Bezpieczeństwo Polski – zagrożenia wewnętrzne (cz. III)

Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nie lubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego. Ponieważ mówili to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do nich zaufanie jako do wielkich polityków. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie.

Stanisław Cat-Mackiewicz

Niektórzy z Państwa Czytelników po przeczytaniu tematu publikacji i sentencji, mogli popaść w zdumienie- jaki jest związek, pomiędzy zagrożeniami wewnętrznymi, a Polakami i pięknymi kobietami?

Przed przystąpieniem do czytania tekstu, zechciejcie Państwo wygodnie usiąść w fotelu i przez chwilę oddać się wspomnieniom. Panowie- przecież wybraliście „swoje kobiety”, jako najpiękniejsze Małżonki, spośród wszystkich pięknych pań! Bo była i jest! mistrzynią słowa i wdzięku (zaprzeczycie?), mówiła-co chcieliście usłyszeć i tym zdobyła zaufanie. A Panie- proszę pamiętać, to Pani była najpiękniejszą spośród pięknych pań, którą przyszły Małżonek – oczywiście zauroczony słuchał kwiecistych racji i-dalej słucha (czy tak nie jest?), oczarowany aparycją, uznał za autorytet i właściwą Osobę na całe życie. A jak jest teraz … sami wiecie!

Dla sensu tematu publikacji, znaczenie ma zaufanie- oparte na prawdzie (ktoś zapyta – czyjej) chęć zdobycia poparcia, co czynią „już” politycy i kandydaci do tej profesji. A „sztuka myślenia”, czyli bycia „inteligentnym…co nie budzi zaufania”? Komu w Polsce to potrzebne?

Prawda i kłamstwo

Przeciwieństwem prawdy, jest kłamstwo. I tym stwierdzeniem otwiera się dyskusja, którą można toczyć bez końca o „prawdziwej prawdzie” czy półprawdzie. Przypomina to dziś zapomnianą sentencję ks. Prof. Józefa Tischnera, który jako góral uważał, że są trzy prawdy- jest świnto prowda, tys prowda i gówno prowda. Podobnie z kłamstwem, które od lat zalewa Polskę. Przypomnijcie sobie Państwo, co po 1990 r. prasa, media, politycy ze „słusznego pnia” wypisywali i „wygadywali” o Polsce Ludowej, o czasach naszych dziadków i ojców, którzy tę Polskę dosłownie podnosili z gruzów, by zlikwidować analfabetyzm (w 1947 r. jak oceniano, ok. 27-30% Polaków nie umiało czytać i pisać), by młodzi mieli lepsze życie, zmieniali kraj z rolniczego na przemysłowy. Przecież dosłownie pluli na życiorysy swoich bliskich, choć dzięki nim i „podłej” Polsce zdobyli wykształcenie. Dlaczego uzyskali takie wtedy, po 1990 r. i obecnie-2020 tak duże poparcie? Czy tylko rodzina skrzywdzona w okresie PRL popierała? Do„ chwały” doszła walka z komuną, której w Polsce nie było. Zapamiętaliśmy- „komuniści i złodzieje”. I cóż z tego, że „w duchu” się nie zgadzamy? Zapytam- na kogo, na jaką partię głosowaliście w minionych wyborach? Jeśli siedzieliście w domu, „bo to nic nie zmieni”, też wybieraliście! Dlaczego nie posłuchaliście właśnie inteligentnych ludzi? Tu mam publiczną prośbę do wybitnych profesorów, np., Jerzego Wiatra, Longina Pastusiaka, Andrzeja Werblana, Tymoteusza Kochana, do publicystów, piszących nie tylko na łamach Trybuny- o wyjaśnienie Czytelnikom (także i mnie), na czym w praktyce i teorii naukowej polegał komunizm (marksizm) i socjalizm- jak z tym było w Polsce. Gdzie leży prawda, a gdzie jest kłamstwo. Przecież Państwo zauważacie, nawet na łamach Trybuny, że obecna Lewica, która weszła do Sejmu- także dzięki starym! dość ostrożnie wypowiada się o PRL, by przypadkiem nie „uchybić prawdzie” i powiedzieć „więcej dobrego”. Zwróćcie Państwo uwagę, na pewien rodzaj mody, fasonu, że o tamtym okresie, o politykach mówiąc się coś dobrego, natychmiast trzeba powiedzieć coś krytycznego, złego. Nie istotne, czy to w tym momencie jest potrzebne, ale krytyczne słowo musi być. Nie wierzycie – proszę przeczytać choćby ostatnie publikacje dot. Władysława Gomułki. Krytyczne słowo ma podobno być wyrazem wiarygodności, bezstronności.

A kłamstwo, ktoś zapyta? Tego nie jesteśmy w stanie opanować, rozróżnić, jest jak przysłowiowa łyżka dziegciu, która zepsuje, zasmrodzi całą beczkę miodu. Wszyscy wiemy, że bzdura, kłamstwo, powtórzone sto razy staje się prawdą. Kto zaprzeczy, że Pani Gierkowa nie jeździła do fryzjera do Paryża? I drugi przykład. Gdy wybuchła afera z „przekrętem” Pana Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, który kupił willę w Kazimierzu Dolnym i rozległe posiadłości na Mazurach-kto temu nie dawał wiary? Tak, nie trafiały do przekonania zarzuty wobec Pani Prezydentowej! Wielu, przecież przyznawało, że dowody pokazywały „coś na rzeczy”. Sam uwierzyłem. I co- po latach agent Tomek ujawnił, że na zlecenie szefów pisał potrzebne dowody. Słuchając środowiskowej dyskusji, jeden z rozmówców powiedział- nie bądźcie tacy krytyczni, władza się uczy, są tego efekty. Kiedyś SB werbowało agentów, by pisali donosy. Teraz sami piszą! I byłoby wszystko w porządku, gdyby „Tomek” trzymał język za zębami, nie ujawnił nazwisk mocodawców, dziś na ministerialnych stanowiskach, więc trafił za kratki, by się opamiętał! A co z nami, milionami Polaków, którzy uwierzyli w te kłamstwa?- nasze zmartwienie, a nie władzy. A kto przeprosił Państwa Kwaśniewskich, za wyrządzone krzywdy moralne przez przedstawicieli władzy, zadośćuczynił choćby słowem? Dziś- gdy koryguję treść tego tekstu- dominują różne, rozbieżne doniesienia o zatrzymaniu mec. Romana Giertycha. Mamy więc żywić nadzieję – wzorem Państwa Kwaśniewskich- że za kilka lat prawda wyjdzie na jaw?

Tu Szanowni Państwo kryje się jedna z tajemnic współczesnego zagrożenia-nienawiść Tym sposobem nie mamy zaufania do przeszłości, jako Historii, naszych rodziców, dziadków, bo są „ubrudzeni w komunie”, więc siedzimy cicho! Spójrzcie Państwo na dezubekizacyjną ustawę, ponieważ dotyczy b. funkcjonariuszy SB, MO, służb specjalnych, nie ma wsparcia ze strony społeczeństwa, bo na pewno są „trefni”, skoro tak, po co ich bronić? Zapomnieliśmy – przez wszechogarniające kłamstwa i pomówienia o elementarnej, ludzkiej przyzwoitości-winę należy udowodnić, że każdy odpowiada za siebie, swoje czyny. Dlaczego ta ustawa nie może doczekać się wyroku Trybunału Konstytucyjnego? Bo pokazałaby kłamstwa obecnych służb. Bo- tak w tym przypadku jak i w przypadku Państwa Kwaśniewskich, mec. Romana Giertycha i setki innych- kryją kłamstwa, różne draństwa przedstawicieli obecnej władzy. Głównie idzie o fałszerstwa, złodziejstwa majątkowe, finansowe. „Poświęcono” p. Koguta, chyba nie na rosół, by leczyć chorego Giertycha (czytam w e-mailowym żarcie). O aferze „Srebrnej” czy SKOK-ach już zapomniano. Wyjaśnieniu finansowych przekrętów ludzi z kręgów władzy miały służyć dokumenty Mecenasa. Czy jego zatrzymanie -„na razie w szpitalu”- to efekt porozumienia w „nowym rządzie”? Jeśli mecenas przeżyje- ujawni dokumenty jakie zdobył, albo uczyni ktoś inny, mający do nich dostęp.

Kłamstwo prowadzi do niszczenia autorytetów. Przez fałsz, oczernienie, każdy ma coś na sumieniu. Tu mogę powiedzieć- do „częściowych szczęściarzy” należy gen. Wojciech Jaruzelski! Nie wierzycie Państwo? Otóż Generał, członkowie Rady Państwa oraz WRON, zostali oskarżeni o uzyskanie korzyści majątkowych! Tak, przez KPN, z Panem Moczulskim na czele, który zapisał to we wniosku do Sejmu o powołanie Komisji. Społeczeństwo w te kłamstwa nie uwierzyło. A, że stan wojenny Generał wprowadził dla „dobra ZSRR”- czemu nie! W to uwierzyła blisko połowa Polaków! Napiszę o tym niebawem.

