Ofensywa czarnej reakcji

Krzysztof Lubczyński

Ofensywa  czarnej reakcji

    Zmarły w tym roku Ricardo Estarriol, wybitny hiszpański i dziennikarz i reporter powiedział swego czasu w jednym z wywiadów prasowych o „stosunkowo licznej obecności wśród polskich polityków osób związanych z Opus Dei”, fundamentalistycznej organizacji katolickiej, która powstała w 1928 roku w Hiszpanii. Znany z nieskazitelnego profesjonalizmu Estarriol na pewno wiedział co mówi, tym bardziej, że był obywatelem kraju, będącego ojczyzną Opus Dei. Jedną z cech OD była i jest dyskrecjonalność działania, w tym nieujawnianie przynależności do niej osób w niej działających. Od kilku lat intensywną aktywność przejawia w Polsce także organizacja Ordo Iuris, której genezę, powiązania, strukturę, metody, ideologię w opisała w swoim gruntownym, obszernie udokumentowanym dziele „To jest wojna” Klementyna Suchanow. Ordo Iuris, organizacja podobna kolorytem ideologicznym do Opus Dei, w odróżnieniu od tamtej nie kryje swojej działalności i swoich kadr. Występuje z otwartą przyłbicą. To właśnie w znaczącym stopniu Ordo Iuris przyczyniła się do powrotu kwestii prawa do aborcji po tym, jak wystąpiła w 2016 roku ze swoim projektem ustawy zaostrzającej i tak już w Polsce radykalny zakaz przerywania ciąż. To także Ordo Iuris wspiera osoby, występujące w sądach n.p. w sprawach o tzw. „obrazę uczuć religijnych”, „o obrazę narodu polskiego” i nadal próbuje ingerować w ustawodawstwo antyaborcyjne, rodzinne, etc. Nie podejmuję się tu niczego udowadniać czarno na białym, ale obserwując liczne ofensywy ideologiczne organizacji o prawicowo-klerykalno-nacjonalistycznym kolorycie i mając świadomość jawnej, półjawnej lub tajnej obecności ludzi tych i podobnych organizacji w różnych sferach życia w Polsce, różnych instytucjach, w tym także rządowych, n.p. w Ministerstwie Sprawiedliwości czy Ministerstwie Spraw Zagranicznych, trudno wierzyć, że nie mają oni wpływu na liczne inicjatywy ustawodawcze, jak n.p. ta, która zmierza do wycofania Polski ze stambulskiej konwencji antyprzemocowej. Poza tym samo ich istnienie i działanie w polskiej przestrzeni publicznej wywołuje efekt demonstracji i inspiruje prawicowych polityków, którzy wprawdzie do nich formalnie nie należą, ale podzielają ich poglądy, traktując jako cennych sojuszników. Wbrew żywionemu bowiem przez wielu przekonania, tylko pewna, i raczej nie stanowiąca większości część elektoratu PiS prezentuje skrajne ideologicznie fundamentalistyczne poglądy i domaga się formowania prawa w duchu religii katolickiej (czego świadomość ma większość polityków tej partii), więc gdyby nie permanentna, nieustępliwa aktywność zorganizowanych fundamentalistycznych organizacji katolickich, wiele tego rodzaju inicjatyw ustawodawczych nie ujrzałoby światła dziennego. Warto zauważyć, że dopóki naciski wspomnianych organizacji nie wywołały na nowo wojny wokół sprawy aborcji, nawet hierarchia Kościoła kat. nie wykazywała jakiejś szczególnie zauważalnej determinacji zmierzającej do zaostrzenia funkcjonującej od 1993 roku ustawy antyaborcyjnej, fałszywie określanej jako „kompromis aborcyjny”. Sformułowałem powyższe uwagi w trybie ogólnym, opierając się doświadczeniu w obserwacji życia publicznego i na wieloletniej lekturze informacji i opinii rozsianych po różnych źródłach w nadziei, że laickie organizacje pozarządowe, a także dziennikarze śledczy będą monitorować antywolnościową często działalność tych organizacji, domagając się od nich także pełnej transparentności w sferze finansowania. Ich działalność często jest niewystarczająco transparentna. Mimo to n.p. Ordo Iuris, które w Belgii ma kłopoty z prawem z uwagi na przypisany mu status, w Polsce działa bez skrępowania, a nawet nie bez zauważalnej – co najmniej – przychylności ze strony obecnej władzy. 

    Z tym wszystkim zdaje się korespondować fakt, że od wielu miesięcy jesteśmy świadkami szczególnej intensyfikacji fundamentalistycznych poczynań praktycznych oraz inicjatyw prawnych i ustawodawczych. W lipcu 2020 roku Ziobro i grupa jego bliskich współpracowników ogłosili, że będą zmierzać do wypowiedzenia przez Polskę konwencji antyprzemocowej, zwanej często stambulską. Ponieważ w tamtym momencie ruch ten był pośrednio skierowany politycznie przeciw premierowi Morawieckiego, ten skontrował uderzenie i skierował wniosek ziobrystów do tzw. Trybunału Konstytucyjnego Przyłębskiej. Do tej pory dokument tam leżakuje i konwencja antyprzemocowa nadal w Polsce obowiązuje, ale nie ma żadnej gwarancji, że  w jakimś momencie rządzący nie uznają, że wyjęcie jej z zamrażarki może być dla nich korzystne politycznie. Co prawda PiS do tej pory nie może odrobić strat politycznych po tym jak „odmroził” w TK wniosek posła PiS Wróblewskiego w sprawie konstytucyjności jednego z fragmentów ustawy antyaborcyjnej i innych, doprowadzając do masowych protestów Ogólnopolskiego Strajku Kobiet, które rozpoczęły się po ogłoszeniu „wyroku” z dnia 22 października 2020 roku, ale to nie oznacza, że Kaczyński nie zdecyduje się na podobne antywolnościowe posunięcie, skierowane przeciw prawom kobiet. W sierpniu 2020 roku, po tym jak aktywiści LGBT zawiesili tęczowe flagi na figurze Chrystusa przed kościołem Św. Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, władza zareagowała na to brutalnym, represyjnym odwetem. 7 sierpnia policja spacyfikowała demonstracje LGBT z nienotowaną do tej pory zaciekłością. Ten represyjny kurs kontynuowany był po tym, jak w październiku  Kaczyński wystąpił z apelem o „obronę kościołów”. Był to jeden z najbardziej ostentacyjnych, emblematycznych – obok m.in. wspólnego „bujania się” czołówki władzy PiS z Rydzykiem podczas rocznicy inauguracji Radia Maryja – wyrazów aliansu władzy z Kościołem kat.  

    Wspomniany wyrok z 22 października wywołał znaną powszechnie i przez wiele dni relacjonowaną przez media falę protestów. I gdy niektórzy liczyli na powtórzenie sukcesu Ogólnopolskiego Strajku Kobiet z października 2016 roku, który powstrzymał ofensywę katolickich fundamentalistów, 27 stycznia 2021 roku „wyrok” TK Przyłębskiej został ogłoszony i w Polsce został ustanowiony realnie całkowity, a przy tym wyjątkowo barbarzyński w szczegółach zakaz aborcji, zmuszający kobiety do rodzenia płodów ciężko i nieodwracalnie uszkodzonych, a nawet martwych. Jednocześnie nastąpiła szczególnie intensywna fala procesów przeciwko aktywistkom i aktywistom wolnościowym. Procesy wytaczane były  głównie z oskarżenia o „obrazę uczuć religijnych”. Do najgłośniejszych należała sprawa Elżbiety Podleśnej. Zanim została uniewinniona przez sąd, zastosowano wobec niej brutalne szykany (najście na mieszkanie o szóstej rano, zakucie w kajdanki i upokarzające traktowanie na komisariacie) tylko za to, że rozlepiała niewinne w treści i formie plakaty  z wizerunkiem „Matki Boskiej Tęczowej”. Podobnych, a mniej znanych opinii publicznej spraw sądowych toczyło się i toczy w Polsce więcej, n.p. sprawa procesu o figurki „cipkomaryjki”, także z asystą prawną działaczy Ordo Iuris czy sprawa przeciw posłance Joannie Scheuring-Wielgus. Ostatnio doszło do zarekwirowania przez policję fotografii z łódzkiej wystawy „Waginy polskie”, również po pretekstem „urażenia uczuć religijnych”. Takich spraw jest znacznie więcej.

