Kult fałszywej pamięci

18 września Parlament Europejski uchwalił skandaliczną rezolucję, która w Polsce nie spotkała się z niemal żadnym odzewem.

Skandaliczną, pomimo pozornie niewinnego tytułu: „O znaczeniu europejskiej pamięci dla przyszłości Europy”, z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Jej męczący i zawiły tekst stawia sobie jeden zasadniczy cel: zrównanie komunizmu z faszyzmem w kontekście sposobu, w jaki pamiętamy i upamiętniamy II wojnę światową.
Rezolucja fałszuje historię, jako główny powód wybuchu II wojny światowej wymieniając pakt Ribbentrop-Mołotow podpisany w sierpniu 1939 r. przez III Rzeszę z ZSRR. Nawet datę jej uchwalenia wybrano tak, żeby była bliżej rocznicy wkroczenia ZSRR na wschodnie tereny Polski niż wcześniejszego ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę.
Fałszywa pamięć rezolucji
Rezolucja sformułowana jest tak, jakby w momencie podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow wojna nie była dawno przesądzona i zaplanowana przez Berlin, a Hitler nie mówił o niej, zanim nawet doszedł do władzy. Rezolucja ignoruje miejsce nazizmu w szerokiej fali faszyzmów, jakie zalały wtedy cały europejski kontynent, a tym bardziej o funkcji tychże w zarządzaniu ówczesnym kryzysem kapitalizmu, zapoczątkowanym krachem 1929. Rezolucja ignoruje miejsce nazistowskiej ekspansji terytorialnej i polityki wobec podbijanych społeczeństw w logicznym kontinuum ekspansji europejskich mocarstw kolonialnych, z Wielką Brytanią i Francją na czele. Rezolucja ignoruje fakt, że przez lata poprzedzające pakt Ribbentrop-Mołotow Stalin kanałami tajnej dyplomacji próbował przekonać Londyn i Paryż do powstrzymania Hitlera, zanim będzie za późno. Bezskutecznie. Wielka Brytania i Francja wolały wobec Hitlera iść na ustępstwa – najpierw pozwalając mu łamać ograniczenia zbrojeniowe narzucone na Niemcy po I wojnie światowej, potem pozwalając mu na Anschluss Austrii, na Sudety, na Czechosłowację. W tej sytuacji trudno się aż tak dziwić Stalinowi, że chciał kupić trochę czasu i stworzyć bufor wokół własnych granic. Przyznanie tych faktów nie oznacza, że rozgrzeszamy Stalina z jego cynizmu i jego zbrodni.
Rezolucja stanowi akt wulgarnego przepisywania historii. II wojna światowa jawi się w niej jako wojna liberalnej demokracji przeciwko nazizmowi i komunizmowi połączonymi w jednym froncie sił zła. Na pokonaniu tych równoznacznych sił zła ma się rzekomo opierać współczesny ład europejski i europejska tożsamość.
Jeśli nazizm i komunizm stały po tej samej stronie i były w gruncie rzeczy tym samym („totalitaryzmem”), to dlaczego to właśnie komuniści z całej Europy (i nie tylko) aktywnie walczyli przeciwko faszyzmowi jeszcze zanim II wojna światowa w ogóle wybuchła (w Hiszpanii)? Dlaczego o losach wojny zadecydowało starcie między tymi dwoma siłami w bitwie o Stalingrad? Dlaczego to radzieccy jeńcy wojenni byli przez hitlerowców traktowani najgorzej (umierali w niewoli kilka razy częściej niż jeńcy amerykańscy, francuscy czy brytyjscy)? Dlaczego komuniści odegrali tak ogromną rolę w ruchach oporu od Francji po Jugosławię? Dlaczego to Armia Czerwona wyzwoliła Auschwitz? Dlaczego to obywatele komunistycznego Związku Radzieckiego w walce z Hitlerem złożyli największą zbiorową ofiarę ze swojego życia (27 milionów istnień)? Dlaczego to komunistyczna Armia Czerwona odegrała główną rolę w pokonaniu Hitlera? Gdyby nie Związek Radziecki, III Rzesza wygrałaby wojnę. Tymczasem rezolucja wzywa nawet do likwidowania pomników komunizmu, a więc i Armii Czerwonej, najważniejszej siły, która pokonała III Rzeszę.
Powojenny ład świat czerpał swoją legitymizację z antyfaszyzmu. Zarówno cały ten ład, jak i poszczególni jego uczestnicy, nawet jeśli należeli, w powojniu i latach zimnej wojny, do przeciwnych obozów (zachodniego lub sowieckiego) fundowali swoją prawomocność na tym, że reprezentowali lub byli spadkobiercami sił, które pokonały faszyzm. Rezolucja PE chce położyć kres tej epoce. Dzisiaj źródłem tej legitymizacji ma być antykomunizm. Zrównywanie komunizmu z faszyzmem zawsze wymierzone jest tak naprawdę wyłącznie w komunizm, a nie w obydwa człony tego porównania. Jak to trafnie ujął historyk David Broder na łamach amerykańskiego „Jacobina”, nic nie świadczy o tym lepiej jak to, że nikt przy zdrowych zmysłach nie krytykowałby Holokaustu, porównując go do życia w komunistycznej Polsce.
Milczenie polskiej lewicy
Jest to akt wulgarnego przepisywania historii w stylu znanym dotychczas raczej z działalności polskiego Instytutu Pamięci Narodowej. Być może dlatego, w przeciwieństwie do Portugalii, Włoch, czy nawet Wielkiej Brytanii, gdzie przynajmniej lewicowe organizacje i media zabrały głos przeciwko tej rezolucji – polska lewica odpowiedziała na nią milczeniem.
Dotychczas jedną z linii argumentacji przyjmowanych przez polską lewicę w obronie tradycji marksistowskiej i komunistycznej, była ta, że są to prawomocne stanowiska w europejskiej debacie politycznej, intelektualnej, akademickiej. Rezolucja tymczasem w pewnym sensie uniwersalizuje na poziomie europejskim fałszujący historię obsesyjny antykomunizm, który wydawał się lokalną właściwością wschodnioeuropejskich prawic i jej instytucji. Polska lewica milczy być może dlatego, że została tym samym skonfrontowana ze swoim złudzeniem, że ratunkiem przed agresywnym prawicowym przepisywaniem historii mogą być odwołania do mitycznych „europejskich standardów”. Tymczasem europejskie standardy upodobniają się do wschodnioeuropejskich, europejskie instytucje uczą się wulgarnego antykomunizmu od instytucji w rodzaju IPN i od Orbana.
Rezolucja i przyszłość Europy
Nikt nie przepisuje historii, jeśli nie chce w ten sposób kształtować teraźniejszości i przyszłości. Dziś chodzi o to, by zdyskredytować i pozbawić legitymizacji nie tylko komunistów, którzy z wyjątkiem Portugalii nie mają obecnie żadnego wpływu na władzę w Europie, ale przez asocjację wszelkiej lewicy na lewo od starej, establiszmentowej socjaldemokracji, dawno zassanej przez neoliberalne „skrajne centrum”.
We wschodniej Europie lepiej niż gdziekolwiek indziej wiemy już dziś, że delegitymizowanie komunizmu i wszelkiej lewicy na lewo od skrajnego centrum oznacza zawsze przesuwanie całego spektrum politycznego coraz dalej w prawo oraz, z czasem, relatywizację bądź wręcz rehabilitację faszyzmu i innych form skrajnej prawicy. W 1989 roku Orban był liberałem, Kaczyński centrowym chadekiem, a o „żołnierzach wyklętych” nikt normalny nawet nie słyszał.
Rezolucja zrównująca komunizm z faszyzmem to sygnał nadchodzącego prawicowego dryfu Unii Europejskiej, która w obliczu panującego strukturalnego kryzysu kapitalizmu może wkrótce zacząć ewoluować w jednym z dwóch kierunków. Albo wspólnoty państw, która po prostu akceptuje, że coraz większa liczba jej państw członkowskich jest coraz bardziej autorytarna, populistycznie lub skrajnie prawicowa. Albo ponadnarodowego superpaństwa, które samo będzie w zawrotnym tempie przybierać postać coraz bardziej autorytarną i coraz bardziej antydemokratyczną, posuwającą się do kryminalizacji różnych form lewicowego działania a nawet myślenia.
Daleko posunięta tolerancja instytucji europejskich dla coraz bardziej autorytarnych posunięć rządów dużych państw „starej Unii” (systematyczna przemoc francuskiej policji wobec protestujących, bezterminowe przetrzymywanie katalońskich więźniów politycznych przez Hiszpanię, itd.) pokazuje, że ten proces już został puszczony w ruch. W obydwu tych scenariuszach ogromną rolę będzie odgrywała agresywna rusofobia, którą też zresztą zapowiada sama ta rezolucja. Rosja, ze swoim przywiązaniem do rozsianych po Europie pomników Armii Czerwonej i statusem legalnej spadkobierczyni Związku Radzieckiego, jest jednym z celów, w które wymierzone jest jej ostrze. Może nawet chodzić o powolne przygotowywanie mieszkańców Europy do myśli o wojnie z Rosją.
Polska lewica, nawet kiedy krytyczna wobec neoliberalnego charakteru Unii Europejskiej, zbyt mocno przywiązała się do myślowego schematu, który idzie mniej więcej tak: „ale przynajmniej jej standardy gwarantują zachowanie demokratycznych procedur i indywidualnych wolności”. Kierunek, który ta rezolucja wskazuje, zadaje kłam temu przekonaniu i wywołuje u „proeuropejskiej lewicy” dysonans poznawczy, którego nie jest ona w stanie – póki co – przepracować. Dlatego wybiera milczenie.