„Mówili…co chcieliśmy usłyszeć”

Przecież Państwo pamiętacie dwie kampanie wyborcze-parlamentarną i prezydencką. Proszę sobie przypomnieć obietnice, ile to będzie pieniędzy na służbę zdrowia, szkolnictwo, jakie to władza podejmie decyzje dla „dobra narodu”, aby tylko mogła rządzić. I co- będzie nieco ponad 5% na zdrowie, choć obiecywano ponad 7%. Kogo teraz pociągniecie „za rękę”, by wytłumaczył się z obietnic. Ktoś z Państwa może powiedzieć- nie ma się czego czepiać, tak postępuje każdy, więc usprawiedliwiamy kłamców.
Podczas kampanii prezydenckiej każdy z kandydatów chciał, by na niego oddać głos- tylko on spełni nasze marzenia. Nikt podczas tej kampanii nie zapytał, co prezydent w myśl Konstytucji konkretnie „robi” dla kraju poza granicami. Obietnicami sypano jak z rękawa. Dopiero w II-ej turze wyborów, Rafał Trzaskowski wspomniał o polityce zagranicznej. Dlaczego tak było-bo Polacy chcą słuchać eleganckich bzdur, miłych obietnic, jako „zjawisko stałe w narodzie”. Realny świat, rzeczywistość mało nas interesuje.

Nikt też podczas kampanii nie zapytał o przekonania, jaką wyborca czyta prasę, czy chodzi do Kościoła, czy śpi z własną żoną, czy z kolegą. To nawet logiczne, bo przecież prezydent jest reprezentantem wszystkich Polaków. Stąd takie pytania były nie dopuszczalne. Tylko wspomniany Rafał Trzaskowski „obrywał” za LGBT. Dowcipni Rodacy tłumaczyli to w przekazie e-mailowym- „lepiej gdy będzie Trzaskowski”.

Kłamstwo jest fundamentem, „budowniczym” waśni rodzinnych, środowiskowych i narodowych. Cóż bardziej może podzielić jak nie cudze grzechy na sumieniu i pieniądze, do tego zdobyte kosztem innych, często uważanych za tych głupszych, wierzących „szczerej prawdzie”. „Łatwiej jest ogłupiać ludzi, niż przekonać, że zostali ogłupieni”- uważa Mark Twain. Czy się myli?

Wielu spośród Państwa przyjmie moje wywody o kłamstwie z przymrużeniem oka, jako takie „austriackie gadanie”. Skoro nie niosą wydatków finansowych, to czym zawracać głowę. To też jedna z naszych przywar albo mądrości. Warto jednak zauważyć, że przeszłość jest „cenna przez… nauki i doświadczenia”, jak mówił Generał.

„Tęczowe grzechy”

Za socjalizmu- sędziwi Polacy to pamiętają, że tęcza wychodziła po ulewnym deszczu, jak w moich stronach mówiono- na niebo i w Słońcu piła wodę. Po 2015 r. nastąpiła zmiana – tęcza jako „zaraza”, właśnie kojarzona z LGBT wyszła na ulice. W 2020 r. „manifestacje tęczowe” nabrały wymiaru politycznego. Dla wewnętrznego bezpieczeństwa Polski stały się „wrogiem” nr 1. „Tęczowi manifestanci” to głównie młodzież szkolna, studenci ludzie do 40 lat. Skąd się pojawili? Zostali wychowani, ukształtowani przez III RP, wraz z nią dorastali. Na ich postawy moralne, poglądy na świat, miały wpływ lekcje religii, ozdrowieńczy powiew demokracji i wolności- także tej intymnej z Zachodu. Nie przyszły przecież z Moskwy czy zadupia, typu Kijów, Mińsk. Tylko z Zachodu-więc okazały się złe? Kościół i ze „słusznego pnia” wywodzący się wychowawcy, czuwali nad „urabianiem duchowym”. Ponadto, prawo do manifestacji zagwarantowało im 21 postulatów, odpowiednio zapisanych w Konstytucji i ustawach. Dlaczego są zwalczani, dlaczego powstają „strefy wolne” od LGBT? Kto potrafi logicznie uzasadnić taki polski ewenement? Dlaczego policja prewencji używa siły? Prasa, min. Gazeta Wyborcza podawała przykłady, gdy policjanci dosłownie łapali przechodzącą młodzież na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, z lodami w ręku i pakowali do „suk”. Tak trafił przechodzący ulicą Włoch, nie znający języka polskiego. Dlaczego postępowano tak ślepo i wprost głupio?
Dla wszystkich, którzy chcieliby przeklinać mnie za ten wywód- mam propozycję. By wygodnie usiedli w fotelu, mrużąc oczy uruchomili swą wyobraźnię tak głęboko, by mogli w niej zobaczyć własną ukochaną córkę, syna, swoją cudowną wnuczkę, wnuczka, którzy przez przypadek, przechodząc, obserwując z chodnika uliczną „tęczową manifestację” trafili pod policyjny but i teraz leżą połamani w SOR. Co będzie dalej-jeśli przeżyją może na dalsze lata unikną inwalidzkiego wózka. Wszystkim tym osobom życzę, by na uspokojenie nerwów wystarczyła informacja, że policja postępowała zgodnie z prawem, z dopuszczalnymi procedurami – przećwiczonymi, wyszkolonymi- na takie okazje i sytuacje, że zachowywała się właściwie. Pod rozwagę i na potwierdzenie tej oceny- takie przykłady.
„Zdjęcia ludzi przyciśniętych policyjnym butem do bruku, z piątku 7 lipca, mocno na mnie działają. Tło podobne, bo pomnik Kopernika znajduje się przy Krakowskim Przedmieściu, gdzie pod koniec 2017 r. przyciskano takim butem do bruku mnie. Zdjęcie z tego zdarzenia obiegło media, wzbudziło emocje”- pisze Klementyna Suchanow, w tekście- „Wychowanie przez przemoc”, Przegląd nr 34 z 17-23.08.2020. Autorka ocenia- „Warszawa miastem przemocy jest jak najbardziej. Istnieje jednak pewna różnica. Do tej pory, Polacy walczyli przeciwko okupantom, albo rodacy z prawa i lewa przeciwko sobie, dzisiaj policja demokratycznego państwa działa nie dla zapewnienia bezpieczeństwa obywateli, ale jako narzędzie władzy do represji politycznych. Nie da się tego zrzucić na okupację, na zabory, na ZOMO”. Dalej- „Przyglądam się protestom na świecie … i wiem, że polska policja, gdy była wobec nas brutalna, różniła się jednak od policji z innych krajów na plus… A tu w 2020 r. nie tyle brat, ile ojciec rzucał dzieckiem o bruk. Dorośli faceci rzucali dziećmi. Było jasne, że celem łapanki była młodzież, jak najbardziej kolorowa…>wyważone < metody na argumenty nie odnoszą żadnego skutku, nie ma nawet pozorów, że ktoś w ogóle zwraca na nich uwagę. Pazerna władza brnie, do przodu, bez oglądania się na maluczkich. Rośnie frustracja i ona prowadzi do działań bardziej radykalnych”. W tym samym Przeglądzie (nr 34) Roman Kurkiewicz ocenia- „Ktoś decydujący, nadzorujący policję wydał rozkaz: ma być mocno, ma boleć, ma być chaos i przypadkowość, ma być poczucie, że policja się nie patyczkuje. I tak było. Zły bardzo prognostyk, kiedy policja jest tak wykorzystywana. Bo, że się daje wykorzystywać, to nic nowego pod słońcem. Poza tym, jeden ze związkowców policyjnych wyznał: >Kupili nas<”. I dalej- „Bycie policją nigdy nie może oznaczać bycia polityczną bojówką z legitymacją państwa. A taką polska policja w ostatnich dniach się okazała. Policja sama musi sobie powiedzieć: stop policyjnej przemocy”. Zapytam- kto z Państwa słyszał naganną, a może pochwalną dla policji prewencji wypowiedź biskupa, księdza? Chętnie i uważnie wysłuchałbym słowa kapelana policjantów, po takiej akcji. Także duchownego słowa, błogosławieństwa przed zbiorowym wyjściem na ulicę do walki nie tylko z „tęczowymi”. Sztuka myślenia… Zachęcam Państwa do przeczytania tego tekstu, a Redakcję – jeśli możliwe- proszę o zamieszczenie zdjęcia z tego tekstu, gdzie widać jak policjanci traktują ludzi. Może to zdjęcie wyostrzy wyobraźnię, skłoni do przyszłościowego myślenia. Nie ma usprawiedliwienia typu- policjant jest na służbie, więc emocje, przekonania zostawił w domu. Policjant- podkreślam – polski policjant jest człowiekiem, ma być humanistą i wiedzieć jak wykonywać rozkaz. W służbie jest brutalem, a w domu czułym tatusiem, mężem? Kandydat na żołnierza, policjanta, strażaka jest kwalifikowany głównie pod względem cech psychofizycznych. Powinien, musi umieć podejmować rozsądnie i szybko decyzje odnośnie użycia siły i broni. Każdy błąd może skutkować trwałym kalectwem lub śmiercią. Piszę to pod rozwagę wszystkim „obrońcom siłowych” policjantów. Podkreślam, nie życzę nikomu- po polsku nawet wrogowi- by jego dziecko czy członek rodziny zginął z ręki policjanta. Żeby nie „zasnął rozum”, nie „zbudziły się upiory”. Oby to była tylko ich „chwilowa drzemka i ocknięcie”. Gdy dojdzie do tragedii, będzie za późno na myślenie. Kto weźmie odpowiedzialność- policjant, który głupio rozkazy wykonywał, czy minister, rząd, który je wydawał? A co mają zrobić wtedy Polacy-milcząco słuchać o „wypadku przy pracy” czy wyjść na ulice- po co? By dalej lała się krew, by tym sposobem wyładować emocje, zmieniać władze? Nakłaniam do odpowiedzialnego myślenia- na dziś i jutro. Oby Polak okazał się „mądry przed szkodą”! Uważnych Czytelników informuję, że Rzeczpospolita z 22 września 2020 pisze o „mnożeniu się wzrostu nastrojów rasistowskich, ksenofobicznych i zgoła neonazistowskich wśród 300 tys. niemieckich policjantów. Podobne zjawisko występuje w Bundeswehrze”.