    Ostatnio „wybuchły” dwie sprawy wpisujące się w nasilający się nurt reakcyjnej ofensywy. Pierwsza z nich to ofensywa ministra edukacji i nauki Czarnka. Składa się na nią zapowiedź klerykalizacji treści podstawy programowej w zakresie przedmiotów humanistycznych (m.in. w zakresie listy lektur), zakusy by wprowadzić – de facto – obowiązek uczestniczenia uczniów w katechezie, jak dotąd fakultatywnej oraz takie wzmocnienie pozycji kuratorów, by w szkołach był praktycznie niemożliwy przekaz niesprzyjający władzy państwowej. Druga, to ujawniona ostatnio informacja o trwających w resorcie Ziobry pracach nad projektem ustawy skierowanej przeciw wolności ekspresji środowisk LGBT. Wprowadzenie jej  w życie oznaczałoby upodobnienie w tym zakresie ustawodawstwa polskiego do rosyjskiego, tureckiego czy węgierskiego.

    Klerykalna, reakcyjna ofensywa przeciw wolności, w tym w szczególności wolności słowa i ekspresji trwa, a nawet przybiera na sile. Deklerykalizacja i dereakcjonizacja Polski będzie w przyszłości ciężkim, ale nieodzownym zadaniem wolnościowych, lewicowych rządów. 

Odpływając na chwałę

Czasami to aż serce pęka, kiedy się patrzy, jak polski Kościół katolicki odrywa się od społeczeństwa i rozdyma w swojej mydlanej bańce, w której żyje od dekad. Nie, żeby mnie to jakoś szczególnie martwiło, ale dla przyzwoitości i czystości sumienia, może warto by podpowiedzieć rządzącym, żeby zwrócili kościelnym hierarchom uwagę, że król jest nagi, stary, gruby i obleśny.

Kompletnie nieatrakcyjny. Zwłaszcza dla młodych. Starzy mają świadomość, że czas obszedł się z nimi różnie, i sutanna potrafi ukryć sporo, ale dla młodzieży to dziś żadna okoliczność łagodząca. Czy to ksiądz, czy katecheta, czy pan od fizyki, wszyscy oni mogą być nudni jak flaki z olejem, a z ich lekcji można wynosić co najwyżej hemoroidy. Nie dziwią więc statystyki, z których dowiadujemy się, że młodzież szkolna i licealna masowo wypisuje się z lekcji religii. W Warszawie tylko od września na Woli z lekcji religii wypisało się ponad 900 uczniów. Na Pradze-Południe – ponad 700, na Białołęce – ponad 500, na Ursynowie – ponad 300. O ostatnim exodusie młodych katolików z lekcji katechezy poinformowała na dniach jedna z kieleckich gazet. Z danych Urzędu Miasta wynika, że skala tego zjawiska jest naprawdę ogromna. Spośród prawie 6,5 tys. licealistów z udziału w lekcjach religii zrezygnowało już ponad 2 tys. uczniów. Z kolei w kieleckich szkołach podstawowych z lekcji religii rezygnuje niewielu uczniów. Czemu tak się dzieje? A no bo w ogólniaku można już decydować o sobie, a w podstawówce jest wszak komunia i bierzmowanie, a bez tego ksiądz nie dopuści do ołtarza na ślub czy chrzciny, a to przecież taka ładna uroczystość. Biały welon, organy, schludnie to wygląda na pamiątkowym obrazku. Czysty pragmatyzm. Czy Kościół dostrzega ten rozdźwięk?

Skłamałbym, gdyby napisał że nie. Są w zawodzie księża i katecheci, którzy doskonale wiedzą, że piątkami i dwójkami miłości do Pana Boga nauczyć nie sposób. Wiedzą też, że programy katechez są tak skonstruowane, że prócz nauki pacierzy, ciężko jest znaleźć czas na to, czego młody człowiek dziś w wierze poszukuje. Trudno też im odpowiadać na coraz trudniejsze pytania, a częstokroć, trudno też bronić swojej własnej wiary, crosowanej z praktyką codzienności. Co bardziej wrażliwy mógłby się zasromać, że być może lekarstwem na bolączki katechetów mogłaby być zmiana podejścia w metodyce przedmiotu; z bogobojnej oazy na swobodną wymianę myśli, w kierunku poznania innego, nie tylko katolickiego, punktu widzenia na świat, rolę człowieka, zło czy dobro. Nic bardziej mylnego. Nie tak dawno temu, arcybiskup katowicki Skworc, na spotkaniu z nauczycielami wyznającymi katolickie wartości, zaapelował do rządzących, aby lekcje religii były obowiązkowe. I już. Problem rozwiązany. Młodzi nie chcą chodzić na religię-no to od dziś nie będą mieli wyjścia. Pan Bóg tak mocno Was ukochał, że nie możecie odrzucić tej miłości, a my Wam to zapewnimy. Mamy do tego przychylnych urzędników, a jak oni nie pomogą, to Armię Boga, znaczy Ordo Iuris i Kaję Godek.

Ale oczywiście, trzeba kuć czerwone, póki gorące i iść za ciosem. W trakcie ostatniej pielgrzymki parlamentarzystów polskich na Jasną Górę, mszy św. przed Cudownym Obrazem Matki Bożej przewodniczył abp Wacław Depo, który chwalił wprowadzony ostatnio w Polsce przez rząd PiS zakaz wykonywania aborcji w przypadku, gdy istnieje duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenie płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. A potem się towarzystwo nie może nadziwić, że młodzi protestujący nie mają respektu dla świętości i malują sprejem po plebaniach. Wstyd i obraza boska. Gdyby jednak częściej młodzieży i dzieciom mawiać na religii, kiedy jeszcze na nią chadzały, że to ludzie są Kościołem, a nie budynki, pałace i spiżowe bramy, to może coś by z tego wyszło. Gdyby Kościół zechciał rzeczywiście zatroszczyć się o człowieka, miast o synekury dla siebie, może nie byłby dziś własną, pokraczną karykaturą.

Idąc w stronę bazyliki św. Piotra ulicą Via Conziliazione, parę lat temu, wdepnąłem w ludzką kupę. Skąd wiem, że w ludzką? Po prostu wiem. Nieopodal, w podcieniach, dostrzegłem śpiącego na kartonach bezdomnego. Kupa mogła należeć do niego, ale równie dobrze, do innego z setki żebraków koczujących w arkadach przy bazylice i wzdłuż ulicy doń prowadzącej. Nie było nań wolnej przestrzeni, której by nie zagospodarowali. Dziwić to jednak nie powinno. Biedacy byli na świecie od zawsze. Zawsze też, na odpustach czy po sumie, żebrali pod kościołami. I choć czasy się zmieniły, ludziom w Europie żyje się dostatniej i dłużej, to żebracy nadal są pod Kościołem i długo jeszcze pod nim pozostaną. A młodzi ludzie mają oczy i mózgi i potrafią z nich korzystać. Nawet bez nieobowiązkowych jeszcze katechez.