Walkiria rewolucji

Władająca doskonale co najmniej sześcioma językami obcymi, pierwsza na świecie kobieta minister, potem pierwsza kobieta w randze ambasadora. Ta piękna pani była zarazem bohaterką licznych plotek związanych zarówno z jej życiem osobistym, jak i propagowanymi ideami, oskarżana wręcz o demoralizowanie obywateli radzieckich. Jan Ratuszniak w pierwszej wydanej w Polsce biografii rewolucjonistki przybliża czytelnikom jej burzliwe życie.

Aleksandra Kołłontaj jak wiele innych rewolucjonistów i rewolucjonistek pochodziła z tzw. dobrej, czyli szlacheckiej rodziny. Urodziła się w 1872 r. jako córka oficera Michała Domontowicza i Aleksandry Massalin, córki bogatego, uszlachconego, zamieszkałego w Wielkim Księstwie Finlandii przedsiębiorcy drzewnego.

Szczęśliwa rodzina

Niewątpliwie na poglądy Kołłontaj wywarł wpływ fakt, że jej rodzice byli małżeństwem z miłości. W dodatku jej matka była rozwódką z trojgiem dzieci, a decyzja o odejściu od męża w latach 70. XIX wieku była dowodem wielkiej odwagi. Aleksandra była pod względem prawnym przez pewien czas nieślubnym dzieckiem, bowiem decyzja Świątobliwego Synodu w sprawie rozwodowej zapadła już po jej narodzinach. Jak pisała we wspomnieniach, biologiczny ojciec musiał ją adoptować. Aleksandra Kołłontaj pochodziła więc z rodziny, którą według dzisiejszych pojęć nazwalibyśmy patchworkową. Świadczy o tym m.in. fakt, że kiedy w 1881 r. Konstanty Mrawiński (pierwszy mąż matki) został oskarżony o współpracę z Narodną Wolą w przygotowywaniu zamachu na cara, Domontowicze wstawili się za nim, dzięki czemu zamiast na Syberię został zesłany do Królestwa Polskiego.
W dodatku Domontowiczowie byli rodziną o poglądach liberalnych, a w domu dyskutowano często o teatrze literaturze, operze. Aleksandra uczyła się w domu, z którego wyniosła znajomość języków obcych, literatury, a także umiejętność rysunku i tańca. W wieku 16 lat bez problemu zdała egzaminy gimnazjalne i posiadła średnie wykształcenie oraz zdobyła uprawnienia nauczycielskie. W późniejszych latach uczęszczała na prywatne lekcje literatury u wybitnego profesora literatury Wiktora Ostrogskiego oraz historii u Rudolfa Mienżynskiego.
Zamążpójście w 1893 roku za inspektora fabrycznego Władimira Kołłontaja i urodzenie syna Michaiła nie przerwało jej chęci kształcenia się. Studiowała ekonomię w Szwajcarii, jednak nie uzyskała dyplomu. To właśnie tam zapoznała się z pracami Róży Luksemburg czy Karla Kautskiego (już wcześniej ogromne wrażenie wywarła na niej lektura Manifestu Komunistycznego) i przełożonej w 1895 roku na rosyjski książki Augusta Bebla „Kobieta a socjalizm”. W latach 1904-1905 uczęszczała także na tzw. kursy bestużewskie będące odpowiednikiem studiów uniwersyteckich dla kobiet.

W rewolucyjnym podziemiu

Przełomowym wydarzeniem w jej życiu była wizyta z mężem w fabryce włókienniczej w Narwie w marcu 1896 roku. Okazało się tam, że większość pracowników była niepiśmienna, a na funkcjonujące kursy pisania i czytania uczęszczało zaledwie kilkudziesięciu robotników spośród 10 tysięcy. Wśród nich nie było ani jednej kobiety, mimo, że stanowiły one zdecydowaną większość załogi.
Kołłontaj udało się wówczas zamienić kilka słów z robotnikami na halach produkcyjnych, mimo iż wielu z nich nie chciało rozmawiać obawiając się zwolnienia. Aleksandra ze zdumieniem usłyszała, że młodsi robotnicy chętnie rozwijaliby swoje kompetencje zawodowe, przede wszystkim przez naukę matematyki i innych przydatnych umiejętności. Jednak jak pisze Ratuszniak, największe wrażenie wywarła na niej wizyta w robotniczych barakach. „Do najgorszego wydarzenia doszło jednak pod koniec wycieczki. Aleksandra zobaczyła pokój, w którym bawiła się grupa dzieci w wieku jej syna. Jedno z nich nie poruszało się i bezwładnie leżało w kącie. Jak się okazało, było martwe”. Dwa lata po wizycie w Narwie Kołłontaj porzuciła męża, by zająć się publicystyką i polityką.
U progu swojej rewolucyjnej aktywności nawiązała współpracę z „Obwoźnym Muzeum Podręczników do Nauki”. Oficjalnie instytucja ta, miała kształcić robotników, jednak nieoficjalnie, przy pomocy książek przemycanych z Finlandii uprawiano tam socjalistyczną propagandę. To właśnie przy współpracy z Muzeum poznała jedną z pierwszych bolszewiczek w Rosji, Jelenę Stasową oraz Nadieżdę Krupską. W 1906 roku, gdy udała się do Finlandii na spotkanie z Różą Luksemburg, poznała także Lenina. Aż do 1915 roku, Kołłontaj była mienszewiczką, zwolenniczką zdecentralizowanej formy partii.

Sprawa bochenka chleba

Kiedy w 1903 roku Kołłontaj oddawała w szwedzkim wydawnictwie rękopis swojej pierwszej książki „Życie fińskich robotników”, wzięto ją za posłańca, a redaktorzy uznali, że autorem był mężczyzna, bowiem tekst został podpisany inicjałami. Takie epizody uświadamiały jej wagę „sprawy kobiecej” i tego, że jest ona częściowo autonomiczna względem czynników czysto ekonomicznych. Nigdy jednak nie uzznawała siebie za feministkę, czy sufrażystkę, była bowiem przekonana, że socjaliści nie powinni rozpatrywać spraw kobiet jedynie przez pryzmat przyznania im praw politycznych, ale przez pryzmat ekonomii i kryteriów społecznych.
Dzięki umiejętnościom językowym i działalności publicystycznej została w 1907 roku zaproszona na Kongres II Międzynarodówki do Stuttgartu, gdzie wygłosiła swoje pierwsze zagraniczne wystąpienie. Wtedy po raz pierwszy zaatakowała feministki – w jej przekonaniu kwestia kobieca dotyczy głównie kwestii chleba i bytu; o przyznaniu praw wyborczych nawet nie wspomniała. Podobne stanowisko zajęła w 1908 roku podczas pierwszego Wszechrosyjskiego Kongresu Kobiet, gdzie wygłosiła referat „Robotnica we współczesnym świecie”. W jej przekonaniu kwestia kobieca nie powinna się sprowadzać do praw wyborczych, ale było to „zagadnienie bochenka chleba”. W tym samym roku, w obawie przed aresztowaniem, udała się na emigrację. W Niemczech wstąpiła do SPD i odbyła tournée z odczytami. Już wtedy żyła z gaży za występy oratorskie. Miłym dodatkiem były dochody z dzierżawy 500 ha majątku po ojcu, równe uposażeniu dyrektora szkoły średniej. To właśnie w Niemczech zapoznała się z ideą wolnej miłości, która wywarła znaczny wpływ na jej poglądy. W następnych latach bywała między innymi we Włoszech, Szwecji, Szwajcarii, Belgii czy Anglii. Zaprzyjaźniła się między innymi z małżeństwem Lafargue, Jeanem Jauresem oraz przywódcą Szwedzkiej Partii Robotniczej Hjamarem Brantingiem.
Wojna przyniosła przełom w poglądach Kołłontaj. Rewolucjonistka stanęła wówczas na stanowisku pacyfizmu i antymilitaryzmu, co zbliżyło ją do bolszewików i Lenina. W 1914 r. została przejściowo internowana w Niemczech, ale szybko ją wypuszczono, bowiem jej niemieccy przyjaciele wytłumaczyli władzom, że „socjalistka nie może być zwolenniczką rosyjskiego cara”. Wkrótce udała się do Szwecji, gdzie rozwinął się jej romans z poznanym w 1911 r. Aleksandrem Szlapnikowem, późniejszym przywódcą Opozycji Robotniczej. W listopadzie 1914 roku, z powodu swoich antywojennych i antymilitarystycznych wystąpień została deportowana ze Szwecji do Danii, skąd w 1915 roku udała się do Norwegii, gdzie stworzyła kanał przerzutowy literatury bolszewickiej, a także pieniędzy niemieckiego wywiadu do Rosji. To właśnie w Norwegii Aleksandra Kołłontaj wstąpiła w szeregi bolszewików. Jak sama twierdziła, pogodziła się z widmem klęski Rosji jako „mniejszym złem dla robotniczego świata”.