Główne zagrożenie Jeśli spodziewaliście się Państwo nudnego tekstu o złodziejach, bandytach, oszustach jako zagrożeniu milionów Polaków w swoich domach, proszę wybaczyć. Takim zagrożeniem jest kilkunastu wpływowych przedstawicieli naszej władzy- kolejnego, p. Koguta ujawniono, jako zasłonę dymną dla naiwnych i ochronę przed grubszą aferą jaką ujawniłby mec. Roman Giertych. Szkoda tylko tych milionów Polaków, którzy mogą korzystać tylko ze „słusznych” kanałów telewizyjnych. A tak dla ciekawości- dlaczego cała Polska nie może korzystać np. z TVN-24? Czyżby nie była to stacja narodowa, a rodacy nie godni słuchać? A może 2 mld zł to za mało dla TVP? Policja prewencji dla tysięcy Polaków protestujących na ulicach- ostatnio rolników, na 22 października zapowiedziana manifa kobiet, nie mówiąc o „tęczowych demonstracjach” staje się zagrożeniem. Wyraźnie napisał cytowany Roman Kurkiewicz. Takie zagrożenie też dostrzegło 50 dyplomatów państw i organizacji międzynarodowych, pisząc list otwarty do polskich władz. Pani ambasador USA w Polsce, udzielając wywiadu, wyjaśniła- „Zacznę od podkreślenia jednej, fundamentalnej sprawy: Stany Zjednoczone wierzą w równość wszystkich ludzi. W pełni rozumiem i szanuję fakt, że Polska jest krajem katolickim – nikt nie chce tego podważać. Nie mniej, musicie wiedzieć, że w kwestii LGBT jesteście po złej stronie historii. Używanie tego typu retoryki wobec mniejszości seksualnych jedynie Polskę wyobcowuje, przekładając się na konkretne decyzje biznesowe”. Komentarz Pana Redaktora Piotra Gadzinowskiego, do tej wypowiedzi w pełni podzielam (DT, 2-4 października 2020). Zaś mnie przypomniał myśl ks. Prof. Józefa Tischnera- „Pobożność jest niezwykle ważna, ale rozumu nie zastąpi”. A Pani ambasador elegancko wskazała tylko na „złą stronę historii”, nie mówiąc o policji, bo SB i ZOMO też nie miała na myśli. Sądzę, że cytowane ostrzeżenie o „przekładaniu się na konkretne decyzje biznesowe” jest tu rozstrzygające. Zobaczymy.

Kończę ten tekst taką myślą Generała-„Zmiana ustroju politycznego, to nie krok z krainy absolutnego zła do krainy powszechnego dobra. Tak nigdy nie było i nie będzie w historii. Ani minione zło nie było tak absolutne, ani dzisiejsza pomyślność nie jest tak powszechna”. Mam nadzieję, że stanie się kolejnym argumentem tego tekstu, zachętą do odpowiedzialnego myślenia o naszej, wspólnej, polskiej przyszłości.

Dobroć musi zostać ukarana

No i po wyborach. Nasz kandydat – zacny człowiek , pokazał się w gronie startujących , ale nie odegrał znaczącej roli. Będzie to pewnie wielokrotnie przedyskutowane , podziękowania za oddane na niego głosy zostały ogłoszone , ale czy powstaną wnioski do dalszego działania – niewiele na dziś wiemy. Ma się odbyć Kongres lewicy późną jesienią , może coś zostanie postanowione.

Wybory wygrał dotychczasowy Prezydent Andrzej Duda.

Może się tym chwalić , bo wybrany został na drugą kadencję , przy wysokiej frekwencji i i pokonał godnego przeciwnika.

My, działacze lewicy, nie mamy powodów do radości, bo głosy oddano na dwie rywalizujące ze sobą partie, Prawo i Sprawiedliwość i Platformę Obywatelską, a one wywodzą się z Ruchu”Solidarność”.

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że bardzo dobrze przygotowaliśmy czołowe oddziały socjalizmu – czyli wielkie zakłady pracy – do roli dyktatury proletariatu i tę formę dziś mamy.

Jeden z moich przyjaciół zawsze mi powtarzał – „Boguś – pamiętaj – każda dobroć musi być ukarana”. Powiedzonko to weszło także do moich zasobów myślowych i przypomniało mi się po wyborach Prezydenta Rzeczypospolitej , zakończonych 12 lipca br.

O tyle to trudne do przełknięcia dla działaczy dawnych struktur partyjnych, bowiem wielu z nich pamięta słynny napis na płocie Stoczni Gdańskiej (ważnego wtedy imienia) o brzmieniu „SOCJALIZM TAK – WYPACZENIA NIE”.

Ano zwoziliśmy ludzi z przeludnionych wsi , żeby stali się klasą robotniczą , w pocie czoła tworzono nowe zakłady pracy , uczono podstawowych czynności zawodowych.

Aby przywożonym było łatwiej odczuć zdobycze socjalizmu, to nawet budowano bloki mieszkalne , a jak było już dużo mieszkańców, to może z bólem serca miejscowe Egzekutywy PZPR pozwalały na wydawanie zezwoleń na budowę miejscowych Kościołów szczególnie rzymskokatolickich , aby wierni mogli służyć Bogu.

Dobroć musiała zostać ukarana.

Kiedy rozpoczęto cykliczne wykłady w ramach szkolenia partyjnego , także o różnicach pomiędzy ustrojem kapitalistycznym a socjalistycznym, bardzo wielu z nas na nie nie przychodziło, bo przecież każdy już miał swój rozum i wiedział, że wszystko przez Ruskich.

No i komuchów (partyjniaków, związkowców, czerwonokrawaciarzy). Nie ważne było hasło odbudowy kraju po zgliszczach wojny 1939-1945, budowy linii energetycznych, doprowadzających prąd do każdego zakątka Polski, budowy szkół (1000 na Tysiąclecie), okresowych badań każdego pracownika, powstawania Domów Kultury, chórów i teatrów amatorskich z możliwością realizacji swoich osobistych pasji. Niektórym udawało się zdobywać odznaki „Bądź sprawny do pracy i obrony”, z czego wzięły się medale olimpijskie polskiego sportu (Helsinki, Melbourne, Rzym, Tokio, Meksyk, Monachium, Montreal, Moskwa, Seul), bo nakłady państwa na sport nie szły na marne.

Dobroć musiała być ukarana.

Wyśmiewany dziś Wyścig Pokoju gromadził przy odbiornikach, na poboczach dróg, na stadionach miliony obserwatorów. Mecze polskiej reprezentacji w piłce nożnej, zwycięstwo polskich lekkoatletów nad USA przy 100-tysięcznej publiczności na Stadionie Dziesięciolecia też nie wzięły się z powietrza, trzeba było ciężkiej pracy takich wspaniałych trenerów jak
Górski, Mulak, Stamm, Koncewicz, Król, Łasak i wielu innych.

Polski teatr, polskie kino, polska kultura uznawana była na świecie dzięki nazwiskom twórców : Abakanowicz, Wajdy, Zespołów Pieśni i Tańca „Mazowsze „  i ”Śląsk”, a Kabaret wybitnego prześmiewcy PRL-u Jana Pietrzaka mógł wędrować po USA.

W dobie zrywu SOLIDARNOŚCI to wszystko było krytykowane, wyceniane, uznawane za propagandę sukcesu.

Dobroć musi być ukarana.