Boya wina

Tadeusz Żeleński „Boy” od urodzenia był nietypowy. A urodził się 21 grudnia roku 1874. Jego ojciec Władysław Żeleński, migrant zarobkowy z Galicji, przyjechał do Warszawy, gdzie znalazł pracę i żonę, Wandę Grabowską. Wrócił do Krakowa z doświadczeniem i rodziną, czyli żoną – notabene bliską przyjaciółką Narcyzy Żmichowskiej (Google wie, kto ona) – i trzema synami. Zamieszkał tuż przy granicy miasta (wtedy było to starorzecze Wisły) na ul. Św. Sebastiana.

Tam w domu otwartym ( Michał Bałucki kłania się nisko) dorastał Tadeusz, który nigdy – no, prawie nigdy – nie przestał być chłopcem. Nigdy nie miał dość życia i świata, i teatru. Dorastał razem z teatrem (teraz już Starym) i Młodą Polską. Ta Polska, najpierw Młoda, potem Odrodzona, naprawdę nigdy mu się nie podobała, choć obie darzył sentymentem. Zanim zdążył się ustatkować, przyszła Wielka Wojna (pierwsza), a on z tęsknoty za Francją i rozumem zaczął tłumaczyć francuskie myśli i sztuki na język polski, zaczynając od Balzaka („robię go w szalonym tempie, 20 tomów na rok wypadło. Na mózg bym dostarczył i więcej, tylko oczami nie wiem, czy nadążę…”). Tak tworzyła się Biblioteka Tłumaczeń Boya. W baraku z desek, na posterunku lekarskim, na dworcu kolejowym między torami. Pluskwy, dymiący piecyk, myszy, szczury – w takich warunkach powstawały tłumaczenia Rousseau i Pascala, Kartezjusza, Montaigne’a. Czterdzieści tomów wydano w latach 1914–1918. Potem Molier, De Marivaux , Racine , Beaumarchais (Wesele Figara), Diderot, Stendhal. To on (Boy) jest winny przełożenia Króla Ubu Jarre’ego oraz demoralizatorów w rodzaju Brantome’a, Gide’a, Villona. Tłumaczył też Monteskiusza, który raczej się u nas nie przyjął, i Pascala, podobno modnego ostatnio w warszawskich kręgach.
Tłumaczył i tłumaczył, wydawał i wydawał. Wydał cały posag żony, Zofii Pareńskiej, a raczej wydali go razem, bo Zofia była jego wspólniczką, redaktorką, wydawczynią bardziej niż żoną i kochanką. Życie wydawnicze prowadzili razem, osobiste zaś dosyć osobno.
Tadeusz tłumaczył i tłumaczył się z tego, że tłumaczy. Flirtował i pisał Flirty z Melpomeną, jeden za drugim: fascynującą kronikę polskiego teatru okresu międzywojnia – kiedy jeszcze nie było wiadomo, że to tylko międzywojnie. Zawsze był w coś zaangażowany: od opieki nad matkami (przecież był lekarzem, a krótko pediatrą), przez ruch świadomego macierzyństwa, aż do walki z karalnością aborcji.
Francuzi dali mu Legię Honorową. Gdy Józef Hen chciał napisać dla nich o Żeleńskim i Montaigne’u, francuski wydawca odpowiedział, że tłumacze ich nie interesują – jeśli któryś naród nie chce czytać Montaigne’a, niech nie czyta. W sumie racja. Jeśli ktoś nie chce czytać, niech nie czyta. Polacy więc generalnie nie czytają. Boy był innego zdania, chciał, by ludzie czytali, i to nie tylko jego przekłady. Jeździł z odczytami po Polsce. Przywoził Bibliotekę Boya. Miał wielbicieli i wielbicielki. Ale otrzymywał też pogróżki i obelgi niemal ze wszystkich stron. A za co? A za Dziewice konsystorskie. Proszę wybaczyć przydługą cytatę (a bibliotece Wolne Lektury wypłacę za to darowiznę, jak tylko pensja wpłynie na konto):
„Sztuka (Katajewa) osnuta jest dokoła spraw małżeńskich. Dwie „zarejestrowane” pary okazują się niedobrane; sympatie czworga młodych – zamieszkałych w jednym pokoju – ciągną ku sobie na krzyż. Mimo że sytuacja jest jasna już z początkiem drugiego aktu, autor prowadzi ją przez szereg zawikłań, aż wreszcie brodaty komisarz rozcina sprawę, kojarząc na krzyż kochające się pary i mówiąc dobrodusznie: „No, kochajcie się i starajcie się nie robić głupstw… przynajmniej przez jakiś czas: od tego republika sowiecka nie zginie”. … Mimo woli zastanawiamy się, jakby podobna sytuacja wyglądała u nas. Dawniej, byłaby w ogóle bez wyjścia. Gdyby miłość była serio, może by sobie ktoś w łeb strzelił albo by się utopił, w najlepszym razie byłoby czworo osób nieszczęśliwych. A dziś? Dziś rozwiązanie jest u nas trojakie. Jeżeli małżonkowie nie mają pieniędzy, wówczas w ogóle są poza prawem, nie mają u nas prawa do niczego. Nie ma dla nich żadnego godziwego rozwiązania sytuacji. Jeżeli mają pieniądze na opłacenie adwokatów i kosztów, mogą, przy zmianie religii, przeprowadzić rozwody i „zarejestrować” się na nowo. Jeżeli mają dużo pieniędzy, w takim razie mogą sobie oszczędzić zmiany religii. Wówczas, przy pomocy paru fałszywych świadków i fałszywych zeznań, popartych w potrzebie krzywoprzysięstwem za cichą zgodą organizatorów tej komedyjki, mogą po kilku latach mozołów uzyskać szczęśliwe unieważnienie małżeństwa.”
„Dziś” Boya to rok 1929. W naszym „dziś” odbył się niedawno ślub kościelny dwóch konsystorskich dziewic z udziałem władz państwowych, jednego biskupa i prawie całej narodowej telewizji. Dziś życie jest tańsze, adwokaci też tańsi, a rozwód możliwy w Sądzie Okręgowym. Oczywiście tylko dla słabo wierzących. Nie wiem czy „otake” Polskę chodziło Boyowi, ale na pewno uznałby to za postęp. W stosunku do roku 1929.
Jedno się nie zmieniło – podobno. Boy pisał (tamże):
„Chodzi o normalny prawie tok kościelnego unieważniania małżeństw za pomocą fałszywych świadectw i krzywoprzysięstwa. „Co do tych krzywoprzysięstw (pisze mi ktoś z Kresów), to mówił mi jeden adwokat, iż nawet jest tak utarte, że świadek krzywoprzysięga, a później tenże ksiądz spowiada go i rozgrzesza, nakazując przy tym odpowiednie zadośćuczynienie, tj. pokutę…” Istotnie, kombinacja, o której sam Pascal nie pomyślał w swoich Prowincjałkach. Ale nie przypuszczam, aby to było tak powszechne. Zazwyczaj – przy wielkim aparacie – rzecz odbywa się delikatniej: świadka naprowadza się na to, co potrzeba, aby zaprzysiągł; kto inny konferuje ze świadkiem, kto inny odbiera przysięgę, może więc ją przyjąć z dobrą wiarą lub przynajmniej nie wchodząc w to bliżej; od kogo innego świadek dostaje pieniądze (o ile nie świadczy z przyjaźni lub z ludzkiego współczucia), sprawę zaś zbawienia duszy świadka zostawia się zwykle jego własnej trosce. Jeżeli chce, może się wyspowiadać; grzech się zmaże, a rozwód został. Umyślnie mówię „rozwód”; mimo iż wiadomo, że rozwodu w Kościele katolickim nie ma, głos ludu nigdy inaczej nie mówi tylko „rozwód”. I w rezultacie, ma rację. Po prostu, skoro w małżeństwie jest żądanie rozwodu, szuka się nieformalności celem unieważnienia małżeństwa; nie kijem, to pałką, dla pacjenta wszystko jedno, jak się nazywa. Różnica jest ta, że gdy rozwód jest w zasadzie rzeczą rzetelną i poważną, unieważnienie bywa najczęściej dość gorszącą komedyjką.”
Ślub konsystorskich dziewic, płci obojga, też może być niezłą komedyjką. Nawet jeśli nikt, włącznie z Prezesem Prezesów, nie poślizgnie się na skórce… A rozwód – pardon, unieważnienie – ważnej ważności, to rzecz ludzka i boska.
Największa zbrodnia prawa karnego ze wszystkich krajów Europy obowiązuje tylko na Malcie i w Watykanie. Restrykcyjne ograniczenia aborcji (małe zbrodnie) są w mocy tylko w Polsce, w księstwie Monako i w księstwie Lichtenstein. W sumie niektórzy też uważają Polskę za monarchię, i to raczej niekonstytucyjną. Czy Boy uznałby to za postęp, szczerze wątpię.
Kto wie, czy nie najbardziej drażliwe kwestie poruszał Boy w innym zbiorze tekstów. Choć zapewne jako niesłychanie taktowny i wyrozumiały krakowsko-warszawski inteligent ze starej (Liceum Nowodworskie) szkoły, nie użyłby publicznie osławionego słowa na „w”. Za to jest cytata, ostatnia:
„Nawet tam, gdzie kościół wchodzi w świeckie potrzeby obywateli, sposoby jego działania jakże są różne od sposobów państwa! Tak np. w palącej sprawie bezrobotnych kościół może się ograniczyć do zarządzenia mszy świętej na ich intencję; ale trudno sobie wyobrazić ministra skarbu, który by nakazał swoim urzędnikom trzydniowy post na intencję poprawy bilansu handlowego. Rozbieżność tę najlepiej zilustruje pewne wspomnienie wyniesione z dawnych czasów, kiedy byłem lekarzem w szpitalu dla dzieci. W szpitalu tym mieściły się wszystkie oddziały, od chirurgii do chorób zakaźnych. Zmorą wiszącą wciąż nad szpitalem była obawa rozwleczenia infekcji. Zwłaszcza szkarlatyny, co było najczęstsze i najgroźniejsze. Istotnie, cóż okropniejszego dla lekarzy, którym rodzice oddali zdrowe dziecko dla jakiejś drobnej operacji — przepukliny lub skrzywionej nóżki — a które ginie, zaraziwszy się w szpitalu szkarlatyną! Toteż surowe przepisy obowiązywały zarówno lekarzy, jak służbę: lekarzom, którzy pracowali na oddziale zakaźnym, nie wolno było zachodzić na inne oddziały; służbie nie wolno było stykać się z resztą personelu.
Otóż przepisy te nie obejmowały tylko jednego czynnika: zakonnic. Siostry zakonne pielęgnujące chorych schodziły się – ze wszystkich oddziałów – po kilka razy dziennie w kaplicy na wspólne modlitwy, jak nakazywała ich reguła. Siostry nie nosiły kitlów płóciennych, bo tego nie przewidywała reguła; ba, reguła przepisywała, że ich suknie zakonne i cała odzież ma być wspólna! Siostry nie podlegały przepisom o dezynfekcji i antyseptyce. W rezultacie mordercza szkarlatyna raz po raz wybuchała w szpitalu. Wówczas stary profesor wzywał podwładnych, mówił kazania, burczał, zrzędził; jednego tylko się nie poruszało: sprawy zakonnic. A kiedy który z młodych lekarzy o tym natrącił, profesor, wściekły, odwracał rozmowę. Wiedział, że tu nic nie zmieni, nie czuł w sobie energii do walki, jaką by trzeba podjąć, wolał o tym nie myśleć. Istotnie, cóż znaczyły dla sióstr jakieś nowinki nauki Pasteura wobec reguły, która wiodła się od przedwiecznych i świątobliwych założycieli zakonu.
Spójrzmy teraz na to z punktu sióstr; znam ten punkt widzenia dobrze, bo nieraz z nimi rozmawiałem. Zachorowanie dziecka na szkarlatynę było dla nich po prostu dopustem bożym; bez woli bożej nie nastąpiłoby; toteż na całą naszą antyseptyczną krzątaninę siostry patrzyły z politowaniem. Przypuszczać, że wspólna modlitwa sióstr może być rozsadnikiem zarazy, to trąciło bluźnierstwem. Skoro jedno lub drugie dziecko umarło, widać tak było trzeba dla dobra jego i jego rodziców; cóż zresztą mogło się trafić szczęśliwszego niewinnemu dziecku, niż umrzeć w chwili, gdy ma zapewnione niebo, nim doszło wieku niebezpieczeństw, które czyhają na duszę człowieka. Oto credo, które siostrzyczki głosiły w całej naiwnej czystości. Ma ono swoją niezłomną logikę i swoje piękno, tylko jak je pogodzić z lekarskim – świeckim – przeznaczeniem szpitala? Toteż gdy te anioły czuwały przy zmarłym dziecku z oczami wpatrzonymi w niebo, nam lekarzom zdarzało się słyszeć z ust zrozpaczonych rodziców wyrzut: „Zbrodniarze!”. Te siostrzyczki przychodzą mi na myśl nieraz, gdy czytam pewne dostojne orędzia w sprawach społeczno-lekarskich… (Nasi Okupanci – Warszawa 1932)
A pamiętam uchwałę Sejmu RP w sprawie modlitw o deszcz. To się nawet Boyowi nie śniło.
Smutno mi, Boyu… bez ciebie.