Pierwsza kobieta, która zasiadła w rządzie

Podczas pobytu w USA (na przełomie 1915/1916 r.) Aleksandra agitowała w duchu pacyfistycznym i przeciwko przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny. Jej zamorska działalność była dla Rosji na tyle kłopotliwa, że władze carskie złożyły jej propozycję powrotu do ojczyzny w zamian za zaprzestanie agitacji. Kołłontaj faktycznie wróciła do Rosji, ale dopiero po rewolucji lutowej. Była jedyną działaczką bolszewicką, która bez zastrzeżeń poparła tezy kwietniowe Lenina już w momencie ich przedstawienia.
W okresie bezpośrednio rewolucji październikowej objęła jako pierwsza kobieta w dziejach świata posadę ministra, a dokładnie komisarza ludowego opieki społecznej. Organizowała między innymi pomoc dla sierot, których liczba szła w miliony, i dla setek tysięcy inwalidów wojennych. Nadzorowała przekształcanie prywatnych domów dziecka w państwowe, tworzenie domów starców i systemu emerytalnego, zakładanie instytucji edukacyjnych dla młodych dziewcząt. To za jej sprawą wprowadzono cywilne śluby i rozwody oraz zdekryminalizowano homoseksualizm. Warto jednak podkreślić, że aborcję zalegalizowano dopiero 19 listopada 1920 roku.

Podczas burzliwych dni październikowych Aleksandra nawiązała romans z młodszym od niej o 17 lat Pawłem Dybienką, komisarzem do spraw morskich. Związek ten, z racji wieku wybranka i jego czysto proletariackiego pochodzenia oraz szorstkich manier budził wiele kontrowersji ówczesnych elit partii bolszewickiej. Był to zresztą jeden z pierwszych cywilnych ślubów wśród radzieckiego mainstreamu (śluby niereligijne również wprowadziła dopiero rewolucja). Jak głosiły plotki, zalegalizowanie związku wymusił Lenin, zniesmaczony ”niemoralnymi” relacjami Kołłontaj z dużo młodszym marynarzem. Innym razem, kiedy Kołłontaj i Dybienko wyjechali na Krym, lekceważąc ważne rządowe zebranie, Lenin miał zażartować, że skazuje parę na 5 lat wierności. Nie wytrzymali ze sobą tak długo…
Właśnie sprawy seksu i miłości najczęściej wiążą się w popularnej literaturze z nazwiskiem Kołłontaj. Nazywa się ją apostołką „wolnej miłości”, błędnie przypisuje przekonywanie, że seks jest jak szklanka wody, a jego zaspokojenie jest niezbędne do życia i powinno być natychmiastowe. Prawda jest dużo mniej sensacyjna – rewolucjonistka po prostu sądziła, że kobiety i mężczyźni mają w miłości równe prawa…

Komunistyczna rodzina, moralność i seks

Niestety Ratuszniak kwituje poglądy Kołłontaj na kwestie moralności i miłości jedynie kilkoma okrągłymi zdaniami. Tymczasem dla prawidłowego rozeznania sprawy kluczowe są dwa artykuły: „Tezy o komunistycznej moralności w sferze relacji małżeńskich” z 1918 r. i „Stosunki między płciami a walka klas” z 1921 r. Kołłontaj opowiadała się w nich przeciwko patrzeniu na rodzinę niezależnie od ekonomicznych wymiarów życia społecznego. Rodzina była dla niej przede wszystkim jednostką ekonomiczną, z czego miał wynikać fakt jej stopniowego obumierania w warunkach zbliżającego się komunizmu. To nie rodzina, a państwo powinno materialnie zabezpieczać dzieci.
Pisała: „Dekrety o małżeństwie wydane przez republikę robotniczą ustanawiające wzajemne prawa małżeńskiej pary (prawo, by żądać materialnego wsparcia dla siebie albo dla dziecka) i tym samym dające prawną zachętę dla separacji tej jednostki i jej interesów od generalnych interesów społecznego kolektywu robotniczego (prawo żon, by być przeniesionymi do wsi lub do miasta, gdzie ich małżonkowie pracują) są przeżytkami przeszłości, przeczą interesowi kolektywu i powinny być poddane przeglądowi i zmienione”. Jej zdaniem prawo powinno regulować stosunki nie między małżonkami, a między dzieckiem a rodzicami, a sytuacja materialna dziecka powinna być całkowicie niezależna od sytuacji materialnej rodziców. Co więcej, prawo w żaden sposób nie powinno regulować kwestii seksualnych, natomiast powinna to czynić komunistyczna moralność, przede wszystkim ze względu na dzieci i czynniki zdrowotne. „Akt seksualny nie powinien być postrzegany jako coś wstydliwego i grzesznego, ale jako coś, co jest naturalne jak inne potrzeby zdrowego organizmu takie jak głód i pragnienie. Takie fenomeny nie powinny być oceniane jako moralne albo niemoralne. Zaspokojenie zdrowych lub naturalnych instynktów przestaje jedynie wtedy być naturalne, jeśli granice higieny zostają przekroczone”. Komunistyczna moralność powinna więc zabraniać „ekscesów seksualnych” takich jak seks przed okresem dojrzewania czy seks aż do całkowitego wyczerpania organizmu, powodujący zmniejszoną wydajność w pracy. Warto zaznaczyć, że Kołłontaj była wielką krytyczką prostytucji, a za jej przejaw uznawała każdą sytuację, gdy jedna osoba oddaje się drugiej w niewolę w zamian za środki utrzymania, by uniknąć ciężkiej pracy. Nie była jednak, jak czasem się jej imputuje, zwolenniczką posyłania prostytutek do obozów pracy.
W tekście „Stosunki miedzy płciami a walka klas” krytykowała „wulgarny indywidualizm” obecny w marzeniach o „wielkiej miłości”, która dzięki porozumieniu dusz doprowadzi do sytuacji, kiedy małżonkowie będą nam bliscy „bez konieczności dawania im czegokolwiek od siebie”. Wedle niej, miłość wymaga ciągłej pracy. Chciała budowy związków w oparciu o zasady wolności, równości i szczerej przyjaźni, a nie posiadania partnera na własność. Potępiała związki oparte na zasadach „ślepej fizjologii” a jednocześnie podziwiała miłość dworską, kiedy to damy mogły mieć zarówno partnerów seksualnych, jak i platonicznych wielbicieli. Z niesmakiem odnosiła się do sytuacji, kiedy mężczyzna zawłaszcza zarówno ciało, jak i duszę kobiety. Krytykowała też „fałszywą bliskość” popartą jedynie erotycznym impulsem, a nie długoletnią przyjaźnią. Mimo obiegowych mitów w jej tekstach nie znajdziemy pochwały związków poliamorycznych.
Jednak to Kołłontaj przypisuje się, do dziś mylnie, teorię seksu jak szklanki wody. To właśnie z tą teorią, a pośrednio z Kołłontaj polemizował Lenin, który w rozmowie z niemiecką komunistką Klarą Zetkin potępił tę teorię jako „niemarksistowską i antyspołeczną” mówiąc: „Oczywiście pragnienie musi być zaspokojone. Ale czy normalna osoba w normalnych warunkach będzie leżała w rynsztoku i piła z kałuży albo ze szklanki o brzegach zatłuszczonych od wielu warg? Ale aspekt społeczny jest najważniejszy. Picie wody jest oczywiście sprawą indywidualną. Ale w miłości dwa życia są wzięte pod uwagę, a trzecie powstaje.(…)”.
Lenin zwrócił też uwagę na fakt, że libertynizm obyczajowy nie jest ani rzeczą nową ani komunistyczną. Już w połowie XIX wieku była głoszona przez romantycznych pisarzy emancypacja serca, która w praktyce burżuazyjnej sprowadzała się do emancypacji ciała. Zdaniem Lenina młodzi ludzie potrzebują sportu, nauki i rozwoju intelektualnego oraz miłości, a nie dyskusji o seksie i hipertrofii życia seksualnego.