Kiedy dziś patrzę na wykształconą kadrę naukowo – dydaktyczną z tytułami profesorskimi nadanymi przez Henryka Jabłońskiego (przypominam był to Przewodniczący Rady Państwa), ciśnie się na usta krzyk – „to oddaj ten tytuł” – i nie opluwaj wysiłku ludzi, pracujących i wytwarzających produkty, z czego tworzył się fundusz na uczelnie i uczonych.

Dobroć musi zostać ukarana.

W naszych lewicowych wydawnictwach – TRYBUNA , PRZEGLĄD – natrafiam na zdaniowe „perełki” i w pełni je podzielam:

W Przeglądzie nr 29 str.5 Marek Nap pisze nt. znieważania ludzi pracy PRL
„Największym sukcesem kolejnych ekip posolidarnościowych jest to, że rzesze ludzi nie kojarzą tych obelg ze swoją pracą i rolą w tamtym systemie. Lecą za wodzem jak ćmy do ognia. Chichotem historii jest fakt , że robotnicy wywalczyli sobie kapitalizm.”

Dodam tylko swój komentarz , że lud pracujący miast i wsi własnymi rękoma obalił swój ustrój.

Dobroć musi zostać ukarana.

W Trybunie nr 136/2020 Tadeusz Wojciechowski świetnie spuentował w artykule „Czyszczenie pamięci” postawę opozycjonistów PRL-u. Od siebie dodam , że też trochę w tym PRL-u przeżyłem, pracowałem, działałem to i co nieco pamiętam, bo mimo 78 przeżytych lat pamięć jeszcze mnie nie zawodzi a wielu mych rodaków jakby zawodzi.

Od 1989 roku minęło ponad 30 lat – pisze Tadeusz Wojciechowski, a wielu komentatorów ma niewiele ponad 40 lat , czyli wtedy byli 10 – letnimi antykomunistami. Druga uwaga jest jeszcze lepsza. Traktowanie okresu PRL-u jako okupacji, zniewolenia, niszczenia narodowej kultury w sposób ciągły, zapominanie o ogromnym wysiłku powojennej odbudowy, podniesienia z ruin stolicy kraju, przeniesieniu kilku milionów obywateli ze wschodu na zachód Polski w nowych granicach – zafundowanych nam przez Wielką Trójkę, to jest nic w porównaniu z „gnębieniem” polskiego narodu.

Im dalej od transformacji ustrojowej, tym więcej kombatantów walczących o niepodległość.

W wielu publikacjach zostało wielokrotnie udowodnione, że tworzony w PRL-u nowy ustrój – mówmy wyraźnie SOCJALISTYCZNY, posiadał całą masę pomyłek – jak to w roku 2014 pisał w TRYBUNIE nr 195/2014 Jerzy Kochan, ale nie znaczy to, że znacznie więcej było poprawnych efektów ogólnej pracy całego narodu – bo i rzekomi przeciwnicy tego ustroju też dokładali swoją cegiełkę do naszego majątku. Z przesłania tego wtedy ciekawego wykładu – cały czas aktualnego w treści – wynika , że próba pozytywnego wykładu istoty socjalizmu (pisze autor), choćby i skrótowego i nie wolnego od uproszczeń, wydaje się ważna i potrzebna. Pozwoli ona na pewne uporządkowanie różnych wątków krytyki kapitalizmu, ich strukturyzację, hierarchizację… a czasem wyrzucenie jako niespecyficznych czy ponadczasowych i związanych generalnie po prostu z conditio humanae.

Nie można pozwolić w polityce historycznej na kryminalizację – jak to nazwał w swym ww. artykule Jerzy Kochan – socjalizmu.

Wielu naszych rodaków jest po prostu chorych na zanik pamięci, albo co gorsze niedouczonych, bo gdyby chciało im się sięgnąć do Deklaracji PPR z 1943 r, to by przeczytali jak wyglądała Polska w okresie sanacji lat trzydziestych, jakie koncepcje miała ekipa „Londyniszcza” – jak to pięknie nazwał Krzysztof Lubczyński. Przecież to było podłoże do dokonanych w latach 1944 – 1947 zmian ustrojowych.

No , ale przecież wciąż przypominam – dobroć musi być ukarana.

Historia lubi się powtarzać, można więc przewidzieć, że przyjdzie czas na opamiętanie.

Jeśli mamy coś naprawiać w naszej Ojczyźnie – to przede wszystkim przywracać pamięć.

Najciekawsze z tego wszystkiego jest dzisiejsze zawołanie Zjednoczonej Prawicy DAMY RADĘ.

Bez aktywności społeczeństwa nie dadzą rady. Bez ciężkiej pracy nad odbudową polskich gałęzi przemysłu, bez wytężonych umysłów tworzących nowinki techniczne i zarabiających na bogactwo kraju, nic z tego nie wyjdzie.

Nasi dzisiejsi władcy zawierzają wszystko Bogu i Mateczce Częstochowskiej „Tak nam dopomóż….” A jak nie dopomoże – to co?

Bo dobroć może zostać ukarana !!!

Zanika w powszechnym zapomnieniu

podobnie jak tamten czas, w niejako grobowej ciszy jak odchodzące kolejne pokolenia, nikt już nie chce o tej dacie wspominać, nawet o nią się swarzyć, wśród rezygnacji i zobojętnienia odchodzi w niepamięć.

Rozważania na temat podziałów-wrogości w polskim społeczeństwie, wywołanych wojną PO kontra PiS, wg innych na odwrót, z jej rozlicznymi, potężnymi demokratycznymi i autorytarnymi odpryskami, toczą się ze szczególnym natężeniem w okresie przed i powyborczym. Uczestniczą w nich poważnie zaniepokojeni profesorzy, tzw. autorytety i utytułowane na różny sposób postacie, nie wspominając już o politykach. Źródeł konfliktu szuka się w wydarzeniach z ostatnich piętnastu lat, są jednak widzący je w dużo wcześniejszym historycznym podziale na panów i chłopów, wreszcie kolejni, wybitni także, w różnych narodowych cechach, także w rozdartej polskiej duszy. Natomiast przedziwnym zbiegiem okoliczności dosłownie nikt, zapewne z obawy o naruszenie obowiązkowej historyczno-socjologiczno-politologicznej poprawności, nie odważył się stwierdzić, że w ostatnich dziesiątkach XX wieku spory płomień podziału i nienawiści rozpaliła Solidarność i dobrze nim hajcowały jej kolejne rządy także przez całe dziesięciolecia.

Żaden medialny pies z kulawą nogą,

poza „Przeglądem” i „Dziennikiem-Trybuną”, gazety, stacje radiowe i telewizyjni nadawcy jednym nawet słowem bądź obrazem nie wspomnieli o minionym dniu 22 lipca, który uznawany jest za początek Polski Ludowej.
Na szczyt absurdu zdobył się historyczny dodatek „Gazety Wyborczej” (20.07.2020) zamieszczając, jak na urągowisko, w kalendarium pod tą datą informację o pierwszym na świecie rajdzie automobili w 1894 roku. Zapewne swoim zwyczajem nie chcieli przywoływać pamięci o Manifeście PKWN, ani tym bardziej o uchwalonej 22 lipca 1952 roku Konstytucji PRL, obśmiewanej jako “stalinowska” m.in. dlatego, że Stalin dokonał w jej projekcie poprawek. Mogliby jednak przynajmniej obwieścić – przypomina jeden z internautów – o wysoko cenionej przez historyków Konstytucji Księstwa Warszawskiego, napisanej pod dyktando cesarza Napoleona przez jego ministra Hugues-Bernard Mareta i wręczonej do realizacji reprezentantom Księstwa Warszawskiego w Dreźnie, gdzie Napoleon akurat przebywał, w dniu 22 lipca 1807 r.

Dla „Gazety Wyborczej” w takim dniu dużo ważniejszym była prawdopodobna, śladem wilków, niedźwiedzia wędrówka na zachód Polski, niż jej szczególny i wyjątkowy okres czterdziestu pięciu lat, a Onet wypróbowanym od lat sposobem nawiązał do tej daty zdjęciem pustych półek w mięsnym sklepie i powtórką tekstu Pawła Strawińskiego z wydania Forbes 11/2018 roku. Natomiast w TVN-owskim mądrym i czasem odważnym „Szkle kontaktowym” wyjątkowo nie mądrze komentowano błąd w tekście Manifestu, tak jakby to on decydował o skutkach polityczno-społecznych tego dokumentu. I to by było na tyle.

Takiej nienawiści i podziałów

jak dziś, w okresie PRL, poza czasem stalinizmu i zhańbionym 1968 rokiem, nigdy nie było. Nową narrację zapowiadał slogan „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści” i radomskie „boj to będzie ich ostatni” z 3 grudnia 1981 roku. Po ukonstytuowaniu się rządu Tadeusza Mazowieckiego i jego słynnym expose zdawać się mogło, że minął czas przesilenia i w nowej demokratycznej rzeczywistości, według jej praw i zasad, rozstrzygane będą wszelkie publiczne spory. Złudzeniem okazała się ta nadzieja bowiem nowi władcy Polski potrzebowali, w niełatwym okresie transformacji z jej wieloma negatywnymi skutkami, społecznej akceptacji, którą zawsze najlepiej się osiąga poprzez wychwalanie własnych osiągnięć i totalną krytykę poprzedniego ustroju bądź minionych rządów.