Rozmodlony Szczecin

W Szczecinie dzieją się niesamowite rzeczy, które są odbiciem tego, co dzieje się w całym kraju. Kościół + Państwo = Mafia.

W stolicy woj. zachodniopomorskiego tylko 24 proc. ludzi chodzi co niedzielę na katolicką mszę świętą, a mimo to władza hojnym gestem ciągle rozdaje ziemię Kościołowi na kolejne świątynie, które świecą pustkami i wcale nie są potrzebne. Ostatnio decyzją władz miejskich dano Kościołowi bez żadnego przetargu, za 0,3 proc. wartości (!), olbrzymią działkę na kolejny przybytek. Kościół jest w posiadaniu pieniędzy niewyobrażalnych dla przeciętnego obywatela i mógłby sobie tę działkę kupić, ale po prostu ją dostaje, dlaczego? Za walkę z tęczową zarazą?
Mieszkańcy pisali petycję, protestowali i protestują dalej…

Ale władze są na to głuche. Nie ma placów zabaw, nie ma domów kultury, nie ma boisk, ale za to na malutkim fragmencie ziemi jest szansa na największe zagęszczenie kościołów w całej Polsce.
Hierarchowie zdają się nie rozumieć, że kościoły nie mają właściwości automatycznego promieniowania. W okolicy nie wzrośnie wiara katolicka, choćby księża upchali po 30 obiektów sakralnych w dzielnicy.