Z frontu wojny domowej do ambasady

Karierę Aleksandry Kołłontaj jako komisarza ludowego przerwał jej sprzeciw wobec zawartego w marcu 1918 r. traktatu brzeskiego. W jej oczach była to niedopuszczalna ugoda z imperialistami, podczas gdy Lenin widział w nim niezbędny akt obrony rewolucji. Po odwołaniu z funkcji Ludowego Komisarza pracowała na froncie ukraińskim wojny domowej: była dowódcą oddziału politycznego w 1 Ukraińskiej Zadnieprzańskiej Dywizji, następnie kierowała wydziałem agitacji i propagandy w Armii Krymskiej i w całej efemerycznej Socjalistycznej Republice Krymskiej (w 1919 r.). W 1920 roku została szefową Żenotdiełu – wydziału kobiecego partii, zajmującego się głównie agitacją i propagandą wśród kobiet.
Jej kariera zyskała nieoczekiwany zwrot po tym, gdy zaangażowała się w walkę Opozycji Robotniczej, która pod przywództwem Szlapnikowa domagała się demokratyzacji i odbiurokratyzowania Partii oraz wprowadzenia samorządności robotniczej w przemyśle. Przeciwstawiała się „dyktaturze” specjalistów pochodzenia burżuazyjnego i dla przeciwwagi proponowała wzrost naboru robotników do Partii.
Po przegranej Opozycji, Kołłontaj zwróciła się do Stalina, z którym łączył ją sprzeciw wobec wprowadzanego właśnie NEP-u, o znalezienie dla niej posady dyplomatycznej.
Jednak trzeba podkreślić, że skierowanie Kołłontaj jako ambasadorki (pełnomocnego przedstawiciela dyplomatycznego) w Norwegii, Meksyku, a później w Szwecji było odsunięciem jej na boczny tor.
W swojej działalności dyplomatycznej koncentrowała się na kwestiach gospodarczych i kulturalnych. Ciekawym epizodem był jej sprzeciw wobec rozpadu socjaldemokratycznej norweskiej Partii Pracy i wyłonieniu z niej partii komunistycznej – Kołłontaj chciała, by cała Partia Pracy wstąpiła do III Międzynarodówki. Przeciwstawiała się też programowemu ateizmowi III Międzynarodówki, twierdząc, że kwestie religijne nie interesują ubogich norweskich rybaków. Z drugiej strony – to jej
udało się storpedować przyznanie Trockiemu azylu przez rząd norweski. Zarówno podczas swego pobytu w Meksyku, jak i w Norwegii i Szwecji broniła też polityki Stalina, przekonując np. słynnego podróżnika Nansena, że kolektywizacja w ZSRR przynosi jedynie pozytywne rezultaty, a pogłoski o głodzie na Ukrainie są nieprawdziwe. Już po zakończeniu kariery dyplomatycznej Kołłontaj została zgłoszona do Pokojowej Nagrody Nobla.

I znowu kwestia kobieca

Książka Jana Ratuszniaka, pomimo, iż powstała w oparciu o imponującą liczbę źródeł w tym szwedzkich i norweskich, pozostawia czytelnikowi niedosyt. Autor, koncentrując się na faktach z życia Kołłontaj, niemal zupełnie pominął przedstawienie jej filozofii życiowej i ewolucji światopoglądowej. Nie znajdziemy w książce omówienia działalności publicystycznej Aleksandry Kołłontaj, której owoce do dziś budzą zainteresowanie europejskiej lewicy.
Czy współczesna lewica jest w stanie czegoś się od niej nauczyć? Na to pytanie książka niestety nie daje odpowiedzi. Trzeba jej bowiem szukać w publicystycznym dorobku, jak nazywał ją Karol Radek, „Walkirii rewolucji”. Przypomnijmy więc tylko sprawy podstawowe. Nadal aktualna jest prosta konstatacja Kołłontaj, że kwestia kobieca jest przede wszystkim kwestią ekonomiczną, sprawą „bochenka chleba”. A żeby miłość w rodzinie mogła rozkwitnąć, albo inaczej – by stworzyć nową, równościową i postępową formę rodziny, trzeba odciążyć rodziców z funkcji zapewnienia dzieciom utrzymania. Nowe formy stosunków między kochającymi się rodzicami i dziećmi nie powinny zależeć wyłącznie od bezosobowych i okrutnych praw rynku. Wreszcie pamiętajmy, że ta sama Kołłontaj, która opowiadała się za prowadzeniem walki w sferze obyczajowej równolegle z walką klas, jednocześnie przestrzegała: „Kryzys seksualny w trzech czwartych spowodowany jest przez zewnętrzne warunki społeczno-ekonomiczne, natomiast w pozostałej jednej czwartej przez naszą „wysublimowaną indywidualistyczną psyche”, hołubioną w ramach ideologii burżuazyjnej”.

Jan Ratuszniak „Nowa kobieta. Aleksandra Kołłontaj” Instytut Wydawnicza Książka i Prasa, Warszawa. 2019.
Karierę Aleksandry Kołłontaj jako komisarza ludowego przerwał jej sprzeciw wobec zawartego w marcu 1918 r. traktatu brzeskiego. W jej oczach była to niedopuszczalna ugoda z imperialistami

Nie dla zakazu działania partii komunistycznej w Polsce

Prezydent Andrzej Duda odesłał wprowadzone „na szybko” przez Sejm poprawki do kodeksu karnego do Trybunału Konstytucyjnego. To jednak może okazać się tylko odroczeniem penalizacji głoszenia komunistycznej ideologii, posługiwania się komunistycznymi symbolami i zrównania komunizmu z faszyzmem. Zmiany wprowadzone do art. 256 kk były przedmiotem żywiołowych protestów ze strony zagranicznych partii komunistycznych. Poniżej za „Brzaskiem” publikujemy wspólne stanowisko francuskich organizacji komunistycznych.

Nasze organizacje komunistyczne zwracają się do władz Rzeczypospolitej Polskiej z wyrazem protestu przeciwko mnożącym się w Polsce działaniom antykomunistycznym, zmierzającym do kryminalizacji ideologii i użycia symboli komunistycznych, przejawiającym się w niszczeniu pomników ku czci radzieckich żołnierzy-wyzwolicieli, a w końcu zmierzającym do zakazania działalności Komunistycznej Partii Polski.
Zrównanie komunizmu z faszyzmem jest antyhistoryczną potwornością. Jak pokazują to dobitnie walki toczone w XX wieku, komunizm był pierwszym celem faszyzmu i jego głównym przeciwnikiem. Któż może negować wkład ZSRR, państwa komunistycznego, w wyzwolenie Polski i ofiarę 600 tys. żołnierzy Armii Czerwonej poległych na terenach Polski aby powstrzymać hitlerowskie ludobójstwo i odbudować niepodległość Polski?
Mimo to, władze polskie intensyfikują swoją antykomunistyczną kampanię, wspierane w jej prowadzeniu przez fakt, iż Unia Europejska uczyniła z antykomunizmu swoją oficjalną ideologię, prześladując redakcję czasopisma „Brzask” i zmierzając do delegalizacji Komunistycznej Partii Polski. Przypomnijmy, że prześladowania te, które rozpoczęły się dziesięć lat temu wraz z próbą wprowadzenia zakazu używania komunistycznej symboliki, zablokowaną przez Trybunał Konstytucyjny w 2011 r. w następstwie licznych protestów w kraju i za granicą. W lutym bieżącego roku, po trzech latach procesu przeciwko kierownictwu KPP i redakcji „Brzasku” zarzuty zostały oddalone (Nie zamyka to sprawy, gdyż prokuratura wystąpiła z wnioskiem apelacyjnym – przyp. red.).
Rząd polski, wprowadzając poprawkę do art. 25 kodeksu karnego, stara się zakazać propagowania ideologii komunistycznej, zrównując komunizm z faszyzmem przy użyciu falsyfikującego terminu „totalitaryzm”. Z naszego punktu widzenia jedyny „totalitaryzm”, który ma znaczenie, to ten, który utrwala dyktaturę klasy wyzyskiwaczy nad milionami pracowników, to kapitalizm!
Reakcyjne stanowisko rządu polskiego w stosunku do praw kobiet, w odniesieniu do imigracji, usiłowanie podporządkowania sobie wymiaru sprawiedliwości, ograniczanie wolności prasy są demaskowane regularnie przez międzynarodowy ruch komunistyczny. Nasi towarzysze z Komunistycznej Partii Polski prowadzą przeciwko tej polityce modelową walkę, wskazując na związki pomiędzy polskimi kapitalistami i Unią Europejską, Bronią odważnie pamięci po socjalistycznej przeszłości, o czasach gdy fabryki pracowały, gdy nie było bezrobocia ani nędzy, przeciwko fałszowaniu historii.Francuskie organizacje komunistyczne wyrażają całkowita solidarność i wsparcie dla komunistów polskich i domagają zaprzestania ich represjonowania.
Jesteśmy przekonani, że naród polski nie będzie dłużej tolerował zamachów na swobody demokratyczne, które wpisują się w reakcyjną politykę prowadzoną wbrew jego interesom.
Apelujemy do sił postępu, tak w Polsce, jak i w Europie, aby zwalczały antykomunistyczne prawa, które – jak to pokazuje historia – otwierają drogę do faszystowskiego barbarzyństwa.
Czerwiec 2019 r.