Tak rozpoczęła się trwająca po dziś dzień – w największym skrócie – negacja okresu Polski Ludowej i ciężkiego trudu wielu pokoleń Polaków. Pozbawiona poważnej refleksji nad uwarunkowaniami istnienia tamtego państwa, kontynuowanej przez niego lewicowej tradycji, spełnienia wielu społecznych oczekiwań oraz wielkich dokonań. Pisał o tym, jak wcześniej inni podejmujący ten temat, Bohdan Piętka: „Co zawdzięczamy PRL. Polska po roku 1989 jest budowana na negacji Polski Ludowej” („P”,20-26.07.2020), a Zdzisław Rozbicki w obszernym szkicu przypomniał: „Moje pokolenie osiemdziesięciolatków i więcej, ma swój znaczący udział w tym, co powstawało i tworzyło się już w drugiej połowie roku 1944…To właśnie już wówczas rozpoczął się proces jakże radykalnych zmian… bardziej przyjaznych dla milionów Polaków z nizin społecznych żyjących dotychczas w ubóstwie i nędzy. Był to początek reform we wszystkich niemal wymiarach naszego życia i rozwoju, a szczególnie wśród tych zatroskanych, czym nakarmić gromadkę dzieci łaknących chleba. A były ich miliony.” („D-T”, 24-26.07.2020).

Nie chcą bądź nie mogą zrozumieć tego wszystkiego, z niewiedzy, braku głębszego przemyślenia czy też z przyczyny przeżartych antykomunistyczną indoktrynacją umysłów, nawet ludzie bardzo dobrze wykształceni, opowiadający się i walczący dziś o demokrację, poszanowanie prawa i swobody obywatelskie. Rafał Trzaskowski podczas powyborczego wiecu w Gdyni powiedział o należnym szacunku dla tych, którzy budowali przez trzydzieści lat wolną Rzeczpospolitą. A tej reszcie Polaków, która często w dużo trudniejszych, z różnych względów, czasach stworzyła m. in. podwaliny dla ukochanej III szacunek się nie należy ? Już tylko do piachu ?

A propos, przypominam sobie, jak po zniesieniu w Rosji ważnego święta Rewolucji Październikowej spiker radia Moskwa rozpoczął tymi mniej więcej słowami program: „Dziś mamy 7 listopada, dla jednych słuchaczy to święto rocznicy rewolucji, dla innych normalny dzień. Wszystkim życzę dobrego dnia.” Można?

Amerykańsko-polskie pomniki,

te pierwsze właśnie spadające z cokołów, te drugie już od dawna zwalone, dopiero dziś wywołują poważny namysł i opamiętanie. Anna Machcewicz w „GW – Alehistoria” (20.07.2020) pisze: „Akcje obalania pomników [w USA – Z.T.] są spektakularne, filmują je telewizje, ale ważne jest też to, co się dzieje obok…toczy się gorący spór pomiędzy zwolennikami i obrońcami postaci uwiecznionych w publicznych miejscach, w ogólnokrajowej i lokalnej prasie trwa wymiana argumentów, formułowane są listy oraz petycje do władz… cała ta dyskusja ma charakter obywatelski i nie ma nic wspólnego z odgórnie prowadzoną „polityką historyczną”. To pojęcie byłoby zresztą zupełnie niezrozumiałe dla ogromnej większości Amerykanów, którzy od rządzących nie oczekują, by dyktowali im, jak mają przeżywać historię swojego kraju.”

A w Polsce, poza wyjątkami mającymi społeczną akceptację likwidacji pomników Dzierżyńskiego w Warszawie i Lenina w Nowej Hucie, wszystkie analogiczne działania były nie tylko inspirowane, ale i realizowane przez rożne organy władzy przy głośnym szczuciu i zachwycie tzw. wolnych mediów. I nic nie miały wspólnego ani z obywatelską dyskusją, ani też wolnościowym przeżywaniem historii naszego kraju.

I jeszcze Maciej Janowski w tym samym magazynie tydzień wcześniej: „powraca pytanie, co robić z pomnikami…Mam tu dość zdecydowany pogląd: zostawić w spokoju…. Nie chciałbym żyć w świecie, w którym każde pokolenie obala pomniki poprzedniego, zmienia nazwy ulic, przekształca język według swoich pojęć o słuszności i sprawiedliwości – tylko po to, aby wkrótce paść ofiarą nowych zmian dokonywanych z równie świętym oburzeniem przez kolejne pokolenia. Tak dojdziemy do świata Orwellowskiego, w którym przeszłość będzie w każdej chwili zmieniana na użytek współczesności.”

Potrzeba było aż epidemii COVID-19 w Stanach Zjednoczonych aby na łamach „Gazety Wyborczej” wreszcie przeczytać jasną, acz w jej zwyczaju zakamuflowaną, opinię nie tylko w sprawie monumentów czy tablic na terenie naszego kraju, ale w konsekwencji o minionych czasach Polski Ludowej.

Pomniki dokonań Polski Ludowej

oglądam każdego dnia po wyjściu z domu. Po lewej nowoczesna szkoła, jedna z tych ponad tysiąca, po prawej jedenastopiętrowe wieżowce, jedne z tych wielu z milionami nowych mieszkań. Tego nie da się zburzyć, ale i nie zakłóci mi ten symboliczny widok prawdy o niegodziwościach i licznej głupocie z tamtych czasów. Podobnie zresztą jak nie zakłóca apologetom obecnej Polski dokonana z woli PKWN reforma rolna, bo pomniki można obalać ale nadanej ziemi nikt nie odda. Podobnie jest z prawdą, bo można ją tylko przytłumić, ale do czasu.

Marek Migalski

ostatnio napisał: „ >>Słychać wycie? Znakomicie!<<. Ale zaraz po tym pogrążają się w smutku – bo przecież wciąż Targowica na wolności, a nie w kazamatach, >>komuniści i złodzieje<< chodzą po ulicach, >>gorszy sort<<. Zaraził nas nim ten stary i zgorzkniały człowiek. To wirus nienawiści, zawiści, pogardy. Nieszczęśliwy starzec uczynił nas wszystkich nieszczęśliwymi.” Nie do końca ma się tak rzecz panie Profesorze, wszystko zaczęło się dużo wcześniej, ale wcześniej czy później musi się zakończyć.

O czasie wolnym w PRL

Gramoląc się z wolna z wstrząsu wyborczego – naród wybrał Andrzeja Dudę na prezydencki stolec w pałacu Namiestnikowskim – zabrałem się do czytania na ONECIE tekstu wywiadu pani redaktor Agaty Szwedowicz z PAP-u z panem Wojciechem Przylipiakiem, autorem świeżo wydanej książki, pod frapującym tytułem: „Czas wolny w PRL”.

Nie żeby mnie w niej coś specjalnie zaskoczyło. Jako człowiek stosownej daty i słusznej w tamtym czasie przynależności, miałem cokolwiek do czynienia z tzw. czasem wolnym, nie tylko jako konsument laby zbiorowej i indywidualnej. Ochoczo włączałem się w organizację czasu wolnego dla ludzi młodych przez Związek Młodzieży Socjalistycznej w rodzinnym Poznaniu, co niniejszym z dumą podkreślam. Wczasowanie a la FWP również nie było mi obce, zatem blaski i cienie tegoż są mi znane poniekąd. Jednak, jakoś ani wtedy, ani całe lata potem, nie spotkałem się gromadnym grymaszeniem na jakąś komunistyczną podpuchę, która skrywała się w bazie i nadbudowie masowego wypoczynku obywateli socjalistycznego do 1989 roku państwa. Tę słusznie uświadomił mi dopiero autor rzeczonego dzieła, oraz pani redaktor z PAP-u.

Weźmy takie funkcjonowanie bazy owego wypoczynku: malkontenci byli zawsze; a to kaszanka marnie dopieczona, pomidorowa niedoprawiona, niedosolony schabowy. Bywały uwagi do jakości łoża, pościeli oraz wspólnej łazienki. Wypoczywający dzisiaj na francuskiej Riwierze, czy Costa del Sol, też niekiedy grymaszą; czepiają się marnej jakości krewetek i ostryg drażniących wysublimowany gust i powonienie Polaka wypoczywającego za granicą. Czasami zdarza się nie odlecieć na czas do domu z powodu plajty biura podróży. Czekający na odlot mogą męczyć się i narzekać, owszem, ale jako obywatele wolnej Polski, co im z pewnością rekompensuje doznany stres i niewygodę. Zdarza się, że niektórzy narzekają za granicą na hotelowe karaluchy. W PRL-u karaluchy bytowały również w miejscach wypoczynku, tyle że te polskie, w PRL, były ..pewnie czerwone.