Ciekawe rzeczy dzieją się też w lokalnej służbie zdrowia. W szpitalu wojewódzkim upycha się oddziały rehabilitacyjne i rehabilitację dzienną do coraz mniejszych pomieszczeń, a jednocześnie na gruntach przekazanych Kościołowi za 0, 1 proc. wartości katolicka instytucja robi sobie własny szpital rehabilitacyjny, gdzie w każdej sali wiszą oczywiście krzyże. A do tego zbija się tam jeszcze majątek świadcząc PŁATNE usługi medyczne, co jest po prostu absolutnie amoralne biorąc pod uwagę fakt, jak wiele miasto dopłaciło do tej „chrześcijańskiej” inwestycji.

I tak to się kręci. Kościół to firma, której wszyscy boją się sprzeciwić. A zamiast religii chodzi już głównie o handelek…

Czy działalność polityczna reakcyjnych biskupów ma w Polsce przyszłość…?

Kiedy trzy ugrupowania lewicowe podjęły decyzję o wspólnym starcie w zbliżających się wyborach parlamentarnych, miód spłynął w moją lewicową duszę, bo długo czekałam na taką decyzję.

Żywię nadzieję, że ten alians przyniesie nową jakość na polskiej scenie politycznej, ponieważ polityka polska bez udziału lewicy przynosi trudno odwracalne straty w każdej dziedzinie działalności państwa. Natomiast polska prawica – zarówno w historii, jak i obecnie – zawsze stawiała interes własny ponad interes Rzeczypospolitej, nigdy nie szanując państwa, jego struktur oraz interesów ekonomicznych.
W czasach, kiedy upadał feudalizm i Europa wchodziła na drogę modernizacji (uwalnianie chłopów, ekonomiczne umacnianie się mieszczaństwa, budowa nowych struktur gospodarczych, wdrażanie osiągnięć pierwszej rewolucji naukowo-technicznej, pojawianie się nowoczesnych konstytucji), poprzez egoizm ówczesnych elit Polska chyliła się ku upadkowi. Ta cała polska magnateria – mimo zgromadzenia olbrzymiego bogactwa – nie chciała go w godzinie próby angażować w obronę niezależnego bytu naszej państwowości. Wielki polski uczony Tadeusz Korzon (1839-1918) w swoich dziełach opisywał nie tylko niebagatelny potencjał gospodarczy Rzeczypospolitej w dobie rozbiorowej (z udziałem mądrych głów w rodzaju Jana Staszica mielibyśmy szansę na nowoczesny rozwój w ramach własnego państwa!), ale i „niebaczną srogą chciwość przodków naszych”, bezrozumnie ograniczającą władzę centralną i jej zdolność kierowania sprawami państwa. I rzecz dziwna, elity świeckie i duchowne – przekupne i opierające się w I Rzeczypospolitej władzy królewskiej, unurzane w zgubne tradycje sarmackie potulnie szły pod but zaborców, szybko dostosowując swoje ambicje do obcych wymagań, byle zachować majątki (ordynacje) i wpływy. Wyjątki były rzadkie. Polski banał.
O roli kościoła w przechowaniu chwalebnych tradycji napisano już opasłe tomy, zwłaszcza w ostatnich latach. Nie znajdziemy natomiast wydawniczego zainteresowania opisami udziału Kościoła w „długiej i smutnej historii upadku” I Rzeczypospolitej. Na tle tej posuchy wyróżniła się wydana jeszcze w 1992r książka Andrzeja Wasilewskiego p.t. „Polski wariant”. Autor analizował w niej m.in. przedrozbiorowe procesy upadku Polski, zapadającej się w nicość przy pomocy swoich elit, które „dzień po dniu, kawałek po kawałku rujnowały podstawy jej suwerennego bytu”. A. Wasilewski przypomniał tę bolesną prawdę, że „nigdzie tak jak w Polsce demontaż suwerenności nie łączył się z manifestowaniem miłości do tradycji ojczystej. Zdumiewający proces unicestwiania państwa przebiegał tu w aurze samochwalstwa, nie pozwalającego uświadomić sobie rozmiarów dokonywanych publicznych spustoszeń”.
Autor podkreśla, że w upadającym państwie Kościół czuł się doskonale, dominował, pomnażał majątki i wpływy, „osiągając w dobie największego upadku kontrreformacyjny ideał – państwo wyznaniowe”. Państwo znajdowało się „w stanie bezwładu, a hierarchia kościelna dowolnie trzęsła wszelką dziedziną prywatną, czy publiczną /…/ uroczystości kościelne stały się namiastką życia państwowego, legitymizowały wszelkie tytuły władzy, kreowały i obalały obiegowe opinie, dawały wykładnię obowiązującego prawa, sankcjonując w miarę potrzeby bezprawie. Żaden państwowy akt nie mógł nabrać mocy, jeśli nie uświęcony został uroczystością kościelną. Toteż im bardziej rozprzęgało się pod Sasami państwo polskie, tym bardziej wzbierała fala celebracji kościelnych, zaświadczających, że wszystko, co się dzieje, dzieje się zgodnie z nakazem tradycji. Wystawne jak nigdy przedtem kościelne obrzędy wypełniały misje ustrojową, dającą błogosławieństwo schyłkowym porządkom”. Uff…..
Wasilewski uważa, że nie sposób zrozumieć długotrwałej niefrasobliwości państwowej obywateli tamtej Rzeczypospolitej, jeśli nie uwzględni się osobliwego piętna, jakie na sposobie myślenia wycisnęła „absolutna hegemonia Kościoła kontrreformacyjnego”, który sam mianował się najwyższym interpretatorem „tego, co rodzime, i tego, co obce, a osadziwszy się w roli mentora i mandatariusza narodowego dziedzictwa, wypełniał sobą całą przestrzeń państwową. Z tej pozycji wytrwale oduczał Polaków odróżniać racje państwa od interesów Kościoła– jeżeli Kościół rósł i prosperował, miało to również być gwarancją dobra ojczyzny”/../ W ten sposób kontrreformacyjna hierarchia na długie lata oswoiła Polaków ze swobodnym traktowaniem lojalności państwowej”.
Jak wiemy, Rzeczpospolita srogo wtedy zapłaciła za wyznaniowy patriotyzm swoich obywateli – powoli znikała z mapy Europy, ponieważ„nabożni przodkowie pozbawili się dojrzałości w stanowieniu o państwie”. Lud Warszawy wystawił należny rachunek elitom kościelnym ( i nie tylko) w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej, o czym współczesny kler milczy jak zaklęty. O udziale biskupów w Targowicy – również. Kiedy nadarzy się okazja nie ukrywają za to swojej niechęci do Oświecenia (patrz: biskup Jędraszewski) i Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Dlaczego..? Ponieważ rewolucja z 1789r, a potem Wiosna Ludów z 1848 r. zmieniły w krajach europejskich podejście rządzących do roli i pozycji duchowieństwa w praktyce państwowej rozwijającego się kapitalizmu. W każdym kraju nieco inaczej emancypowano się spod władzy kościołów, czy kolejnych papieży, jednakże w większości państw europejskich już w XIX stuleciu uznano, że jest to decyzja nieodzowna, ponieważ nowoczesne państwo wyklucza dualizm władzy.
Książkę Andrzeja Wasilewskiego (1928-09) czytałam w roku jej wydania. Pamiętam, jak trudno było przywoływać wówczas w polityce podobne do używanych przez niego argumentów, aby nie być natychmiast posądzonym o „komunistyczne” zapędy i „atak na Kościół”. Wszak nowe „elity” potajemnie przygotowywały nam konkordat, za który przychodzi nam (społeczeństwu) dziś płacić i politycznie i ekonomicznie. Książkę tę wzięłam znów do ręki po ostatnim przemówieniu prezesa (poza Kościołem tylko nihilizm), podziwiając profetyczną zdolność autora do przewidywania rozwoju politycznych tendencji, widać, jak uważnie przeanalizował przyczyny upadku I RP, obserwując na bieżąco to, co się w Polsce działo wokół papieża i Kościoła.
A na naszych oczach z dnia na dzień rosły ambicje hierarchii i powtarzały się ze strony prawicy ciemniackie akty „zawierzania” siłom niebieskim polskiej nawy państwowej. Mentalność kontrreformacji zaszczepiona przed wiekami odezwała się znów w Rzeczypospolitej, której nowe elity umacniały swą pozycję poprzez sojusz tronu z ołtarzem. I znów w tym miejscu przytoczę słowa A. Wasilewskiego, który trafnie stwierdził, że protektorat Kościoła „zaszczepia rządzącym pychę i poczucie bezkarności, a jednocześnie przyczynia się do rozprzęgania państwa. Nie tylko dlatego, że do stanowisk władzy forsuje się ludzi z własnego naboru, bez względu na ich walory publiczne, ale także dlatego, że rozgrzesza ich z góry ze środków, jakie obiorą dla realizacji celów. Poniewieranie prawa, ignorowanie opinii, zmowy milczenia wokół skandalów publicznych, aroganckie podtrzymywanie oczywistych nieprawd, stają się powszechną praktyką państwowych organów, tym szkodliwszą, że in odore sanctitatis – w klimacie uświęcających ją wyższych celów”. Czekam tylko, kiedy Mateusz Morawiecki (uwaga – to polski premier!) rozpocznie rechrystianizację Europy. Ciekawe, kiedy i od kogo zacznie…..
A tak na marginesie: czy ktokolwiek potrafiłby dziś sobie wyobrazić publiczną krytykę, skierowaną przez hierarchów kościelnych pod adresem Prezydenta USA, lub sugestię moralno-prawną wobec deputowanych do Kongresu amerykańskiego….? Nawet sam A. Duda musiałby z żalem przyznać, że w Stanach Zjednoczonych świeccy politycy nie potrzebują kościelnego „supportu” w sprawach państwowych, choć zwyczajowo na wiarę i abstrakcyjnego Boga powołują się nader często. Nie ulega wątpliwości, że od marca 1789r. ze sprawami , wynikającymi z działalności publicznej , politycy amerykańscy potrafią radzić sobie sami, bez udziału czynnika konfesyjnego. Zresztą, akurat na terytorium Stanów Zjednoczonych, nie bez historycznych powodów katolicyzm nigdy nie był w politycznej modzie. Do Ameryki uciekali mieszkańcy kontynentu europejskiego, którzy na własnej skórze doznali władzy papieży: kiedy odkrywano kontynent amerykański pamięć o długotrwałych wojnach religijnych i działalności inkwizycji była całkiem świeża Ta ostatnia działała w różnych krajach europejskich do XIX wieku i uważana była jako kontrola sumień i poglądów ludzkich. I choć w roku 00 Jan Paweł II przeprosił w imieniu kościoła za działalność inkwizycji, to słuchając niektórych polskich biskupów nie mam wątpliwości, że pewne nawyki w postrzeganiu swej roli i świata zostały w ich myśleniu do dziś.
