo smoleńskie zniewala umysły elit. Blokuje reformy państwa i polskiej polityki.