Tytułem osobistego otarcia się o organizowanie czasu wolnego młodzieży w PRL, czuję się być nieco upoważnionym do skomentowania książki. Przywykłem do tego, że piszących artykuły i wywiady dla Onetu na temat PRL – szerzej niedawnej historii – łączy żarliwe przywiązanie do rytuału dokopywania dawno poległej Ludowej. Ci młodzi na ogół ludzie, realnie nie mogący pamiętać czasów, które dzisiaj gorliwie opluskwiają, wiedzę i poglądy w temacie czerpią ze źródeł niekoniecznie mądrych i dostatecznie wyważonych – tak zostali wychowani. Zresztą, jak mają być mądrymi, skoro np. książkową – szkolną – wiedzę o naszej niedawnej historii zawłaszczyli prawicowi fanatycy. No i „etos”. Nie da się zaprzeczyć, że kanonada czarno-białej, antykomunistycznej obróbki po 1989 roku, do pewnego stopnia w tamtym czasie racjonalna i zasadna, zrobiła swoje – w skutkach jednak posunęła się o przysłowiowy „jeden most za daleko”: odebrała wielu rozum, wciskając mózgi i namiętności w sztancę rytuału stygmatyzowania polskiej „komuny” barwą wyłącznie czarną i posępna, bez pamięci dla jej licznych, oczywistych zasług dla Polski i Polaków, przy kompletnym braku szacunku dla geopolitycznych powikłań i realiów. Z tego samego źródła twórczej łatwizny zdaje się czerpać pani redaktor Szwedowicz. Nie wątpię, że niezachwianie wierzy w słuszność kierunkowych pytań – komentarzy, które podsuwa panu Wojciechowi, autorowi rzeczonej książki. Ten zaś, jak wnioskuję z treści rozmowy, pożeglował w swym dziele, przynajmniej miejscami, w kierunku jedynie słusznym: co by ta władza w PRL robiła, i nie robiła, wszytko było do dupy – no, może nie całkiem – i podporządkowane mitycznym knowaniom „komunistów”. Nawet czas wolny, byt zdawałoby się wypłukany z niemiłej obu rozmówcom ideologii – ideologii jakiejkolwiek – służył „komuchom” do niecnego manipulowania obywatelami. To już nie tylko jakaś intencyjna aberracja, ale również dowód, jak czarno – białe schematy myślenia o Polsce Ludowej przeżarły mózgi mnogiej części osób, nie tyko starszych, także młodych i zdolnych poniekąd. I nie rzecz w tym, aby próbował wybielać powojenną Polskę, gdyż na przyganę w wielu obszarach zasługuje, lecz przypisywanie bytowi społecznemu, jakim był akurat „czas wolny” w realiach tamtego państwa, funkcji zasadniczo politycznej; narzędzia manipulowania obywatelami (może nawet niewolenia) to już grube przegięcie faktyczne i nadużycie intelektualne o cechach usłużnej propagandy, czego poniżej i pokrótce postaram się dowieść, nie licząc przy tym na zrozumienie autora książki i jego rozmówczyni.

Zresztą w państwie „totalitarnym”, co brzmi sugestywnie i dramatycznie, za jakie bezrefleksyjnie uchodzi PRL na całej długości trwania, wszystko było polityką. Czas wolny, przynajmniej ten masowy, również politycznym był. Ale błędem jest formułowanie na tej podstawie wniosków o jakiejś powszechnej marności gromadnego wypoczywania na pracowniczych urlopach. Nie ma sensu podkreślać przewag sposobów i form wypoczywania Polaków w III PR nad tymi, które były dostępne w Polsce ludowej. Są to przewagi oczywiste.

Jasne, że w demokracji każdy może posiadać i głosić poglądy dowolne, niekoniecznie zgodne z sądami innych, nawet, jak potwierdza praktyka, nie w pełni odpowiadające stanom faktycznym zjawisk, których dotyczą. Wolno pisać co się chce, przy czym, jeśli meritum pisania ma tę cechę, że „płynie po linii i na bazie” można liczyć na kasę na wydawnictwo, co, jak nieśmiało mniemam, spotkało autora omawianego „dzieła”. Polityka każdej władzy – tej Ludowej w latach 1945 – 1989, oraz aktualnej tamtej przeciwna i krytyczna – kreuje własne centra ponętnej grawitacji, pochłaniającej co niektóre, zdolne, ludzkie potencjały. Masę grawitacyjną tworzą pasujące władzy sądy, np. te dotyczące historii, także kasa z publicznej kiesy wspierająca twórczość władzy miłą. Jak powszechnie wiadomo, i wtedy i teraz można jakość żyć z kadzenia rządzącym oraz z dopiekania jej wrogom prawdziwym albo urojonym. Boczyć się na to nie zamierzam. Jasne, że partia i rząd w PRL kreowały i realizowały politykę społeczną swego autorstwa, także, i między innymi, w odniesieniu do „czasu wolnego” obywateli. Jednak niepoważnym jest sugerowanie, że z tej polityki płynęły jakieś masowe, czy grupowe nieszczęścia i niedogodności dla beneficjentów ośrodków wypoczynkowych FWP; że uczestnicy wczasów wagonowych na Helu, czy też licznych firmowych wypasów relaksacyjnych w zakładowych ośrodkach wypoczynkowych w górach i nad morzem byli, przez sam fakt pobytu w tychże, poddawani nieuświadomionej im indoktrynacji, która, kto wie, ich wypoczywanie czyniła męczącym. Czytając rzeczony wywiad można dojść do wniosku, że „komuniści” przymuszali naród do wypoczynku a la FWP; ten zaś narodowi nie pasował – ideologicznie. Cechą tamtego czasu była oczywista masowość wczasowania pod organizacyjną postacią jak wyżej, ta zaś wynikała m. innymi z braku szerszej, realnej dla niej alternatywy, przynajmniej początkowo, co wcale nie znaczyło, że za wypoczynkiem gromadnym podążały złorzeczenia i pomstowanie ludu na organizatorów wczasowania, oraz na władzę Ludową. Korzystały z niej na ogół osoby nieco starsze: rodzice z dziećmi i dziadkowie z wnukami, bo te oferowały szereg ułatwień. Wielu, zwłaszcza młodych, wypoczywało na własną rękę, taszcząc namiot i plecak, udając się w wędrówkę po Polsce autostopem, czy też podążając do celu rowerami, pociągiem lub autobusami PKS. Powoli nabierał na znaczeniu wynajem prywatnych kwater. Począwszy od lat sześćdziesiątych Polacy zaczęli wypoczywać za granicą – w demoludach, dokąd wyjeżdżali uzbrojeni we wkładkę paszportową oraz socjalistyczne dewizy. Wypoczynek zagraniczny trudno było nazwać masowym, ale istniał i powoli się rozwijał. Z wielu powodów, nie tylko politycznych, wypoczywanie na Zachodzie należało do śladowych. Pytam, cóż w tym złego i politycznie pokrętnego, że „władza ludowa zrobiła sobie z czasu wolnego dla ludu pracy sztandar i potraktowała rzecz priorytetowo”. Czyż władza demokratyczna żadnymi sztandarami nie wymachuje pod nosem narodu ? Trzeba mieć marne intencje, aby potraktować rzecz tak głęboko zaczepnie i uszczypliwie. Wygląda na to, że rozmówcy kompletnie pogubili się i nie rozumieją, czym była instytucja masowego wypoczynku we sponiewieranej wtedy niedawną wojną Polsce, również lata potem, dla ludzi, którzy w większości mieli żywo w pamięci przedwojenną mizerię i brak realnych perspektyw na życiowy rozwój. I godny wypoczynek. I nie jest to żadna komunistyczna propaganda. Autor książki wprawdzie zauważa, że w II RP wypoczynek – w Gdyni i Sopocie, w Zakopanem i Druskiennikach, szerzej gdziekolwiek, – przynależał do elit, ale wyciąga z tego, jak się zdaje, wnioski opaczne. Daje temu wyraz w dalszym komentowaniu swojej książki, na który w sposób jedynie słuszny naprowadza go pani redaktor z PAP-u, więc z „firmy” realnie i ideowo podporządkowanej władzy PiS. Jasne, że wbrew propagandowym komunikatom władzy, wczasy w PRL nie były „dla wszystkich”, lecz z pewnością były realną i ożywczą nowością dla ogromnej rzeszy ludzi, którzy przed wojną, epoką dziś modnie pudrowaną, mogli sobie o czymś takim najwyżej pomarzyć. I to jest ważniejsze od dywagacji: „masowe” czy „nie masowe”. Uczciwość wymagałaby to zauważyć. Komunikat propagandowy władzy ludowej autor odczytuje dosłownie, a za brak jego spełnienia gani „komunistów”, mając za nic ów, co by nie powiedzieć, masowy rzeczywiście charakter wypoczynku organizowanego przez państwo i jego agendy. Nie trzeba nikogo przekonywać, że miał wady, w ogromnej mierze materialne, także organizacyjne. Bywało, że i śmieszności: instytucja mitycznego dziś kaowca, wcale nie powszechna na wczasach FWP jakby wynikało z sugestii sączonej z rozmowy, tu i ówdzie istniała, bywała niekiedy poręczna także przy zabawianiu dzieciaków. Odwołanie się do filmu Barei zdaje się tu być czytelne, tyle że nietrafne, gdyż stanowiło w filmie o statku na Wiśle szerszą, inteligentną metaforę. Autor książki utrwala legendę wszechobecnego i wszechmocnego kaowca – partyjnego natręta; rozdyma ją do gabarytów kajzerowskiego Zeppelina. Twierdzenie autora, że: „poprzez kaowca państwo kontrolowało czas wolny uczestników wczasów” zakrawa na obrazę zdrowego rozsądku, a nawet inteligencji; należy pewnie dalej czytać, że .. obserwował i donosił. To już jakaś paranoja. Równie przegięty jest np. obraz obozu (obozów), akurat dla młodych małżeństw, organizowanego przez ZSMP, nadanie temuż powszechności posępnej poprzez optykę mało znanego filmu Łozińskiego nakręconego w 1977 roku, na który pan Przylipiak powołuje się w rozmowie z panią redaktor z PAP-u. Filmu nie widziałem. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy pokazywał przypadek realny, czy też jego scenariusz został artystycznie wydumany przez reżysera. Jakkolwiek było, dzieło to musiało być dla autora książki „wybitne”, i miarodajne; zatem reprezentatywne dla całości postponowanego zjawiska. Wedle mej wiedzy w temacie – ta jest nie najgorsza – sugerowanie, że na obozach ZSMP nauczano, czy też przymuszano wręcz, do donosicielstwa – szerzej, do zachowań po ludzku niegodnych, jest kompletnie oderwane od realności. Przynajmniej tej powszechnej. Choć autor nic takiego nie pisze, młody, podlewarowany ideowo przez propagandę PiS czytelnik, może sobie wydumać, iż te były – kto wie – podobnymi w tzw. treściach wychowawczych do .. obozów Hitlerjugend, a nawet, nie daj Boże, do ruskiego Komsomołu. Jakże miałoby być inaczej, skoro, nauczano na nich, rzekomo, kapowania na siebie oraz innych rzeczy po ludzku paskudnych. Trudno uwierzyć, że autor książki nie wie, iż przede wszystkim na nich całkiem przyjemnie wypoczywano i bawiono się, nawet kwitły miłości finalizowane potem ślubami – kościelnymi. Autorowi nie przyjdzie do głowy, że „ideowość” realna owym obozom przypisana do upierdliwych nie należała. Osobiście nie znam nikogo, kto by je wspominał wedle poetyki pana Przylipiaka i pani Szwedowicz. Być może obaj rozmówcy znają kogoś takiego.