Nie tylko Stany Zjednoczone, ale również państwa europejskie wyzwalały się stopniowo spod władzy Watykanu i Kościoła. Przypomnijmy więc dla porządku, że najpierw w znanych okolicznościach historycznych wyrwał się spod władzy Watykanu król angielski – Henryk VIII (1491-1547). Później poczyniła swoje reformacja, zapoczątkowana w XVI na terenie Niemiec. Również w monarchii austro-węgierskiej w końcu XVIII w. cesarz Józef II Habsburg (1741-1790) unowocześnił stosunki państwo – kościół w kierunku nadania wyraźnej przewagi władzy świeckiej nad duchowną. Model ten uzyskał wówczas od imienia cesarza nazwę józefinizmu. W ramach c.k. Austrii procesy sekularyzacji najdalej zaszły na terenie Czech i Moraw, nie tylko na skutek reform Józefa II: niektórzy twierdzą, że czeski katolicyzm spłonął na stosie razem z Janem Husem w 1415r., a pamięć o tym wydarzeniu okazała się w Czechach wyjątkowo trwała, w każdym razie w maju 03r. parlament czeski odrzucił konkordat z Watykanem!
Walka o prymat władzy świeckiej nad duchowną w Polsce zaczęła się bardzo wcześnie, a symbolem tej walki był konflikt króla Bolesława II Śmiałego (1058-1079) z biskupem krakowskim Stanisławem ze Szczepanowa. Spór króla polskiego z biskupem obrósł przez wieki legendą, przekazywaną już od 750 lat jako mit zmagań świętego kościoła z grzeszną władzą świecką. Jak wskazują liczne źródła historyczne, przebieg konfliktu był wyjątkowo ostry i zakończył się dramatem obu bohaterów: biskup poniósł śmierć z ręki króla, za co ten został wygnany z kraju. W tle tego dramatu tkwiła doktryna papieska, nakazująca uniezależnienie się Kościoła od władzy królewskiej i książęcej. Pod koniec XII w duchowieństwo polskie zaczęło podążać za wymaganiami tej doktryny, konsekwentnie emancypując się spod władzy państwowej. Stanisław ze Szczepanowa (lub Stanisław Szczepanowski) był pierwszym Polakiem, którego kościół uznał za świętego. Zmarł 11 kwietnia 1079 r., a kanonizowany został prawie dwieście lat później. Od tej pory czczony jest jako męczennik za słuszną sprawę, choć samo kanonizowanie Stanisława ze Szczepanowa służyło – jak to zwykle bywa – nie tyle ówczesnym celom religijnym, co politycznym. Przez wieki towarzyszyły tej decyzji silne sprzeciwy i wątpliwości, co do heroiczności biskupa krakowskiego. W szczególności ksiądz Piotr Skarga (1536-1612) w „Kazaniach sejmowych” wyraźnie głosił, że to monarcha jest w państwie źródłem prawa i nikt (nawet biskup) nie może mu się sprzeciwić.
Ze swej strony dodam, że żywotność politycznego kontekstu mitu św. Stanisława (spoczywającego w Katedrze Wawelskiej ) obowiązuje do dziś. Pamiętamy przecież, jak papież Jan Paweł II określił św. Stanisława „patronem chrześcijańskiego ładu moralnego”, co wskazywało jednoznacznie, kto w stosunkach wewnątrzpaństwowych powinien mieć przewagę. Nie dziwmy sięwięc zachowaniu większości polskich biskupów, powołanych do tej godności jeszcze przez Jana Pawła II, bo ideologią, która od lat charakteryzuje ich myślenie o państwie jest doktryna „katolickiego państwa narodu polskiego”. Dzisiaj pachnie to schizmą w Kościele. Pisałam o tym nie raz.
Powróćmy jeszcze na moment do dawnych dyskusji, jakie toczyły się w polskich środowiskach inteligenckich pod zaborami, które zabierały głos na temat pożądanego kształtu stosunków państwo – kościół, bo nie wszystkie kultywowały kontrreformacyjne ogłupienie, nawet w kręgach konserwatywnych. Np. pod koniec XIX w. w środowisku akademickim i politycznym Krakowa nadano tym dyskusjom szczególny impuls. I choć znane środowisko krakowskich „stańczyków” niechętne było zarówno rozwiązaniom zastanym (józefinizm, febronianizm, cezaropapizm), jaki i pomysłom liberalnym , to jednocześnie inspiracji szukano w pruskiej doktrynie państwa prawnego, która wywodziła się z myśli społeczno-politycznej Oświecenia. Doktryna ta zakładała, że państwo nie uznaje na swym terytorium „żadnej innej udzielnej zwierzchności, nawet w sferze duchowej”. Jej nadrzędnym przesłaniem była podległość prawu wszystkich dziedzin życia publicznego, co podważało rolę Watykanu w kształtowaniu polityki wyznaniowej w państwach narodowych.
W ramach tej dyskusji przedstawiciel „stańczyków” – Franciszek Kasparek stwierdził wówczas zdecydowanie, że kościół nie może być w żadnym razie „potęgą państwu równorzędną”, tym samym nie może wyłamywać się spod jego praw. Pisał m. in „nie konkordat, dwustronna umowa między władcą uniwersalnego kościoła, a władzą partykularnego państwa, lecz jedynie akt woli organów państwa powinien wytyczać granice działania kościoła”. W ślad za tym stanowiskiem obóz krakowskich konserwatystów był zwolennikiem wypracowania koncepcji koordynacji, która sugerowała ustalenie w państwie dziedziny władztwa kościoła, wymagającej jednakże porozumienia między władzami kościelnymi i politycznymi, co do jej zakresu. Tak więc nawet krakowscy konserwatyści w dobie rozbiorowej dawali wyraźnie w tych stosunkach przewagę państwu.
Jak wiemy, dla symboli postępu – wolności, równości i braterstwa – historia toczyła się ze zmiennym szczęściem. Odwrót od tendencji oświeceniowych i liberalno-demokratycznych nastąpił bez wątpienia w epoce faszyzmu, który w Polsce lat 30. bardzo podobał się endekowi Romanowi Dmowskiemu i ONR-owskiej Falandze. W faszyzacji Europy uczestniczyły przede wszystkim Niemcy, Hiszpania, Włochy, Portugalia, Francja w okresie rządów Vichy, z czasem dołączyła Słowacja na czele z katolickim księdzem Jozefem Tiso ( w 1947r skazanym i powieszonym za zbrodnie wojenne). Odrębną uwagę należy poświęcić walkom na terenach Jugosławii, w szczególności faszystowskiej Chorwacji. We wszystkich tych państwach w okresie II wojny światowej kościół rzymskokatolicki sprzyjał, lub co najmniej godził się na krwawe porachunki z prawosławną cerkwią. Szczególną puentę nadał zbrodniczemu kontekstowi wojennemu na Bałkanach papież Jan Paweł II, otwierając w 1998 r. drogę do kanonizacji kardynała Alojzije Stepinaca – od 1931 r. arcybiskupa Zagrzebia, który w czasie wojny wywołał przymusową akcję (pod karą śmierci) nawracania prawosławnych Serbów na katolicyzm, popierał zbrodnie ustaszy Ante Pavelicia. W 1946 r. został w Jugosławii skazany na 16 lat więzienia (zm. w 1960 r.). W 2015 r. , na skutek protestów serbskiej Cerkwi, papież Franciszek wstrzymał jego proces kanonizacyjny.
Z wystąpień prezesa i niektórych biskupów wynika, że duch kontrreformacji odżył w Polsce na nowo. Niedawno znalazłam w internecie stronę katolickiej „Niedzieli”, na której ks. prof. Józef Krukowski wyjaśniał konstytucyjne zasady relacji państwo-kościół. Swój wywód rozpoczął od analizy art. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej z 2 kwietnia 1997r, który w oryginale brzmi:
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”.
Czy wiesz, Czytelniku, że ks. profesor (KUL) zmienił samowolnie tekst tego przepisu Konstytucji na potrzeby czytelników „Niedzieli”, nadając mu następujące brzmienie?
„Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, respektującym chrześcijańskie dziedzictwo Narodu”.
Dlaczego to zrobił…? Bo mógł (tekst wywodu ks. Krukowskiego pobrałam 13 sierpnia 19r ), bo ma poczucie, że w obecnej Polsce księżom wolno więcej, nawet „z marszu” dokonywać zamachu na literę Konstytucji.
Niedawno czytałam na łamach tygodnika „Polityka” tekst znanej dziennikarki, prezentującej pogląd, że na skutek ograniczeń wynikających z konkordatu niewiele możemy – jako ludzie świeccy– poprawić w stosunkach Państwo-Kościół. Otóż ja uważam inaczej: – możemy bardzo dużo i to w trybie odwołania się do ustaw, które mogą i powinny doprecyzować kwestię, gdzie przebiega granica autonomii i niezależności Kościoła, działającego na terytorium suwerennej Rzeczypospolitej Polskiej. To nigdy nie zostało ustalone! Przypomnę również, że pod koniec 1988r zakończone zostały prace nad konwencją, która miała uregulować stosunki Państwo – Kościół. Znajdujemy w niej następujące sformułowanie art. 2:
„1. Polska Rzeczpospolita Ludowa stwierdza, że jest państwem świeckim (niekonfesyjnym), gwarantującym swobodę przekonań światopoglądowych i religijnych.
2.Stolica Apostolska uznaje tak pojętą świeckość Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej”.
Z uzgodnionych planów wycofał się papież, a kilka lat później grupka prawicowych polityków wygotowała nam konkordat.