Głos lewicy

Więzienie za koszulkę z Che Guevarą

Anna Grodzka boi się ścigania za propagowanie komunizmu. Swoją refleksją na temat najnowszej nowelizacji Kodeksu karnego dzieli się na Facebooku:

Wykorzystując poruszenie społeczne, które powstało na tle ujawniania przestępstw „pedofili” i ich ukrywania przez funkcjonariuszy kościoła katolickiego PiS wywindował się na szczyty populizmu i niekompetencji wprowadzając szeroką, w wielu aspektach niekonstytucyjną i szkodliwą, nowelizację kodeksu karnego. Wiele aspektów tej zmiany omawiane jest szeroko i i krytykowane przez prawnicze autorytety w tzw. „demokratycznych”, „niezależnych” mediach. Więc ja tu nie o tym.
Ja o tym że:
1. będziesz mógł odsiedzieć 3 lata za to, że w Twojej bibliotece są książki Gramsciego, Żiżka, „Kapitał” Karola Marksa albo książka o życiu i działalności Róży Luxemburg. A jeśli przerażony odsiadką zechcesz je sprzedać – jeszcze gorzej.
2. wsadzą cię za koszulkę z Che Guevarą albo czerwoną gwiazdą;
3. będziesz spowiadał się na prokuraturze, jeśli 1 listopada złożysz kwiaty na grobach żołnierzy radzieckich – to przecież byli „komunistyczni” żołnierze.
4. zamkną za wpis na FB, że za czasów twojej młodości w PRL-u nie czułeś, że wszystko było źle – bo przecież chwaląc PRL, chwalisz „komunizm”;
5. staniesz się kryminalistą, jeśli zaprosisz do publicznej dyskusji w Polsce (choćby) europosła niemieckiej Die Linke albo włoskiej, belgijskiej, francuskiej, hiszpańskiej, czy fińskiej partii komunistycznej – bo „propagujesz komunizm”.
Idiotyzmem (albo sprytem) takiej nowelizacji jest to, że „komunizm” jest pojęciem niezdefiniowanym w prawie, bardzo szerokim i niejednoznacznym. To, co jest „komunizmem”, zależeć będzie od „widzi-mi-się” prokuratora ministra Ziobry i powołanego przez nowy KRS sędziego. Komunizmem nazywany jest przecież nie tylko totalitarny, zbrodniczy stalinizm, ale także PRL okresu Gierka czy Jaruzelskiego. A zatem (jeśli Prezydent podpisze tę nowelizację) każdy, kto tylko chce, może zrobić z lewicowca „osadzonego” kryminalistę.
Myśli ktoś, że to niemożliwe? No to przyjrzyjmy się zmienianym zapisom:
– Dotychczasowe brzmienie par. 1 art. 256 kk.:
§ 1. Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
– a po PiS-owskiej zmianie ma brzmieć:
§ 1. Kto publicznie propaguje nazistowski, komunistyczny, faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
– Par 2. tego artykułu brzmiał:
§ 2. Tej samej karze podlega, kto w celu rozpowszechniania produkuje, utrwala lub sprowadza, nabywa, przechowuje, posiada, prezentuje, przewozi lub przesyła druk, nagranie lub inny przedmiot, zawierające treść określoną w § 1 albo będące nośnikiem symboliki faszystowskiej, komunistycznej lub innej totalitarnej.
– a po PiS-owskiej zmianie ma brzmieć:
§ 2. Tej samej karze podlega, kto w celu rozpowszechniania produkuje, utrwala lub sprowadza, nabywa, zbywa, oferuje, przechowuje, posiada, prezentuje, przewozi lub przesyła druk, nagranie lub inny przedmiot, zawierające treść określoną w § 1 lub 1a albo będące nośnikiem symboliki nazistowskiej, komunistycznej, faszystowskiej lub innej totalitarnej, użytej w sposób służący propagowaniu treści, określonej w § 1 lub 1a.
Dodano także par. 1 (a) który brzmi:
§ 1a. Tej samej karze podlega, kto publicznie propaguje ideologię nazistowską, komunistyczną, faszystowską lub ideologię nawołującą do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne.

Nie dla represji za poglądy, nie dla art. 256 kk!

12 czerwca,
o godzinie 18:00,
przed Sejmem RP w Warszawie
(róg ul. Wiejskiej i Matejki)

odbędzie się protest

przeciwko prawu
zrównującemu komunizm
z faszyzmem i przewidującemu
do 3 lat ograniczenia wolności
za propagowanie
idei lewicowych.

Akcję organizuje kampania
Historia Czerwona

broniąca pamięci o historii polskiego ruchu robotniczego.

Protest przeciwko represjom za poglądy

Nie dla art. 256 kk!

12 czerwca, o godzinie 18:00, przed Sejmem RP w Warszawie (róg ul. Wiejskiej i Matejki) odbędzie się protest przeciwko prawu zrównującemu komunizm z faszyzmem i przewidującemu do 3 lat ograniczenia wolności za propagowanie idei lewicowych. Akcję organizuje kampania Historia Czerwona broniąca pamięci o historii polskiego ruchu robotniczego.
12 czerwca rozpocznie się posiedzenie Sejmu RP, na którym ma odbyć się głosowanie nowelizacji kodeksu karnego. Wśród licznych poprawek znalazł się art. 256, który w nowej wersji ma brzmieć:
„§ 1. Kto publicznie propaguje nazistowski, komunistyczny, faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość,
a)podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.”,
b) po § 1 dodaje się § 1a w brzmieniu:
„§ 1a. Tej samej karze podlega, kto publicznie propaguje ideologię nazistowską, komunistyczną, faszystowską lub ideologię nawołującą do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne.”,
c) § 2 otrzymuje brzmienie:
„§ 2. Tej samej karze podlega, kto w celu rozpowszechniania produkuje, utrwala lub sprowadza, nabywa, zbywa, oferuje, przechowuje, posiada, prezentuje, przewozi lub przesyła druk, nagranie lub inny przedmiot, zawierające treść określoną w § 1 lub 1a albo będące nośnikiem symboliki nazistowskiej, komunistycznej, faszystowskiej lub innej totalitarnej, użytej w sposób służący propagowaniu treści, określonej w § 1 lub 1a.”;
Oznacza to zagrożenie dla demokracji i kryminalizowanie propagowania idei, z których każdą władza będzie mogła uznać za „komunizm’’.
Prokuratura będzie mogła ścigać nawet za posiadanie dzieł Marksa czy koszulkę z Che Guevarą.
Nowe prawo stanowi również zagrożenie dla wszelkich lewicowych ruchów protestu, czy organizacji społecznych.

Do więzienia za dzieła Marksa na półce?

Pod osłoną innych afer w Polsce tylnymi drzwiami przepychane są właśnie zmiany w prawie, które umożliwiają pełną kryminalizację komunizmu. Komunizmu, a nawet „jego ideologii”, co prawicowej władzy i podporządkowanemu jej sądownictwu otwiera furtkę do kryminalizowania i ścigania praktycznie całej lewicy. Nie tylko jej sympatyków jej radykalnego nurtu, ale wszystkich tych, którzy posiadają egzemplarz „Kapitału” Karola Marksa lub założą na siebie koszulkę z Che Guevarą, Różą Luksemburg czy czerwoną gwiazdą.

Poprawione zapisy, które właśnie wchodzą do polskiego prawa w ramach aktualizacji kodeksu karnego, do listy systemów i praktyk totalitarnych dodają komunizm. Najgroźniejszy wydaje się być przy tym zupełnie nowy i wybitnie enigmatyczny zapis, który karać ma za samo „propagowanie ideologii komunistycznej”. W polskich warunkach – gdzie cenzuruje i prześladuje się za Matkę Boską z tęczą w tle – może to oznaczać nawet cenzurowanie dzieł sztuki autorstwa Fridy Kahlo, Pabla Picassa, czy innych znanych komunistek i komunistów.

W prześladowaniach komunizmu nie chodzi bowiem o żadną teoretyczną czy historyczną precyzję.