Tak przy okazji i na marginesie: działaczom ZSMP dopiekł słusznie sam mistrz polskiego kina, Kieślowski. W sugestywnym wątku obrazu „Przypadek” ukazał członków tej organizacji jako wypłukane z kompasu i kręgosłupa moralnego indywidua, przykładające czerwoną łapę do niszczenia zakładowych opozycjonistów. I znowu, nie da się stwierdzić, czy nasz wybitny twórca pokazał kawałek znanej mu realności, czy tez wyłącznie ją modnie sobie umyślił i hamletyzował, co należało za tamtego czasu do twórczej, dobrze widzianej maniery. O ile mi wiadomo, ZSMP nie angażował się w polityczne zatargi i rozrachunki lat osiemdziesiątych, gdyż w klimacie tamtego czasu wytracał swój ideowy i organizacyjny potencjał. Do realnej walki z opozycją Związek się nie garnął. Lecz, kto ośmieli się poddawać w wątpliwość prawdomówność Kieślowskiego, który, jak powszechnie wiadomo .. .wielkim reżyserem był.

W kolejnej części wywiadu jego uczestnicy ganią „komunistów” za to, że: „..wiele imprez kulturalnych organizowano właśnie w niedziele, żeby wybić obywateli z rytmu kościelno – rodzinnego” – po to by obywatele nie uczęszczali na msze. To już jakaś żenada. Brakuje uwagi, że komuna przymuszała młodzież do uczestniczenia w owych imprezach. Te, owszem bywały, i to w niedziele, bo kiedy miały być. Co najwyżej nęcono nimi. Kto chciał walił do kościoła, kto chciał na „antykościelną” imprezę, wielu miało w nosie jedno i drugie. Jakkolwiek sytuacja w tej materii była dynamiczna, po 1956 roku zatraciła polityczną wyrazistość, nigdy nikogo nie ciągnięto za łeb i uszy gdziekolwiek i na cokolwiek, więc niech autor nie hamletyzuje i nie kreuje na siłę problemu, który był realnym marginesem. Nie mógł podobać się Kościołowi, lecz przy tym nie skutkował dolegliwością ludowi powszechną.

Co się tyczy „martyrologii” dzieci w Polsce Ludowej, autor widzi wprawdzie plusy socjalistycznego wychowywania najmłodszych, ale zaraz poprawnie dodaje: „z drugiej strony wiele dzieci puszczonych samopas, nudziło się, przemierzając podwórka w poszukiwaniu jakiejkolwiek rozrywki.” To rzeczywiście bardzo odkrywcze. Zapytuję, czy w zachodnich demokracjach tamtego czasu dzieci miały inaczej niż w Komunie. Śmiem twierdzić, że lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte stanowią dla pierwszego pokolenia Polski Ludowej, do którego mam honor należeć, najlepszy czas w ich życiu. Potencjał poczucia podwórkowej wolności i bezpieczeństwa nie różnił się niczym od współczesnego. Jak zawsze i wszędzie bywały wyjątki, jednako czynienie z nich reprezentatywnych dla zjawiska uogólnień nie zasługuje na miano racjonalnych. Opinię o podwórkowej i szkolnej wolności tamtego czasu podpowiada mi osobiste doświadczenie, wiedza oraz intuicja; zawsze znajdą się niepodzielający mej opinii. Było z pewnością biednie – chleb z cukrem lub margaryną, owinięty w Trybunę Ludu lub inne organa Partii, mamy zrzucały nam z okien. Kawałkami gazet podcierały nam tyłki, bo papier toaletowy do dopiero przyszłość. Było może szaro zewnętrzne – połatane portki i pończochy – ale dzieciństwo mieliśmy wewnętrznie kolorowe i przede wszystkim zdrowe i bezpieczne na ogół. Czy naprawdę trzeba wyjaśniać, dlaczego. W odróżnieniu od wielu dzieciaków Polski przedwojennej nie chodziliśmy głodni, co w tamtym czasie miało jakieś znaczenie zwłaszcza dla naszych rodziców. Nie odczuwaliśmy też jakiegoś dramatyzowanego dziś łaknienia pomarańczy i bananów. Te jakkolwiek „rzucano” od święta, co marnie świadczyło o socjalistycznej gospodarce, nie przechodziło w nas w traumę, co zdają się niektórzy sugerować. Uważamy – zarozumiale i pewnie nie do końca słusznie – że to nasze dzieciństwo podwórkowe i szkolne było lepsze od dzieciństwa i młodości naszych dzieci i w wnuków w tzw. wolnej Polsce. Ponieważ z poglądem tym można się zgodzić lub nie, warto przyjąć tezę neutralną, głoszącą, iż po prostu było „inne”. Autor bierze sobie do wrażliwego serca „dziecięce” filmy tamtego czasu. Wysupłując z nich co niektóre kawałki, poddaje je potem reinterpretacji własnej pod jedynie słusznym kątem. Odpuszczę sobie komentowania detali, gdyż autor, mając ku temu prawo, przesadza mym zdaniem. Wersja „komunizmu” po polsku, realizowana w odniesieniu do najmłodszych, więc, w odróżnieniu od dorosłych politycznie nieświadomych, nie szkodziła tymże na żaden sposób. Z czasów dziecięcego bytowania w „reżimie” zapamiętałem pozapolityczną dolegliwość, jaką stanowił obowiązek picia tranu. Był rzeczywiści paskudny w smaku, co daje mi prawo czuć się ofiarą. Śmiem twierdzić, że system, pomimo oczywistych wad i braków, dobrze dbał o najmłodszych, czyniąc to, rzecz jasna, na miarę ówczesnych możliwości. Nie trzeba przekonywać, że głęboko innych, zwłaszcza uboższych od dzisiejszych. Kolejne dziesięciolecia polskiej „komuny”, pomimo politycznych poślizgów i zakrętów, nie da się zadekretować jako nieszczęścia powszechne, kaleczące pamięć oraz duszę prawdziwego Polaka. Nawet sztucznie i na siłę mitologizowany przez nieustannie walczących z komunizmem (postkomunizmem) stan wojenny, znajdował po pewnym czasie całkiem spore zrozumienie wśród Polaków, co również zakłócało dobre samopoczucie tzw. etosu.