Koniec epoki

Na polskiej drodze rozwoju cywilizacyjnego ważną rolę odegrała sztuka filmowa. Rozbudzała ona emocje i otwierała oczy, które lepiej postrzegały przeszłość, ale i przyszłość. Moje pokolenie ma w swej pamięci kilka produkcji filmowych, które nie poszły w zapomnienie. Są to na pewno zaliczane do tzw. kultowych: „Popiół i diament” (1958), „Rejs” (1970), „Człowiek z marmuru” (1976), „Miś” (1980), Seksmisja (1983). Z logiki zdarzeń ostatnich dni wynika, że na liście tej znajdzie się również „Kler”. Filmy te wyszły z ręki wielkich polskich reżyserów, którzy potrafili mądrze i zrozumiale osadzić losy jednostki na tle epoki. Tak się składało, że filmy powstawały w momentach wielkich przełomów w życiu narodu, na styku epok. Nie wszyscy to rozumieli, ale nie ma na to rady. Logika rozwoju dopadała nas zawsze i zaskakiwała w momentach trudno przewidywalnych.

W mojej pamięci utrwalił się do dziś wyraźny obraz pierwszej projekcji filmu „Rejs” w kinie „Femina” w Warszawie, który oglądaliśmy w listopadzie 1970 roku z kolegami z grupy studenckiej. Reakcje sali i późniejsze komentarze nie budziły wątpliwości, film ten trafił w społeczne widzenie otaczającej nas, siermiężnej, trudnej do wytrzymania rzeczywistości. Później, bo już w grudniu mieliśmy trzy ważne, epokowe wydarzenia – podpisanie traktatu granicznego Polska – RFN, który zamykał problem bezpieczeństwa naszej granicy zachodniej, starcia zbrojne na Wybrzeżu, które odzwierciedlały konflikt dotyczący strategii rozwoju kraju i sporu o demokrację oraz zmianę ekipy rządzącej. Pamiętamy pojawienie się Edwarda Gierka i jego koncepcje modernizacyjne, zarówno w sferze przemysłowej, jak i społecznej, a także wielkie poparcie, jakie zyskał.