Sąd to nie miejsce do naukowej dyskusji. W rzeczywistości mamy do czynienia z praktykami o charakterze cenzorskim i totalnym. Poprawiony kodeks karny bez żadnego zawahania zrównuje ze sobą bowiem każdy rodzaj komunizmu i jego teorii.
Idee i działania Lwa Trockiego, Róży Luksemburg, Józefa Stalina czy nawet Karola Marksa, który pechowo dla siebie nie dożył żadnych prób realizacji swoich koncepcji wrzucone są do jednego worka. Do tego zapisy ułożone są w taki sposób, by prokuratorom i sędziom pozostawić pełną dowolność w interpretacji tego, co jest, a co nie jest komunizmem, jego ideologią, czy totalitaryzmem.
Przypomnijmy, że słowo „totalitaryzm” w polskim prawodawstwie nie ma nawet swej konkretnej definicji. Jego siła jest całkowicie względna i symboliczna. Określenie to, wywodzące się z filozofii, ale i głęboko zakorzenione w naukach społecznych, definiuje się zazwyczaj twierdząc, że totalitarnymi są te systemy, które dążą do całościowej i pełnej kontroli nad jednostką. Oczywiście panująca ideologia kapitalistyczna za złe totalitaryzmy uważa zazwyczaj wyłącznie faszyzm i komunizm. Sieciowo sterowany i rządzący przy pomocy algorytmów kapitalizm, gdzie pieniądz rządzi każdą kampanią wyborczą, a przy projektowaniu reklam wykorzystuje się zasady podświadomie piorącego mózgi neuromarketingu jest zaś „demokracją”… Bo tak.

Komunizm jako bezklasowe społeczeństwo, gdzie realizowany jest ideał „każdemu według potrzeb” nigdy nie istniał.

Jak widać nie musiał – wrogiem dla państwa jest bowiem sam ruch, a nie rzeczywisty byt, którego polska prawica nie jest przy tym nawet w stanie odpowiednio zdefiniować. Wprowadzane w ustawie poprawki są więc i o tyle tragikomiczne, że z perspektywy precyzji naukowej i poznawczej odnoszą się do bytu, którego nigdy nie było. Jako marksista mógłbym nawet uznać, że socjalizm jako system i idea pozostaje całkowicie dozwolony, ponieważ nie znajduje się na liście systemów, ideologii i praktyk totalitarnych… Tyle, że to, co będzie komunizmem i jego ideologią w świetle prawa będzie odtąd zależało wyłącznie od podporządkowanych ministrowi Ziobro prokuratorów. A dla większości polskiej prawicy wszystko, co związane z Polską Ludową to komunizm, a postkomunizmem jest nawet Koalicja Europejska.
Współczesna Polska stopniowo coraz bardziej przypomina faszystowskie Włochy za czasów Mussoliniego, kiedy to siłowe i policyjne prześladowania komunistów były na porządku dziennym. Jednym z wielu uwięzionych za poglądy był działacz i słynny teoretyk komunizmu Antonio Gramsci, cytowany obecnie w całej światowej socjologii czy naukach politycznych. Cenzorzy pilnujący zamkniętego w więzieniu Gramsciego i poszukujący słowa „komunizm” w jego zapiskach zostali jednak łatwo wykiwani, kiedy autor ten w swych dziełach słowo to zamienił na termin „filozofia praktyki”.
Także w przypadku Polski nowe zapisy zawierają na szczęście furtkę, która podkreśla, że nie mają zastosowania do nauki, czy sztuki. Jak mogliśmy jednak zaobserwować w zeszłym roku, kiedy to policja pojawiła się na konferencji naukowej poświęconej marksizmowi, dla prokuratury granice te mogą być bardzo niewyraźne. Policja wysyłana jest u nas bowiem zgodnie z chwilowym politycznym zapotrzebowaniem, a na samej górze dowodzą nią często ludzie wierzący w spisek światowej „żydokomuny”.

Strony takie jak Redwatch mogą być odtąd traktowane jako pożyteczna pomoc dla polskiej prokuratury.

Nowe zapisy tworzą tak gigantyczną przestrzeń pod wszelkiego rodzaju nadużycia, że proces karny z perspektywą skazania nawet na trzy lata więzienia z powodzeniem może mieć osoba, która na swoim ubraniu będzie miała wizerunek Ernesto „Che” Guevary, Róży Luksemburg, Karola Marksa, sierp i młot, czy samą nawet czerwoną gwiazdę. Ale i na tym nie koniec. Prawicowa paranoja sięga już w naszym kraju tego stopnia, że za „promowanie ideologii komunistycznej” i „rozpowszechnianie, powielanie, przesyłanie” źródeł z nią związanych można równie dobrze uznać obecność na pierwszomajowym pochodzie, udział w wydarzeniu upamiętniającym polskich socjalistów, przesłanie koledze fragmentu dzieł Marksa, posiadanie w domowej biblioteczce książek Zygmunta Baumana, Oskara Lange, Jacka Tittenbruna, Louisa Althussera, czy dowolnego z tysięcy autorek_ów identyfikujących się z komunistyczną teorią, myślą lub ideą. Bez etatu naukowego – a może także badań prowadzących do właściwych wniosków – lub zarabiania jako artysta nie będzie żadnej taryfy ulgowej.
Przepisy te są tak pojemne i tak otwarte na dowolność interpretacyjną ze strony władzy sądowniczej, że hak na każdą lewaczkę i lewaka po prostu zawsze może się znaleźć.
Ustawa ta wydaje się być też oczywistą zemstą za porażkę dekomunizacyjną, którą PiS poniósł w przypadku nazw ulic, a także w przypadku procesu wytoczonego przeciwko Komunistycznej Partii Polski, gdzie właśnie brak pojęcia „komunizm” we fragmentach o systemach totalitarnych był podstawową linią obrony podczas całego procesu.
Sprawa jest więc o tyle pilna i istotna, że kryminalizuje nie tylko lewicową historię, teorię oraz myśl. Stanowi też bardzo głęboką ingerencję w wolność słowa oraz swobodę wyrażania opinii. Bycie, czy identyfikowanie się jako komunistka_ta może być odtąd przepustką do więzienia.

Nowy kodeks karny odcina też Polskę od politycznej swobody, która w całej Unii Europejskiej stanowi oczywistą oczywistość.

Komuniści stale zasiadają bowiem w Europarlamencie, a partie komunistyczne obecne są w każdym kraju Unii Europejskiej i w ogóle praktycznie wszędzie na świecie. Istnieją też różnorodne partie lewicy odwołujące się do teorii komunistycznej, u których nawiązania do różnych wersji marksizmu są na porządku dziennym (np. niemiecka Die Linke czy szwedzka Partia Lewicy). Są one same w sobie zresztą tak różne, że nie da się ich wrzucić do jednego worka, jak czyni to nowa polska wersja kodeksu karnego.
Kneblowanie wolności słowa i prawne zastraszanie oraz zwalczanie radykalnej lewicy zagraża też lewicy nieradykalnej i umiarkowanej: pogłębia bowiem opresyjność systemu, uniemożliwia jej sięgnięcie do np. tradycji marksistowskiej i umieszcza socjaldemokrację na granicy prawa. Od teraz działacze SLD, Razem lub RSS, czy PPS będą musieli się mieć na baczności, czy ich praktyki nie stanowią nawiązania do „ideologii komunistycznej” lub nie są jej „propagowaniem”. Prokuratura będzie też mogła ścigać, szukać haków i wytaczać procesy wobec wszystkich działaczy, którzy zechcą np. poczytać dzieła Karola Marksa, Lwa Trockiego, czy nawet powspominać Edwarda Gierka. Organizacja debaty celem omówienia teorii imperializmu Róży Luksemburg, czy posiadanie w biblioteczce książek Gramsciego mogą być podstawą do ścigania każdego członka partii, a nawet umożliwić delegalizację organizacji i stowarzyszeń.