Nie mam zamiaru czepiać się uwag pana Wojciecha Przylipiaka na temat wspominania „tamtego czasu” przez osoby starsze, o czym powiada w wywiadzie. Dobrze pamiętam sondaże czynione na ten temat w latach dziewięćdziesiątych, także potem. Wynikało z nich, że większość Polaków dobrze wspomina PRL, co jakoś nie pasowało do etosu. Nie da się zaprzeczyć, że niektóre osoby wychowujące się na początku lat osiemdziesiątych np. w Słupsku, gdzie była szkoła milicyjna, nie czuły się szczególnie szczęśliwie, gdyż zapamiętały „ .. dziesiątki samochodów z milicjantami kierującymi się w stronę Gdańska, by ..tłumić strajki”. Mają prawo uważać, że był to „ „ .. straszny czas”. Jakkolwiek takie uczucia nie należały do powszechnych, nie mam zamiaru ich szargać. W emocjonalnie rozchwianych latach osiemdziesiątych każdy doznawał doświadczeń własnych, wedle których współcześnie odmierza i wartościuje swoją historię. Trudno uwierzyć, że poniekąd naturalny sentyment do dzieciństwa, szerzej do młodości, mógł zostać skutecznie przytłumiony złymi doświadczeniami z lat władzy Jaruzelskiego – łącznie ze stanem wojennym, który od lat podlega dyktowanym polityką teatralnemu dramatyzowaniu. Wypada tu zapytać nieco trywialnie, ile było takich osób, którym komuna tak dopiekła, że skasowała przyjemną stronę wspominania młodości ?! Jasne, ani autor, ani ja tego nie wiemy. Jednako sugerowanie istnienia powszechności, czy też jakiejkolwiek szerszej traumy po PRL, należy mym zdaniem do wydumanych, więc bytujących poza Realem. Warto dodać, że wielu niegdysiejszych potępiaczy i pogromców „komuny” czuje się dziś rozczarowanymi owocami swej walki – wszak, nie o take Polske walczyli.

Na sam koniec czuję się w obowiązku zwrócić autorowi uwagę, że każdy czas, nawet ten w demokracji, jest przesycony walką o marzenia. Bardzo rozmaite. Czy ci, którzy próbowali wtedy „funkcjonować po swojemu” byli za tą przyczyną „antysystemowi”, zaś swoją rozmaitą aktywność osobistą kreowali z intencją oraz w oparach sprzeciwiania się komunie ? Kto w PRL przeszkadzał pionierom autostopu; autostopowiczom w ogóle; czy rzeczywiście „komuniści” walili kłody pod płetwy pionierom fotografii podwodnej; a może za pierwszymi próbami caravaningu po polsku skrywała się demonstracja, chęć pokazanie wała władzy ludowej wraz z jego „masowością” wypoczywania. Czy naprawdę, jak pisze autor, zaledwie „kilka osób ( które wymienia) „szło własnym torem, próbowało żyć poza systemem” I tu nie za bardzo wiadomo, jaki „system” miał piszący na myśli: skoro wypoczynek masowy był nieodrodnym dzieckiem ówczesnej władzy, mam powody mniemać, że chodzi o politykę. Bez przesady panie autorze dzieła „Czas wolny w PRL”. Powołuje się pan na osoby i przypadki realne. Te byłyby „antysystemowe,” gdyby ich uczestnicy czynili je w intencji politycznej. Fotografia podwodna i caravaning należały w tamtym czasie do raczkującej nowości. Na ich powszechność trzeba było jeszcze długo czekać. Szliby „pod prąd” czegoś tam, gdyby władza ludowa czyniła np. wstręty we wdrażaniu ich fajnych pomysłów. Może jestem niedouczony, ale o takich mi nie wiadomo. Sam, jeżdżąc po Polsce z namiotem, także korzystając z innych „:wolnych” możliwości konsumowania szkolnych wakacji, potem urlopów, również zakładowych, dostępowałem poczucia nieskrępowanej wolności i wewnętrznej autonomii. Twierdzę, nie tylko ja, że uczucia te należały do powszechnych. Władza ludowa nikomu nie przeszkadzała w wypoczynku, jakimkolwiek i gdziekolwiek. Nie brzydziła życia pionierom, przecierającym nowe możliwości uprawiania czasu wolnego. Nawet pionierzy nudyzmu po polsku, po pierwszych nieprzyjemnościach serwowanych przez zaskoczoną golizną obywateli władzę – patrz np. martyrologia Janusza Głowackiego przed kolegium orzekającym – prześladowanymi przez „komunę” nie byli. Czy autor naprawdę wierzy, że .. ci „pionierzy szli pod prąd (sic!) zaś masa – efwupowska zapewne – poddawała się oficjalnemu biegowi” ? Cechą propagandy detonowanej po 1989 roku, obecnie karykaturalnie wzmożonej przez prawicowy fanatyzm, jest nie tylko rytualna, czarno – biała obróbka Polski Ludowej. Osobliwością jest jej irracjonalność, za którą od niemal czterdziestu lat podąża szczucie na siebie Polaków wedle wątpliwych moralnie, dawno zwietrzałych, jedynie słusznych kryteriów. Czyż pan Wojciech Przylipiak, pisząc o tych, co „szli pod prąd” oraz o tych, co „poddawali się oficjalnemu biegowi” nie przykłada ręki do podziału – domyślnego przynajmniej – na Polaków lepszych i gorszych. Grzechem jest nie samo twierdzenie jak wyżej, do czego autor ma twórcze prawo, lecz kryjąca się za nim domyślność, wedle której jedni byli szacunku godni, ci drudzy już niezupełni skoro płynęli z niesłusznym prądem. Dzisiejsi propagandziści odmawiają prawa do czerpania życiowej satysfakcji wielu osobom, tylko dlatego, że te w jakiś sposób były, czy też czuły się związane z Polską Ludową, względnie, nie tylko uznawały tamtą państwowość za normalną i znośną, lecz przede wszystkim za politycznie uprawnioną na gruncie ówczesnej geopolityki oraz prawa międzynarodowego. Brak rozsądku jest nieustannie w Polsce nagradzany. Bezrefleksyjne hamletyzowanie tamtego stanu rzeczy politycznej i społecznej urosło w Polsce do rangi patriotycznego obowiązku. Przepoczwarzyło się w dobrze widzianą manierę intelektualną i towarzyską, Także, niestety, dziennikarską. Rzeczona książka to jeden z mnogich, wedle mej oceny, twórczych odprysków „filozofii” podziałów, i utrwalania politycznych stygmatów po polsku. Jak widać, nawet „czas wolny” da się podłączyć do propagandowego megafonu, głoszącego narodowi rzekomą marność Polski Ludowej.

I wreszcie Puenta: swych przemyśleń nie pisałem w gniewie, bliższe mi było zatroskanie o duchowe zdrowie i polityczną oraz historyczną trzeźwość Polaków. Nie miałem specjalnych powodów, aby akurat czepiać się książki autorstwa pana Przylipiaka. Tę potraktowałem jako pretekst – przypadek jeden z wielu. Chcę wyraźnie zaznaczyć, ze sądy własne na jej temat wywiodłem wyłącznie z ducha i litery wywiadu, z którym zapoznałem się na ONECIE. Książki nie czytałem, co nie znaczy, że okazuję lekceważenie jej autorowi, wszak odnajduję w niej (w wywiadzie) również konstatacje trafione i obiektywne; dowodzące znajomości omawianej materii oraz badawczej dociekliwości autora. Nie przeczę, że książka może być na swój sposób ciekawa. My „komuniści” zostaliśmy dobrze wychowani w „reżimie”; przez rodziny oraz szkołę – przez Kościół już niekoniecznie. Jeśli nam w czyjejś pisarskiej twórczości coś nie pasuje i uważamy ją za oderwaną od rzeczywistości, dobrze życzymy autorom. Na boczymy się również na kasę, którą przy tym uda się im zgarnąć. Miotamy się w żalu własnym, że ich pisanie trafia do księgarń, a takie jak akurat moje, niniejsze, także mu podobne, podąża w państwie PiS – poza łamami Trybuny, której cześć i chwała – na wydawniczy Berdyczów. I tutaj bliski mi przykład: środowisko, z którym czuję się przyjacielsko związany, nie miało najmniejszych szans na uzyskanie wsparcia ze środków publicznych na wydanie cyklu książek wspomnieniowych o Związku Młodzieży Socjalistycznej w Wielkopolsce. Uczyniliśmy to sumptem własnym, pozostając w nadziei na nadejście w ojczyźnie czasu rozumu i opamiętania się. Ale, czy i kiedy nadejdzie. Na koniec i przy okazji pytam: czy głosujący w niedawnych wyborach prezydenckich na Andrzeja Dudę. nie poddali się przypadkiem oficjalnemu biegowi, miast iść pod prąd ? Oto jest pytanie.