Przypomnienie to jest ważne, bowiem uświadamia, że na późniejszej, historycznej drodze rozwoju Polacy mieli tak wielkie wydarzenia, jak Sierpień 1980, stan wojenny i przełom 1989/1990, kiedy rozpoczęła się tzw. transformacja ustrojowa. Wszystko to odbywało się na tle wielkich przemian w świecie, znamionowanych przez trzecią rewolucję przemysłową (po silniku parowym i odkryciu zjawiska elektryczności), kiedy weszliśmy w komputeryzację. Dziś po trzydziestu latach stoimy na progu czwartej, najważniejszej – wejścia w erę cyfrową, co powoduje ogromne przyspieszenie w obiegu informacji i swoisty przełom w relacjach człowiek – maszyna. Nie chcę tutaj przeceniać zjawiska tzw. determinizmu technologicznego, niemniej jednak nie można nie zauważyć, że nowe technologie informacyjne już dziś zdominowały nasze życie i nasze myślenie.

Problem Polski, ale dotyczy to nie tylko naszego kraju, polega na tym, że żyjemy w społeczeństwie bardzo zróżnicowanym pod względem kulturowym i cywilizacyjnym. Jedną nogą jesteśmy w świecie maszyny parowej, co znamionuje narracja współczesna części naszej oficjalnej pedagogiki i mającego ogromny wpływ na opinie Kościoła. Drugą nogą jesteśmy w nowoczesnym świecie informacji, co przejawia się trzymanym w większości rąk smartfonem, stanowiącym często istotę życia i relacji z innymi ludźmi.

Film „Kler” Wojciecha Smarzowskiego powstał na tle zarysowującego się coraz bardziej w Polsce konfliktu o charakterze cywilizacyjnym. Wynika on głównie z niezrozumienia przez część konserwatywnych elit, które występują we wszystkich obozach politycznych, logiki rozwoju i skutków, jakie nastąpiły w ostatnich latach w świadomości społecznej. Pokolenie „Nowego Millenium” weszło już dziś w dojrzałe życie, ma swoją wiedzę, doświadczenia, potrafi korzystać przy pomocy nowoczesnych narzędzi z wiedzy innych, również w skali globalnej. Potrafi ono oceniać, mimo nachalnej propagandy, świat wokół siebie i zjawiska w kraju na tle innych.

Ostatnie lata pokazują szczególnie w Polsce, niepotykane w innych krajach zjawiska klerykalizacji i podporządkowania praktyki działania państwa wpływom Kościoła. Instytucja ta pełniła w historii Polski różne role, nie można nie docenić znaczenia takich wielkich jego przedstawicieli, jak Stefan Wyszyński czy Karol Wojtyła. Nie można jednak nie zauważyć praktyk wzajemnych relacji między państwem i Kościołem dziś. Są one naganne w sensie społecznym i konstytucyjnym, wykraczają poza ustalenia obowiązującego Konkordatu. Niedopuszczalna staje się praktyka monetyzacji wiary i odnotowanych zjawisk patologicznych wśród kleru. Ze zjawiskami tymi próbuje walczyć papież Franciszek, przez co napotyka m.in. w Polsce na krytyczne opinie płynące ze środowiska kościelnych.

Film „Kler” tafia na podatny grunt, milion widzów w ciągu kilku dni prezentacji filmu w kinach, to swoisty rekord ostatnich lat. Świadczy on o randze problemów, które ukazuje. Film ten, jak można przypuszczać z naszych polskich doświadczeń, może być zwiastunem przełomu, zapowiadać konieczność nowego spojrzenia w Polsce na wiele odłożonych pod przysłowiowy dywan spraw.
Nie można filmu „Kler” nie zauważyć, zlekceważyć lub obśmiać. Będzie on miał bez wątpienia wpływ na decyzje obywateli przy kartkach wyborczych za dwa tygodnie.

Między szkołą a kurią

Warszawskie Odolany w dzielnicy Wola to dawne tereny poprzemysłowe. Dziś intensywnie się rozbudowują. Deweloperzy stawiają tam mnóstwo bloków, prawdopodobnie powstanie też osiedle w ramach Mieszkania Plus. A szkoła? Mieszkańcy czekają już trzy lata. Kiedy już wybrano działkę, okazało się jednak, że połowę terenu upatrzył sobie Kościół. Pod trzecią rzymskokatolicką świątynię w tej okolicy…

 

Burmistrz Woli Krzysztof Strałkowski, obejmujac funkcję w 2015 roku, zapowiedział budowę szkoły na liczącej 13 tys. m kw. działce u zbiegu Grodziskiej i Sowińskiego, tuż przy terenach kolejowych. Już wtedy determinacja mieszkańców sięgała zenitu – setki dzieci z nowych osiedli tłoczą się w jednej niedalekiej szkole, która już jest przepełniona.

Kiedy wreszcie wybrano odpowiedni teren – działkę przy ul. Grodziskiej, liczącą 13 tys. km kwadratowych, zaczęły się schody. Najpierw okazało się, że schowanie przebiegającej tam linii wysokiego napięcia przeciąga się w czasie. Miasto proponowało dwie inne lokalizacje – ale jedna była maleńka (4 tys. km kwadratowych) i mieszkańcy nie zgodzili się na nią, druga – obciążona roszczeniami.

Mija kadencja władz Woli, a szkoły nadal nie ma. Pierwsza lokalizacja, przy Grodziskiej – w międzyczasie uszczupliła się o 5 tys. km kwadratowych, bo właśnie tyle „wydębiła” kuria.

Mieszkańców tej części woli przybywa, a ratusz dopiero powoli zaczyna myśleć o zapewnieniu podstawowej usługi publicznej jaką jest edukacja.

Hierarchowie i tak uważają, że postąpili wspaniałomyślnie, ponieważ zgodzili się „wziąć” tę lokalizację w zamian za tereny na ursynowskiej Kopie Cwila – oddane kościołowi w ramach rekompensat za powojenne straty. Poza tym kapłani uważają, że kościół jest w tamtej okolicy koniecznie potrzebny mieszkańcom do życia – chociaż w pobliżu znajdują się już dwa inne, po drugiej stronie ul. Wolskiej.

Uchwała o przekazaniu gruntu przy Grodziskiej została podjęta przez Radę Warszawy w czerwcu. Nikt z radnych nie zaprotestował, działkę oddano 56 głosami. A co w końcu ze szkołą? Powrócono do koncepcji działki przy ul. Karlińskiego, czyli tej obciążonej roszczeniami.

Co ciekawe, ta działka dwa lata temu również była obiecana archidiecezji (ale jej też nie udało się zaległych roszczeń przewalczyć). Władze dzielnicy wpadły w końcu na to, że można je wygasić na podstawie tzw. małej ustawy reprywatyzacyjnej. Znajduje się tam zapis o tym, że nieruchomości pod publiczne placówki oświatowe nie podlegają zwrotowi. Projekt szkoły jest dopiero w przygotowaniu, nie ma jeszcze wykonawcy. Prawdopodobnie powstanie dopiero na koniec 2020 roku.

W zasadzie jako jedyny zwycięsko wyszedł z tej sytuacji Ursynów. Pomysł hierarchów, aby zbudować kościół na Kopie Cwila, wywołał burzę i ogromny sprzeciw mieszkańców, a także lokalnych samorządowców, m.in. Piotra Guziała. Zatem kościół „wepchnął” swoją inwestycję gdzie indziej.