Nie jest to precedens. Podobne zmiany próbowano już wprowadzić na Węgrzech

W tamtym przypadku decyzja Trybunału w Strasburgu uchyliła możliwość kryminalizacji komunizmu i jego symboliki, uznając m.in. czerwoną gwiazdę i swobodę w jej wykorzystywaniu za element politycznej wolności i pluralizmu. Trybunał podkreślił też wówczas, że istnieje „społeczne zapotrzebowanie” dla takiej symboliki i emocje nie mogą decydować o wolności słowa.
W naszym przypadku cel rządu Prawa i Sprawiedliwości jest zasadniczo bardzo prosty: kryminalizacja komunizmu, marksizmu i okolic oraz zastraszanie środowisk politycznych, a także naukowych, które choćby podejmują marksistowską problematykę w ramach swoich badań. To stopniowe spychanie całej lewicy poza obszar legalnej działalności politycznej.
Obrona nacjonalizmu i konserwatywnego kapitalizmu wymaga ciągłego poszukiwania wroga, a ponieważ bezpośrednia walka z liberalizmem nie jest możliwa (z uwagi na jego siłę) to kozłem ofiarnym zostają komunizm i marksizm. To te idee w ostatnio wyemitowanym przez stację Tadeusza Rydzyka dokumencie „Zmierzch. Ofensywa ideologii gender” oskarża się o wszelkie możliwe „plagi” tego świata, z homoseksualizmem na czele. Poprawiony kodeks karny wychodzi naprzeciw właśnie tego rodzaju oczekiwaniom i takiej ideologii. Prawicowe kneblowanie wolności politycznej i wolności słowa nie ma swoich granic.
Ściganie za komunizm i (potencjalnie) socjalizm to możliwie pierwszy krok do odbudowy Berezy Kartuskiej. Ten moment to ostatnia chwila by skutecznie przeciwstawić się prawicowej cenzurze.

Zakazany komunizm

Tymczasem przez polski sejm przeszła właśnie nowelizacja art. 256 kk. dzięki której komunizm oficjalnie stanie się na równi nielegalny z faszyzmem.

Do tego prezentowanie, przesyłanie, czy nawet posiadanie np. dzieł Marksa, flagi z Che Guevarą, czy książki Róży Luksemburg będzie karane na równi z rozpowszechnianiem Mein Kampf.
Polska będzie teraz ciemnogrodzkim wyjątkiem na skalę świata, gdzie za Kapitał Marksa albo książki Althussera możesz iść do więzienia jeśli ziobrowym prokuratorom tylko się zechce. Cenzura zrównująca wolnościowy projekt komunistyczny i refleksję nad nim z hitleryzmem to efekt ipnowskiej, prawicowej manii. Na skalę Europy, gdzie w parlamencie zasiadają komuniści, i całego świata jest to po prostu obciach i kompromitujący wstyd.
Cel PiSu jest zasadniczo bardzo prosty: kryminalizacja komunizmu, marksizmu i okolic oraz zastraszanie środowisk politycznych, a także naukowych, które choćby podejmują marksistowską problematykę w ramach swoich badań (patrz też: wysyłanie policji na konferencję). Obrona nacjonalizmu i brunatnego kapitalizmu tego po prostu wymaga. Jest to też oczywiście zemsta za nieudaną pisowską dekomunizację.
Wzywam jednocześnie wszystkich do udostępniania tej informacji i przygotowania się do stawienia tej zmianie jak najskuteczniejszego oporu.
Zaskarżenie do Strasburga to minimum na które trzeba się zdobyć. Działacze partii i inni też niech uaktywnią się w tej sprawie. Wszystko co na lewo od Wiosny jest w tym momencie w stanie obiektywnego zagrożenia. Jeśli myślicie, że to was nie dotyczy to wiedzcie, że za koszulkę z Che, Allende, Różą Luksemburg, Leninem, Marksem, czerwoną gwiazdę albo czerwoną flagę gdziekolwiek w domu będziecie się odtąd tłumaczyli policji albo prokuraturze, która w każdej chwili będzie miała podstawy by wparować do domu każdego lewicowca. Wystarczy, że wyślecie komuś fragment pracy Marksa meilem.
Mokre sny ludzi z redwatcha właśnie się spełniają.

Laudacja na cześć Józefa Tejchmy

Przypadł mi zaszczyt ogłoszenia nazwiska pierwszego laureata Nagrody im. Stanisława Dubois, ustanowionej przed rokiem przez Stowarzyszenie POKOLENIA.

Dorobek życia patrona tej nagrody – społecznika i działacza Polskiej Partii Socjalistycznej i Czerwonego Harcerstwa, który w swoich czasach był wszędzie tam, gdzie działy się rzeczy istotne i ważne dla niepodległości Polski i dla przyszłości lewicy, zobowiązuje nas do poszukiwania wzorców, zbliżonych, lub tożsamych z wartościami, którymi kierował się Stanisław Dubois.
Przypomnijmy więc, że patron naszej nagrody był dwukrotnie powstańcem śląskim, żołnierzem wojny polsko-bolszewickiej, a za czyny bojowe został odznaczony w 1921 r. Krzyżem Walecznych oraz Krzyżem na Śląskiej Wstędze Waleczności i Zasługi I klasy. Po odzyskaniu niepodległości podejmował liczne inicjatywy, wspomagające młodzież robotniczą, która była dla niego szczególnie ważna: redagował Głos Młodzieży Robotniczej, „Robotnika”, działał w Towarzystwie Uniwersytetu Robotniczego, był jednym z organizatorów dorocznego Dnia Młodzieży Robotniczej.
Oskarżony w „procesie brzeskim i skazany na trzy lata więzienia , nigdy nie ugiął się przed siłą władzy – trwał na lewicowych pozycjach ideowych w każdych okolicznościach i w każdym czasie, aż do pozbawienia go życia przez hitlerowców strzałami pod Ścianą Śmierci w Auschwitz, w sierpniu 1942 r.
Szanowni Zebrani na naszej uroczystości,
już za pierwszym razem Kapitule Nagrody im. St. Dubois nie trudno było wskazać kandydata, choć – przyznam – równie niełatwo było nam ogarnąć całości Jego dorobku życiowego, rozległości zaangażowania społecznego i politycznego, wrażliwości społecznej i rozsądku politycznego, którym wyróżnił się w sposób szczególny.
Nasz kandydat urodził się 14 lipca 1927 r. w Markowej koło Łańcuta – wsi, z której wyniósł szacunek dla tradycji, honoru, pracowitości ludu wiejskiego i radzenia sobie z przeciwnościami losu. Kiedy na ziemiach polskich skończyły się w 1945 r. działania wojenne, jako 18-latek wstąpił na drogę organizacyjną – najpierw do Związku Młodzieży Wiejskiej RP „Wici”, a następnie do Związku Młodzieży Polskiej. Od 1952 r. datuje się Jego przynależność do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, w której pełnił szereg czołowych stanowisk na najwyższych szczeblach struktury partyjnej. Nie zaprzestał działalności w ruchu młodzieżowym, został pierwszym przewodniczącym odrodzonego Związku Młodzieży Wiejskiej po październiku 56.
Od 1958r przez sześć kadencji był posłem na Sejm z list Frontu Jedności Narodu.
W latach 70. rozpoczął nowy etap kariery politycznej – przeszedł do pracy w administracji rządowej, pełnił stanowisko wicepremiera, ministra oświaty i wychowania oraz dwukrotnie ministra kultury. I na tym ostatnim został doceniony w sposób szczególny: w zapiskach znalazłam wypowiedź aktora – Daniela Olbrychskiego, który stwierdził, że nasz laureat jako minister rozumiał kulturę i jej sposób ekspresji . Ta opinia utrzymuje się nadal, ponieważ kilka dni temu usłyszałam wypowiedź Krystyny Jandy, która orzekła, że najlepszym ministrem kultury w historii powojennej był – i tu po swojemu dodała: „wstyd powiedzieć” – po czym wymieniła nazwisko naszego Laureata. My, bez wstydu, uważamy tak samo, zwłaszcza, że jeden z naszych kolegów w ubiegłym roku postarał się o to , aby powstała imponująca KRONIKA, składająca się na dorobek kultury artystycznej w Polsce w latach 70. Nikt jej zawartości – jak dotąd – nie podważył.
Nasz Laureat służbę państwową zakończył jako ambasador w Szwajcarii, a następnie w Grecji i na Cyprze.
Na odrębną uwagę zasługuje Jego dorobek pisarski, na stronach swych książek m.in. podjął się próby rzetelnej i uczciwej oceny naszych powojennych dziejów. Z wykształcenia jest historykiem, stąd – jak napisał o nim Wł. Markiewicz „z nieskrywaną abominacją odnosi się do tych rzeczników „polityki historycznej, którzy okres ponad 40-letniego istnienia Polski Ludowej traktują jako niebyły”. Na tle wynurzeń literackich i naukowych różnych „obalaczy komunizmu”, których przez minionych 30 lat namnożyło się, niczym legionistów Piłsudskiego w latach 20. – nie jest to modna dziś postawa, tym bardziej jesteśmy wdzięczni Laureatowi za to, że z takim przekonaniem broni czasów, które dały szansę ludziom długo, zbyt długo zapominanym przez historię, lub świadomie utrzymywanym na marginesie procesów społecznych.
Nie trudno zauważyć, że nasz Laureat jest wielbicielem książki i stałym bywalcem warszawskiego Klubu Księgarza, gdzie odbyła się promocja Jego ostatniej książki p.t. „Bunt przeciw starości”, w której znów przeciwstawił się m.in. zniekształcaniu obrazu naszej przeszłości. Można jednakże w tym miejscu zadać pytanie, czy obecna „polityka historyczna” – coraz bardziej rażąca i coraz bardziej kłamliwa – ostanie się na dłużej..? tego nie wie nikt. Wahadło wprawdzie powoli odbija i mamy nadzieję, że w końcu przyspieszy… Jakże inaczej, jeśli nie słowami Mickiewicza wypada dodać nam i sobie ducha otuchy, że /../uczynki, jak ziarna w głąb ziemi zaryte/ przyniosą zbiory obfite już teraz i „na przyszły rok” i na wiele lat, które jeszcze nadejdą.
Koleżanki i Koledzy, naszym laureatem jest Towarzysz
Józef Tejchma!

Stół z wyłamywanymi nogami

Zapraszamy do debety o „Okrągłym Stole”.

Bólu głowy dostaje polska prawica już na sam widok „Okrągłego stołu”. Zwłaszcza, że w tym roku nie można tego politycznego mebla nie zauważać, ani ignorować. Bo okrągła, trzydziestoletnia, rocznica rozmów i porozumienia ówczesnej władzy i opozycji zbiega się z wyborami do parlamentów europejskiego i krajowego. Z już rozpoczętymi kampaniami wyborczymi. Eskalującą wojną plemienną dwóch prawicy wyrosłych z „etosu „Solidarności”. Wojną różnych interpretacji naszej najnowszej historii toczoną na wszystkich frontach medialnych.

Druga noga

Widać to już w niezdecydowanej postawie pana prezydenta Andrzeja Dudy. W przeddzień rocznicy rozpoczęcia obrad „Okrągłego Stołu” jego rzecznik prasowy nie potrafił powiedzieć co pan prezydent i jego środowisko polityczne będą świętować.
Na pewno pan prezydent nie będzie fetować rocznicy inauguracji „Okrągłego Stołu”. Faktu wyjątkowego w naszej historii, kiedy ówczesna władza zasiadła do rozmów z ówczesną opozycją. Do dyskusji jak wyjść z politycznego klinczu.
Negocjacji o tym na ile władza podzieli się posiadaną władzą z opozycją, a opozycja ulży władzy w dźwiganiu brzemienia odpowiedzialności za przyszłe, bolesne reformy gospodarcze.
Tego pan prezydent świętować nie będzie, bo musiałby uznać, że jest prezydentem wszystkich Polaków. Nawet tych postkomunistów.
Zapewne pan prezydent Duda przyłączy się do świętowania trzydziestej rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. Choć tu tez pewnie waha się, bo wtedy będzie musiał stanąć tam gdzie ustawi się Grzegorz Schetyna, Adam Michnik i Lech Wałęsa.
Oni bowiem przygotują obchody tamtych wyborów jako wielkie zwycięstwo „polskiej demokracji”, czyli tej reprezentowanej obecnie przez Platformę Obywatelską i jej zaplecze polityczno-intelektualne.
Ponieważ mamy rok wyborczy, to do uroczystych obchodów zostanie zaproszona jakaś reprezentacja „pokonanych”, czyli osób z ówczesnej „strony partyjno-rządowej”. Aby zademonstrować rycerskość obecnej opozycyjnej „koalicji demokratycznej”, która nie chce wieszać pokonanej „komuny”, jak ci barbarzyńscy z PiS.
Najchętniej pan prezydent uczciłby rocznicę powstania „pierwszego, niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego”. Bo przecież akuszerem tego rządu był Jarosław Kaczyński, który przeciągnął wtedy na stronę solidarnościową ówczesnych sojuszników PZPR ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i Stronnictwa Demokratycznego. A potem premier Tadeusz Mazowiecki musiał ustąpić po kłótniach z Lechem Wałęsą. Czyli „Bolkiem”.
Na pewno pan prezydent uczciłby niezwykle uroczyście trzydziestą rocznice powstania „pierwszego niepodległego rządu Jana Olszewskiego”. Bo to do jego tradycji, nie do rządu Mazowieckiego z Kiszczakiem i Siwickim, i nie do prezydentury Wałęsy, odwołują się teraz elity PiS. Ale pewnie tej rocznicy Andrzej Duda jako pan prezydent już nie doczeka.
My zaś możemy oczekiwać w tym roku burzliwych obchodów rocznicy wyborów 4 czerwca 1989 roku. Już zapowiedzianych przez pana premiera Morawieckiego, co tylko podgrzało wojnę polskich prawic o dziedzictw tamtych wyborów.
Za to rocznic rozpoczęcia i zakończenia „Okrągłego Stołu” elity PiS i radykalnej prawic uroczyście obchodzić nie będą. Dla nich tamte porozumienia to „zmowa elit komunistycznych i zdradzieckich solidarnościowych”, która zrodziła patologiczną III RP”. Ta zmowa, która „przyniosła uwłaszczenie się komunistycznej nomenklatury”, „bezkarność zbrodniarzy stanu wojennego” i panowanie „resortowych dzieci” w sferze mediów i kultury.
Zatem Wersalu na prawicowych obchodach rocznicowych nie będzie.

Trzecia noga

Bólu głowy, a raczej amnezji dostają hierarchowie polskiego kościoła katolickiego na wieść o planowanych obchodach rocznicy obrad „Okrągłego Stołu”. Dzisiejsi hierarchowie kościelni i bliscy im publicyści historyczni nie chcą pamiętać, że tamten Stół, tamte negocjacje i umowy oparte były na trzech nogach.
Partyjno-rządowej, opozycyjnej- solidarnościowej i kościelnej. Na dwóch pierwszych nogach stał tamten stół, ale trzecia noga, ta kościelna go znacząco podpierała.
Ówczesny kościół katolicki podjął się wówczas roli gwaranta tamtych negocjacji i notariusza jego porozumień. To hierarchowie kościelni gwarantowali swym autorytetem, że zasiadające do negocjacji i zawarcia kontraktu strony mogą sobie ufać. Że nie dojdzie do sytuacji, jak ostatnio przy negocjacjach umowy o budowie wieżowców przy ulicy Srebrnej.
I dlatego zawsze, kiedy w czasie rozmów okrągłostołowych dochodziło do impasu, konfliktu, to do mediacji ruszali biskupi.
Za swe „notarialne” usługi hierarchia kościelna otrzymała wielkie korzyści materialne. Przede wszystkim ustawę z dania 17 maja 1989 roku o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej dając temu kościołowi uprzywilejowaną pozycję. Czasem czyniąc jego funkcjonariuszy bezkarnymi.
Dzisiaj hierarchowie kościoła katolickiego nie chcą wspominać o tamtej roli swego kościoła. Bez cienia wdzięczności przyłączają się do grona krytyków ostatnich rządów PRL, choć dzięki nim mają zapewniony dostatek materialny.
I chociaż Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej od dawna już nie ma, chociaż przez ostatnie trzydzieści lat w III Rzeczpospolitej skutecznie usuwano wszelkie ślady po prawodawstwie Polski Ludowej, to ta ustawa została niezmieniona. Bo tej politycznej łapówki danej hierarchom przez rząd Mieczysława Rakowskiego i przegłosowanej jeszcze przez „komunistyczny” Sejm obecna hierarchia kościoła katolickiego zwrócić nie zamierza.

Pierwsza noga

Gdyby nie ówczesna „Strona partyjno-rządowa”, przedstawiana w mediach wtedy jako ta pierwsza noga podtrzymująca „Okrągły Stół”, nie zdecydowała się na negocjacje z opozycją, to nie mielibyśmy tej historycznej „pokojowej transformacji”.
Ale już 4 czerwca 1989 roku strona partyjno-rządowa przegrała wolne wybory do Senatu. Choć w wyborach kontraktowych, tych do Sejmu, utrzymała niezbędną większość. Przeforsowała też, z pomocą ambasady USA i hierarchii kościoła katolickiego, dotrzymanie przez opozycję porozumienia o wyborze generała Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta Polski.
Ale po tym wyborze w „pierwszej nodze” nastąpił rozłam. Po zdradzie politycznej ze strony ZSL i SD, ówczesna PZPR straciła większość w Sejmie i musiała przejść do opozycji.
Już w III Rzeczpospolitej ta „pierwsza noga” przegrała swą bitwę o pamięć. Jej zasługi w historycznej, pokojowej transformacji ustrojowej zostały przez zwycięską prawicę zmarginalizowane i skarykaturyzowane. Stało się tak przez jej lenistwo intelektualne, na jej własne życzenie.
W tym roku Społeczny Komitet Lewicy zamierza przypomnieć i odkłamać zasługi ludzi lewicy w tamtej transformacji.
Redakcja „Trybuny” będzie patronowała działaniom SKL.
Zapraszamy też wszystkich chętnych do dyskusji o znaczeniu i skutkach porozumień „Okrągłego Stołu”. Nasze łamy są dla was otwarte.